Joe Hollis i Jego Paradise Garden

Od jakiegoś czasu obserwuje działalność Joe Hollisa, legendarnego ogrodnika pracującego w swym Górskim Ogrodzie gdzie praktycznie realizuje swój manifest opublikowany 25 lat temu (!) pod tytułem Paradise Garden. Górski Ogród Hollisa to ogród botaniczny roślin użytkowych fantastycznie łączący się z naturalną przyrodą miejsca gdzie legendarny Ogrodnik gospodaruje i wyspecjalizowany w roślinach leczniczych Apallachów, ale też z intrygująco bogatą kolekcją leczniczych roślin pochodzących z Chin. Las, potok, łąki i zarośla naturalne zostały cierpliwie i z wielką uwagą i wiedzą tak zmodyfikowane, że rosną tam obok siebie miejscowe, północnoamerykańskie gatunki, ale także np. tzw. „japoński chrzan” z którego produkuje się pastę wasabi, bez której nie byłoby sushi (a tak jak roślina nie jest podobna do chrzanu, tak to co jemy w Europie jako wasabi nijak się ma do prawdziwej pasty wasabi wytwarzanej w Japonii i Chinach metodami tradycyjnymi), a Gotu Kola sąsiaduje z żeń-szeniem amerykańskim… W Rajskim Ogrodzie Joe Hollisa rośnie obecnie kilkaset gatunków roślin dających pokarm i lekarstwa. Hollis w wersji najkrótszej definiuje ogród rajski jako taki, w którym dostaniem wszystko czego potrzebujemy do życia i rozwoju.  Rajski Ogród stał się także miejscem staży, weekendowych i wieloletnich kursów ogrodnictwa wg. metody Hollisa, ale także miejscem gdzie można zamówić nasiona, sadzonki oraz wiele bardzo interesujących produktów wytwarzanych z roślin leczniczych.

Przykład Ogrodu Joe Hollisa i jego wytrwałej pracy jest tak inspirujący, że postanowiłem wokół Jego idei i praktyki skupić nasze prace i doświadczenia jakie zapoczątkowuje cykl Bio::Flow. Przypominam, że najbliższe dwa spotkania – w marcu i kwietniu – będą badaniem jakie rodzaje ogrodnictwa można/warto/należy wprowadzać do praktyk miejskich oraz osobistych strategii samostanowienia. Manisfest rajskiego ogrodnictwa udało się doskonale przetłumaczyć dzięki współpracy z Agnieszką Zych – zawodową tłumaczką, ale i osobą żywo zainteresowaną miejską ekopunkturą. Co niezwykle ważne i bardzo miłe – udało się uzyskać pozwolenie na publikację od samego Autora i Ogrodnika Joe Hollinsa, za co Mu bardzo pięknie dziękuję! (Joe pozdrawia czytelników etnobotanicznie.pl) Przekład z angielskiego (ale też z bardzo swobodnej formy do jakiej przyznaje się sam Autor) nie był łatwy i jest tylko pozornie prosty w czytaniu… 🙂 Wersję oryginalną znajdziecie na www.mountaingardensherbs.com

Proszę, oto manisfest Joe Hollisa:

 

Joe Hollis

PARADISE GARDENING

Joe Hollis

Rajskie Ogrodnictwo

 

Chcemy uratować świat i uratować siebie. A to jedno i to samo. Problemy, przed którymi stajemy są ogromne, i to na każdej płaszczyźnie – osobistej, społecznej, globalnej. Nie będę tu ich wyliczać. Chciałbym przedstawić tezę, że wszystkie są symptomami jednego i tego samego problemu, i zaproponować rozwiązanie.

Cel: znaleźć taki sposób życia na Ziemi, który sprzyja zdrowiu i szczęściu / pozwala w pełni rozwijać nasz wewnętrzny potencjał, a jednocześnie jest „demokratyczny”, czyli dostępny dla wszystkich / nie wiąże się ze zużywaniem więcej niż wnosimy oraz pozostaje w harmonii z oczywistym dążeniem biosfery do zwiększania różnorodności, złożoności i stabilności.

Nasz świat jest niszczony, jak się w końcu okazuje, przez kompletnie mylne rozumienie koncepcji szczęśliwego życia człowieka. Panujący niepodzielnie materializm SKONSUMUJE WSZYSTKO, bo konsumpcja nigdy nie zaspokoi jego głodu. Rasa ludzka stała się dla planety niczym rak, pożerający wszelkie przepływy materii i energii, zatruwający ją naszymi odpadami. Co może powstrzymać tego potwora?

Nic. Jedyny sposób to zrezygnować z niego. Najwyższy czas – a jest go coraz mniej – by porzucić cały nasz gmach cywilizacji / Państwa / Ekonomii i odejść (ale nie biegiem!) do lepszego miejsca – do domu, do Raju.

Raj to przede wszystkim ogród. Ogród, w którym możemy sięgać po wszystko, czego potrzebujemy.

2) A Rajskie Ogrodnictwo to sposób życia, który pozwala utrzymywać ten ogród i który jest przez ten ogród utrzymywany. Według Oduma jest to „zarządzający ekosystemem (…) organizm, który zużywa niewielki ułamek całkowitego bilansu energii, a w zamian zapewnia usługę, która pomaga systemowi funkcjonować i podtrzymywać istnienie”. (Ta koncepcja „ilustruje ideał, do którego człowiek powinien dążyć w swoich próbach zarządzania ekosystemem naturalnym”.) Księga Rodzaju, z typową dla siebie kompresją mitu, mówi, że umieszczono nas w ogrodzie, abyśmy „uprawiali go i doglądali”.

3) Rajskie Ogrodnictwo to nie praca. Praca to pojęcie subiektywne – co dla jednej osoby jest zabawą, dla innej może być pracą. Nie ma nic wspólnego z wysilaniem się – na przykład tenis to zwykle „zabawa” (wyjąwszy profesjonalną grę), a siedzenie przed komputerem to zwykle „praca”. Praca to zajęcie wykonywane zamiast tego, na co naprawdę mamy ochotę. Rajskie Ogrodnictwo to nie „praca”, tak samo jak pracą nie są wypełniające niedźwiedziowi cały dzień zajęcia. Na tym polega dokonywane przez taoistów rozróżnienie między działaniem a niedziałaniem. Księga Rodzaju nawiązuje do tego samego, gdy stwierdza, że tylko poza ogrodem musimy pracować na utrzymanie „w pocie czoła”.

4) Rajskie Ogrodnictwo to nie rolnictwo. Przejście od rolnictwa stosującego chemię do rolnictwa organicznego to krok w dobrym kierunku, ale to tylko pierwszy krok. Bądź co bądź, rolnictwo to połowa ciosu, które nas wyrzucił z Raju. (Dobrzy) farmerzy z pewnością kochają przyrodę, ale to miłość człowieka, który orze co roku i planuje, co uprawiać w następnym. Nasze przywiązanie do gatunków jednorocznych i zaburzone siedliska skłóciły nas z głównym nurtem naszej biosfery (i z nami samymi).

A Ziemia cierpliwa i stara

matką jest bogom, lecz on ją dręczy

orką wytrwałą i nieustanną,

pługiem jej gleby raniąc co roku.

Sofokles, Antygona

Każdej wiosny natura ponownie przyodziewa ziemię w piękno, ten proces następowania po sobie, pierwsze nitki misternej pajęczyny, odrodzenie Drzewa Życia. A każdej jesieni zdrapujemy je, upychamy w stodołach, wywozimy na sprzedaż. Zwiększamy ludzką różnorodność i złożoność (rzeźnik, piekarz, wytwórca świec…) przywłaszczając sobie procesy, które miały przynosić pożytek nam wszystkim.

Raj to siedlisko i nisza. Eliade mówi o uniwersalnej „tęsknocie za Rajem”. Zakodowane w naszych genach wspomnienia naszego miejsca, naszego dopasowania. Bo jak na przykład ptak wybiera miejsce na zbudowanie gniazda? Tyle czynników do rozważenia, a tu taki mały mózg! Otóż wybiera on najpiękniejsze dostępne miejsce. Urodził się z „wzorcem” Raju. Jak mówi Księga Pieśni:

Śpiewający żółty ptaszek, jedwabiście połyskująca świstunka, przysiada dla odpoczynku w zagłębieniu wzgórza. Konfucjusz mówi: Przysiada, odpoczywa, wie, jak odpocząć, jak działać swobodnie. Czy człowiek przy całym swoim rozumie ma mniej mądrości niż ten ptak o żółtych piórach, by nie znać swojego miejsca odpoczynku ani nie umieć wyznaczyć swojego celu?”.

Jak wszystkie istoty żyjące, jesteśmy własną niszą. Nasza fizjologia i zaprogramowane zachowania warunkują rodzaj życia, do jakiego się rodzimy. Raj to nasze przyrodzone prawo i nasz obowiązek.

Jednak zamiast tego zajmujemy niszę w cywilizacji. Cywilizacja opiera się na założeniu, że jeśli wszyscy będą niekompletnymi istotami ludzkimi (ja jestem od myślenia, ty od dźwigania), to wszystkim nam będzie się żyło lepiej. To obraźliwe założenie przyświeca nam od tak dawna, że już nie zdajemy sobie sprawy, że można inaczej. „Pracować na utrzymanie” oznacza dla nas „zarabiać pieniądze”. Spędzamy więc najlepszy okres naszego życia oddając się karierze, stając się częścią raka.

Tymczasem wszystko, czego potrzebujemy do pełni człowieczeństwa jest dostępne w naszym otoczeniu – w ogrodzie i w sąsiedztwie. Możemy polegać na prawdziwości tego twierdzenia, ponieważ „człowieczeństwo” to dzieło środowiska, najnowszy przejaw koewolucji naszych genów ze wszystkimi istniejącymi genami, która ma miejsce od samych początków życia na Ziemi. Raczej niewielka szansa, że wszystko, czego potrzebujemy do pełni człowieczeństwa znajdziemy w mieście albo dzięki pieniądzom.

Za naszych ostatnich dni w raju byliśmy poszukiwaczami pożywienia – myśliwymi i zbieraczami, wszystkożernym, oportunistycznym gatunkiem wykorzystującym rozmaite środowiska. Specjalistami od różnorodności, a nie zaburzania.

Ten sposób życia ostatnio przyciąga wiele uwagi – w chwili, gdy niszczone są jego resztki. Pogląd, że poszukiwanie pożywienia to przystosowanie, które góruje nad rolnictwem, jest mocno ugruntowany w świecie akademickim i znajduje swoje odbicie również w literaturze popularnej (np. Ścieżki śpiewu Bruce’a Chatwina i Gawędziarz Maria Vargasa Llosy – obie inspirujące).

Rewolucję w badaniach nad niszą ludzką zapoczątkowało dostrzeżenie faktu, że poszukiwacze pożywienia, którzy wbrew temu, co sądzono, wcale głodem nie przymierają, mają więcej czasu wolnego niż ktokolwiek inny (Lee & deVore, Man the Hunter (Człowiek-myśliwy).

Boserup w The Conditions of Agricultural Growth (Warunki rozwoju rolnictwa) wysuwa tezę, że nigdy nie było żadnych “rewolucji rolniczych” w sensie nagłego wynalezienia świetnego nowego sposobu produkcji żywności, lecz że wszelki wzrost produkcji żywności zawsze wymaga zwiększania nakładów pracy lub zużycia paliw kopalnych; że technologie były producentom żywności dobrze znane od zawsze, ale opierano się im, dopóki nie pojawiła się presja rosnącej populacji (lub domaganie się przez klasy wyższe nadwyżki, „plonu finansowego”). „Rolnictwo umożliwia bardziej intensywną produkcję żywności dla bardziej zagęszczonej populacji i większych jednostek społecznych, jednak kosztem niższej jakości diety [mniejszy wybór różnorodnych produktów], mniejszej pewności zbiorów [jajka w mniejszej liczbie koszyków] i równego lub prawdopodobnie nawet większego nakładu pracy na jednostkę żywności. (…) Rolnictwo nie jest koncepcją trudną, jest łatwo dostępne dla grup myśliwych i zbieraczy” (Mark Cohen, The Food Crisis in Prehistory (Kryzys żywności w prehistorii)).

Rolnictwo pozwoliło z kolei na szybszy wzrost populacji. Wszelkie próby naśladowania stylu życia poszukiwaczy w świecie współczesnym wyglądałyby na interesujące, ale kompletnie pozbawione znaczenia zajęcia typu „wioska historyczna”. Teza, że nie ma powrotu, to tylko truizm. Jej głosiciele chcą powiedzieć, że nie można zmienić kierunku, że postęp może odbywać się tylko w prostej linii – od pierwotnego domu w świecie natury do świata całkowicie ludzkiego, oswojonego, uprawianego.

W tym miejscu chciałbym przeformułować „problem”, od którego zaczął się ten esej: W jaki sposób możemy, biorąc pod uwagę nasze współczesne upodobania i poziom populacji, żyć i współistnieć jako poszukiwacze pożywienia (zarządcy ekosystemu)? „Schwytani w diabelską pułapkę”, jak możemy “wrócić do ogrodu” (Joni Mitchell, Woodstock)?

Proponowaną tu strategię Rajskiego Ogrodnictwa można określić jako “zintensyfikowane poszukiwanie”. David Harris w serii artykułów badał „alternatywne podejścia do rolnictwa”. Szczególnie warto zwrócić uwagę na jego rozróżnienie między „agrokulturalną manipulacją a transformacją”. „Agrokulturalne użytkowanie może prowadzić – a jeśli jest odpowiednio intensywne, prowadzi – do przekształcenia naturalnego ekosystemu w system w dużej mierze sztuczny, zastąpienie tropikalnego lasu deszczowego plantacjami, lasu strefy umiarkowanej polami pszenicy. (…) Ale rolnictwo może rozwijać się poprzez proces manipulacji, w którym zmieniane są wybrane elementy naturalnego systemu zamiast zastępowania go w całości. W tej metodzie uprawy dzikie gatunki zastępuje się w odpowiednich niszach ekologicznych preferowanymi udomowionymi gatunkami, symulując strukturę i dynamikę funkcjonalną naturalnego ekosystemu”. Harris niedawno zredagował zbiór artykułów From Foraging to Farming (Od poszukiwania do uprawiania), w którym rozwija myśl, że „wiele >ludów nierolniczych< w rzeczywistości stosowało intensywne i wymyślne praktyki upraw, które nie mieszczą się w naszej koncepcji rolnictwa”.

Naszym celem jest „naturalizacja” nas w środowisku. To będzie oznaczało zmianę nas samych i zmianę środowiska – zmierzanie ku „dopasowaniu”.

Idealne dopasowanie oznacza łatwy i swobodny przepływ materii i energii między nami a środowiskiem, życie przeżywane jako kompletny dar – ogrodu dla nas, nasz dla ogrodu.

Ale to przyszłość. Teraz potrzebujemy prowadzącego do tego celu procesu, który ma własne uzasadnienie. Skupienie się na idealnym Rajskim Ogrodnictwie stwarza pokusę wybrania drogi na skróty, powtarzania starego wzorca wyprzedawania teraźniejszości na rzecz jakiejś wyimaginowanej „lepszej” przyszłości. „Żaden czyn nie jest słuszny, jeśli jego słuszność nie jest w nim natychmiast widoczna. Działanie, które usprawiedliwia się odwołaniami do jakiegoś wyższego dobra tak naprawdę odwołuje się (…) wszystkie odwołania do rozsądku, względów praktycznych i konieczności nawiązują do tej samej siły, która obraca w ruinę wszelkie ideały. Trzeba mieć odwagę i wolę podejmowania ryzyka”. (William Thompson, Evil and World Order (Zło i porządek świata)).

Ekologia uczy nas, że “pionierskie” (zaburzone) środowisko faworyzuje formy życia, które szybko się rozwijają, lecz żyją krótko, rozprzestrzeniają się szeroko i są „żarłoczne” – przystosowane do maksymalnego wykorzystania światła słonecznego i wolnej przestrzeni. Ale w końcu na ich miejsce pojawiają się drzewa, które z racji inwestowania energii w wytwarzanie drewna z początku rosną wolniej. Są za to bardziej stabilne i żyją dłużej, a później rosną szybciej i stają się górującym nad otoczeniem i bardziej wpływowym „gatunkiem dominującym”.

Rozprzestrzeniliśmy się na Ziemi i wykorzystaliśmy lub spaliliśmy prawie wszystko, co łatwo wpadło nam w ręce. Wiek chciwców dobiega końca (choć o tym jeszcze nie wiedzą). Możemy mieć nadzieję, że „konkurencyjną przewagę” uzyskają wreszcie ludzie praktykujący ciągłość, zakorzenienie, powolny rozwój i stabilne gromadzenie, wertykalny rozwój ludzkiego ducha w obszarach niezbadanych lub od dawna zapomnianych. Drzewo czerpie zadowolenie z uzyskanych widoków.

W procesie Rajskiego Ogrodnictwa wyróżnić można:

– Uwolnienie naszego systemu podtrzymania życia z okowów cywilizacji / Ekonomii (mówiąc wprost – pieniędzy) i przyłączenie go na powrót do naturalnego świata ogrodu i sąsiedztwa. To będzie proces stopniow, wymagający realistycznej analizy naszych potrzeb i wydatków. Na przykład samochody i benzyna to nie potrzeby, lecz środki do zaspokojenia potrzeb. Rozwiązaniem nie jest paliwo alkoholowe, lecz ograniczenie potrzeby podróżowania (którego celem zwykle jest zdobywanie i wydawanie pieniędzy). Jak mówi Tao Te Ching: „Sąsiedni kraj może leżeć tak blisko, że słychać z niego pianie kogutów i szczekanie psów, lecz ludzie starzeją się tu i umierają, nie próbując nawet go odwiedzić”. (Rozdział 80. Patrz “polityczny program taoistów – powrót do spółdzielczego prymitywizmu” w Needham, Science and Civilization in China (Nauka i cywilizacja w Chinach), tom II).

Klucz do samouzasadniającej się natury procesu taki: Rzeczy wykonane lub wyprodukowane przez profesjonalistów lub maszyny mogą technicznie przewyższać owoce własnego wysiłku jednostki, ale zwykle brak im pewnej jakości, którą za Castanedą nazwę „sercem”. Zadowolenie z kupionych przedmiotów zwykle jest najwyższe w momencie zakupu, a potem szybko opada. Potrzeby zaspokajane dzięki naszym interakcjom z naturą są zaspokajane na głębszym poziomie, a po drodze napotkać można na cudowne niespodzianki. To oczywiste dla każdej osoby, która kiedykolwiek wykonała coś „od zera”. Natomiast rzadko zdajemy sobie sprawę (ktoś nie chce, żebyśmy to sobie uświadomili), że na tej zasadzie może opierać się całe życie.

– (Re)integracja potrzeb – nie udajemy się po żywność na bazar, po ćwiczenia do spa, po leczenie do lekarza, po rozrywkę do kina, po naukę do szkoły, po możliwość tworzenia do studia, po inspirację do kościoła i tak dalej; udajemy się do ogrodu po to wszystko naraz.

– Wzbogacanie ogrodu dzięki naturalizowaniu pożytecznych i pięknych gatunków i uczenie się, jak włączyć je w nasze życie. Zaczynamy oczywiście od istniejącej i potencjalnej roślinności naturalnie występującej, do której można dodawać gatunki z podobnych obszarów świata; następnie lekkie modyfikacje środowiska – udoskonalanie mikrosiedliska; w rezultacie możliwości dla nowych gatunków – szeroka gama roślin, róg obfitości* niedostępny poprzednim pokoleniom.


Znany biolog proponuje „planowe wzbogacanie biotyczne”. „Jest w mocy nauki [mocy twojej i mojej] nie tylko zatrzymać ginięcie gatunków, ale nawet odwrócić ten proces. Jednym z naczelnych tematów w dzisiejszej ekologii zbiorowisk, będącym przedmiotem intensywnych badań, jest problem zagęszczenia gatunków. (…) Teoretycznie można zaplanować ambitne równowagi, które przewyższają wszelkie występujące w naturze. Można sprowadzać gatunki z różnych stron świata” (Edward Wilson, Applied Biogeography (Biogeografia stosowana)). Wilson dalej omawia “stworzenie nowych (biotycznych) zbiorowisk” i „manipulację ekosystemem – ostateczną grę (…). Sam rozmiar światowej flory i fauny stanowi wyzwanie, na które potrzeba badań wielu pokoleń. Możliwości manipulacji ekosystemem (…) pozwalają na pracę twórczą o skali większej o wiele rzędów wielkości”.

– Praca wykonywana własnymi rękami. Wszyscy mamy dwie ręce, jedno życie, 24 godziny każdego dnia. To czynniki „demokratyczne”. Pracując osobiście na małym kawałku ziemi możemy stworzyć raj, z którego skorzystamy wszyscy. Pieniądze i maszyny nie doprowadzą nas do niego szybciej; w rzeczywistości nie doprowadzą nas tam w ogóle, lecz zwiodą na manowce.

Żyjemy w epoce wąskiego „okna możliwości”. Zrozumiawszy wreszcie, że konieczna jest rewolucyjna zmiana w świadomości i stylu życia, zorientowaliśmy się, że mamy na to tylko kilka pokoleń, zanim będzie za późno na przemianę (zdegradowane środowisko, wyczerpane surowce, wymarłe gatunki, gleby zerodowane / zanieczyszczone, dwa razy większa populacja…).

Naszym przeciwnikiem jest papierowy tygrys, który nie jest w stanie dostarczać dóbr. Świat czeka na przykłady. Trzeba mu pokazać lepszą drogę, a nie tylko o niej mówić. Rajskie Ogrodnictwo jest bez porównania bardziej doniosłe niż eksperyment z „biodomem” – i wszyscy mogą włączyć się do tej gry.

 

Odkładaliśmy to przez zbyt wiele pokoleń.

Otóż piękno mojej propozycji jest w tym

że nie trzeba czekać na powszechną rewolucję

Nawołuję do rewolucji jednoosobowej

Jedynej, jaka nadchodzi

Robert Frost, Build Soil (Przygotuj glebę)

*Cornucopia (Róg obfitości), Stephen Facciola, Kampong Pub., 1870 Sunrise Dr., Vista CA 92084. Niesamowita publikacja. Trzy tysiące jadalnych gatunków, jeszcze więcej tysięcy odmian, źródła dostaw i informacje przy każdej pozycji.

 

*

 

Ten artykuł powstał około 20 lat temu (stąd niektóre przestarzałe źródła) jako rezultat kilku zim spędzonych na lekturze, a jego celem było sformułowanie filozofii leżącej u podstaw rozpoczętego wcześniej projektu zakładania ogrodu. Nie mam serca pisać go na nowo, ale w międzyczasie dowiedziałem się kilku rzeczy, które wzmacniają moją argumentację, więc tu je dodaję:

Co napędza (nad)konsumpcję?

Cywilizacja (w oryginalnym łacińskim rozumieniu tego słowa wywodząca się z civitas, czyli państwo) naśladuje naturalny ekosystem. Weźmy „piramidę troficzną” – wielka biomasa pierwotnych producentów, nad nią mniejsza masa konsumentów pierwszego rzędu, nad nimi jeszcze mniejsza grupa konsumentów drugiego rzędu i tak dalej. Bardzo wiele roślin służy mniejszej liczbie krów, które służą jeszcze mniejszej liczbie lwów… Wersja cywilizowana to chłopi i robotnicy na dole, a wyżej coraz mniejsze warstwy administratorów i kupców, przywódców politycznych i kapitalistów.

Konsumpcja (poza pomniejszym składnikiem „podstawowych potrzeb ludzkich” – cokolwiek to może znaczyć) wiąże się z definiowaniu miejsca (statusu) jednostki w cywilizacyjnej hierarchii. Konsumpcja to komunikacja. To spostrzeżenie zawdzięczam książce Świat rzeczy (The World of Goods) Mary Douglas, choć obecnie jest powszechnie znane – zwłaszcza specjalistom od marketingu. Również powszechna chęć dorównania pozycją i majątkiem sąsiadom jest odbiciem tej zasady. Warto podchodzić do tego śmiało – konsumpcja to komunikacja, chodzi o przekazanie, kim jesteśmy, naszego statusu, naszych wpływów. Ale przecież istnieje jakiś sposób komunikowania się, który nie wymaga spalenia domu?

Cywilizacja opiera się na podbojach na zewnątrz i represjach wewnątrz kraju. Każdy jest aspektem innego. (…) Politycznie >słabsze< narody stawały przed jednym zestawem alternatyw. (…) Ten fakt historyczny [podboje] jest następnie opisywany jako prawo rozwoju; w miarę jak cywilizacja przyspiesza, jego zwolennicy projektują swoją teraźniejszość historyczną jako postępowe przeznaczenie całej rasy ludzkiej. (…) Nieważne, jak daleko sięgamy w czasie i przestrzeni, od Teotihuacan po Angkor Wat opowieść jest zawsze ta sama. (…) Historia cywilizacji powtarza się nie jako farsa (…) ale jako tragedia. W cieniu tej tragedii osiągnięcia cywilizacji zostają zredukowane do swoich właściwych proporcji. Zostały zaplanowane na użytek i ku przyjemności garstki nielicznych, kosztem umiejętności i pracy wielu”.

Stanley Diamond In Search of the Primitive: A Critique of Civilization (W poszukiwaniu prymitywnego: krytyka cywilizacji).

Prymitywne” ludy nigdy z własnej woli nie ulegają “akulturacji” (nie cywilizują się) – mają zbyt wiele do stracenia – ale osoby cywilizowane po zetknięciu się z „prymitywnymi” czasem „wracają do natury”.

Po dwudziestu latach nadal żywię głębokie przekonanie, że najlepszy sposób na globalne ocieplenie, utratę różnorodności i inne problemy naszej planety, najlepszy sposób na wojnę, niesprawiedliwość i inne problemy społeczne, i najlepszy sposób na takie życie człowieka na tej planecie, które pozwoli mu w pełni realizować swój potencjał fizyczny, umysłowy i duchowy – to jeden i ten sam sposób. Rajskie Ogrodnictwo to próba wcielenia tej teorii w życie – jesteśmy aktorami w „wizjonerskim spektaklu ekologicznym”.

tłum. Agnieszka Zych

Reklamy

Mity i magie ziół vs Zmysłowe życie roślin

magieziolcovers

Stos książek wartych polecenia rośnie na moim stole. Nie tylko dlatego, że cykl Bio::Flow realizowany w Bunkrze Sztuki wymusza sięgnięcie do mojego prywatnego kanonu, ale także dlatego, że pojawiają się bardzo znaczące wydawnictwa. Układają się czasem w pary uzupełniających się przeciwieństw i nie chodzi o zawartość (wiedzę, kanon gatunków, poziom opracowania, ilość inspirujących idei…), ale o fundamentalnie różne podejście (miejsce) do pisania o związkach roślin i ludzi. Jedna grupa, to książki „kacerskie”, które naprowadzają nas na rozmaite ścieżki doświadczenia i dzielą się z nami wiedzą i intuicją ukształtowaną w drodze doświadczania roślin i własnych relacji z nimi. Druga grupa, to książki o wielkim ładunku poznawczym, które opisują ogromną ilość wiedzy na temat roślin zdobytej przez innych i udokumentowanej w sposób naukowy. „Naukowość” jako argument zaufania jest już mocno zdezelowana, ale ciągle przecież tli się nadzieja, że część grających w tę grę rozumie, że istotnym (acz ukrywanym i nerwowo obśmiewanym) elementem pracy naukowca są całkowicie „nienaukowe”: intuicja i wyobraźnia posługująca się czasem zupełnie poza-logicznym obrazowaniem i syntezująca odległe (w stworzonych przez naukę systematykach) rzeczy i pojęcia. Bardzo charakterystyczne jest to, że w przypadku wiedzy etnobotanicznej na poziomie „bazic” wszystko, co „naukowo” stwierdzono jest tylko powtórzeniem tego co zawarte jest w wielkim dorobku „wiedzy tradycyjnej”. Rzecz jasna, wiele rozgrywa się w samym języku i jedna i druga grupa autorów wpada zbyt często w pułapkę uświęconych schematów… Z trudem, ale prawda, że osiągając czasem szczyty elokwencji, naukowo dowodzi się tego co wiedziano w czasach gdy nie było „nauki” i „naukowców”. Wydaje się przy tym, że przyjmowanie, że dawni tzw. „alchemicy” (albo tzw. Ludzie Wiedzy) byli pre-naukowcami jest w wielu przypadkach zbyt pochopnym i zbyt łaskawym dla nauki wnioskiem. Alchemicy i Ludzie Wiedzy w moim odczuciu podbudowanym wieloma lekturami, ale także tym co widziałem w Pradze, Krumlovie, Czerwonym Klasztorze, Keżmarku…w Azji i na dalekiej Północy, ale i na Bałkanach i w Karpatach, stanowili nurt oryginalny, coś na kształt  „trzeciej drogi”.  Zapłacili za to wysoką cenę zbierając razy zarówno od wszystkowiedzących przedstawicieli Kościoła jak też od późniejszego establiszmentu naukowego. Obydwie te grupy zawłaszczały wszystko co się dało (i od kogo się dało, często zapominając o przypisach 🙂  ) dla własnych celów nie przebierając w środkach, które nie miały wiele wspólnego z miłością bliźniego, ani też z wiernością tzw. „prawdzie”. Dlatego fascynują mnie książki, które dotykają tej żywej i trudnej do uchwycenia (bo żywej?) tkanki wiedzy, która nie wypiera się intuicji, która jest świadoma wyobraźni (…która jest pamięcią ?) i szanuje prawdziwe źródła poznania nie stroniąc od zastosowania instrumentów logicznych i zabiegów dających możliwość porównywania, wyciągania wniosków, doświadczania i zyskiwania świadomości umowności (i ułomności) języka. Nie będę się pastwił nad książkami typu: poznałem 1000 roślin i wszystkie sfotografowałem, za co należą mi się wielkie brawa!? gdyby chociaż te fotografie pokazywały coś więcej niż 500 wydanych wcześniej atlasów i przewodników botanicznych… ale nie, na każdej jest kwiat… pewnie dlatego, że jest to część/faza/przejaw rośliny, który na 12 miesięcy roku trwa przez tydzień lub dwa? Wiem, wiem… rozpoznawanie gatunków, wiem. 🙂

Ze stosu wybrałem dwie książki spełniające moje skryte preferencje etnobotaniczne 🙂 i są one dobrym przykładem na te kilka myśli jakie wyżej wyjawiłem. Z jednej strony to klasyczna i całkowicie wspaniała książka Mity i magie ziół. Czy kwiaty i liście, zapachy i znaki Zodiaku wpływają na stosunki między ludźmi? Odpowiedź tradycji Mitu i Literatury u progu Trzeciego Tysiąclecia – napisana przed 1993 r. przez Marię Immacolata Macioti dla rzymskiego Wydawnictwa Newton Compton , a z drugiej nowość: Zmysłowe życie roślin. Podręczny atlas zmysłów – Daniela Chamovitza z 2012 roku. Warto w jednym i drugim przypadku przytoczyć oryginalne brzmienie tytułów: Miti a magie delle erbe  oraz  What a Plant Knows: A Field Guide to the Senses by Daniel Chamovitz. Mity i Magie ziół przełożył Ireneusz Kania (pierwsze wydanie ukazało się w Polsce w 1998r.) i to widać, słychać i czuć – jest to przekład doskonały, a czytając tę niezwykłą książkę... zapada się w nią jak w lekkie pasemka dymu kadzidlanego. Rytm Zmysłowego życia roślin… jest zupełnie inny, a stroniczki miło (chociaż bardzo tanio…) wydanej książki skrzą się fenomenalną erudycją i efektowną rutyną wykładowcy akademickiego, który czuje jednak zmianę czasu i prowadzi też własny blog: http://whataplantknows.blogspot.com

O samej książce od autora dowiecie się więcej ze strony: http://www.whataplantknows.com

Wersja brytyjska: www.whataplantknows.com/what-a-plant-knows—uk-version

Można (nie zdradzając treści książki Chamovitza) powiedzieć, że na ponad 180 stronach autor zajmuje się czymś co dzisiaj określa się „naukowo” – neurobiologią roślin! Dla mnie najistotniejszą częścią wywodów autora jest sięgnięcie do doświadczeń samego Karola Darwina! Nie chodzi wcale o ewolucję (bo tak reagujemy na to nazwisko zgodnie ze szkolnym odruchem nazywanym od nazwiska innego naukowca niejakiego Pawłowa…), ale o bardzo interesujące doświadczenia jakie Darwin prowadził z synem nad zmysłami roślin. To co robili przypomina… wielkie osiągnięcia artystycznych instalacji uchodzących czasem za bio-art :-). Przypominam, że chodzi o Karola Darwina żyjącego w latach: 1809 – 1882. Jak się czasem przyglądam pracy kilku bio-artowców (nie wszystkich!) to chce się krzyknąć: ku… do szkoły, do szkoły! Chamovitz przytacza przykłady na tezę, że: rośliny na poziomie genetycznym są bardziej skomplikowanymi organizmami od wielu zwierząt… i w siedmiu głównych rozdzialach opisuje w sposób budzący podziw: Co widzi roślina? Co roślina może wywęszyć? Dotyk roślin. Co słyszy roślina? Skąd roślina wie, gdzie się znajduje? Co roślina pamięta? Świadoma roślina. Autor ujął mnie rozdziałem o słyszeniu u roślin, ale także wyborem cytatów otwierających każdy rozdział i np. haiku Matsuo Basho: Umilkł świątynny dzwon, lecz wciąż słyszę dźwięk dochodzący od kwiatów czy: Głazy wstawały, przemawiały drzewa (W. Shakespeare) wskazują, że sam autor nie wierzy w tezę jaką gładko (aby nie powiedzieć: rutyniarsko) wygłasza we wstępie: … rośliny…czy nie powinniśmy poświęcić kilku chwil na zapoznanie się z tym, czego naukowcy dowiedzieli się na ich temat? A Mity i magie ziół… To nie to, że książka jest dwa razy grubsza 🙂 i nawet nie to, że oparcie w tradycji i literaturze, ale głównie w praktykowaniu kontaktu z roślinami (ale nie jako obiektami badań lub instalacji artystycznych) powala i powoduje, że wszystko co doktor DC z Tel Awiwu był zdolny napisać jest jak popis eruducji podczas proszonych wykładów dla „uśrednionego” odbiorcy… Sądzę, że chodzi o to z czym czytelnik pozostaje po przeczytaniu ostatniej strony książki i czy kiedykolwiek do niej wróci? Ja z pewnością będę powracał do obydwu książek, ale z całkiem innych powodów. Do książki Chamovitza, aby przytoczyć z niej smakowity cytat, a do MIM i Jej Mitów i magii ziół dla odnowienia sił aby pokazywać etnobotanikę jako szansę na ciągle nowe odkrywanie i praktykowanie związków z roślinami ze świadomością odwiecznej tradycji. Maria Immacolata Macioti (kiedy pisała swą książkę była socjolożką na Uniwersytecie Sapienza w Rzymie): Wydaje mi się, że kwiaty odbierają sygnały zmieniającego się czasu. /…/ Żyjemy w epoce wyraźnie zdominowanej przez obraz. Teraz liczy się głównie rozpowszechnianie informacji, liczą się środki masowej komunikacji. Zdaje się, że kwiaty i drzewa o tym wiedzą. /… / Czują, rzekłbyś, zaszłe już zmiany. Wiedzą, że ludzie poszukują nowej równowagi na rozmaitych polach. Że nadal potrzebują strawy dla zaspokojenia głodu, soków dla ugaszenia pragnienia, barw i zapachów dla swoich snów. I że nadal potrzebują balsamów na swe rany, nadziei i uczuć. Oraz ideałów i sensów. Dlatego właśnie, jak sądzę, drzewa i liście, kwiaty i zioła postanowiły zejść ze swych starożytnych piedestałów, opuścić przebrzmiałe herbowe tarcze, których prestiż kojarzy się obecnie z separowaniem się od innych. Postanowiły znów kwitnąć w ogrodach, domach, w życiu codziennym, w snach mężczyzn i kobiet stających w obliczu trzeciego millenium. (Mity i magie ziół… s. 56-57).

Mało naukowe i zbyt fantastyczne? A neurobiologia roślin … 20 lat temu?

Na fotografii (która stała się logotypem cyklu Bio::Flow) jaką zrobiłem po słowackiej stronie Dunajca w Pieninach znajdziecie tradycyjną formę oznaczania granic leśnych jaką do dzisiaj praktykuje się u naszych Sąsiadów. Nacięcia wykonane na pniu olszy pokazują granice i pomiędzy dwoma oddziałami leśnymi.

bioflowlogorybie

Etnobotanika domowa – Bio::Flow 2

bioflow2carodmedic

W najbliższy wtorek w Bunkrze Sztuki w Krakowie (zaczynamy od 18.00) odbędzie się drugie spotkanie z cyklu Bio::Flow Miejska Ekopunktura: od etnobiologii do hortiterapii. Tym razem skupimy się nad: „etnobotaniką domową” i „przyprawach intelektu i roślinach miłości”! To temat bliski wielu osobom i ważny dla dobrego zrozumienia bardzo złożonych relacji pomiędzy roślinami i ludźmi. Przypominam, że zajmujemy się etnobotaniką i wprawdzie omówimy kilka gatunków (a właściwie z grzybami – kilkanaście!) roślin uznawanych za wspomagające zdrowie fizyczne i możliwości intelektualne, ale po to, aby zrozumieć jak dawno i jak różnorodnie przenika się świat roślin i świat ludzi. Jak zwykle postaram się wskazać kilka punktów widzenia i przeanalizować dlaczego pewni ludzie mówią to co mówią 🙂 Dobrym przykładem jednej z opcji w dyskusji wokół roślin i grzybów psychoaktywnych będzie Christian Ratsch – autor i współautor wielu publikacji z tej dziedziny. Ratsch nie będzie obecny na spotkaniu, ale tym razem gościem specjalnym będzie prof. Andrzej Chlebicki z Instytutu Botaniki PAN w Krakowie, który zaprezentuje kilka gatunków grzybów (to będzie wstęp do tematu jaki rozwiniemy na majowych warsztatach w Pieninach i Zamagurzu: „polskie gatunki legendarnych „chińskich” grzybów wspomagających” 🙂 Nie będziemy rozmawiali o tzw. „psylocybach”, nie będziemy rozmawiali o tzw. „konopiach” i „wizjach” … nie przychodźcie jeżeli tego się spodziewacie. 🙂 Druga niespodzianka to ponowny udział dr Anny Nacher w związku z Jej książką pt. Rubieże kultury popularnej. Popkultura w świecie przepływów (Wydawnictwo Galerii Arsenał, Poznań 2012) i zawartym w niej rozdziałem (zobacz na obrazkach).

Bio::Flow się rozwija i zaczyna ładnie i bogato wypuszczać rozłogi i kłącza… prawdziwą bombą jest zgoda pewnego legendarnego dla mnie ogrodnika z USA na publikacje Jego tekstu (to prawdziwy manifest ogrodnictwa jako taktyki obronnej)… Pierwsza część tego tekstu już pod koniec przyszłego tygodnia. Cały tekst ma 11 stron (!) i na moją prośbę został świetnie przetłumaczony. Zgoda autora i zainteresowanie naszym działaniem będzie miało wiele dobrych skutków. A zatem… do wtorku!

bioflow2ratz

bioflow2rubiezebioflow2lakowbioflow2psychbioflow2rosmilos

Ekopunktura miejska, druga część Zielnika i majowe warsztaty!

bunkier2

sonuscover1

Za nami Bio::Flow 1 w Bunkrze Sztuki… było o florofonach i o tym jak rośliny i zwierzęta uczą nas budowy instrumentów i muzyki. Bardzo zaskoczyła mnie liczba zainteresowanych osób i spora ilość kontaktów mailowych przed i po spotkaniu! Bunkier Sztuki obiecuje nagranie tego spotkania w formie pliku audio lada moment, więc będzie możliwość odsłuchania wszystkiego. Kilka fotografii jakie wykonała kuratorka mojego cyklu Bio::Flow – Anna Lebensztein, pozwoli chociaż w pewnym stopniu poczuć atmosferę spotkania podczas odsłuchiwania rejestracji. Temat naturalnego dźwięku, ekologii dźwięku, akustycznych instrumentów, roślin i zwierząt muzycznych czy krajobrazu dźwiękowego jest mi bardzo bliski, a sporo nowości pojawia się każdego dnia w związku z opracowywaniem materiałów do drugiej części Zielnika… pod roboczym tytułem Etnobiologiczne aspekty muzyki. Książka pięknie (bo organicznie…) się rozrasta i tym razem nie mam zamiaru się spieszyć. Okładka powstaje także powoli i rośnie wraz z pięknymi fotogramami jakie wykonuje Bogdan Kiwak, znany m.innymi z większości fotografii w Zielniku… jedna z Jego „płacht” powyżej do oglądania. 🙂

Następne spotkanie z cyklu (przypominam, że cykl ten obejmuje 5 spotkań) to Bio::Flow 2Etnobotanika domowa: o przyprawach intelektu i roślinach miłości (afrodyzjaki, przyprawy, rośliny wspierające, a także o tym, że zjadanie roślin nie jest jedynym sposobem korzystania z ich właściwości). Spotkamy się w Bunkrze Sztuki – 25 lutego (wtorek) o godz. 18.00

Uwaga zainteresowani etnobotanicznym warsztatem Czerwony Klasztor 2014 w długi – majowy – weekend ! Kolejni uczestnicy zgłosili się w ostatnim tygodniu i zapraszam tych jeszcze odkładających decyzję „na później” aby podjęli właściwą decyzję… :-)Przypominam, że kilka wpisów wcześniej znajdziecie dokładny program tych warsztatów i procedurę kwalifikacji… 🙂

bunkier4

bunkier3

bunkiergosc

Jaschke, Genersich, Wahlenberg… botaniczna Złota Trójca badaczy Karpat!

walenbergbooks

Powoli (bo takie są realia…) lista uczestników warsztatu w Czerwonym Klasztorze (długi, etnobotaniczny weekend majowy 🙂 ! ) się zapełnia i mamy zainteresowanych nawet z … Londynu! No tak to już jest, że Ci  co są bliżej, to albo wiedzą już wszystko, albo zostawiają na „kiedyś”… 🙂

Co do wiedzy na temat wszystkiego 🙂 to drążę temat tzw. Brata Cypriana z Czerwonego Klasztoru w sposób systematyczny od początku lat 90. XX wieku, a czym dalej w las… tym dalej… 🙂 (jak mawia nasza przyjaciółka, artystka i architektka Ania Krenz) i o wszechwiedzy nawet nie pomyślałem przez chwilę. Opracowuję temat wykładu i zajęć terenowych dla majowego warsztatu i przytoczę tu tylko nowe konteksty pracy Brata Cypriana… Może są jeszcze tacy, którzy nie wszystko o tym wiedzą i będą się chcieli dowiedzieć? 🙂

Ważny jest kontekst pierwszych opracowań na temat flory Tatr.  Za pierwsze opracowanie tego typu uchodzi Flora Carpatorum Principalium Georga Wahlenberga opublikowana w 1814 roku… Wahlenberg to słynny, zasłużony i niezwykle pracowity uczony, który wsławił się wcześniejszym opisaniem flory Sapmi – Flora Lapponica (1812r.), ale był też znanym pionierem homeopatii (!) i rysował interesujące mapy (mapa Sapmi/Laponia – r e w e l a c y j n a !) i to do tego stopnia, że jego mapy bywają rozpatrywane osobno jako prace pionierskie w dziedzinie kartografii! I tu wielka prośba/apel do Was, drodzy czytelnicy (a może za Waszym pośrednictwem do Waszych znajomych?!) – w 1959 roku ukazało się opracowanie Józefa Szaflarskiego pt. A Map of the Tatra Mountains Drawn by George Wahlenberg in 1813 as Prototype of the Contour – line Map. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie… Dziełko ma 9 stron… więc pewnie zawiera samą mapę i opis J. Szaflarskiego. Niestety, w wersji dostępnej w USA (?!!!) Flora Carpatorum Principalium (sprowadziłem ją sobie, bo niestety oryginał spoczywa i spoczywał będzie w bibliotece Instytutu Botaniki PAN w Krakowie, a ja tę książkę muszę mieć do codziennej pracy) nie ma słynnej mapy Wahlenberga! 😦

Ale co Wahlenberg z dalekiej Szwecji, uczony słynny już za życia jak mało który… ma wspólnego z Bratem Cyprianem i Samuelem Genersichem z Lewoczy? Coś jednak ma i jestem na tropie… Na początek przypomnienie w kolejności dat urodzin: Franciszek Ignacy Jaschke – znany jako Brat Cyprian urodził się w 1724 roku, a zmarł w 1775 roku, Samuel Generisch: 1768-1844, a George Wahlenberg: 1781-1851, a kiedy się urodził nosił jeszcze, zmienione później ?! imię Georgio, a czasem widzę też pisane z węgierska…?! Według wielu śladów najstarszy z tej trójki – Brat Cyprian był alchemikiem i prowadził bardzo interesujące prace i doświadczenia, a co więcej: z pewnością nie działał sam i miał mądrych lub/i bogatych protektorów (dawniej znacznie częściej niż dzisiaj, te dwie właściwości się łączyły). Najważniejszym śladem jaki pozostawił tzw. Brat Cyprian to jego Botanoteka (o której niejednokrotnie już pisałem na tym blogu), a której ostateczne zestawienie datuje się na lata 1766-1770? Właściwie bezspornie to Botanoteka F I Jaschke, a nie dzieło Wahlenberga było pierwszym opisaniem flory Tatr (ale także i Pienin plus gatunki roślin użytkowych) i to z użyciem już łacińskich nazw wg. terminologii Carla von Linne! Pomiędzy Bratem Cyprianem, a Wahlenbergiem pojawia się znakomita postać Samuela Gersicha (1768-1844), lekarza z zawodu i botanika z zamiłowania, który badał florę Tatr i okolic Lewoczy (Góry Lewockie…) tak dociekliwie, że kiedy zaprosił Georga Wahlenberga do siebie, to słynnemu uczonemu wystarczyło dwa lata (licząc ten czas razem z podróżami w Tatry) aby opublikować dzieło uznawane za „pierwsze”, a które jest w zasadzie dociekliwym, uzupełnionym o własne obserwacje z objazdu Tatr ( z Generschem i pewnie też samodzielnie? bo był też po polskiej, północnej stronie Tatr) przeanalizowaniem obserwacji i zbiorów Samuela Genersicha… Czy, urodzony w Kezmarku (sąsiadującym poprzez Spiską Magurę z Czerwonym Klasztorem…) i mieszkający potem do śmierci w Lewoczy, Samuel Genersich nie znał dzieła tzw. Brata Cypriana?  Kiedy Botanoteka w Klasztorze była już gotowa, Samuel Genersich miał wprawdzie dwa lata, a w roku śmierci (dość tajemniczej) Brata Cypriana miał lat 8, ale interesując się botaniką, będąc lekarzem i mieszkając w Keżmarku i Lewoczy nie mógł nie znać dzieła swego nieco starszego kolegi, nazywanego przez współczesnych mu Tausendkunstler – doktorem tysiąca nauk. No i tak dochodzimy do źródeł „pierwszej” monografii flory Tatr (bo przypomnę tylko, że Karpatami nazywano w tamtych czasach Tatry) jaka spłynęła na świat naukowy ze Skandynawii… Pracował na nią Ślązak (Jaschke urodził się w Polkowicach) i niemiecki Słowak… a nie jest to koniec interesujących botaników, na ktorych ślad wpadłem dociekając dlaczego (i jak?) uczony ze Szwecji opisał jako pierwszy florę Tatr? Wydaje się jednak, że to ta Złota Trójca: Jaschke/Genersich/Wahlenberg jest kluczowa dla botaniki Karpat, ale także dla zrozumienia jak tego rodzaju działalność jest ściśle (była?) powiązania z kulturą. Bo były czasy, gdy botanizowanie było niekwestionowaną częścią obycia i kultury… Czy nie straciliśmy czegoś od tamtych lat? Czy ktoś nie zachłysnął się bardziej karierą akademicką (jako jedyną, a nie jedną z wielu dróg do wiedzy i doświadczenia…) niż zachwytem światem roślin? O takich sprawach pogadamy sobie (ale i trochę poćwiczymy w terenie) podczas warsztatu w Czerwonym Klasztorze. Bo uprawiamy botanikę krytyczną, a nie jakieś tam nadęte umacnianie loży egocentryków.

Na mojej fotografii, różowo kwitnące okazy krwawnika przy drodze ze wsi Brutovce do Levoczy…

brutkrwawroz2

banerzielklasztor