DRZEWO / ONE TREE katalog wystawy

tpndesign2

Kilka dni temu prowadziłem wykład nt. etnobotaniki na Wydziale Leśnym UR w Krakowie i przy tej okazji podarowano mi interesujący i pięknie wydany katalog wystawy zorganizowanej przez Tatrzański Park Narodowy i Miejską Galerię Sztuki w Zakopanem. Jestem bardzo wdzięczny MF za ten podarunek, bo moja technika tranzytowego przebywania w Zakopanem (nie dłużej niż kwadrans) przyniosła najwidoczniej; poza niezaprzeczalnymi dobrymi skutkami, także i jeden negatywny: przegapienie wystawy pt. Drzewo w 2012 roku… Tym bardziej się cieszę, że katalog, o którym warto napisać więcej, został wydany w ograniczonym nakładzie 500 sztuk!

Jarosława Hulbój, który był pomysłodawcą i kuratorem wystawy Drzewo / One tree napisał we wstępie do jej Katalogu, że: pierwotny pomysł dotyczył jakiegoś drzewa… z czasem słowo „jakieś” okazało się dowodem jeśli nie ignorancji – to z pewnością pewnego braku świadomości...” Właściwie to zdanie jest najważniejsze i z niego wypływa cała wartość wystawy i przesłanie zawarte w katalogu… Gdyby to były jedynie prace wykonane z drewna i liści „jakiegoś” drzewa, to pewnie wymowa wystawy nie byłaby tak interesująca i inspirująca. Wybrane ( a nie „jakieś”) drzewo to stary, przeznaczony do usunięcia ze względów na bezpieczeństwo ludzi, jesion wyniosły (Fraxinus excelsior), który jak stwierdził JH: jeden z najstarszych gatunków drzew, obecny na Ziemi od 10 milionów lat. Zajmuje wyjątkowe miejsce w mitologiach Europy, przypisywano mu nawet wpływ na początek rodzaju ludzkiego… Jak wiedzą czytelnicy Zielnika podróżnego… o jesionie pisałem (s.229, ale też o drzewach w kulturze na s.205-210)  Tym bardziej więc z wielką przyjemnością czytałem tę część katalogu… bo napisał go absolwent Wydziału Malarstwa, Grafiki i Rzeźby PWSSP w Poznaniu, a nie przyrodnik! Z następnego, po opisaniu koncepcji wystawy, tekstu pomieszczonego w katalogu i zatytułowanego: Życie po życiu, w którym przedstawiono obecną wiedzę na temat roli jaką pełnią martwe drzewa w ekosystemie leśnym, dowiadujemy się o ważnych zjawiskach dla właściwego postrzegania drzew. Kiedy w połowie lat 80. XX wieku przemycałem tego rodzaju wiadomości do tekstów publikowanych w wydawnictwach ruchu ekologicznego, a nieco później (ale ciągle w latach 80. ubiegłego wieku…) w oficjalnych publikacjach parków krajobrazowych, tego rodzaju wiedza była traktowana przez środowisko leśników z Administracji Lasów Państwowych jak herezja godząca w podstawy gospodarki leśnej…wydawnictwa jak kacerskie, a teraz proszę (!); trafia do katalogów wystawowych… i dobrze, że za sprawą świetnego pióra Tomasza Skrzydłowskiego z Pracowni Badań i Monitoringu Tatrzanskiego Parku Narodowego.

Ale wróćmy na chwilę do koncepcji samej wystawy i zacytowanego na początku zdania o „jakimś” drzewie. Kiedy wytypowano to „jakieś” drzewo (po ścięciu którego grupa artystów miała z jego drewna wykonać autorskie prace operujące zaawansowanym wzornictwem czyli prace designerskie), okazało się, że uzasadniony względami bezpieczeństwa ludzi „wyrok” padł na kępę starych jesionów, które rosły w Kuźnicach. Drzewa traktowane były i słusznie, jak część zespołu zabytkowego obejmującego park i pałac Władysława hr Zamoyskiego. Jesiony rosły w tym miejscu od drugiej lub trzeciej dekady XIX wieku (jeszcze za poprzednich właścicieli Kuźnic), a kiedy hr Zamoyski kupił majątek w 1889 miały ok. 50 lat.  I tu zaczyna się historia nadająca Projektowi Drzewo cechy wizjonerskie. Otóż hr Zamoyski przez 35 lat (od zakupu Kuźnic do swojej śmierci) odbudował mocno przetrzebione lasy w Tatrach, a także wpadł na nowatorski pomysł potraktowania przyrody Tatr nie jako towaru, ale jako źródła inspiracji dla myślenia o świecie, o sobie, o przestrzeni, o przedmiotach, o funkcjonalności… słowem uczynienia stałego oparcia dla nowoczesnego projektowania, które w tym ujęciu miało zyskiwać miano sztuki projektowania w oparciu o Naturę. Poza ideą, Zamoyski w tzw. realu 🙂 zbudował w 1910 roku dom pod nazwą – Bazar Polski przy Krupówkach i było to miejsce, które miało stać się pracownią, przestrzenią wystawienniczą i sklepem ( a które istnieje do dzisiaj i mieści współrealizatora projektu Drzewo – Miejską Galerię Sztuki w Zakopanem) Na mocy testamentu hr Zamoyskiego utworzono w 1924 roku Fundację Kórnicką, która miała czuwać w w/opisanym duchu nad dobrami rodzinnymi w Wielkopolsce (do dzisiaj jest tam ważny ośrodek polskiej wiedzy leśnej), ale też w Galicji. Kiedy przypomnimy sobie o jakich datach mówimy (Wystawa Przemysłu Galicyjskiego w Zakopanem odbyła się w 1905 roku), to dojdziemy do wniosku, że słynny skandynawski design wcale nie był kiedyś dla nas wzorcowym, a może było dokładnie odwrotnie…

Koncepcja hrabiego była tak spójna i wiarygodna, że mimo tego co stało się z naszą kulturą po 1945 roku, owocuje do dzisiaj poprzez następujący ciąg faktów: rok 1933 – lasy tatrzańskie z majątku Zamoyskiego wchodzą w skład Lasów Państwowych, co miało zapobiec rozdrobnieniu, sprzedaży i wytrzebieniu dla zysku… rok 1939 lasy te objęto parkiem przyrody… siłą rozpędu i szczęścia w nieszczęściu czyli możliwości tzw. władzy ludowej powstał Tatrzański Park Narodowy… w roku 2003 zespół dworsko-pałacowy w Kuźnicach przechodzi do TPN. I naprawdę, niech grube przekupki o zapędach politycznych z Zakopanego i okolic nie twierdzą, że tzw. górale by sami lepiej zadbali o Tatry! Albo nie wiedzą co mówią, albo raczej udają, że nie wiedzą i chcą tą niewiedzą zarazić innych i niestety mają duże osiągnięcia w popkulturowym postrzeganiu Tatr. A to co potrafią i chcą naprawdę zrobić, pokazują (niestety) od lat udowadniając, że ich pogląd na ziemię, las, krajobraz i geologię jest prymitywny i zabójczy. Może w tym miejscu warto też przypomnieć, że inny właściciel ziemski Adam hr Stadnicki na terenie Beskidu Sądeckiego tworzył pierwsze rezerwaty przyrody w tym samym okresie (od 1905 roku…) i jego gospodarka, wiedza, styl i etos pracy leśnika (Adam hr Stadnicki był dobrze wykształconym leśnikiem) daje nam dzisiejszy obszar stosunkowo dobrze zachowanych lasów, w których ciągle obecny jest wilk, niedźwiedź i ryś…  Jasne jest, że to nie społeczności lokalne powinny decydować o ochronie rodzimej przyrody, no chyba, że mają jakąś wizję inną niż: podzielić, wyciąć co się da i sprzedać tzw. „inwestorom”. Niestety taki tryptyk widać wszędzie tam gdzie w pełni decydują samorządy. Czekam z nadzieją, że może kiedyś się opamiętają?!

Autorzy katalogu przypominają, że słowo designare (łac.) oznacza: „mianować”, „wyznaczać” i kolejne brawo! dla sięgnięcia do źródeł, bo daje to możliwość spojrzenia na design w bardzo szeroki sposób. Nie tak, jak się to zaczyna obecnie jawić: dodanie kokardki do starej sukienki, albo domalowanie ptaszka do taniego podkoszulka… ale jako sposób patrzenia na obiekt własnej aktywności i orientowania się w szerszych sensach swojej własnej pracy. I tu dla etnobotanika jest bardzo interesujący smaczek: design tak pojęty stwarza płaszczynę współpracy pomiędzy odległymi środowiskami i specjalnościami. W przypadku projektu Drzewo są to: leśnicy, historycy sztuki, artyści, działacze społeczni… Kolejne brawo!

Katalog przynosi oczywiście (jak to katalog…) przegląd prac artystów zaproszonych do Projektu. Prac jest 12, a ich autorów nieco wiecej. Przemiana drzewa w drewno i drewna w obiekt artystyczny, ale też obiekt użytkowy jest pięknie podsumowana przez JH zdaniem: przemiana jest innym imieniem ciągłości. Przegląd prac otwiera rewelacyjna Larwa (poduszka, jesion pozłacany)… z pracowni Beton: Marta Rowińska, Lech Rowiński, następnie podziwiamy Misę (jesion olejowany) Macieja Gąsienicy Giewont, Jarosław Holbój, autor koncepcji i kurator Projektu zaprojektował Ławkę (jesion, stalowe śruby i wkręty, tkanina impregnowana), Jasiewicz Sobiecki Studio zaproponowali stół (deski jesionowe, 12 wkrętów) nazwany In progress ( i coś wiem o tym, bo sam miałem stół wykonany z nie całkiem suchego drewna, który zmieniał się dość istotnie, a wygięcia wydawały się rozwojowe…), Kompott Studio – Maja Ganszyniec, Krystian Kowalski opracowali Home Office – akcesoria na biurko (jesion, stalowa podstawa, pręty z magnezu), dalej znajdujemy inspirującą pracę Gabukow – Gabriela Kowalska zatytułowaną: Szklane kręgle (jesion, szkło), a z opisu dowiadujemy się, że: drewno (w formie potażu) od wieków jest skladnikiem szkła…, zwraca uwagę praca Jadwigi Majerczak- Żmidzińskiej Lampa (liście jesionu, klej, instalacja elektryczna), moja ulubiona praca, to Twórczy ferment (odpady po ścince drzewa, kapsuła z pleksi, miękkie PCV, rurki silikonowe, zaworki, gaz) i przesłanie jeje autora – Tomasza Opani: fermentujmy co się da /…/ poddajmy temu procesowi wszelkie nonsensy, przepisy, ustawy, dyrektywy. Bez pardonu, ze stekiem bzdur, lawiną zbędnych informacji – do kotła z nadprodukcją i brzydotą. Porąbać, połamać, przerobić na wióry. Dodać skoszonej trawy. Wrzucić do bioreaktora. Otrzymanym produktem będzie gaz potrzebny do ogrzania naszego domu i ugotowania zupy. Resztą możemy podsypać pomidory. Jerzy Sarkowicz zaproponował Lampę (jesion, żywica epoksydowa, stal nierdzewna, szkło hartowane, instalacja elektryczna) przy tworzeniu której posłużył się własną (jak rozumiem?) unikatową technologią obróbki drewna. Piotr Stolarski wykonał Stół (jesion lakierowany i olejowany, kółka obrotowe) wykorzystując naturalne rozwidlenie drzewa. Zestaw Biżuterii ze srebra i … trocin ( trociny jesionowe, srebro) to praca Przemysława Wańczyka, która koresponduje z pracą Kluka (szkło ręcznie formowane, odpady jesionowe), zaproponowaną przez Wzorowo – Agnieszka Bar, Karina Marusińska. Jako osobną pracę wyróżniłbym projekt i wykonanie samego Katalogu (distudio Grzegorz Bykowski), jest naprawdę fantastyczny! Gratulację dla Wydawcy czyli TPN, świetnie, że Katalog jest dwujęzyczny (pol/ang.), a zespół realizujący projekt wykonał wielką i mądrą pracę. Projekt, Katalog i wszystko wokół to woda na mój młyn czyli traktuję je jako potwierdzenie, że ochrona przyrody (zwłaszcza w Polsce) powinna być działem kultury i ochrony jej dziedzictwa!

Jeżeli już miałbym szukać słabszych stron, a recenzent nie powinien tego unikać, to kryją się one nie w idei Projektu, nie w Katalogu (który jest rewelacyjny!), ale w samych zaprezentowanych projektach. Mamy w zestawie prac zbyt dużo zbyt prostych skojarzeń: dwa stoły i dwie lampy, ławkę, biużuterię, naczynia… a żyjemy otoczeni codziennie komputerami, tabletami, telefonami, latamy samolotami, gotujemy na płytach ceramicznych, zajmujemy się mikro-ogrodnictwem na swoich balkonach, silnie odczuwamy brak kontaktu z lasem… nawiedzają nas tęskonoty duchowe za „dzikością”…  Artyści… oby jesion i inne drzewa Wam sprzyjały… to może zaproponuję warsztaty etnobotaniczne?

Mam nadzieje, że nikt nie będzie miał pretensji o pokazanie detalu okładki Katalogu (u góry) oraz części ilustracji pracy Twórczy ferment… pod wpisem!

tpndesign1

Reklamy

Tybetańskie jagody goji w Starym Sączu!?!

kolcowojstarys1

Uprzedzam, że tekst ten wymaga skupienia i wyobraźni, ale warto go przeczytać ze zrozumieniem, bo jest też doskonałym przykładem na wielokrotny „przekładaniec” etnobotaniczny. Rozumiem, że tylko ludzie uważni i o otwartych umysłach czytają etnobotanicznie.pl 🙂 więc zaledwie wspomnę, że etnobotanika nie jest pretekstem do publikowania spisu roślin jakie się w życiu widziało, ale jest próbą zrozumienia bogactwa związków jakie łączą ludzi z roślinami i rośliny z ludźmi… a byłoby pięknie (!) gdyby sięgać jeszcze dalej, po szukanie przyczyn tych związków, które są stare jak świat.

Obserwacja podstawowa dotyczy występowania kolcowoju pospolitego (Lycium barbarum) na starych stanowiskach w Starym Sączu. Rośnie tam głównie na skarpie ograniczonej oporowym murem kamiennym, przy wjeździe do miasta od strony Nowego Sącza, wzdłuż tzw. zakrętu śmierci… 🙂 Kolcowój jest bardzo charakterystyczną rośliną i jego jasnozielone pędy, za młodu wzniesione ku górze, a w miarę rozrastania się, opadające kaskadowo wzdłuż muru, przyciągają wzrok. Roślina kwitnie małymi kwiatami niebieskawo-fioletowego koloru i owocuje czerwonymi jagodami. Druga podstawowa obserwacja terenowa dotyczy masowego występowania kolcowoju na murach i skarpie królewskiego zamku w węgierskim Esztergomie, znanym także pod polską nazwą Ostrzyhom. W tym zamku, położonym na skarpie opadającej stromo do Dunaju, mieszkał m.innymi król Węgier Bela IV ze swą żoną Marią (córką Teodora Laskarisa, cesarza Grecji). Podstawowa informacja na temat występowania kolcowoju jest taka, że pochodzi z Chin (!) i jak się to ładnie i gładko pisze w uczonych notatkach botanicznych: „rozprzestrzenił się również w innych regionach świata„. Słabiej jest już z odpowiedzią na pytanie; z jakiego to powodu kolcowój ( a do końca nie wiadomo czy k. pospolity (Lycium barbarum) czy kolcowój chiński (Lycium chinense), czy może jakieś krzyżowki pomiędzy tymi gatunkami lub kultywary wyhodowane w uprawach komercyjnych)… tak się rozprzestrzeniły? Czy może kolcowoje należą do „straszliwych” roślin inwazyjnych atakujących „czyste”, „rodzime” kultury botaniczne? 🙂 Wygląda na to, że to rozprzestrzenianie się kolcowojów (?!) miało dwie przyczyny: pierwsza, to właściwości przypisywane jagodom (zwanym obecnie „tybetańskimi jagodami goji” i niezwykle modnymi, po tym jak „okazało” się, że zjada je sama Madonna….!), a druga, to zdolność umacniania skarp, murów i fortyfikacji poprzez przerastanie ich zwartym kobiercem kolczastych i niezwykle żywotnych krzewów.

Teraz wróćmy do Starego Sącza… Nie zachowały się informacje (nie znam takich, ale jestem otwarty i bardzo zaciekawiony) o tym, aby kolcowoje posadzono w Starym Sączu dla właściwości ich jagód. Miejsce gdzie rosną i charakter tego stanowiska wskazują raczej na wprowadzenie ich jako ochronę przed erozją i wzmocnienie muru oporowego… Przyznam, że dość oryginalne! Jagody goji rosną sobie zatem w Starym Sączu na miejscu, które wszyscy mieszkańcy oglądają setki razy rocznie… Nie dość tego… jakiś czas temu, ze trzy-cztery kadencje władz temu 🙂 próbowano pozbyć się kolcowojów ze skarpy (aby pewnie zastąpić je tujami? 🙂 ), na szczęście, to się nie udało, ale jedynie przez wielką żywotność rośliny. Ze Starego Sącza przenieśmy się nad Dunaj, do Esztergomu czyli pierwszej stolicy Węgier, oddalonej od Budapesztu ok. 50 km. Co łączy zamek w Esztergomie z murem oporowym w Starym Sączu, poza występowaniem kolcowoju? Jest taka historia… to historia Kunegundy (Kingi), córki Beli IV i Marii, która jako mała dziewczynka tam się wychowywała, a potem została zaręczona (ślub w 1246 rok – Kinga w wieku 12 lat) z Bolesławem (synem Leszka Białego) i… dalsza historia dotyczy wszystkiego najistotnieszego dla Starego Sącza. Bez Kingi (dzisiaj świętej Kingi), klasztoru klarysek i wielu innych związanych z Nią wydarzeń tego miasta by już nie było. Kinga, poza znanym i odwiedzanym tłumnie także i dzisiaj klasztorem klarysek, zbudowała na wpół legendarny zamek w Pieninach, którego istnienie ostatnio potwierdzają prace archeologiczne zlecone przez Pieniński Park Narodowy. Głównym elementem zachowanych śladów tego zamku jest tradycyjnie zbudowany mur obronny… W świetnej analizie znalezisk archeologicznych (opublikowanych po pewnej konferencji o stanie wiedzy na temat Pienin) zwróciła moją uwagę wątpliwość głównego narratora opisów dot. zamku w Pieninach na temat tego, że Kinga pewnie musiała wzorować się na fortyfikacjach Wawelu przy budowie tego obiektu! Ale dlaczego? Nie wystarczyło przypomnieć sobie (i wezwać do pomocy budowniczych z dworu ojca) zamku, murów i umocnień na stromym brzegu Dunaju, tego w którym się wychowała i pewnie też wielokrotnie później odwiedzała! Nawet nie będę ciągnął wątku greckiego pochodzenia matki Kingi… a zamki w Grecji i to na skałach nie były wzorowane na Wawelu. Przeświadczenie o tym, że wszyscy wokół Polski (jeszcze do tego ówczesnej… i wobec tego co dla południa Polski uczyniła Kinga) musieli się na nas wzorować jest trochę śmieszne i budzi moje zdziwienie.

Tu następuje niebezpieczny moment w mojej histroii… jakże by się chciało kolcowoje z zamku rodziców Kingi połączyć wprost ze Starym Sączem… 🙂 Niestety, nie mamy dowodów na to, że kolcowój w Starym Sączu przybył z budowniczymi Kingi, nie wiemy jak długo rośnie na skarpie nad Dunajem… Musi więc paść sakramentalne i rasowo „naukowe” stwierdzenie: wymaga to dalszych, pogłebionych badań. Kilka faktów jednak dało się ustalić i kilka pytań się pojawiło… czyż to nie jest wystarczający plon wstępnej analizy sytuacji wyniesionej z tego, że chiński kolcowój rośnie w Starym Sączu i Ostrzychomiu? Czy to nie wystarczający powód, aby nieco zrewidować narastającą histerię wokół tzw. roślin inwazyjnych, aby uznać (a może niektóre z nich) za ważny element poświadczajacy o naszej historii i wielowarstwowości kultury? Obecne władze Starego Sącza, otwarte na kulturę i naturę ( a jak je oddzielić w mojej opowieści o kolcowoju?) z pewnością nie dopuszczą do zniszczenia tak cennego etnobotanicznego tropu…

Uwaga, uwaga: jagody kolcowoju zwyczajnego są ponoć trujące, a kolcowoju chińskiego niezwykle zdrowe i o prawie „cudownym” działaniu… Przez długi czas (a pewne, że gdy jadła je Madonna) jagody goji były uprawiane w Chinach Ludowych bez przestrzegania norm dotyczących stosowania nawozów sztucznych i pestycydów… byle więcej na Zachód, bo celebryci sprawili, że wszyscy chcą być w łatwy sposób (acz nie tani…) zdrowi, mądrzy i z każdym dniem młodsi… Druga uwaga dotyczy możliwości pomyłki jagód kolcowoju z trującymi jagodami psianki słodkogórz (Solanum dulcamara), które rosną w Polsce dość licznie, a wokół Starego Sącza często zasiedlają to, co nazwałem w Zielniku… napowietrznymi ogrodami wierzbowymi (s.104). Kolcowoje są bliskimi krewnymi psianki i należą (wraz z… ziemniakiem, pomidorem, papryką, bakłażanem…) do rodziny psiankowatych.

Zaciekawionych Kingą i Starym Sączem namawiam do sięgnięcia po mój przewodnik po tym mieście i okolicach pt. Stary Sącz. Karpackie miasteczko z klimatem. wydany pięknie (ale też kieszonkowo) przez Amistad na zlecenie Centrum Kultury i Sztuki im.Ady Sari w Styarym Sączu (www.polskaturystyczna.pl)

Moje fotografie kolcowojów ze Starego Sącza (u góry) i kolcowoju z Esztergomu (pod tekstem) zestawił dla usprawnienia Bogdan Kiwak.

kolcowojhung1

Patrimonium Europae: o etnobotanice, muzyce i podróżach…

Miło mi polecić rozmowę jaką opublikowała organizacja Patrimonium Europae http://patrimonium-europae.org/2013/10/13/magiczne/

zwłaszcza, że prowadzona była z Oslo, a jej przyczyną była książka Vaggi Varri. W tundrze Samów  www.wydawnictwoalter.pl i jej etnobotaniczne aspekty oraz kultura Samów. Przypominam, że Vaggi Varri… zawiera wiele informacji na temat etnobotaniki i etnobiologii Samów i Skandynawii, a dla ułatwienia korzystania z tej części tekstu zestawiłem na końcu książki osobny spis nazw roślin, zwierząt i pojęć z podaniem stron w książce… 🙂

Na fotografii z 12.10.2013r. ze Stacji Orunia w Gdańsku, podczas spotkania wokół książki i pod wirtualnym namiotem samskim lavvo…

mylavvo

Bułgarskie zimowity

Od kilku dobrych lat kompletujemy atlasy, klucze i inne wydawnictwa na temat flory Bułgarii… i w tym roku Natasza przywiozła bardzo cenne nowe książki. Pośród nich jest monografia roślin występujących w Parku Przyrodniczym Belasica (w okolicach miasta Petricz przy granicy Bułgarii z Macedonią i Grecją). Belasica to inaczej Kerkinie albo Belles. Warto pewnie dopisać do wcześniejszych informacji o zimowitach, że na tym terenie rośnie ten sam gatunek co w Polsce, Słowacji i Czechach czyli zimowit jesienny (Colchicum autumnale), który występuje na całym terytorium Bułgarii. Jego zasięg pionowy w Bułgarii daleko przekracza wysokość naszej Polany Chchołowskiej… bo sięga 2 900 m n.p.m. ! W Bułgarii zimowit jesienny nazywa się: jesenen mrazowec… Ten dopisek wydał mi się konieczny wobec tego, że wiele z terenów mitycznych historii greckich leży na terytorium Bułgarii… Góry Bielasica leżą w dużej części w Grecji (45%), w Macedonii (35%) i tylko 20% to chroniony teren górski w Bułgarii. W czasach antycznych były to trackie tereny Orbelos i tutaj rozwijał się kult Dionizosa. Nawet gdyby Hekate lub Medea miała bulwy zimowitów przenieść do ogrodu w Kolchidzie ze swej ojczyzny, to najprawdopodobniej chodziło by dalej o „naszego” zimowita jesiennego… 🙂

bielasicabook.jpg

Jesienki, ocuny, zimowity…

zimowity2013

Jest czas na kwitnące zimowity jesienne (Colchicum autumnale), który w Karpatach właśnie zaczyna przekwitać. Przypominam, że zimowit jest niezwykłą rośliną o bardzo starych korzeniach w kulturze ludzkiej, a niektóre jego właściwości dają wiele do myślenia… W literaturze czytamy najczęściej, że to roślina trująca i tyle (chyba, że sięgniecie po Zielnik podróżny… s.72-73), a zimowit zasługuje na znacznie więcej uwagi. Bodaj najbardziej interesujący jest proces jego rozmnażania, bo nie dość, że zachodzi w praktyce częściowo w zimie, to jeszcze pod ziemią… aby późną wiosną ukazała sięroślina całkiem do jesiennego, fioletowego kwiatu bez liści nie podobna. Substancje jakie znajdują się w zimowicie należą do niezwykle interesujących, a efekt ich działania daje wiele mocnych inspiracji. Gdyby któryś z licznych już u nas 🙂 artystów bioartu (męczących paprotki i inne rośliny doniczkowe swymi instalacjami na poziomie zajęć laboratoryjnych z pierwszych lat ogrodnictwa), zechcieli sięgnąć po wiedzę etnobotaniczną (a i „zwyczajna” botanika by się przydała…), to może poziom refleksji bioartowców byłby bardziej interesujący? Kolchicyna (rodzaj zmodyfikowanego alkaloidu) blokuje podział komórkowy (mitozę) i stosowany jest do wywoływania wzrostu ploidalności komórek. Mówiąc prościej… substancja (substancje? niektórzy podają ok. 20 substancji czynnych zawartych w Colchicum…) zawarte w zimowicie powodują mutacje genetyczne i budzą zainteresowanie biotechnologów (a więc powinny zainteresować także bioartystów?) i genetyków. Z pomocą wyciągów z zimowita doprowadzono do pierwszych modyfikacji genetycznych u innych roślin i tak powstały wielkolistne odmiany tytoniu. Jednocześnie substancje czynne  (główne ilości zawarte są w bulwach i nasionach zimowita) są stosowane jako lekarstwa, ale są bardzo silną trucizną i mogą spowodować śmierć przez uduszenie.

Rodzi się pytanie kim była mityczna Hekate – Nauczycielka roślin i ludzi, na co wskazywała oraz czym interesowała się pra-etnobotaniczka Medea, jej uczennica, mieszkając w… Kolchidzie nad Morzem Czarnym, gdzie istniał podobno ogród roślin magicznych i gdzie prowadzono badania nad oddziaływaniem roślin. Działo się to za czasów starożytnej Grecji, ale opowieść o Medei i zimowicie kryje wiele ciekawych wątków (jak wszystkie prawdziwe mity), co chyba dość oczywiste w świetle opisów współczesnego zastosowania tzw. colchicyny.

Zimowit jesienny na Słowacji nazywany jest jesienka, w Czechach to: ocun jesienny, rośnie w Polsce w Karpatach i Sudetach, ale ja dobrze pamiętam stanowisko zimowitów z okolic Kuźni Raciborskiej (a właściwie Obory) w pobliżu Raciborza? Literatura podaje, że najwyższym położeniem tego gatunku w Polsce jest Polana Chochołowska (1090-1150 m n.p.m.), a ja moge dodać masowe występowanie tego gatunku na Przełęczy Rozdziele (803 m n.p.m.), która oddziela Beskid Sądecki od Małych Pienin.

Nad tekstem zimowity na Przełęczy Rozdziele kilka dni temu, a pod tekstem jesienki kwitnące w ogródku Lenki Smetankovej w Brutovcach, bulwy kupione w sklepie ogrodniczym (i pozostaje pytanie co to za roślina? bo raczej nie zimowit jesienny, a jest kilka innych gatunków?!) posadziłem tam podczas warsztatów etnobotanicznych w połowie września!

jesienkilenka1