Phitomusic

Jest bardzo wiele instrumentów muzycznych, które zawdzięczamy roślinom lub zwierzętom, a czasem jednym i drugim razem! W poprzednim wpisie zachęcałem do Symbiotycznej planety Lynn Margulis i jej wersji ewolucji (SET)… i dobrym uzupełnieniem tego tematu (a obiecałem wracać do niego) jest prawdziwa historia tradycyjnych instrumentów muzycznych i próba odpowiedzi na proste pytania: po co buduje się instrumenty muzyczne? Jak powstały pierwsze instrumenty muzyczne? Na zaproszenie KBF i Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie napisałem tekst na ten właśnie temat i zatytułowałem go: Biomuzyka… Znajdziecie go tu: http://www.fmf.fm/pl/8/416/462/eko-teksty

Gdyby moje podejście do historii instrumentów muzycznych Was zaciekawiło, to polecam coś na temat interesującego zespołu muzycznego, który szuka brzmieniowej istoty Alp („alpejskości”). Quadrat:sch, w swych poszukiwaniach sięga po obiekty nie będące instrumentami muzycznymi, ale przynoszącymi brzmienia konieczne do tej pracy. To bardzo bliskie mi podejście, które od lat realizujemy w The Magic Carpathians.

mszfujara6

Moja recenzja płyty Quadrat:sch może być potraktowana jako suplement do ostatniego akapitu tekstu Biomuzyka czyli o nowych instrumentach powstających obecnie!

Na fotografii Tomka Berezińskiego… muzyka bzu czarnego. 🙂

Symbiotyczna planeta

Już wspominałem o Lynn Margulis i jej inspirującej wizji ewolucji, ale książka Symbiotyczna planeta (wydana w 1998 w USA, a w polskim tłumaczeniu w 2000 roku przez Wyd. CiS, Warszawa, w serii – Science Masters- ) jest tak ważna, że wracam do niej raz jeszcze. Po pierwsze; koncepcja SET (Serial Endosymbiotic Theory) czyli naukowa teoria Margulis mówiąca, że ewolucja nie następuje poprzez twarde reguły doboru naturalnego i różnicowanie gatunków (i śmierć słabiej przystosowanych), ale poprzez endosymbiozę różnych organizmów, co w konsekwencji daje nowe jakości, zdolności i gatunki. Mówiąc wielkim skrótem, poseł Godson byłby zalamany, bo nie dość, że w jakimś stopniu „pochodzimy od małpy”, to jeszcze ta małpa (i my) wg. teorii Lynn Margulis wykształciła się dzięki bakteriom… Prawda, jakie to straszne! 🙂 Za główną tezą idą zaskakujące wnioski, a jednym z nich jest powątpiewanie w hierarchiczność istnień, bo upraszaczając bardzo… w czym gatunek bardziej złożony, ale istniejący od zaledwie kilkudzisięciu tysięcy lat jest lepszy od innego, który przetrwał kilkadziesiąt milionów lat? Nie będę oczywiście streszczał świetnej książki Margulis z nadzieją, że już dostatecznie Was zaintrygowałem. Zwłaszcza, że jest jeszcze kilka powodów, poza zrozumiałym dla laików wyłożeniem teorii SET, aby zajrzeć do książki. Drugim i ważnym motywem przewodnim książki Margulis jest bowiem teoria Gai. Wydaje się ona trwale wpisana w nasz świat, a jednak nie zdajemy sobie sprawy jak jest w swej naukowej postaci nową koncepcją, kto jest jej autorem i o czym właściwie mówi. Kilka pojęć będących podwalinami koncepcji Gai to fascynujące zjawiska. Jedno z nich: propriocepcja czyli percepcja ruchów i orientacja przestrzenna, mająca swe źródło w bodźcach wewnętrznych ( a nie płynących z zewnątrz!) to termin medyczny… Margulis twierdzi, że: Gaja, czyli Ziemia regulowana fizjologicznie, korzystała z takiego układu globalnej komunikacji na długo przed człowiekiem… (s.160 omawianej książki), a: globalny układ nerwowy nie zaczął się z pewnością wraz z nastaniem człowieka (tamże). Głównym autorem hipotezy Gai jest James Lovelock (hipoteza opublikowana jest w: Gaia: A New Look at Life on Earth, Oxford University Press, 1979, ale Lovelock pracował nad nią znacznie wcześniej, w czasie gdy był doradcą NASA), który doprowadził do ważnej konferencji w Oxfordzie w 1996 i w roku 1998 walnie przyczynił się do powołania Towarzystwa – Gaia: The Society for Research and Education in Earth System Science z siedzibą w Royal Society w Londynie. Lynn Margulis świetnie opisała dyskusje wokół hipotezy Gai i to co mnie osobiście zawsze bardzo martwiło czyli tendencję do upraszczania i romantycznego traktowania Gai, jako żywej istoty, która czeka bidulka na nasz ratunek. Nikt nie czeka… a ratować się powinniśmy sami, bo jak ostro pisze Margulis: życie jest zjawiskiem planetarnym, obejmującym powierzchnię Ziemi od ponad 3 miliardów lat. /…/ To my znajdujemy się pod kontrolą planety, nie odwrotnie (s.162). Bardzo charakterystyczne są dzieje Lovelocka… swe intuicje i dociekania przypłacił izolowaniem i ostracyzmem tzw. środowiska naukowego. Pod tym względem nic się nie zmieniło od czasów tzw. alchemików. 🙂 Lovelock, mimo światowego fermentu jaki wywołała jego koncepcja, musiał działać bez dotacji i wsparcia… Jak to jest, że można dostać naukowe granty za współtrzymanie szalki lub probowki albo publikować artykuły w czasopismeach naukowych, które nie wnoszą ani jednej ważnej obserwacji czy oryginalnej myśli całkiem bezpiecznie, a kiedy pracuje się nad ważnymi intuicjami i obserwacjami, to zawsze jest się „osamotnionym”.

Byłoby naprawdę doskonale, gdyby co bardziej romantyczni aktywiści ruchu ekologicznego naprawdę dobrze zrozumieli o czym mówi aktualnie dopracowana hipoteza Gai. Być może sam termin Gaia – Matka Ziemia, zaczerpnięty z mitologii jest odpowiedzialny za wielkie powodzenie jak też i szybkie wytowrzenie mistycznej otoczki wokół hipotezy o: cybernetycznym systemie z wbudowaną tendencją do homeostazy, przejawiającym się w anomaliach ziemskiej atmosfery (s.166). Ciekawe, że ten sam termin nie przeszkodził wcześniejszym nazwom naukowym z wykorzystaniem prastarej figury Matki Ziemi, jak: geologia, geometria czy Pangea (Gaia=Gea). Specjalnego smaczku nabiera informacja, że to przyjaciel Lovelocka, znany pisarz Wiliam Golding (np. Władca Much…) podpowiedział mu nazwę hipotezy. A ta hipoteza jest intelektualnym i doświadczalnym dociekaniem, a nie mitem i Margulis wprost pisze, że:  Gaja nie jest pojedynczym ogromnym organizmem, który troszczy się (oczywiście) o nas, ludzi. Znakomitym rozdziałem w książce Margulis jest Przeciw ortodoksji, bardzo osobista, ale i wspaniale prawdziwa część książki i dla polskiego czytelnika ważna, bo opisuje to co dzieje się u nas aktualnie… bo jednak te 50 lat nam gdzieś uciekło?! Margulis stwierdza: w związku z polityczną orientacją lat sześćdziesiątych uczelnie coraz więcej czasu i energii poświęcały sprawom „przydatności” i „wdrażania” – w rezultacie wszelkie przedsięwzięcia, także intelektualne, rozpatrywano pod kątem ich użyteczności dla człowieka. W takiej atmosferze, moje zainteresowanie problemem dziedziczenia komórkowego wyglądało aspołecznie. /… / Zainteresowanie podobnymi drobiazgami skazywało mnie już wówczas na ciągłe przeżywanie intelektualnego osamotnienia (s.45) Bardzo ciekawe są w tym świetle, dzieje pierwszej publikacji i pierwszej książki nt. SET jakie napisała Lynn Margulis. Pierwsza wersja teorii SET (jeszcze nie nazywanej w tym czasie Serial Endosymbiosis Theory) została piętnaście razy (!) odrzucona przez czasopisma naukowe i opublkowana wreszcie w 1966 roku, a książka została odrzucona przez Academic Press w NY na skutek fatalnych recenzji jakie Wydawnictwo otrzymało od mędrców, którzy jak to się ładnie mówi: skrywali się w cieniu. Po roku starań, na początku lat 70. XX wieku, książka Margulis została jednak wydana przez Yale University Press. Tajne recenzje uwalające śmiałe myśli, czy mówi Wam to coś… czyż nie tak działa nasza rodzima nauka i mechanizm finansowania pracy badawczej. Tyle, że w Polszcze nie mamy wyboru pomiędzy Academic Press, a Yale Univeristy Press z ich renomą i środowiskiem intelektualnym.  Chylę czoła przed uporem i uczciwością intelektualną Margulis, jest naprawdę wielka! Dla mnie osobiście poza całkowicie rewelacyjnym sednem myśli Margulis w Jej książce zainteresował mnie znakomity rozdział pt. Drogi i bezdroża taksonomii, w którym znalazłem potwierdzenia na własną nieufność wobec mnożenia gatunków i tworzenia skomplikowanych pajęczyn systematyki roślin i zwierząt. Botanicy królują w opisywaniu nowych taksonów i dobudowywaniu, do i tak dość chwiejnych konstrukcji, jeszcze jednego balkoniku, jeszcze jednego daszku i załamania… w kuriozlanym gmachu systematyki i podziału żywego świata jaki stworzyła akademicka nauka Zachodu. Zwracałem się zawsze ku ośmieszanym na Zachodzie podziałom życia na Ziemi, jakie zaproponowały dawno temu tzw. First Nation (zobaczcie w Zielniku…. ale także w mojej broszurze pt. Wprowadzenie do etnobotaniki Karpat i Bałkanów. Materiały szkoleniowe. Tom I (Kraków, 2011) i przecież nie jestem osamotniony na tzw. świecie, a jedynie w Polsce…

Książka Lynn Margulis nie jest wykładem prawdy objawionej, ale pokazuje jak pracuje się intelektualnie i jak odkrywa się ważne zjawiska. Tu cisną się mi na usta gorzkie słowa, także na temat losów etnobotaniki u naszszsz… Już są jedyni i najważniejsi eksperci, już są środowiskowe przepychanki i „pozostające w cieniu” gremia życzliwie wykluczające nieuprawnionych, już są gwiady… z niczego. Bo jakoś nic ważnego i wykraczającego poza interes własny się nie pojawiło?! Struktury mają zastąpić dociekania, myślenie i odkrycia, a nawet rzetelną dokumentację? Ale co tam, czas jaki mielibyśmy poświęcać na takie głupoty warto przeznaczyć na lekturę Symbiotycznej planety. Bo do tej książki warto powracać! Także i my do tego tematu będziemy wracali i zorganizuję małą, ale mam nadzieje interesującą dyskusję, podczas wiosennych warsztatów etnobotanicznych w Pieninach. 🙂

symbiotyczna

Prosto z Paryża…

paryzabsint2

Anna N., specjalna korespondentka etnobotanicznie.pl z Paryża, przysłała kilka fotografii miejskiego ogrodu jaki znalazła w sercu miasta. Na uwagę zwraca dobór gatunków i ilość roślin, a także staranna uprawa, co wskazuje na traktowanie ogrodu jako źródła przypraw i innych roślin użytkowych. Bylica piołun (Artemisia absinthium) i wspaniały rozmaryn (Rosmarinus officinalis) są tam w wielkiej ilości, aż zazdrość bierze! Otwarty ogród tego typu jest u nas nieznanym sposobem zagospodarowania miejskiej przestrzeni publicznej, która ciągle straszy nas monotematycznymi trawnikami i tzw. zielenią miejską. To oczywistość, ale przypominam, że odpoczywanie pośród rozmarynów i piołunów ma swe uzasadnienie biochemiczne i daje nam znacznie więcej niż wąchanie psich kup rozsianych w rachitycznej trawce naszych niby-trawników, które nigdy nie są podlewane, a zawsze cięte.

paryzabsint1.jpg

paryzrozmaryn

paryzogrod

Amanita powraca?

W sklepie Herbapolu w Nowym Sączu przygotowano taką oto piękną jesienną wystawę. Nie pytałem… ale pewnie nie oznacza to, że Herbapol przygotował jakieś specyfiki z Amanita muscaria – muchomora czerwonego?! Swoją drogą, to przejaw tego co dawno zagubiło się w czasie (albo zeszło do podziemia), ale przetrwało w niewinnej formie ozdoby. Podobnie jest z instrumentami muzycznymi; te które miały znaczenie dawniej jako instrumenty liturgiczne/rytualne, po zmianie panującej religii i paradygmatu kultury albo zanikły, albo przetrwały w formie zabawek dziecięcych jako obiekty już ideologicznie obojętne. Cieszmy się zatem wystawami Herbapolu, bo noszą nieuświadomione ziarnko naszej dawnej kultury.

herbapolamanita

Profesor Józef Mądalski

siatkimadalskiego

Wspominałem wcześniej, przy okazji informacji o zielnikach, profesora Józefa Mądalskiego (1902-1995), wybitnego botanika zajmującego się geografią roślin i florystyką (napisał fundamentalne dzieło pt. Atlas flory Polski i ziem ościennych, 1954), którego zapiski i zielniki przechowywane są w Instytucie Botaniki PAN w Krakowie… Dzisiaj widziałem część tych zbiorów i oryginalne siatki do ściskania zebranych roślin w arkuszach bibuły dla prawidłowego przygotowania rośliny do włączenia do zbioru zielnikowego.

Na mojej fotografii część tych siatek z widocznymi inicjałami JM… bardzo dziękuję prof. Andrzejowi Chlebickiemu za uprzejmość i pozwolenie pokazania tych zabytkowych, a ciągle doskonałych konstrukcji do botanizowania!

Z bliska!

ewatarka

Ewa Grzeszczuk podsyła systematycznie fotografie z warsztatu i pracujemy nad ich uporządkowaniem… Wiele z nich jest tak piękna, a rośliny fotografowane z bliska pokazują jeszcze inną stronę, że kilka z tych fotografii warto zobaczyć dla czystej przyjemności. Przyjemność ta podobno w gremiach bardzo poważnych badaczy (BPB) nie uchodzi, ale przecież my nie chcemy zawiadywać całą etnobotaniką w Polsce i na świecie… my cieszymy się kontaktem z roślinami i będziemy tę zdolność pielęgnowali. 🙂 Na fotografiach EG: tarnina, bez czarny, kalina koralowa…

ewabezcz

ewakalina

Szypszyniec różany Rhodites rosarum

jazgalasem

Szypszyniec różany występuje właściwie wszędzie gdzie rośnie dzika róża i nic dziwnego, że ślady jego działania napotkaliśmy podczas etnobotanicznego spaceru do wsi Podproc w Górach Lewockich (więcej o wsi i warsztatach w poprzednim wpisie!). Ewa Grzeszczuk pięknie uchwyciłaniezwykły wygląd efektu działania szypszyńca, ale jeszcze bardziej zadziwiający jest cały proces tworzenia się intrygujących narośli i galasów na dzikiej róży. W wielkim skrócie: maleńki owad – szypszyniec – składa jaja w róży, wylęgają się larwy i wydzielając hormony roślinne (!) powodują zniekształcenie tkanek… aż doprowadza do obudowy jego kolebek przez to co widać na fotografii i galasę (narośl kulistą), na koniec to co się wykluwa, nie zawsze jest szypszyńcem, bo czasem jest jego pasożytem… Można się śmiać lub być zdegustowanym, ale w porównaniu z naszym prostackim sposobem budowania domów… szypszyniec z jego enzymowym sposobem na samobudujące się mieszkania wydaje się godny uwagi… nawet gdy go czasem pokonają sublokatorzy!

W czasie warsztatu prof. Andrzej Chlebicki opowiedział nam nieco więcej na temat tego mechanizmu i polecił książkę Lynn Margulis pt. Symbiotyczna Planeta. Książka ukazała się w polskim tłumaczeniu nakładem Wydawnictwa CiS w Warszawie w roku 2000. Margulis przystępnie i zajmująco opisuje swoją teorię endosymbiozy i pokazuje nową interpretację teorii ewolucji. Poseł Godson nie byłby nią zachwycony, bo w blogerskim skrócie mówi ona, że pochodzimy nie tyle od małp, co od bakterii… W świetle endosymbiozy całe zjawisko związane z szypszyńcem i jego dziełem, ale także wykorzystywaniem go przez roślinę nabiera sensu i zaczyna intrygować jeszcze bardziej. Ci co się upierają, że rola roślin w naszym życiu ogranicza się do jedzenia lub/i używek wydają się w świetle poglądów Margulis jeszcze bardziej ograniczeni.

Drążymy mocno temat zbiorów zielnikowych i dzisiaj oglądałem stertę książek o zbieraniu, przechowywaniu roślin i innych formach botanizowania.  Jedna z nich wydana była w 1888 roku! Przypominam, że w moim Zielniku… przedrukowałem w formie suplementu poradnik zestawiania zielnika Marji Arctówny z 1904 roku… (s.299-307). Profesor Andrzej Chlebicki pokazał mi też metalowe siatki do suszenia roślin z oryginalnymi bibułami jakie stosował profesor Józef Mądalski, botanik lwowski… Cały temat zielników rozwija się nam ładnie i czekam na wieści od uczestniczki warsztatów, która nad początkiem zielnika z Gór Lewockich pracuje. 🙂

Na dolnej fotografii Ewa pięknie uchwyciła jesienną fazę wyglądu przytulii, o której pisałem ( plus moja fotografia) w sprawozdaniu z letniej wyprawy w Góry Lewockie. Sens powracania w miejsca gdzie już byliśmy wydaje się na ścieżce etnobotanicznej oczywisty. Dziękuję Ewie, że tak pięknie i delikatnie zaznaczyła moją obecność… :-))))

ewaprztulJa