Relacja z warsztatów etnobotanicznych w Górach Lewockich – jesień 2013 roku.

No i jest relacja z warsztatów. Nasze spacery etnobotaniczne opisał Andrzej Chlebicki, a ja w kilku miejscach uzupełniłem je za zgodą i namową autora. Relacja jest obszerna… 🙂

Czas budzenia się zziębniętych nieboraków

Relacja z warsztatów etnobotanicznych w Górach Lewockich 13-14-15.09.2013

Piątek, 13.09.2013 r.

Marek, Ania, Ewa i Tomek przyjechali niebieskim autobusem. Potem dojechały dwie uczestniczki z Gorlic. Spotkaliśmy się w Piwnicznej przed restauracją „Pod Kasztanami”.

Coś się zaczęło.

Wokół rynku w Piwnicznej mnóstwo samochodów, nieustanny ruch nadjeżdżających aut i autobusów, wokół kiczowate knajpki i restauracyjki, w dole kościół i Poprad. Cóż my w tym świecie robimy? Zaczęło się oczekiwanie na powrót do dawnego świata, a może na coś mocniejszego, coś nieokreślonego? Ej tam, a może byliśmy po prostu głodni po długiej podróży? Czuło się, że wracamy, a właściwie zaraz wrócimy do tej sfery w której nigdy nie byliśmy, a jednak „byliśmy” tam już od bardzo dawna. I to oczekiwanie, otwarcie się na przeszłość wchodzącą w teraźniejszość zmieniło nas w niezwykłe istoty. Niby ludzie o imionach zupełnie normalnych, mówiących europejskimi językami, normalnie ubrani. Niby nic, a jednak otworzyły się w niezauważalny sposób wrota, karpackie wrota. A więc cofaliśmy się gdzieś w głąb, a jednocześnie parliśmy do przodu. Tak to, nieco paradoksalnie można określić.

Po dwóch godzinach jazdy bus zatrzymał się w Brutovcach przed kościołem, a więc w centrum, gdzie stoi wieża ze szpicem mierzącym w niebo. Tędy spływa energia na całą wioskę. Dlatego tam się zatrzymaliśmy, choć tak naprawdę w tym miejscu trzeba było się zatrzymać. Był już późny wieczór, ścieżką w dół doszliśmy do drewnianej chaty Michała. Weszliśmy do kuchni, pełnej zapachów przygotowanego jadła dla naszej wygłodzonej jedenastki. Drewniana izba z ławami, łóżkami, z nisko zawieszonym sufitem. Przytulnie.

Psik medvedikovity to takie zwierzę niepodobne ani do psa, ani do wilka ani też do niedźwiedzia, jest futrzaste i czasem pojawia się w Górach Lewockich. Pamietajcie, że każde dziwne psopodobne zwierzę w Górach Lewockich to „psik miedvedikovity”. Tak to nam przedstawił Michał. A psik to tak naprawdę jenot albo piesiec. Przybył do nas z Azji, jest więc „obcym gatunkiem”.

Po kolacji wysłuchaliśmy prezentacji Marka pt. „Etnobotaniczne aspekty muzyki tradycyjnej” oraz omówienia roślinnej symboliki w zdobnictwie tradycyjnym. Jak zwykle Marek podzielił się z nami swoimi bardzo trafnymi przemyśleniami, np. które rośliny uznać za zawleczone (obce) na teren Polski? Jeśli przyjąć, że po ustąpieniu lodowca nastąpiła sukcesja, to wszystkie nasze rośliny są zawleczone. To ma też aspekt moralny. „Obce rośliny”, a więc trzeba je usunąć. Naprawdę? Przypomniał mi się film I. Bergmana „Jajo węża” i powieść A. Szczypiorskiego „Msza za miasto Arras”. Jak to uchwycić, że z pozoru drobne sprawy powoli nabierają mocy i wciągają nas potem w nieprzewidywalny wir zdarzeń. Wyczulenie, spostrzegawczość i szacunek do wszystkiego co żywe! To warto praktykować. Po prezentacji przenieśliśmy się do prywatnego Muzeum instrumentów tradycyjnych Michala Smetanki. Ilość różnych piszczałek, fujar i gajdic była nieprawdopodobna. Wszystko to wisiało na ścianach lub też było rozłożone na wiekach starych skrzyń. Michał wygłosił całkiem profesjonalny wykład o instrumentach, chordofonach i aerofonach. Uzmysłowił nam, że aerofony w Karpatach są najliczniejszą grupą instrumentów tradycyjnych. Powstawały głównie z drewna bzu czarnego i zwierzęcych rogów. Marek opowiadał nam jak się robi fujary z pni bzu. Pozyskuje się je zimą, potem drąży świdrami. Obecność miękkiego rdzenia umożliwia właściwe prowadzenie wiertła, dzięki czemu pień bzu zostaje przewiercony centralnie na całej długości. Marek opowiadał nam także o tym jak Słowacy dawniej używali uschniętych pędów dziewann do nocnych pokazów ognia. Łatwopalne suche dziewanny dawały silny i jaskrawy płomień. Doświadczenia z dziewannowym rytuałem jakie przeprowadzono podczas takich samych warsztatów w 2012 roku, oglądaliśmy na fotografiach Bogdana Kiwaka, a Marek tylko dodał, że tlące się dziewanny na nocnym niebie pozostawiają nie tylko wrażenie wielu iskier i barwnych smug ognia, ale to co nazywamy powidokami. Powidoki to jedne ze zjawisk optycznych, które były źródłem malarstwa jaskiniowego i pierwotnych symboli.

Ponieważ był to czas kwitnienia wrotyczy Tanacetum vulgare więc usłyszeliśmy też sporo informacji na ten temat. Cała roślina, a szczególnie jej żółte kwiaty to źródło bardzo intensywnego aromatu. Kiedyś był znaną przyprawą do mięs i ciężkich sosów, ale zaczęto go kojarzyć z ukrywaniem fetoru nadpsutego mięsa i został zapomniany. A szkoda, bo to roślina lecznicza, przyprawowa i ozdobna. Czasem napotkać możemy na zdziczałe rośliny innego gatunku wrotycza z Azji Południowo-Zachodniej: wrotycza balsamicznego Tanacetum balsamita, ale tego w Górach Lewockich nie spotkaliśmy. O 23: 00 rozeszliśmy się do kwater.

Sobota, 14.09.2013r.

Po śniadaniu ruszyliśmy polną drogą w stronę masywu Strehornej Hory. Po drodze natknęliśmy się na rozbryzganą posokę, zapewne jelenia. Po strzale biegł jeszcze kilkadziesiąt metrów znacząc teren strumieniami krwi. Na obrzeżach lasów widoczne były ambony i zamaskowane zwyżki. Wędrowały z nami dwa psy, nasza Oksana i pies księdza z Brutovców, zwany przez mieszkańców „Kapłan”. Oksana to czarny szkocki seter a Kapłan to jasno-kremowy goldenretriver. Mimo, że oba zwierzaki nie oddalały się od nas zbyt daleko, byliśmy zaniepokojeni obecnością myśliwych. Zatrzymywaliśmy się przy roślinach, przede wszystkim przy starych krzakach bzu Sambucus nigra. Marek zwrócił naszą uwagę, że na tych krzakach są już czarne owoce i równocześnie białe kwiatostany. Renesans bzu jako rośliny użytecznej jest jak najbardziej zasłużony. W mojej dziedzinie, w trakcie robienia preparatów do mikroskopu używało się białego miękkiego rdzenia bzu do uzyskiwania cienkich skrawków z roślinnych łodyg. Wkładało się taką łodygę do środka rdzenia i potem kroiło żyletką. Można było uzyskać bardzo cienkie skrawki.

Mijaliśmy łąki z dziurawcami, przy drodze rosły dziewięćsiły, wśród traw leżały rozwinięte brunatne owocniki czasznicy oczkowatej Calvatia utriformis i mniejsze kule kurzawki omszonej Bovista tomentosa. Na skraju lasu natknęliśmy się na ostrożenia głowacza (Cirsium eriophorum). Duże już przekwitnięte kwiatostany były mokre, a na niektórych z nich siedziały trzmiele. Było jeszcze zimno. Trzmiele nie ruszały się. Ewa robiła im zdjęcia makro. I wtedy okazało się, że te nieboraki są jeszcze żywe. Zaczęły powoli ruszać odnóżami. Stąd wziął się tytuł naszej relacji. Zdałem sobie sprawę, że my też jesteśmy takimi „nieborakami”, uśpionymi przez cywilizację.

Mijaliśmy wspaniałe stare modrzewie. Pod jednym z nich na korzeniach rósł niezwykły grzyb murszak rdzawy Phaeolus schweinitzii. Spotykaliśmy pięknie owocujące kaliny koralowe, głogi, derenie czarne, róże, jarzębiny i całe stoki porośnięte leszczyną. Na małych łączkach zastaliśmy przekwitające już goryczki trojeściowe. Doszliśmy do sennikov – szałasów stojących na cyrlach, stare pasterskie miejsce pamiętające jeszcze Wołochów. Marek zaproponował abyśmy zaczęli zbierać zioła do zielnika Gór Lewockich. Świetna myśl. Akurat ja sam zostałem wyszkolony przez prof. Józefa Mądalskiego, który przywiązywał niezwykłą wagę do sposobu zbierania i układania roślin na arkuszu. Napisał nawet książeczkę „Jak należy zbierać i konserwować rośliny do celów naukowych”. Zielnik J. Mądalskiego jest zdeponowany w Instytucie Botaniki PAN w Krakowie. Jest przykładem jak powinien wyglądać profesjonalny zielnik. A więc mając taki przykład zacząłem szukać roślin.Dysponowaliśmy dwudziestoma arkuszami sztywnego papieru bezklejowego (tak zwanego papieru piwnego stosowanego w plastyce) i był to początek naszego zbioru.

Dwa razy wchodziliśmy na ten sam szczyt – Bisar, ale to się przydało, bo dzięki temu znaleźliśmy trochę kań (Macrolepiota procera), były też piękne muchomory cesarskie Amanita cesarea, podgrzybki i maślaki. Na łące przylegającej do starego lasu Zorana zaczęła śpiewać słowackie pieśni – travnice. To kobiece pieśni pracy wykonywane najczęściej zbiorowoprzy pracach polowych dla przyjemności i bezpieczeństwa. Kobiety pracując i śpiewając jednocześnie mogły łatwo kontrolować sytuację innych, oddalonych lub skrytych krzewami czy lasem. Słuchaliśmy w skupieniu jak echo powtarzało jej głos.

Weszliśmy znowu do lasu. Marek zwrócił naszą uwagę na przyrastające do siebie stare świerki, które wspierały się aby pozostawać w równowadze. Takie pary drzew spotykaliśmy jeszcze później w kilku miejscach. Jak to wytłumaczyć? Być może dwa świerki tak mocno z sobą zrośnięte nie dadzą się tak szybko wywrócić silnym wiatrom? Na pniu wielkiego przewróconego świerka rosła wielka huba. Z kolei na żywej jodle obecność czyrenia Hartiga Phellinus hartigii wskazywała na nieuchronną śmierć drzewa w najbliższym czasie. Tak duża ilość starych modrzewi dawała nadzieję na występowanie słynnego grzyba modrzewnika lekarskiego, zwanego kiedyś agarykiem modrzewiowym, a po słowacku práchnovček lekársky. Nazywany był także „quinine conk” co oznacza huba chininowa, ze względu na gorzki smak. Jeszcze w czasach starożytnych pisano o nim używając nazwy „to Agaricon”, która mogła pochodzić od nazwy sarmackiego plemienia Agaryków znad Morza Aralskiego, skąd go pozyskiwano. Jest to najwcześniej wspomniany gatunek leczniczego grzyba. Zawiera agarycynę, kwas agarycynowy, kwas rycynowy oraz różne niedawno odkryte substancje o działaniu antywirusowym i anty kancerogennym. Te ostatnie substancje wykryto jedynie w żywych kulturach, nie są obecne w owocnikach. Dawniej grzyb używany był jako środek przeczyszczający i zmniejszający wydzielanie potu (antyhydroticum). Dioskurydes tak opisuje tego grzyba (tłumaczenie Ładowskiego 1783): „Agaryk modrzewiowy jest gębka czyli grzyb białawy, który do pnia przyrasta. A ten jest dwojaki samiec i samica: samiec długi, drzewiasty i twardy na nic się nie przydaje. Samica okrągła, dziurkowata, lekka, krucha i ząbkowata, na kształt grzebienia, smak w niej zrazu słodki, potym w gorycz się obraca, wchodzi do lekarstw”. Pisał o nim też że jest „elixirium ad longam vitam. Można z tego żartować, ale równocześnie wiadomo, że później zidentyfikowano domniemanego samca; był to czyreń ogniowy Phellinus igniarius. Jedynie „samica” to rzeczywisty modrzewnik lekarski. Dawniej, jeśli wierzyć Syreniuszowi (1613) i Rzączyńskiemu (1721) Polska słynęła w Europie z obfitego występowania bezcennego „agaryka”. Obecnie występuje na kilku stanowiskach w Górach Świętokrzyskich, a być może także z jednego stanowiska w okolicach Krościenka nad Dunajcem. Znany jest także z dwu stanowisk z środkowej Słowacji. Ponieważ Góry Lewockie były w czasach komunistycznych zamknięte dla ruchu turystycznego ( był to teren poligonu wojskowego, gdzie stacjonowały również wojska radzieckie), więc nie było możliwości zbadania modrzewiowych lasów. Może agaryk znajdzie się w Górach Lewockich?Jeszcze w XIX wieku Indianie z Ameryki Północnej zbierali owocniki agaryka. Były one wykorzystywane przez szamanów jako przedmioty o wyjątkowo wielkiej mocy, wykorzystywane w trakcie różnych rytuałów. Groby szamanów były zabezpieczane figurkami wykonanymi z owocników agaryka. Niektóre owocniki mogą ważyć nawet 10 kg. Są to bodaj najdłużej trwające owocniki grzybów, bowiem znaleziono ponad 70-letnie i mające nawet 1 metr wysokości. Takie duże owocniki Indianie nazywali „chlebem bogów” lub „ciastkiem drzewa”.Piszą o tym Robert Blanchette, Brian Compton, Nancy Turner i Robert Gilbertson w „Nineteenth century shaman grave guardians are carved Fomitopsis officinalis sporophores. Mycologia 84(1): 119-124 (1992).

Po obejrzeniu wołoskich sennikov – szałasów, weszliśmy jeszcze na szczyt Spisska (1058 m. npm) zwany przez mieszkańców jednej z wsi usytuowanych pod tą piękną górą – Dywnem. To od tego, że łąki i pastwiska ciągną się grzbietem Góry aż do jej szczytu przez dobre dwa kilometry! Na szczycie Zorana zagrała nam na koncovce czyli flecie bezotworowym. Michał dał nam tekst słowackiej piosenki, której mieliśmy się nauczyć aby później wieczorem zaśpiewać ją razem z nim. Tekst był łatwy ale melodia nie do zapamiętania. Usiłowaliśmy jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Rozmawialiśmy jeszcze o białoporku brzozowym, którego rozliczne zastosowania są naprawdę zadziwiające. Mimo wszystko nie aż tak bardzo jak rytualny i „wróżebny” bęben naczyniowy Samów, który także „rośnie” na brzozie i o którym Marek mówił wiele.

Później rozmowa zeszła na temat jemioły. Jak wiemy, jemioła występuje na różnych drzewach. Dla Celtów najbardziej ceniona była jemioła rosnąca na dębie (zwana złotą gałęzią), natomiast dla Ajnów za najskuteczniejszą uchodziła jemioła rosnąca na wierzbie. Zarówno Ajnowie jak też celtyccy druidzi, uważali jemiołę za lekarstwo na wiele chorób. Podobnie traktowały jemiołę inne ludy, również afrykańskie. Uważano, że jemioła spadła z nieba ponieważ nie miała korzeni . Jemioła była „duchem dębu”, jego siłą, po jej zerwaniu dąb powinien uschnąć. Z jemioły sporządzano „olej św. Jana”, który miał leczyć wszystkie rany cięte. W Szwajcarii nazywano jemiołę „miotłą piorunową” i uważano, że jest swoistym piorunochronem. Cygański w „Myślistwie ptaszym” wydanym w 1584 roku w Krakowie pisze o wykorzystywaniu lepkich owoców jemioły do łowienia ptaków.

A oto tekst piosenki, którą chciał nas nauczyć Michał:

Ej co to za povara idze hen z košara

Ej s krivima nohami, ej dolu prilohami

Ej povedaju na mňe, ej że ja ukrad jahňe

Ej a ja ukrad ovcu, ej hej im zrobia co chcu

Ej ovce moje ovce, ej napoly barany

Ej chtoże vas podoji, ej bača porubany

Ej ovce moje ovce, ej hej vas paše kto chce

Ej ja vas pasc Ne budzem, ej zverbovac šepujdzem

Ej zwerbuj še Janicku ej aj ja pujdem z tebu

Ej budzem ci trimala, ej konika pod tebu

Jednak po kolacji Michał zaproponował nam zaśpiewanie innej piosenki o bardzo prostej melodii: „Boże mój, Pane mój, zeleny jalovec. Prenocujmne mila, vsak sem ja ne vdovec”. Śpiewaliśmy tę piosenkę wielokrotnie i z zapamiętaniem. Potem nastąpił gwóźdź programu, tzn. „światowa premiera” świeżo nagranej płyty Michała Smetanki, w nagrywaniu której brał udział Marek i Ania oraz słowaccy muzycy z Kieżmarka. Utwory odtwarzał Edo – sam realizator dźwięku i producent płyty, na profesjonalnym sprzęcie ustawionym na podwórku. Wokoło Michał z Słowakami ustawił drewniane podesty przykryte tkaninami abyśmy mogli wygodnie siedzieć. W środku paliło się ognisko, a nad nami świeciły gwiazdy zza chmur. Słuchaliśmy w skupieniu cudownej muzyki. Przyszedł także wójt, sąsiedzi i ksiądz. Nareszcie „Kapłan” doczekał się swojego pana. Potem obejrzeliśmy niebywale skonstruowany film o Szaryszu pt. Inne światy(Ine svety)o: 6. bohaterach na końcu świata, na krańcach cywilizacji globalnej…

Niedziela, 15.09.2013r.

W niedzielę po śniadaniu zaczęliśmy śpiewać znaną nam piosenkę a potem tą drugą o powarze. Śpiewaliśmy ją aż trzy razy i wtedy odezwała się Oksana. Tuż po zakończeniu tej drugiej piosenki weszła na środek pokoju i patrząc na Michała stojącego z akordeonem głośnym szczekaniem zachęcała nas do wyjścia. Czas był już najwyższy aby wyjść. Wybraliśmy się do wsi Poproc, położonej na południowym zboczu stromej góry. Dawno nie widziałem tak pięknego modrzewiowego lasu. Stare modrzewie były mocny wygięte, obsypane szyszkami a zbocze porośnięte gęstymi trawami paprociami. Wieś, jeszcze nie tak dawno wyludniona całkowicie jest obecnie zamieszkała głównie przez przybyszów. Świeżo odrestaurowany kościółek nie zachęcał do zwiedzenia, ale za to układ budynków i kserotermiczna roślinność wokół wsi przeniosła nas na południe Europy, na Bałkany. To był ten klimat, brakowało jedynie osiołków i winnic. W obejściach śliwy, jabłonie i grusze. Spokój. Rosły tam goździki, macierzanki i lebiodka Origanum vulgare, w wilgotniejszych miejscach mięta. Powrót stromym zboczem okazał się niezłym wyczynem dla starszej braci. Marek uzmysłowił nam na przykładzie młaki przy szlaku jak są ważnym elementem środowiska. Powstały często na skutek osuwisk są dostarczycielem wody dla górskich strumieni, siedliskiem dla wielu roślin i miejscem występowania wielu zwierząt. I w tym kontekście dowiedzieliśmy się o dramatycznych konsekwencjach praktyk wykorzystywania młak jako zbiorników z których czerpie się wodę dla uzupełnienia pokrywy śniegowej na trasach wyciągów narciarskich. Wiele wsi w górach jest ulokowanych na dawnych, nieczynnych już osuwiskach, ale było to możliwe i bezpieczne dzięki lekkiemu budownictwu drewnianemu, nie podcinaniu stoków drogami i nie betonowaniu stoków.

Zejście do Brutovców, potem obiad, przepakowanie się, zbiórka pod kościołem, załadunek do busa i szybki odjazd. Po dwu godzinach byliśmy w Piwnicznej. Szybki powrót do cywilizacji. Kawa w kawiarni dla pokrzepienia, ostatnie rozmowy i pożegnania.

Nieborak

bisarmalagrupka

Reklamy

Po warsztatach… czyli na tropie magicznego agaryka!

nabisarze1Warsztat w Górach Lewockich już za nami, ale ilość obserwacji, inspiracji i rozpoczętych prac jest tak duża, że proszę o cierpliwość i przygotowanie się na kilka relacji. Grupa okazała się fantastyczna i zupełnie wyjątkowa! Dokumentację fotograficzną zawdzięczamy fotograficzce i artystce Ewie Grzeszczuk (Grudziądz), świetne obserwacje terenowe grzybów i bardzo inspirujący temat AGARYKA ( prawdziwy grzybowy Yeti… 🙂 ) oraz świetną relację z warsztatów (ja już czytałem roboczy tekst!!! ) zawdzięczamy Andrzejowi Chlebickiemu, profesorowi PAN i dociekliwemu obserwatorowi przyrody/życia, ale wszyscy pozostali uczestnicy wyprawy w Góry Lewockie mieli ogromny wkład w poziom obserwacji i dyskusji, sprawny przebieg warsztatu (hmmmm… było jedno takie podejście) i atmosferę pełną życzliwości i radości. Michał Smetanka jest jak zwykle gospodarzem doskonałym i Jemu zawdzięczamy wiele muzycznych wzruszeń… ale i doświadczeń kulinarnych. O tym, że warsztat był udany zaświadcza lista uczestników planowanego na wiosnę warsztatu w Czerwonym Klasztorze… Bardzo Wam wszystkim dziękuję za te kilka intensywnych dni, bo w naszym zwariowanym świecie miękkie, przyjacielskie struktury badania tego co nas otacza wydaja się jedynie skuteczne i w miarę niezależne! Mam nadzieję na zbudowanie z Wami jeszcze wielu Tymczasowych Etnobotanicznych Stref Autonomicznych… 🙂 Na fotografii nasza TESA na szczycie góry Bisar, którą odwiedziliśmy jednego dnia dwukrotnie… ja (u góry) i Ewa (pod tekstem) naciskałem spust migawki, Michał gotował obiad… 🙂

brutovcegrupa2

TRIEST etnobotanicznie

miramare

Po Wenecji (zainteresowanych uzupełnieniem lektury odsyłam do wcześniejszego wpisu oraz do: http://plasnieciewbudyn.blogspot.com ) pojechaliśmy do Triestu. Miasto i port jest niezwykle interesujące z wielu bardzo różnych powodów: miał tu miejsce ważny epizod z życia Jamesa Joyce’a, Triest to miasto innego słynnego pisarza – Italo Svevo… ale Triest to także największy port kawowy na Europę, jest tu słynny, biały zameczek Miramare (Castello di Miramare) zbudowany w ltach 1856-1860 dla austriackiego księcia Ferdynanda Maximiliana i jego żony Charlotte i są strome, suche wzgórza wokół miasta wpatrzone w Zatokę Triesteńską, a kiedyś  także mocno… w niedalekie światła Wenecji.

Zameczek Miramare projektował Carl Junkier i zaplanował go świetnie, bo nie zapomniał umieścić wokół niego 22. hektarowego parku, który w 1859 roku urządził Antoni Jelinek. Czech ten jest bardzo interesującą postacią, ale na nieco inną opowieść. Zameczek usadowiony jest nad samym brzegiem Zatoki Triesteńskiej czyli części Adriatyku, a park urządzono na stromych stokach wznoszących się na kilkaset m n.p.m. i ograniczonych linią kolejową i przystankiem kolejowym: Miramare. Park jest interesującym przykładem kolekcji roślin miejscowych (flora śródziemnomorska) i zbiorowisk leśnych i zaroślowych o naturalnym charakterze z wprowadzanymi przez wiele lat cennymi gatunkami z różnych stron świata. Uwagę przyciągają cedry sprowadzone z Libanu, gatunki himalajskie, meksykańskie, chińskie i z wszelkich południowych terenów Europy. Nie wiem czy istnieje jakaś aktualna inwentaryzacja zebranych, posianych przypadkowo i miejscowych gatunków roślin i dlatego Miramare Park wydaje się tajemniczy i warty zbadania. Poza cedrami od pierwszego kroku na terenie Parku zwracają uwagę rozmaite palmy, w tym jedyny europejski gatunek – karłatka, dęby, pinie i Gingko biloba. W miejscach urządzonych i przy samym Miramare mocno pachną kocanki włoskie (u nas nazywane czasem jak przyprawa: „magi” … pisałem wiosną o mojej uprawie kocanek przyprawowych na balkonie) i lawenda. Czym wyżej wchodzimy ścieżkami, tym charakter Parku staje się bardziej naturalny, dziki, ale od czasu do czasu spotykamy aleje, kępy i pojedyncze drzewa posadzone specjalnie. W leśnym podszycie ciągle rosną palmy, ale także myszopłoch i bardzo liczny laur. W warstwie drzew zaczynają dominować południowe gatunki dębów, a w miejscach otwartych rozmaite gatunki cyprysów i kilka gatunków żywotników i sosny. Na uwagę zwraca stara aleja i kilka kęp oraz pojedynczych starych okazów chruściny jagodnej (Arbutus sp.), która wyglądała mi zdecydowanie na gatunek mniej znany od słynnego drzewa poziomkowego (Arbutus undeo). Najprawdopodobniej była to chruścina andraszek (złuszczone, cynamonowej barwy pnie!) o łacińskiej nazwie – Arbutus andrachne. Jest to bardzo prawdopodobne, bo miejscowe drzewo poziomkowe nie było pewnie tak atrakcyjne dla urządzających Park jak pokrewny gatunek, ale rosnący głównie w Grecji i to na części wyspiarskiej. Nazwę popularna: drzewo poziomkowe lub drzewo truskawkowe, zawdzięcza chruścina owocom, które przybierają w jesieni kolor poziomkowy. Pośród owoców znajdziemy często kwiaty, które przekształcą się w owoce w nastepnym roku! Chruściny to bardzo ciekawe krzewy i drzewa owocodajne i dziwi mnie, że u nas tak słabo znane w sensie korzystania z produktów wyrabianych z ich owoców jak np. z likierów ( medronho z Portugalii z owocami chruściny i miodem) i wielu innych przetworów, a do tego kwiaty i kora są surwcem zielarskim.  Kiedyś zajadaliśmy się już owocami drzew poziomkowych (czasem nazywa się je: truskawkowymi) w okolicach Genui i są naprawdę smaczne, ale nie zalecam zbyt dużych ilości surowych owców na jeden posiłek… 🙂 Owoc chruściny znajdziemy w herbie Madrytu i na obrazach Hieronima Boscha, a więc śmiało możemy zaliczyć tę roślinę do typowych dla europejskiej strefy śródziemnomorskiej.

Claudio Magris, doskonały pisarz, którego Dunaj uważam za „wzór wzorów” jeżeli chodzi o poznawanie i opisywanie Europy, a który urodził się w Trieście (1939 r.), pisał o nim, że place, kamienice, ulice i port tylko skrywają dzielnice na wzgórzach wokół miasta, gdzie przebywa prawdziwy jego duch. Nie chcę się wgłębiać w arcyciekawą i bogatą historię Triestu ( warto tylko wspomnieć o tym, że kiedyś miasto to było we władaniu Republiki Weneckiej, był tu Napoleon, a nawet był czas, że… my, ludzie z Galicji byliśmy przez chwilę w jednym Cesarstwie… ale trafiło wreszcie do Włoch za sprawą USA, których sztab wojskowy dopilnował aby Triest nie trafił do socjalistycznej Jugosławii… sztab ten rezydował w bazie założonej … w Miramare!                       Pałac Miramare widać z miasta i można dojść do parku i pałacu pieszo (ale jest to około 2 godzin marszu), albo dojechać miejskim autobusem. Morze i skały wokół pałacu są chronione rezerwatem przyrody i można tam łatwo obserwować wiele gatunków morskich ptaków, a w budynku przy pałacu znajduje się małe muzeum i akwarium prowadzone przez WWF.

Etnobotanik, poza Miramare powinien zobaczyć w Trieście także spory areał wokół ruin zamku, lapidarium i pozostałości rzymskich budowli na wzgórzu górującym nad miastem. Jest to popularny cel wycieczek, ale przy odrobinie niezależności i daru uprawiania miejskiego „dryfu” napotkamy wiele interesujących ogrodów, zdziczałych placów, wielkich drzew morwowych, przepiękne okazy cyprysów i wiekowych żywotników. Z podróżnych uwag jakie przychodzą mi na myśl po odwiedzeniu Triestu, warto może wspomnieć o zdecydowanie źle widzianym dotykaniu owoców i warzyw w sklepach i na straganach, co zaobserwowałem już w Wenecji. Przy bakłażanach widziałem nawet karteczki z naszkicowaną trupią czaszką i wezwaniem: nie dotykać! Nie ma więc obmacywania, naciskania, oglądania z bliska, ważenia w dłoni… co wydaje się nam bardzo niekomfortowym zwyczajem. Innym irytującym „wynalazkiem” jest stosowanie biletów z numerkami w piekarniach (jak na pocztach, kasach lub w urzędach)… i bez takiego biletu nie dostaniecie pachnącej bułki, a jacyś strasznie głodni i rozjuszeni smakowitymi zapachami emeryci przypilnują Was skutecznie! 🙂

Reasumując: Triest i jego okolice są bardzo interesującym przykładem zmieszania wielu roślin z odległych stron z miejscową florą i zbiorowiskami suchych lasów i ciernistych zarośli z aromatycznymi roślinami zielnymi, założeń ogrodowych i płynnego przechodzenia miasta w dzikie tereny.             Z Triestu dostaniemy się autobusem do Ljubljany… ale to w następnym odcinku.

Na moich fotografiach: romantyczne ujęcie (bo jakie inne?) Miramare oraz chruścina z Parku…owoce jeszcze zielone.

poziomkowetree

SUSTAINISM

sustainism2

Z każdego wyjazdu wracamy z plecakiem książek, wydawnictw, ulotek, map i wszelkiego rodzaju druków, które dopiero w domu dokładnie badamy. Oczywiście w Wenecji, poza wielkim dwutomowym katalogiem Biennale, zebraliśmy sporo wydawnictw ulotnych, ale także kupiliśmy interesującą książkę. To także gabarytowo duże wydawnictwo pt. Yes Naturally. How Art Saves the World, które z pewnością jest już w obiegu wśród co bardziej dociekliwych badaczy kultury współczesnej, ekologów, aktywistów miejskich itd. itd. Książka ma 240 stron i jest pewnego rodzaju przeglądem trendów, postaw myślowych artystów i aktywistów, dzieł sztuki lub działań bliskich temu pojęciu (często są to wyniki ewolucji klasycznego 🙂 land artu, ale też bioart), a więc cała książka jest sama w sobie pomnikiem tego co się dzieje w światku miejskich „ekologów” i działaczy społecznych. Pomnik odpowiada rzeczywistości, bo po pierwsze książka jest bardzo nierówna, co oznacza, że bzdury sąsiadują z przebłyskami interesujących koncepcji… po drugie: dobór autorów i tematów jest aktem środowiskowym (czytaj: znajomościowym) i wolnym od logiki i obiektywizmu, ale pełnym uwielbienia dla miłych i ciepłych zachodnich środowisk miejskich partyzantów młodego pokolenia, które uważa, że świat się urodził w momencie gdy pierwszy raz „weszli” do sieci… to taka rewolucja ostra w słowach, ale bezpieczna i zadekowana gdzieś na uczelniach i w bogatych fundacjach, finansowana przez rodziców partyzantów albo, co rzadziej, bardzo indywidualistyczna i nastawiona na eksperyment i sztukę. Niestety to drugie (sztuka…) jest czasem grubym nieporozumieniem i dość mam już odkrywania starych doświadczeń Pawłowa – wielkiego uczonego rosyjskiego (dla młodych czytelników: użycie określenia ” wielkiego uczonego rosyjskiego” to sarkazm w czystej postaci i odnosi się do czasu gdy każdy rosyjski gość w białym kitlu był „wielki” jeżeli pisano o nim w socjalistycznej Polsce), który badał odruchy psów na rażenie ich prądem, co dawało metodę nauczania prawidłowych odruchów, także na planie inżynierii społecznej. Obecnie przekłada się to na seryjne produkowanie „gadających roślin”, a ostatnio nawet roślin latających (jak donosi A. która jest właśnie na Festiwalu Ars Electronica w Linzu)… Trzymanie w pleksiglasowym pudle lub innej klatce papug, kogutów itp. fantastyczne odkrycia bioartu zaczynają drażnić efekciarstwem i podstawowymi brakami w wykształceniu artystów/sztukmistrzów (fizyka, biologia, chemia na poziomie liceum) i usilnym wpisywaniu się w najmodniejsze nurty sztuki i aktywizmów czyli w Towarzystwo. Zamiast nowej sztuki mamy rodzaj cyrku i gabinetu osobliwości w jednym, przypominający ten nazywany Centrum Kopernika w Warszawie.

Pewnie w każdym snobiźmie jest ziarnko pozytywnego, ale problem w tym, jak to ziarnko jest duże? Niektóre rozdziały w omawianej książce są jak ilustracja działań popularnej krakowskiej artystki Malik, która robi rzeczy istniejące wyłącznie lub prawie wyłącznie poprzez medialne nagłośnienie. Siedzenie na drzewach lub malowanie obrazów w parku czy nadrzecznych zaroślach albo pływanie kajakiem po miejskich rzeczkach nie ma artystycznego znaczenia i jest to czysty aktywizm ubrany przez kolegów z mediów w szaty sztuki. Z drugiej strony, nie można nie docenić tematyki i konsekwencji w zajmowaniu się żywym otoczeniem człowieka w mieście przez tę miłą osobę. Dlatego jesteśmy w pułapce… bo przecież warto wspierać takie działania udając, że nie widzimy słowa sztuka/art jakie się uparcie serwuje licząc, że powtórzone tysiąc razy wreszcie się uprawomocni. Do książki i tematu sztuki współczesnej zajmującej się roślinami 🙂 będę wracał jeszcze wielokrotnie, ale jedno z objawień, które uratuje świat zasługuje na uwagę szczególnie. To pojęcie SUSTAINISM opisane i zilustrowane graficznie na końcu książki. Trochę ryzykuję opisując to bez uzgodnienia z autorami, bo pojęcie i logotypy specjalnie zaprojektowane 🙂 dla nowej ery zapowiadanej przez duet: Joost Elfferst i Michiel Schwarz są chyba zastrzeżone! Autorzy skromnie nazwali swój koncept – ” a new era in culture” i zaczynają swoje wywody od charakterystycznego intro: „po dwudziestowiecznym moderniźmie i postmoderniźmie…” … Wow!  Sustainism ogłoszono jak należy 🙂 w manisfeście: „Sustainism Is the New Modernism: A Cultural Manifesto for the Sustainist Era” w Nowym Jorku w 2010 roku. Podstawowe hasła Nowej Ery to: CONNECT – LOCALIST – SHARE – FAIR – PROPORTION – NETWORK – REDESIGN – INCLUDE i są to hasła głęboko słuszne! 🙂 Przypominają one nieco listę złożoną z  części tutułów prasowych z ostatnich 20. lat dyskusji, działań i opisów ideologii budowanej wokół społecznych ruchów na rzecz ochrony środowiska i obrony niezależnej kultury więc bez wątpienia cel i ideolo są słuszne i warte poparcia… 🙂 Logotypem (pamiętajcie: design and text by JE and MS…) Sustainismu jest węzeł bez początku i końca, jakoś znajomy… bo używany od tysięcy lat w kulturach: Azji (Indie, Tybet…), Afryki (np. Etiopia), Ameryk (np. Meksyk), Europy (Grecja, Norwegia…)… a wymieniam tylko te najbardziej znane. Niejaki Adrian Frutiger opracował kiedyś piękną „mapę” wydaną w Szwajcarii  pt. Symbols and Signs. Explorations i przez przyzwoitość (mimo świetnej roboty badawczej i edytorskiej) nie ogłosił tego światu jako własnego wynalazku. No i tak to jest z modami, chęcią bycia w TRDPIKiN (Towarzystwo Rewolucjonistów Dotowanych Przez Instytucje Kultury i Nauki), a dla nas – prostych etnobotaników terenowych, płynie z tego nauka, że botanizowanie ciągle jest w awangardzie! Przekonałem się o tym po raz kolejny w czasie warsztatów jakie prowadziłem w ostatnią sobotę w okolicach Starego Sącza. Kilka rozmów potwierdziło moją tezę główną (ale nie jest to Manisfest Etnobotaniczny Nowej Ery… 🙂  ), że nasze związki z roślinami są subtelniejsze i istotniejsze niż tzw. naukowcom, a nawet coś przeczuwającym artystom się wydaje. Nad tym będziemy pracowali i dopiero kiedy się czegoś naprawdę dowiemy i nauczymy, ogłosimy to światu. Może do tego czasu media i krytycy sztuki nie zgłupieją doszczętnie?

Być może uznacie Drodzy Etnobotanicy, że wpis ten odbiega od standardów etnobotanicznych jakie znacie, ale warto czasem wyzwolić się z tej przemocy ustalania co jest uprawomocnione, a co nie i z tego ciśnienia mediów w Polsce, które dawno przestały nadążać za tym co naprawdę się dzieje. Przypomina mi to sytuację z mojej młodości czyli lat 80. XX wieku kiedy to mawialiśmy: co innego widzisz, co innego słyszysz. 🙂 Etnobotanika czy raczej istota sprawy: nasze związki z roślinami obecnie zaczynają być ważniejsze niż kiedykolwiek i próba ich zrozumienia nie może wykluczać aktualnego czasu, tego co dzieje się teraz, tu i z nami.

 

 

sustainism

Wenecja etnobotaniczna

veneczasilaniepnacz

Wenecja jest owiana mitami, ale aktualne mity nie sięgają pięt historii tego miasta. Półtora tysiąca lat historii i okres Republiki Weneckiej, w którym spora część dzisiejszej Grecji była w jej składzie i silne powiązania z Azją sprawiają, że etnobotaniczne studium Wenecji (gdyby powstało) byłoby fascynującą pozycją detronizującą trylogię Larsona… 🙂 Kiedy uświadomimy sobie jakie miasta dzisiejszych Włoch zostały ukształtowane przez Republikę Wenecji i jakie nazwiska są z nią związane staje się jasne, że tzw. włączenie Wenecji do Włoch (po okresie wolnego miasta, Republiki, najazdów z Azji, chwili pod Napoleonem i chwili w /wielkiej/ Austrii ) było raczej włączeniem Włoch do sfery kultury jaką wypracowała Republika Wenecka. Rzym jest pięknym miastem, ale to Wenecja dla mnie stanowi sedno włoskości. Co do nazwisk, to proszę bardzo: kompozytor Claudio Monteverdi, albo taki popowy Antonio Vivaldi 🙂 ale dla etnobotanika z Europy najważniejsze jest nazwisko Marko Polo. Opisanie świata przypisywane jednemu autorowi powstało przez spisanie przygód i informacji pochodzących od trzech przedstawicieli rodziny Polo, która była szlachecką rodziną z Wenecji, ale pochodziła z Dalmacji (z okolic Szibenika)… Kiedy Opisanie świata zostało spisane Wenecja zamiast walczyć z Mongołami … bogaciła się na handlu ze wszystkimi stronami wielkiego konfliktu. Był rok 1298 i dzieło powstało w więzieniu … w Genui. Bo z Mongołami i Chinami dało się jakoś ułożyć, ale bitwy i wojna o wpływy pomiędzy Wenecją a Genuą były zacięte i prawdziwe. No i tam by można było… ale najważniejsze dla nas (etnobotaników) jest to czego Wenecja i Marko Polo pilnowali? Pilnowali handlu jedwabiem z Chin, które strzegły bardzo skutecznie etnobiologicznej wiedzy na temat jedwabników – morwy – produkcji jedwabiu. Jedwab z Chin był doskonałej jakości i mimo, że tkanina coa vestis uzyskiwana w podobny sposób (ale nie od jedwabników i nie od morwy) była produkowana w Grecji (pisałem o tym fascynującym fakcie w Zielniku… na s.236-237), czyli właściwie w ramach Republiki Weneckiej, to jednak już w tamtych czasach Chiny zawaliły rynek tańszą produkcją… Można sobie wyobrazić, ale pewnie też odkopać w archiwach, co widywało się w Wenecji na targach, w ogrodach prywatnych i w kuchniach…

Pierwsze wrażenie etnobotaniczno-ekologiczne w Wenecji to wielka ulga, bo miasto ma tak wąskie uliczki, że zwyczajnie samochody nie mogą się w nim poruszać. Nie ma samochodów! Następne wrażenia to wszechobecne morze, kiedyś dość śmierdzące, ale obecnie kanały i plaże są w miarę czyste i zobaczyć można zielone wodorosty, małże, ryby i kraby. Zaskakuje możliwość picia wody z miejskich studzienek rozsianych po mieście… Kamienne miasto z wąskimi uliczkami dobrze równoważa bajkowo zielono-kolorowe balkony, małe i duże ogrody, donice z roślinami i rozstawiane rano targi owocowe. Budownictwo jest jak w każdym naprawdę starym mieście w naturalny sposób organiczne: wiele daszków, rynienek, odpływów, aranżacji odrobiny cienia, roślin znoszących upał i brak wody, instalacji do suszenia bielizny, okienek, przewiewów itd. itd. Warto przypomnieć, że to w Wenecji po raz pierwszy w Europie zbudowano „analogową” klimatyzację obywającą się bez prądu elektrycznego. Był to układ tuneli pod kanałami, które wprowadzone do budynków mieszkalnych doprowadzały w lecie zimne, a w zimie ciepłe powietrze do wnętrza. Ekolodzy z dużych, popowych organizacji bazujących na medialnym szumie powinni zauważyć Wenecję … i może jednak pomóc społecznemu ruchowi przeciw zezwoleniu na wpływanie do Zatoki Weneckiej olbrzymich statków pasażerskich o takich gabarytach, że potrafią zasłonić pół miasta. Ruch ten posługuje się ciekawym rysunkiem: wielka ryba złożona z maleńkich rybek (te rybki to gondole, łodzie itp.) połyka statek pasażerski! Stara społeczna idea w wersji morskiej, a do tego Wenecja ma kształt ryby dotykającej głową lądu… W Wenecji zadziwiają gaje piniowe, palmy i wszystko co kiedykolwiek rosło w strefie Morza Śódziemnego i Azji… czy istnieją katalogi gatunków uprawianych w Wenecji?

Wenecja była zawsze mekką sztuki i  słynie z Biennale, które odbywa się już grubo ponad sto lat, a w tym roku miało przed nazwą cyfrę 55! Biennale wymaga kilku dni bardzo forsownego zwiedzania i określenie: forsowne nie dotyczy jedynie trudów obcowania ze sztuką współczesną :-), ale także odległości do przejścia pomiędzy około 80. pawilonami i ekspozycjami urządzonymi na terenie całego miasta. Etnobotaników najbardziej interesować powinny Ogrody czyli Giardini i jest to stały i jeden z dwóch głównych kompleksów la Biennale di Venezia. Giardini już z daleka zachecają nas widokiem wielkich, zielonych i dających cień drzew… co po przejściu przez turystyczne piekło centralnej części miasta jawi się wręcz jako wybawienie! Park i ogrody są pełne cykad i ptaków, a wielkie lipy, cedry i platany, żywotniki, oliwki, morwy, ketmie, figowce, wiązowce, szupiny, ajlanty, eukaliptusy, katalpy, perełkowce japońskie, tamaryszki, ( wiele z nich znajdziecie w Zielniku… na s.252 – 261), glediczje i południowe dęby, ale także palmy, pnącza (milin!, glicynie!), perukowce, piękne i wielkie (!)  i sto innych, a nie wgłębiam się w warstwę roślin zielnych… 🙂

Etnobotanik nie powinien obecnie ograniczać się do roślin użytkowych i tradycyjnego pojmowania ich znaczenia w życiu ludzi, bo jeżeli ulegnie ciężkiej machinie akademizmu (a szczególnie budyniowego…) to nie zauważy wzbierającej fali bioartu, nowej architektury ekologicznej, energetyki opartej o słoneczne technologie roślinne i organiczności nowych stylów życia. Studenci rolnictwa, ogrodnictwa i leśnictwa bez aktualnego umiejscowienia swoich specjalności zostają pozbawieni interesujących szans i ekscytujących możliwości. Zalecam wycieczki studenckie na Biennale… i to właśnie nie studentom ASP (oni już wszytsko wiedzą, potrafią i są straceni…:-) ) ale przyrodnikom! Tam znajdziemy np. ekspozycję Inhale – Terike Haapoja i wszelkiej maści prace typu „gadające rośliny”, które mimo dość słabej artystycznej narracji mają pewne znaczenie inspirujące… Ilość etnobotanicznych wątków w sztuce współczesnej jest zauważalna i rośnie, a więc… tylko proszę aby nie skończyło się na zaliczeniach i odpytywaniu w kto po raz pierwszy użył określenie: ethnobotany… 🙂

Aby tak się nie stało zapraszam na etnobotanikę terenową czyli warsztaty terenowe w Górach Lewockich za dwa tygodnie oraz na wpisy – kolejne plaśnięcia w budyń http//plasnieciewbudyn.blogspot.com

Na fotografiach: zasilanie wielkiej glicynii z pomocą przewodów wyprowadzonych z rynny i pralki oraz wenecka „matka boska kaktusowa”.

venecmatboskaktus