Pszonak, urdzik, lulecznica…

pszonakwitt1

Aby dobrze przygotować warsztaty w Pieninach, wraz z A. zrobiliśmy rekonesans po słowackiej stronie Dunajca: od Lesnicy do Czerwonego Klasztoru. To klasyczna droga biegnąca brzegiem Dunajca przez jego zadziwiający przełom, tuż pod masywami Sokolicy i Korony (Trzech Koron). Naszym celem było sprawdzenie na jakie rośliny możemy liczyć w czasie warsztatu (a wiosna nie jest specjalnie typowa i wydawała się bardzo wczesna) i gdzie warto poprowadzić naszą znakomitą grupę!? Poza wpadającymi w oko kępami smagliczki skalnejAurinia saxatilis (żółto kwitnące kępy na białych, wapiennych skałach i ścianach, a opisanych na tym blogu z powodu kwitnienia w lutym i marcu!!!), zwanej dawniej smagliczką Arduina, rośliny, która występuje w Polsce jedynie w Pieninach, szybko spotkaliśmy skupiska kilku innych, wybitnie pienińskich roślin. Pierwsza z nich to okazały pszonak WittmannaErysimum wittmanni, endemit karpacki, który w Polsce rośnie prawie wyłącznie w Pieninach. Po kilkunastu minutach marszu napotkaliśmy spore skupisko urdzika karpackiego (jaślinka) – Soldanella carpatica, który rośnie głównie w Tatrach i na Babiej Górze, ale trafia się także w Pieninach. Blisko Czerwonego Klasztoru wypatrywałem licznych tam skupisk lulecznicy kraińskiejScopolia carnicola, która jest w centrum moich etnobotanicznych zainteresowań (ale nie ze względu na znane właściwości), ale z uwagi na jej wędrówki wraz z ludźmi i nurtem rzek… Poza zmieniającym się rozmieszczeniem i właściwościami, roślina ta ma także inne, interesujące aspekty i np. jej nazwa nadana przez Mr Flower Power – jak Szwedzi nazwali swego słynnego botanika Karola Linneusza w jego 300-lecie urodzin – wskazuje na włoskiego botanika G.A. Scopoliego… który pracował najwyraźniej… w Bańskiej Szczawnicy na Słowacji. Banska Stiavnica jest bardzo piękną, interesującą i owianą legendami miejscowością, o której sporo pisaliśmy w naszym przewodniku po Słowacji (Słowacja. Karpackie serce Europy, A.Nacher i M.Styczyński oraz B.Cisowski, P.Klimek, Wyd. Bezdroża, wyd.I z 2004 r., s.207-2012) i może tu wystarczy wspomnieć, że miasteczko jak z bajki (alchemików) położone jest w starym kraterze wulkanu, odbywa się tam Święto Salamandry (procesja z fugurą złotej salamandry… etnobiologia Karpat ma tu piękny obszar badań) i można zobaczyć i usłyszeń archaiczny drewniany (jesionowy) dzwon/bęben szczelinowy/gong nazwany na Słowacji: klopacka. Klopacka w Bańskiej Szczawnicy była kiedyś instrumentem sygnałowym i kołatanie (klekotanie…) informowało o końcu szychty (bania to kopalnia, a w BS można zwiedzać m. innymi starą kopalnię złota!), obecnie informuje o końcu życiowej szychty starych górników i stała się instrumentem pogrzebowym, a więc rytualnym, powracając w ten sposób po wiekach do swej pierwotnej funkcji jaką spełnia w klasztorach prawosławnych (widziałem i dokumentowałem tą grupę arcyciekawych instrumentów w Rumunii, Bułgarii, Grecji) gdzie znalazły się wg. mojej teorii wprost z tradycyji i praktyki monastycznej Azji. Tego rodzaju instrumenty w Azji nazywają się chan (dzwon) i są atrybutami buddyjskich sal medytacyjnych (np. zendo) w Chinach i Japonii. To wciągający temat, który zaprowadził nas daleko poza Pieniny… a dość dobrze opisałem go w naszej z A. pierwszej wspólnej książce: Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe z 2003 roku, ale dostępne od kilku miesięcy jako eBook w Wydawnictwie Bezdroża (s.163-167).

Poza tymi interesującymi gatunkami wybitnie związanymi z Pieninami zauważyłem sporo rozwijających się lilii złotogłów – Lilium martagon i ostrożenia lepkiegoCirsium erisithales, wcale nie tak częstego gatunku okazałej, kwitnącej żółtymi kwiatami rośliny branej za oset, która przy Czerwonym Klasztorze rośnie w dużej ilości, a także wpadała w oko kokorycz wonnaPolygonatum odoratum, mocna roślina lecznicza o wielu zastosowaniach (!) oraz rozpoczynający kwitnienie żywokost sercowatySymphytum cordatum, który jest w rejonie Pienin rośliną obcą (przybyszem) i gdyby pojawił się dzisiaj, to zaraz byłby wpisany na listę roślin zagrażających tzw. rodzimym gatunkom (może nawet inwazyjną!), a tak jest chlubą polskiej, górskiej przyrody! 🙂 W przypadku żywokostu sercowatego (wydaje się, że tworzy on w rejonie Czerwonego Klasztoru mieszańce z żywokostem bulwiastym) i lulecznicy kraińskiej mam dość zaskakujące dane… ale to wyjaśni się podczas warsztatu i będą dopiero po nim publikowane, także poza tym blogiem, ale nie w obiegu tzw. naukowym. 🙂 O żywokoście jako leku powie nam po swoich własnych doświadczeniach p. Barbara, nasza stała warsztatowiczka.

Mam nadzieję, że wymienione pewniaki są już wystarczającym powodem aby się w Pieniny wybrać, ale zapewniam także spotkanie z pokrzykiem wilczą-jagodą – Atropa belladonna i setką innych interesujących gatunków… bo samo wejście w Haligovskie Skały to osobna botaniczna droga marzeń 🙂 !!!

Do zobaczenia na szlaku etnobotanicznym i zaraz po powrocie opublikuję fotograficzne sprawozdanie z naszych zajęć terenowych i wykładów. Jeszcze w pierwszej dekadzie maja zapowiadam wyczerpujące tło etnobiologiczne i program warsztatu w Górach Lewockich 19-20-21 czerwca 2014r.

Na moich fotografiach z 19 kwietnia 2014 roku, kolejno od góry: pszonak, urdzik, lulecznica i autor z lulecznica na fot. AN

urdzik2lulecznica2014clulecznica14ja

Bio::Flow #4 i inne ogłoszenia…

 

SĘDZIWÓJ 1

Cykl spotkań Bio::Flow w Bunkrze Sztuki w Krakowie zbliża się ku końcowi; pozostały nam już jedynie dwa spotkania. Najbliższe odbędzie się za dwa tygodnie, a oto jego program:

Bio:Flow #4 – wtorek, 29 kwietnia 2014, Bunkier Sztuki w Krakowie od godz. 18.00

 Ogrodnictwo jako taktyka obronna: mikroogrodnictwo, slow zasoby, drzewa i fitomelioracje miejskie a zasoby pokarmowe w miastach. Fitobunkier – co planujemy i co robimy? Pierwsza akcja sadzenia roślin wokół Bunkra Sztuki. Spotkanie poprowadzi Marek Styczyński, a jego gośćmi będą:

Prof. Piotr Siwek (Uniwersytet Rolniczy w Krakowie) – Dyniowate: rośliny użytkowe i kulturowe.                                                                                               Dr Maja Głowacka i dr Bogdan Ogrodnik (Fundacja Pracownia Edukacji Żywej, Mikołów) – Ziele topolowego szumu. Wstęp do psychoedukacji roślinnej.

Najbliższe spotkanie w połowie odbędzie się w sali, a w połowie wokół Bunkra Sztuki podczas pokazu co i gdzie chcemy posadzić 🙂 oraz sadzeniu kilku gatunków mięty i cebul różnych odmian lilii. Następny etap sadzenia i tworzenia Fitobunkra 🙂 to wprowadzenie sadzonek kilku gatunków dyniowatych (w tym tykw – Lagenaria) około połowy maja oraz zakończenie cyklu spotkań pod koniec maja. Mamy już wstępne zapewnienie co do włączenia się Bunkra do opublikowania wydawnictwa omawiającego tematy przewijające się podczas Bio::Flow.

Dzień po Bio::Flow #4, 30 kwietnia, ruszamy na warsztaty w Czerwonym Klasztorze i po powrocie postaram się zdać sprawę z ich przebiegu!                      Dla warsztatowiczów mam jeszcze jedną miłą niespodziankę w postaci wizyty dr Michala Smetanki, który w sobotę (3.04.2014) zaprezentuje nam instrumenty pasterskie i zagra kilka własnych kompozycji zainspirowanych tradycyjną muzyką Karpat.

Ostatnia ważna informacja dotyczy warsztatów w Górach Lewockich na Słowacji! Odbędą się one w połowie czerwca (19-22.06.2014) we wsi Brutowce w pobliży Lewoczy. Te warsztaty połączą karpackie tradycje muzyczne z wycieczkami etnobotanicznymi oraz celebracją Watry z okazji letniego przesilenia. Przypominam, że to nie całkiem to samo co Noc Świętojańska i obejmuje kilka archaicznych rytów: palenie wielkiego ogniska, spalenie kukły wykonanej z witek wierzbowych i słomy, milcząca kontemplacja wody oraz muzyka i śpiew… nie mówiąc już o tak etnobotanicznym rycie jak szukanie kwiatu paproci! Część muzyczną poprowadzi Michał Smetanka i Anna Nacher, a część etnobotaniczną i terenową – Marek Styczyński. Mam już pierwsze zgłoszenia, ale zapisy przyjmuję do końca maja. Zapraszam! Chętni są proszeni o zgłoszenie się mailem na adres: marek.styczynski@gmail.com

Na fotografii Bogdana Kiwaka wykonanej metodą camera obscura przy okazji realizacji projektu przypominającego wielkich ludzi Małopolski – ja sam 🙂 w roli wielkiego alchemika Michała Sędziwoja (1566-1630) zwanego w Europie Sendiviciusem. Pochodził z okolic Nowego Sącza, studiował jakiś czas w Krakowie i przebywał potem wiele lat w Czechach i Niemczech. Ten interesujący pan odkrył tlen (!, tak!) przy okazji zaawansowanych i eksperymentalnych studiów nad spalaniem i oddychaniem. Jego metoda i to co odkrył wyprzedzały o 170 lat oficjalne naukowe odkrycie tlenu (nazwanego oxygenem) i były rozpracowywane na Oxfordzie! W Krakowie spotkał się m.innymi z słynnymi alchemikami Johnem Dee i Edwardem Kelly… a jego ścieżki są bardzo ciekawe, także w kontekście mojego wielkiego bohatera jakim jest patron naszych warsztatów w Czerwonym Klasztorze – tzw. Brat Cyprian. Z własnej inicjatywy do scenografii dodałem tykwę jako wskazanie na botanikę…

 

Kwiaty i zwierzęta

szaferkwzwierz

Ostatnio sporo książek pojawia się na etnobotanicznie, bo miejsce roślin w kulturze ma tak wiele aspektów, że warto czytać, czytać, czytać… Jak kiedyś już wspominałem, cenne są stare źródła, które nie obarczone są aktualnymi trendami, nowinkami w nazewnictwie i roszadami w teoretycznych podziałach systematyki. Nowych poglądów budowanych na genetyce nie da się lekceważyć, ale w kulturze nic się nie zmienia szybko i definitywnie.

15 lutego tego roku zmarł mój ojciec i pozostała po Nim spora i bardzo wysublimowana tematycznie biblioteka przyrodnicza. Od czasu do czasu będę w serii opisów „starych źródeł” sięgał do książek wśród których się wychowałem, a które i dzisiaj oceniam jako wartościowe i tworzące kanon polskiej botaniki. Uparcie raz jeszcze podkreślę, że chodzi mi o coś więcej niż sprawne rozpoznawanie gatunków w celu podania ich nazw i pozycji w systematyce, albo zakresu użyteczności dla człowieka. Chociaż z tego typu książek także można wiele wyczytać i zadać sobie pytania będące wprost sednem etnobotaniki.

Pośród wielu książek spełniających wyżej zaproponowane kryteria jakie kryje biblioteka mojego ojca, warto odnotować (bo na recenzję się nie będę porywał) – Kwiaty i zwierzęta. Zarys ekologii kwiatów -profesora Władysława Szafera. Książka wydana przez PWN w Warszawie w 1969 roku jest świetnym studium przyrodniczym. Bardzo brakuje dzisiaj tego rodzaju podejścia i dobrej szkoły przyrodniczej obserwacji i syntezy wiedzy z wielu dziedzin. Książka podzielona jest na 10 rozdziałów: Historia nauki o kwiatach, Budowa kwiatów i ich właściwości ekologiczne, Sposoby zapylania kwiatów w przyrodzie, System morfologiczny kwiatów entomogamicznych, Zapylanie kwiatów przez owady, czyli entomogamia, Zapylanie kwiatów przez ślimaki, czyli malakogamia,  Zapylanie kwiatów przez ptaki, czyli ornitogamia, Zapylanie kwiatów przez ssaki, czyli teriogamia, Zagadnienia ewolucyjne w ekologii kwiatów, Ochrona kwiatów i zapylających je zwierząt. Cztery z dziesięciu rozdziałów (dotyczące: entomogamii, malakogamii, ornitogamii, teriogamii) napisała współpracująca z Szaferem przy pisaniu książki Halina Wojtusiakowa. Mam nadzieję, że nie wyda się to niegrzeczne, ale już samo przeczytanie na głos tytułów rozdziałów zmieni pogląd na niektóre kampanie ekologiczne i mody miejskie, myślę tu o ogrodach motylowych i ochronie pszczół. 🙂 ale nie tylko, bo poznanie mechanizmów zapylania i roli kwiatów może okazać się pomocne w zrozumieniu całkiem innych dyskutowanych społecznie problemów. Do takich mechanizmów można z pewnym rozbawieniem zaliczyć dokładnie opisaną rolę kwiatów dziewięciornika błotnego, którego kwiat wykazuje dwa kolejne stadia – najpierw męskie, a później (u tego samego kwiatu) żeńskie stadium rozwojowe…czemu towarzyszy przemiana prątniczków w pozorne miodniki! 🙂 (s.50 i tam rysunek). Do klasycznych fotografii mojej młodości należy ilustracja ze s. 287 opisana tak: Australijski torbacz kwiatolubny – Eudromicia na kwiecie…(reprodukcji nie mogłem sobie odmówić i jest pod wpisem) czy pokazany na s. 279: „Nietoperz Leptonycteris zawisający przy kwiatach agawy (Agave) w czasie pobierania nektaru i pyłku„…nie wspominając już o kolibrach i zmroczniku (ćmie) fruczaku gołąbku plus wspomnienie o doniesieniu, że: amerykański podróżnik zastrzelił omyłkowo motyla, biorąc go za kolibra. (!) Piękna rycina ze s. 215 pokazuje ewolucyjne (i bardzo podobne) przystosowania kolibra i ćmy do pobierania nektaru z kwiatów i nie mogłem sobie odmówić… jest pod tekstem.

Książka Kwiaty i zwierzęta… ma ponad 370 stron, które czyta się bardzo dobrze, a w zrozumieniu treści pomagają bardzo dobre ilustracje (zarówno fotografie jak i rysunki) i wydaje się także dzisiaj bardzo dobrym przeglądem wiedzy na temat kwiatów i roli zwierząt w ich zapylaniu.

Dla pewnej zmiany tematyki, ale i podpowiedzi co do lektur dla nowych ogrodników wspomnę na zakończenie przeglądu „starych źródeł” małą książeczkę z biblioteki ojca – Warzywa mało znane, napisaną przez Helenę Fajkowską i Krystynę Wolfową, a wydaną w 1979 roku przez PWRiL w Warszawie. To dziełko ma około 350 stron, ale format kieszonkowy i etnobotanicznym powodem zainteresowania jest odpowiedź na proste pytanie: co w Polsce końca lat 70-siątych XX wieku uchodziło za mało znane warzywa? W tamtych latach do mało znanych, a wartych polecenia należały np.: kapusta pekińska, rzeżucha ogrodowa, karczoch, cykoria, pietruszka naciowa, papryka, bakłażan, miechunka, kabaczek i cukinia, soja, roszponka, kukurydza cukrowa… czyli wszystko to, co jest obecnie kanonem „zieleniny” kupowanej nawet w niezbyt dobrze zaopatrzonych sklepach. Ale, ale… w książeczce wymienia się też: głąbik krakowski, endywię, salsefię, kard, pasternak, szpinak nowozelandzki i łobodę ogrodową… i nie są to także i dzisiaj popularne rośliny jadalne dostępne w naszych sklepach. Dlaczego? Kto decyduje co ma się nam przedstawić jako cenną nowość, a co ma odejść lub czekać na swoją kolej?

Jak widać, szperanie w starych książkach jest dobrą metodą na zdobywanie wiedzy, ale i dystansu do tego co dzisiaj wydaje się całą i jedyną prawdą. Tego właśnie uczą nas rośliny i ludzie, którzy starają się je zrozumieć.

szaferilustr1szaferilustr2warzywamniej

 

Rezerwat miasto

malikcover

Cecylia Malik + Rezerwat Miasto: ponad 200 stron, format ok. 21 x 21 cm, starannie zaprojektowana książka/katalog/monografia (plus CDR) wydana przez kooperatywę Bunkier Sztuki i Towarzystwo na Rzecz Ochrony Przyrody wspartą pieniędzmi z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie… Do tego cztery osoby odpowiedzialne za redakcję, uderza w tym kontekście jeden zaledwie autor projektu, ale ratuje sytuację 25 autorów zaproszonych do napisania tekstów na temat zjawiska – Cecylia Malik! Imponujący rozmach współgra z dziedziną jaką para się główna Bohaterka. Chodzi o udane kreowanie z założenia medialnych akcji opartych o wzorce ekologicznego aktywizmu społecznego wypracowane (i udokumentowane w Polsce nieco słabiej, bo często jedynie na xero…) jakieś 20 lat temu, także w Polsce. Dobrze się stało, że jednym z zaproszonych autorów tekstów o akcjach CM jest Jacek Bożek (jeden ze współzałożycieli Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, która jakiś czas pełniła rolę polskiej odnogi organizacji Earth First! przy której Greenpeace wychodził na „poczciwą” akcję nastawioną na zaistnienie w telewizji) albo Anna Nacher, która wraz z piszącym te słowa miałaby niejedno do opowiedzenia… Wiem co Jacek napisał, ale nie wiem co sobie myśli kiedy czyta, że: nie wiemy, czy układ jej nóg jest rezultatem skoku w koronę drzewa czy rozpaczliwą próbą utrzymania się w powietrzu wbrew sile ciążenia. A może zdjęcie przedstawia nietypową hybrydę – człowieka zrośniętego z drzewem? /…/ Tematyka i atmosfera tego zdjęcia odpowiadają specyfice niniejszej publikacji – jest ona bowiem rezultatem swoistego „skoku w nieznane”….? Co sobie myślą inni na wymienianie jednym tchem „Cecylia Malik i Aldo Leopold” albo o przeświadczeniu jednej z autorek, że to artyści nauczą nas pokojowej koegzystencji z roślinami i zwierzętami… Zaczynam się zastanawiać, czy nie obserwujemy powstawania miejskiego rezerwatu artystów, którzy nie muszą wykazać źródeł inspiracji swoich prac (bo nie są naukowcami), nie muszą niczego załatwić do końca (bo tylko „podnoszą ważne kwestie publicznie”, a nie są urzędnikami i technikami), nie muszą brać odpowiedzialności za losy przedmiotu akcji (bo akcja jest artystyczna czyli z natury swojej ulotna), a jedynym sprawdzianem ich skuteczności jest możliwie szerokie zaistnienie w mediach. Real jest trudniejszy, nie tak podatny, nie tak cierpliwy i sam ustanawia swoje prawa. Dlatego to ładnie ze strony Funduszu i urzędników pionu/poziomu zawodowej ochrony przyrody, że pomagają i wspierają (a wiem, że tak i sam do tego namawiałem) tak mało przewidywalnego i odpowiedzialnego partnera, pewnie dlatego, że przy głupocie tzw. społeczności lokalnych oszukiwanych zręcznie przez tzw. inwestorów i działaczy partyjnych, aktywiści artystyczni są aniołami. Mocne słowo: głupota? A widzieliście gdzieś na świecie społeczność lokalną, która sama walczy ofiarnie na rzecz ograbienia siebie samej z zasobów wody pitnej, lasu, dobrego powietrza i prawdziwego rolnictwa/ogrodnictwa oraz stara się o odprowadzanie zysków z tego procederu gdzieś hen daleko? Może więc działania medialne w nurcie eko vs działania medialne w nurcie kasa/polityka (aż się dziwię aferze opartej o próbę „sponsorowania” pochwalnych tekstów o olimpiadzie zimowej w Krakowie… są całe redakcje i gazety, które od lat nie przedstawiają innych niż pochlebne opinie na temat stacji narciarskich, krytych stoków, wycinek i „wielkich” przedsięwzieciach samorządów; przypadek?) są koniecznością i mają zbawienny wpływ na tzw. gawiedź? Tyle, że w takim świecie będą liczyły się już tylko media i los „motylków”, „drzewek” i „krzaków” oraz „telewizyjnego felietonu o karpiu” znajdzie się w ręku naczelnego redaktora od wszystkiego?! W tym świecie nie będzie miejsca na realne działanie, badania, opiekę i samoograniczenie na rzecz pozaludzkich wartości i potrzeb, a prawo dotyczące tzw. ochrony przyrody czy zachowania tzw. równowagi środowiska – tak mało przyjemne w warstwie egzekwowania, zastąpią kampanie medialne i telewizyjne szoł – może Bitwa na Eko, albo Eco of Poland?

Ważne jest dla mnie aby wrócić na moment do tezy (cytat na początku wpisu) ze wstępniaka pań Redaktorek o „skoku w nieznane”! W nieznane? Komu nieznane i dlaczego nieznane?

Publikacja jest bardzo zgrabna, teksty są wnikliwe i wybitnie erudycyjne, a kilka z nich zadziwia najwyższą uwagą z jaką traktowane są wszelkie działania Bohaterki. Takiego traktowania nie doczekali się za życia artyści w rodzaju Hasiora czy Beresia… dlaczego Oni przyszli mi na myśl? 🙂 I dlaczego mnie to nie cieszy jak powinno? I to Cecylio naprawdę nic osobistego! Suknie z kwitnącej nawłoci i zaskakujący powrót do nich w oszronionej wersji były fantastyczne. Zacznijmy coś nowego…

 

Symbolic and Ritual Plants

compendium1

Europa dla etnobotaniki jest ważnym (ale trudnym) kontynentem, ze względu na ilość przeróżnych interakcji z całym światem i światami wewnętrznymi oraz gromadzenie wszystkiego co zobaczono, zbadano, ukradziono, wyłudzono, zagrabiono i otrzymano w prezencie podczas setek lat nękania świata przez kilka europejskich narodów. Z jednej strony, to etnobotanika gatunków „odkrywanych” przez wyprawy kupieckie, wojsko, duchownych, rolników i ogrodników, leśników, naturalistów i techników na świecie i nadawanie im całkiem innego statusu (np. kauczuk, np. krasnodrzew pospolity, np. ziemniak… itd. itd.), ale z drugiej (i dla mnie ciekawszej) etnobotanika rodzimych lub zasiedziałych gatunków europejskich. Tu warto zwrócić uwagę, że w Europie w czasach podbojów „nowych światów” wiele obszarów starego kontynentu miało status kolonii i quasi kolonii tworzonych na obszarach „dzikich” – na tzw. Bałkanach (samo to określenie jest konstruktem politycznym o ciekawej historii i warto o tym poczytać w książce pt. Bałkany wyobrażone – Maria Todorova, Czarne, Wołowiec 2008, a w oryginale: Imagining the Balkans, Oxford 1997), albo w tzw. Europie Wschodniej czy Europie Środkowej (bardzo ciekawie zmieniały się granice tych obszarów w debacie publicznej ostatnich 20 lat… 🙂 ). Kiedy pisałem Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i Bałkanów miałem przekonanie, że warto pokazać etnobotaniczny kanon tej części Europy i nawet nie przypuszczałem, że moja intuicja popchnęła mnie do opracowania tak krytycznego dzieła 🙂 Wiedziałem, że w USA, Francji, Wielkiej Brytanii… 🙂 więcej wiedzą o florze i etnobotanice gatunków w (odpowiednio): Ameryce Środkowej i Południowej, Indonezji, Indii i Australii niż o Karpatach i Bałkanach, a jedynie Niemcy (za sprawą także polskich badaczy publikujących w języku niemieckim za czasów Austro-Węgier o czym wspominałem w Zielniku…) wiedzą coś o wschodzie Europy. Nie myślałem, że to aż tak poważna luka w studiach, wiedzy i mentalności… 😦 Dowiedziałem się o tym gdy w mojej bibliotece swoje miejsce (wreszcie!) znalazło przepięknie wydane, opasłe i naprawdę świetne dzieło pt. Compendium of Symbolic and Ritual Plants in Europe opracowane niezwykle drobiazgowo i wyczerpująco przez dwoje autorów: Marcela De Cleene i Marie Claire Lejeune, a wydane fenomenalnie przez Man&Culture Publishers, Ghent, Belgium w 1999 (i 2000, 2003). Wydawnictwo składa się z dwóch osobnych tomów: Trees & Shrubs / Herbs, które kryją się w pięknie wykonanej, dodatkowej oprawie z grubego kartonu. Temat, praca włożona w książkę (podobno to rezultat 20 lat badań!) i sposób wydania decydują o tym, że jest to mega bibliofilska pozycja dla poważnych ludzi 🙂 .

Compendium… rozpoczyna cytat: Tracing the history and symbolism of virtually any plants is a fascinating exercise in comparative religion, sociology, philosophy, and history. Richard Klein (1923 – 1997)

Obydwa tomy Kompendium… są opracowane podobnie, według przyjętego szkieletu tekstu zawierającego trzy podstawowe sfery: Botanical (wiedza botaniczna obejmująca nazewnictwo popularne, środowisko/siedlisko, opis gatunku), Cultural ( konteksty kulturowe obejmujące: obecnosć w rytuałach, mitologiach, symbolice, magii, użytkowaniu, wierzeniach, legendach i bajkach) oraz Uses (wykorzystanie roślin w ziołolecznictwie, kosmetyce, rolnictwie, przemyśle, budownictwie, w domu – kuchni i ogrodzie).

W pierwszym tomie o drzewach i krzewach opisano około 60 gatunków (w rzeczywistości znacznie więcej, bo tekst jest bardzo gęsty i omawia wiele pokrewnych gatunków) na 885 stronach!!! Do tego są ilustracje w postaci grafik (to mój faworyt, bo kolorowe fotki zawsze tych samych kwitnących roślin stają się już trudne do zniesienia w niby naukowych dziełach i dziełkach), doskonałe fotografie i reprodukcje ilustrujące zagadnienia kulturowych emanacji roślin, które można chyba liczyć na setki… Odnotowałem małą satysfakcję, bo świetni i utytułowani autorzy najwyraźniej poszli kiedyś tym samym tropem co ja przy pisaniu Zielnika... i opis gatunków drzew ważnych dla etnobotaniki Europy zaczynają od… akacji. Jak wiadomo to drzewa rosnące naturalnie w Afryce i Australii, ale podobnie jak mirt i rozmaryn w Karpatach (gdzie te gatunki nie występują naturalnie) są ważne dla rozpatrywanego tematu. Przegląd gatunków poprzedzają arcyciekawe rozdzialy i wymienię jedynie rozdział 3: Ritual plants in our daily lives, 4: Do old symbols, myths and rites still have any point?, 5: Tree symbolism… ej boy 🙂 Na końcu książki jest oczywiście index nazw omawianych gatunków, bez którego czytelnik ma zawsze spory problem, ale w tym wypadku ten problem byłby naprawdę wielki. W tomie II, traktującym o roślinach zielnych opisano także znacznie ponad 70 gatunków na 695 stronach. Także tutaj znajdziemy rewelacyjne rozdziały i opisy gatunków; wspomnę jedynie o rozdziale 3: Flowers as symbols, 7: Symbolic and ritual herbs.

W notkach o Compendium… wyczytać można (na okładce, więc autorzy to akceptowali), że jest to: akademicki głos na temat wiedzy o symboliźmie i rytach roślinnych… i tak zapewne jest, ale skoro tak, to mimo wielkiej pracy w kilku miejscach spotkało mnie tym większe rozczarowanie. Pierwsze i najważniejsze, to rozczarowanie poglądem autorów na Europę – opublikowane w 1999 roku, a nie w XVIII czy XIX wieku! Europa to w dalszym ciągu tzw. Stara Europa z centrum chyba w Belgii i Holandii? 🙂 Mimo Brukseli, trudno się nie uśmiechnąć! W tej Europie akademików z Belgii/Holandii nie tylko brak jest Karpat – jednego z najrozleglejszych obszarów górskich i podgórskich Europy, ale też i na dobrą sprawę tzw. Bałkanów, a mam wrażenie, że i części południa Europy, o wschodzie i dalekiej północy nie wspominając. Karpaty znalazłem w krótkich akapitach: przy okazji notki o limbie, modrzwiu, świerku oraz przy opisie pierwiosnki (tam jest tylko: Bukovina, Romania), a także jedynie w nazwie (?): Carpathian Walnut. We wspomnianym opisie świerka poza Karpatami wymieniono także Bohemię (Czechy) i Bośnię… i to chyba najbardziej wyczerpujący opis dalekich i mało znanych w Belgii terenów dzikiej Europy?! Jest jeszcze maleńka, ale ciekawa informacja, że na terenie: Silesia, Poland w 1935 roku opisano leczenie z pomocą szafranu zmieszanego z tłuszczem… i chyba tyle…. Tu polecam (autorom Compendium… w pierwszej kolejności) książkę: Wild Europe.The Balkans in the Gaze of Western TravellersDzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników – Bozidara Jezernika, która ukazała się w oryginale w 2004 roku w Londynie, a w Krakowie w 2007). Jako przyrodnik mam też inne uwagi i wspomnę jedynie o kilku… 🙂 Jedna z nich dotyczy operowania politycznym podziałem Europy i nazwami krajów, które jak np. Belgia nie mają właściwie żadnego znaczenia w podziale Europy na krainy przyrodnicze, a i kulturowo są podzielone. Dotyczy to także Holandii w sensie małej oryginalności i słabego reprezentowania jakiegoś charakterystycznego zbioru siedlisk czy krain przyrodniczych naszego kontynentu. Odnoszenie się do Belgii i Holandii właściwie niewiele mówi poza opisaniem w dużym stopniu wtórnych i przejętych od innych wierzeń, roślin i kultury. Nie byłoby tej uwagi gdyby w tytule nie było: Europa, ale np. Zachodnia Europa… Europa bez strefy alpejskiej, śródziemnomorskiej i borealnej… to gdzie to jest właściwie? Moje rozczarowanie (ale zaznaczam, że jedynie częścią zawartości tego bardzo bogatego i prawie doskonałego dzieła) budzi nie uwzględnienie w opisach ważnych dla Europy gatunków np. Rhodiola rosea czy Sideritis scardica, albo dziwne potraktowanie takiej rośliny i etnobotanicznego giganta jak Atropa belladonna

Kolejny raz potwierdza się potrzeba botaniki krytycznej wyrażona w tytule mojego rozdziału Zielnika… s.294: Badanie badaczy… chociaż zdaję sobie sprawę, że i moja krytyczna recenzja mówi coś także o mnie. A mówi gorzko, bo ciągle jesteśmy w sytuacji, w której akademicy ze Starej-dawnej-Europy nie mają chęci dowiedzenia się co piszą ludzie poza starym centrum, ciągle nie muszą. Todorova i Jezernik są w polskich przekładach bo opublikowali swoje książki po angielsku… Dalszy ciąg tej recenzji będzie zaskakujący, ale nastąpi niezbyt szybko.

compendium2