Od „Boga rzeczy małych” do partyzantki leśnej…

delhitreespuch

Dr Wojciech Puchalski (znany dobrze uczestnikom warsztatu w Czerwonym Klasztorze) z The Nature Laboratory zrobił mi dzisiaj wielką przyjemność! Nadesłał uzupełnienie mojego opisu niezwykłej książki Drzewa Delhi w postaci tła dotyczącego osoby autora, jego żony i niezwykłej historii jaką utkały drzewa i ludzie! Jestem tym bardziej zadowolony, że ta niezwykła opowieść dotyczy książki z biblioteki mojego ojca, który był moim jedynym prawdziwym nauczycielem, a bywał obśmiewany za usilne gromadzenie i sprowadzanie w najprzeróżniejszy sposób interesujących książek. Wiele z nich przywoziłem ja sam (jak np. Enjoy Trees Storrs’a czy Encounter with the Himalayan Wildlife świetnego nepalskiego biologa dr Tej Kumar Shrestha, którego badania słodkowodnego delfina zrobiły na mnie wielkie wrażenie), ale wiele z tych wskazywanych przez ojca książek docierało do niego w plecakach mojej córki Nataszy i wielu jej znajomych i przyjaciół… Teraz ja wszystkim dziękuję i zapewniam, że biblioteka będzie dalej służyła roślinom i ich przyjaciołom.

Oto tekst jaki nadesłał Wojtek:

O indyjskich drzewach, społecznościach i dwojgu ludzi…

Jakiś czas temu pozytywnie zaskoczył mnie wpis Marka (z 12 maja), będący świetną recenzją znakomitej, znanej mi książki (i autora też) Pradipa Krishena “Trees of Delhi”. A ponieważ, oprócz samej etnobotanicznej wiedzy, Marek przedstawia nam tu również osoby – historyczne i współczesne – o dorobku znaczącym dla etnobotaniki, ich drogi życia i ścieżki poznania, stwierdziłem, że nie od rzeczy będzie przybliżyć również postać autora tego dzieła. Tym bardziej, że jak się okaże, nie będzie to postać standardowa, a do tego niemożliwe tu będzie pominięcie jeszcze jednej osoby, bardziej może znanej niektórym, którą o związki z etnobotaniką chyba mało kto podejrzewa…

Pradip Krishen nie jest botanikiem, a przynajmniej nie zdobył nigdy formalnego wykształcenia w tej dziedzinie. Jest historykiem (po Oxfordzie), już w Delhi był nauczycielem akademickim, a przede wszystkim reżyserem filmów dokumentalnych i fabularnych też. I pewnie nadal działałby w tej branży i nigdy nie napisałby książki o drzewach, gdyby nie lawina konsekwencji pewnego spotkania…

Oto zaczepia na ulicy pewną młodą kobietę, której uroda i zachowanie bardzo mu pasują do epizodycznej roli w przygotowywanym filmie. Taką ją sobie właśnie wymyślił…

Ta dziewczyna nazywa się Arundhati Roy.

Szybko okazuje się, że ich współpraca na jednej małej roli się nie skończy. Arundhati zostaje scenarzystką najlepszych filmów Pradipa, jest też w nich aktorką… Choć dzieli ich dużo – pochodzenie, wykształcenie, różnica wieku i charakterów przede wszystkim, łączy ich wzajemna inspiracja. I miłość też. Zostają na długo życiowymi partnerami…

Im bardziej Arundhati poznaje środowisko ludzi związanych z branżą filmową, tym bardziej staje się ono przerażające dla tej prostolinijnej kobiety. Postrzega ludzi-hieny, bez skrupułów gotowe wykorzystać każdą ludzką tragedię dla swojej kariery i pokazania swojej – czy też dobrze widzianej przez sponsorów – stereotypowej wizji świata. W pewnym momencie nie wytrzymuje, pisze. Uderza ostro i celnie. Tak rodzi się przyszła bezkompromisowa publicystka, zawsze biorąca w obronę wszystkich krzywdzonych, zwłaszcza tych, których nikt już nie chce słuchać.

Pradip nie odcina się od żony. Traci duży kontrakt na telewizyjną serię programów. Persona non grata w branży.

Oboje odreagowują. Arundhati pisze powieść: „Bóg rzeczy małych” przyniesie jej światową sławę. Pradip gdzieś w interiorze daje się oprowadzać po lesie przez znajomego leśnika. Ten tak ciekawie – a może tylko w sposób trafiający do człowieka potrzebującego właśnie oparcia i wyciszenia – mówi o drzewach, że Pradip odnajduje w nich swoją drugą miłość. Kocha drzewa.

Wraca do Delhi. Do miasta-molocha, rozrastającego się w niepohamowany sposób, pełnego ludzi zestresowanych, goniących za czymkolwiek, co na chwilę daje utrzymanie, a przede wszystkim wykorzenionych – z własnej kultury, ze społeczności, w których mogliby liczyć na wzajemne wsparcie. Tak je widzi Arundhati, sama pochodząca z głębokiej prowincji. Tam, gdzie wykorzenieni są ludzie, wykorzenione jeszcze szybciej zostają drzewa…

To, co Marek pisze w swojej notatce o głębokim szacunku mieszkańców Indii do drzew to święta prawda, ale tak to wygląda w tradycyjnych społecznościach, które w tym ekspresowo, acz chaotycznie modernizującym się kraju znikają jeszcze szybciej niż rosną przepełnione metropolie. Jak pszczoły, strute pestycydami i nie wiadomo czym jeszcze, masowo przepadają nie wiadomo jak i gdzie… W miastach liczy się już tylko agresywne zdobywanie przestrzeni dla siebie.

Na warsztatach w Pieninach Maja i Bogdan mówili nam, że nie można u ludzi od razu wyrobić pozytywnych emocji do przyrody tak w ogóle, jako abstrakcji. Ale nie jest trudno sprawić, że człowiek polubi konkretne drzewo, pozna je, dowie się o nim, poczuje więzi z nim go łączące. Jeżeli od tego zaczniemy, dalej będzie już łatwiej te pozytywne relacje rozszerzać…

Tak właśnie zaczął działać Pradip w Delhi. Odnajduje drzewa, oprowadza wycieczki, pokazuje, nazywa, opowiada, ale i słucha ludzi. Bezcenny jest tu jego warsztat dokumentalisty: zbiera informacje, porządkuje, odnosi się do konkretu, przedstawia w formie zrozumiałej dla ludzi. Zawsze pamięta o tym, że jego celem jest budowanie relacji, ma też odwołać się do ginących tradycji. Sam musi się uczyć, botanika i dendrologia to dla niego przecież wiedza nowa. Sam wędruje, musi dotrzeć do każdego miejsca, drzewa, to sam musi nawiązać relację z przedmiotem opisu, uzyskującym w ten sposób osobowość w jego oczach… W jego narracji nie będzie też rutyny profesjonalnego botanika, który to musiałby pochylić się, aby wyselekcjonowaną część wiedzy eksperta przetłumaczyć na język ludzki i udostępnić maluczkim.

Slow research… To od razu rzuca się w oczy, że autor tej książki powstającej powolnie, w tempie nie do zaakceptowania w harmonogramach profesjonalnych krótkoterminowych grantów badawczych, z głęboką refleksją, tworzy zupełnie inną, nową jakość. Slow food, slow travel, slow life… To reakcja na masowe, zestandaryzowane produkty niskiej jakości, co to je tylko użyć i wyrzucić…

Dzieło zostaje wydane. I trafia celnie. To sam kilka razy miałem okazję usłyszeć od niezwiązanych ze sobą ludzi, jak to właśnie książka Krishena zmieniła ich stosunek do drzew i przyrody w ogóle. Powstają kluby miłośników drzew, strony internetowe, ma kto bronić istniejących drzew przed zakusami bezwzględnych inwestorów w mieście i ma kto twardo domagać się, aby nowe były sadzone. Dla zwykłych ludzi drzewo przed domem staje się często jedynym symbolem trwałości, współwzrastania i współrozwoju w niepewnym, zmieniającym się świecie… I gdy drzewa stają się widoczne w mieście, to miasto jawi się jako mniej obce… A sam Pradip prowadzi duże projekty z zakresu ekologicznego ogrodnictwa.

Mija kolejnych osiem lat. Właśnie przed miesiącem ukazało się drugie, podobne w swej formie dzieło Pradipa Krishena: „Jungle Trees of Central India”. Nie widziałem jeszcze, mam mieć, na razie dotarłem tylko do paru cytowanych fragmentów i paru entuzjastycznych recenzji. Lata poszukiwań, wędrówek, bezpośredniego kontaktu autora z każdym opisanym drzewem i budowania z nim relacji, zrobienia ponad 1300 wykorzystanych zdjęć, jak również poznawania związków i znaczenia drzew dla miejscowych ludzi (nawet lokalne nazwy mają w książce pierwszeństwo nad oficjalnymi), dają kolejną, wielką rzecz…

Jungle Trees…” to nie tylko atlas drzew i przewodnik przyrodniczy. Ma swoją głębszą warstwę, drugie dno… Autor rozróżnia i przeciwstawia sobie pierwotną dżunglę i zagospodarowany las. Dżungla trwa, w oparciu o odwieczne i niezmienne prawa. Pozwala też korzystać ludziom ze swoich darów – owoców, ziół, drewna też, w tradycyjny sposób, w jaki Pradip usiłuje ocalić od zapomnienia na stronach swej książki. W świętych miejscach dżungli żyją mali bogowie, dla lokalnych społeczności równie ważni jak ci wielcy, a przekładając to na bardziej racjonalny język, to dżungla chroni lokalny klimat, zasoby wód gruntowych, to wszystko, co ważne dla ciągłości życia ludzi w okolicy, z ich społecznościami.

Las ma produkować. Dużo drewna, równego, takiego samego. Ma dawać dochód, bezproduktywność jest marnotrawstwem. Potem się to wszystko równo zetnie… ktoś może na tym zarobi… nieważne, co będzie później. Nikt nie myśli, że może wyschną pola, a może lawina błotna zniesie całe osady z powierzchni ziemi… Może…

Tu dżungla i las – to dwie drogi rozwoju Indii. Wydaje się, że kraj już poszedł w stronę lasu – masowej, szybkiej produkcji, gdzie niektórzy bogacą się skutecznie. Analogie można snuć dalej: do czego może doprowadzić ujęte w ramy, zestandaryzowane i nastawione na produktywność życie intelektualne? Dla Pradipa alternatywa dżungla – las to sprawa wspólnych dla całego społeczeństwa wartości. Czy są jeszcze takie? On broni dżungli. Wskazuje na jej zmieniające się zagrożenia. Kiedyś były to przypadki rabunkowej, niezrównoważonej gospodarki leśnej, prowadzonej przez tych, co mieli władzę. Teraz groźne, i to jeszcze bardziej, stały się wielkie korporacje z ich nowymi kopalniami, wielkimi zaporami na rzekach i wielkoobszarowymi projektami infrastrukturalnymi… Może ze swą nową książką znów uda mu się wzbudzić refleksję?

I tu przychodzi Arundhati. To ona niestrudzenie dostrzega i alarmuje, wręcz krzyczy, o dokładnie tych samych zagrożeniach, niszczących społeczności, wykorzeniających ludzi z ich środowiska, eliminujących zwłaszcza społeczności plemienne, małe narody, bez efektywnego prawa głosu, za którymi już nikt inny się nie wstawi, skazując je na kompletną zagładę. Usiłuje nagłośnić ich problemy, ochronić przed wszechwładnymi korporacjami i skorumpowanymi urzędnikami, stając się dla tych u władzy wrogiem publicznym.

Tu losy dżungli i społeczności nierozerwalnie splatają się ze sobą. Tak jak działania tych dwojga ludzi, którzy tylko inaczej rozkładając akcenty i narzędzia, w rzeczywistości wzajemnie powiązane, konsekwentnie dążą do tego samego…

Jeszcze tylko pytanie: dlaczego jako obszar, do którego odnosi się nowa książka Pradipa, wybrał on środkowe Indie? Obszar, który wydaje się być trochę na uboczu, gdzie niewiele się dzieje, a i dżungle gdzie indziej też może będą ciekawsze, piękniejsze i uważane za bardziej cenne przyrodniczo, jak w Ghatach Zachodnich, jednym z głównych światowych centrum bioróżnorodności, czy na przedpolu Himalajów, gdzie po wielkiej powodzi sprzed dwóch lat będą one wymagać wspomaganej odbudowy?

Francuzi mówią: cherchez la femme… Gdzie jest Arundhati?

I tu w ciągu ostatnich kilku lat odnajdziemy ją jak myląc ślady za sobą, dociera do kryjówek naxalitów – partyzantów w trudno dostępnych dżunglach środkowo-wschodniego interioru. Ich obecność i walka to temat tabu w oficjalnych indyjskich mediach. To tereny plemienne, ale też bogate w surowce mineralne. Dla wielkich koncernów wydobywczych najkorzystniej byłoby przejąć cały obszar, rozkopać, ludzi wysiedlić, lasy zniszczyć… Nawet jeżeli byłyby gotowe wypłacić jakieś odszkodowania, to i tak nie dotrą one do tych, którym się należą. Kultura tych ludzi zginie, oni, nie znając oficjalnych języków, co najwyżej zostaną obywatelami najniższej kategorii, uschną, odcięci od swych korzeni. Wraz z nimi znikną też dżungle. I drzewa.

Mimo że w starciach zbrojnych giną ludzie, Arundhati usprawiedliwia ich walkę. Mówi, że bierny opór na wzór Gandhiego miał sens i siłę, ponieważ był to spektakl. W spektaklu potrzebni są aktorzy i widzowie, którzy będą komentować akcję. Tu polityka informacyjna władz sprawia, że nie ma widzów. Tragedia rozgrywa się w zapomnieniu… Jako jedna z nielicznych, Arundhati mówi o niej głośno.

Pradip pisze o drzewach, cennych, ciekawych. Nie ma zapisu cenzury na drzewa… Ludzie będą chcieli przyjechać, zobaczyć, być świadkami… Głośno mówić, ze gdzieś odmówiono im wstępu i pytać dlaczego… Może to w ten sposób jeszcze uda się uratować drzewa, dżungle, a wraz z nimi te bezbronne, pozostawione samym sobie społeczności…

 

Reklamy

Nieużytki sztuki

 

Czy twój umysł jest pełen dobroci?

Atiśa

atisa

Rozmowa etnobotanicznie.pl z dr Elżbietą Jabłońską, autorką i kuratorką rewelacyjnego projektu Nieużytki sztuki, który znakomicie wpisuje się w kilka nurtów miejskiego ogrodnictwa i jak to bywa w tej materii, dotyka wielu innych, bardzo istotnych spraw. Elżbieta Jabłońska studiowała grafikę i malarstwo na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (1990-1995) i uzyskała dyplom z grafiki warsztatowej plus aneks z malarstwa. Także na UMK w Toruniu obroniła doktorat w zakresie sztuk pięknych (2004) i jest asystentką w Zakładzie Rysunku na tym samym Uniwersytecie.

Więcej o autorce projektu Nieużytki sztuki i Jej znakomitych projektach artystycznych znajdziecie na: http://www.culture.pl/pl/tworca/elzbieta-jablonska

Nieużytki sztuki to projekt aktualnie realizowany, a więc stale się rozwijający i dokumentowany na bieżąco na stronie: http://www.nieuzytkisztuki.pl

Tytuł rozmowy zaczerpnąłem z pracy Elżbiety Jabłońskiej Czy twój umysł jest pełen dobroci? z 2005 roku (cytat w formie neonu, pismo dziecka). Cytat pochodzi od buddyjskiego uczonego, mistrza i reformatora religijnego Atiśa Dipamkara Srijnana (982-1054)

Rozmowa

1.Marek Styczyński: Dlaczego ogrodniczy, w swej praktycznej istocie projekt, adresowałaś do środowisk związanych z upowszechnianiem sztuki? A może jest on adresowany raczej do stałych odbiorców działalności galerii sztuki? Nie jest chyba adresowany do artystów? Czy tytułowe „nieużytki” są wskazaniem na jakieś niezagospodarowane obszary działalności instytucji kultury, na ich zbyt słabe ugruntowanie w środowisku?

Elżbieta Jabłońska: Idea dzierżawy niezagospodarowanych terenów przyległych do galerii, muzeów i innych instytucji sztuki pojawiła się rok temu przy okazji opracowywania koncepcji mojego udziału w Zielonym Jazdowie. Teren parku przy warszawskim CSW, gdzie odbywały się wszystkie wydarzenia, jak również czas na nie zaplanowany, a więc okres między czerwcem a połową września stały się moją zasadniczą inspiracją. Planowałam 10 podwyższonych grządek usytuowanych przy ławach Jenny Holzer. To miejsce wydawało mi się idealne ze względu na cały szeroki kontekst. Jednak z dwóch przedstawionych przez mnie propozycji została wybrana ta druga, ta która nie wymagała zaangażowania widza, trwała krótko i nie budziła wątpliwości, a „nieużytki” siłą rzeczy musiały poczekać na następny sezon.

Jednak już jesienią zeszłego roku rozpowszechniłam ideę wśród kilku instytucji i jako zwrotną informację otrzymałam akceptację projektu.

Nieużytki wydają się być projektem przede wszystkim ogrodniczym, lecz jak większość moich realizacji kryją w sobie dodatkowe wątki. To co uważam za najistotniejsze w sztuce to kontakt z drugim człowiekiem, specyficzny rodzaj spotkania rozumianego bardzo szeroko, energia z niego wynikająca, a czasem potencjalna możliwość pewnego zdarzenia. To spotkanie jest w „Nieużytkach sztuki” bardzo ważne i rozgrywa się na wielu poziomach. Jest więc relacja odbiorcy z przedstawicielami instytucji, pracownikami, którzy są niejako „zmuszeni” do wyjścia poza znaną i przewidywalną przestrzeń biur czy ekspozycji na grunt najbardziej podstawowy, na ziemię i wobec ziemi. Pojawia się również rodzaj współpracy między osobami, które decydują się na dzierżawę, wspólnie pielęgnują swoje rośliny, bywa, że się nawzajem wspomagają radami, a czasem po prostu wspólnie przebywają w przygaleryjnych ogródkach.

Ten obszar bezpośredniego kontaktu, w zdecydowanie innym otoczeniu, wobec konieczności rozładowania ciężarówki z ziemią, przeniesienia drewnianych elementów, rozwiązania problemów z wodą, wreszcie złożenia przygrządkowej ławki to właśnie sugestia niezagospodarowanych obszarów działalności instytucji kultury. To realne problemy, które trzeba rozwiązać wspólnie z uczestnikiem ogrodniczych działań, tu i teraz.

2.MS: Dlaczego grządki i rośliny, a nie miejsca spotkań, parasole, leżaki, piaskownice i budki z kawą i lemoniadą?

EJ: Od kilku lat mieszkam na wsi. Chłonę rozległy nadwiślański krajobraz, próbuję nasycić się zielenią, powietrzem i głębią błękitu. Wiosną sadzę rośliny, doglądam te, które przetrwały zimę i znów zaczynają kiełkować. Grzebię rękami w ziemi, wyjątkowo u nas gliniastej, i co roku w kwietniu nie mogę się nadziwić że spod hałdy śniegu wypełzają maleńkie zielone źdźbła. Obserwowanie kiełkowania i wzrostu roślin jest dla mnie aktualnie niezwykle fascynujące, a czasem terapeutyczne. Dlatego rośliny i grządki.

Poza tym przy grządkach stoją stabilne i wygodne, drewniane ławki, a kawę i lemoniadę również można wypić. Tyle, że wobec konkretnej sytuacji, wobec własnych zasiewów, które trzeba podlewać, pielić, obserwować. I wówczas ta kawa o wiele lepiej smakuje, a my przywiązujemy się do miejsca, zaczynamy je postrzegać jako własne, czujemy się za nie współodpowiedzialni.

3.MS: Jaki zakładałaś zasięg Projektu, jaki jest obecnie; na wiosnę 2014 roku? Czy jego aktualna geografia jest dla Ciebie zaskoczeniem, czy raczej realizacją założonego w projekcie planu?

EJ: Tak jak wspominałam wcześniej, Nieużytki były pierwotnie opracowane jako realizacja na terenie parku przy Zamku Ujazdowskim. Nie doszło do tych działań i bardzo mnie to cieszy, bo ich zasięg tegoroczny jest nieporównywalnie większy, a zapał ogrodników i instytucji tylko to potwierdza. Mamy grządki przy 10 instytucjach, w 9 miastach. Oczywiście są to niewielkie tereny,

ale to jest początek i wiele może się jeszcze wydarzyć. Zgłaszają się do nas kolejni chętni, czas pokaże co z tego wyniknie. Oprócz osób zaprzyjaźnionych z galeriami w projekcie uczestniczą również mieszkańcy sąsiadujący z instytucjami, z tej samej ulicy, czy osiedla. Nie jest ich może wielu, ale trudno jest przełamać utarte schematy i przyzwyczajenia. Myślę jednak, że warto podejmować różne kroki by oswoić ludzi z „przestrzenią” sztuki i nieużytki są jednym z nich.

4.MS: Z moich obserwacji wynika, że słabym punktem instalacji, obiektów i w dużym stopniu także myślenia o przestrzeni na styku biologii i sztuki jest etyka postępowania z żywymi organizmami. Te wszystkie paprotki podłączone do prądu, padłe papugi, świecące króliki i zamknięte w klatkach koguty… to jakby radosna wystawa rozmaitych ponurych tortur stosowanych przez służby specjalne… Czy nie boisz się, że zazielenione „nieużytki sztuki” skończą jako „pustynie sztuki (ogrodniczej)” z braku uwagi, troski i podlewania? Kto bierze odpowiedzialność za te uprawy, czy w Twoim projekcie przewidziałaś przyszłość czy jedynie pierwsze dwa wspaniałe, wiosenne miesiące po wysianiu i wysadzeniu roślin?

EJ: Każda z osób, która zdecydowała się wziąć udział w projekcie podpisała specjalnie na tą okazję przygotowaną umowę dzierżawy. Termin rozpoczęcia działań był uzależniony od konkretnych instytucji i kalendarza ich działań, w większości był to kwiecień, natomiast koniec umowy jest wyznaczony na początek października. Średni okres trwania projektu to ok 7 miesięcy. A to z perspektywy dzierżawcy naprawdę dużo czasu. Wsparcie instytucji jest tu elementem zasadniczym, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy planujemy wyjazdy wakacyjne.

Ryzyko porażki jest wpisane we wszystkie działania do których zapraszamy publiczność, reżyseria nie ma tu żadnych szans. Mam jednak do porażki swój indywidualny stosunek, pełen ciekawości, akceptacji i pokory. Wiem, że to specyficzna propozycja i zrozumiem również tych, którzy mimo chęci nie dotrwają do jesieni przy swoich roślinach.

5.MS: Czy miałaś wcześniej (lub zauważasz w miarę realizacji projektu) jakieś preferencje co do sadzonych gatunków roślin? Czy są jakieś gatunki roślin, które wydają się już dzisiaj lekiem na „nieużytki sztuki”. Mam na myśli zagadnienia etnobotaniki, którą się od lat zajmuję i w tym kontekście interesuje mnie, jakie rośliny pokonają „nieużytki sztuki” : stare, tradycyjne, nowinki na rynku ogrodniczym, a może szpalery tujowe w imię łączności z ludowymi trendami w polskim ogrodnictwie? Pytanie wiąże się też z metodą relaksacji, a nawet leczenia i wpływania na możliwości intelektualne nazywaną hortiterapią. Może drugim etapem Twojego Projektu mogło by być leczenie szeroko pojętego środowiska artystycznego z pomocą odpowiednio dobranych roślin i sposobów ich uprawy?

EJ: Jakiś czas temu zostałam zaproszona do wystawy w Wigierskim Domu Pracy Twórczej, która nosiła tytuł Flower Power. To była jedna z ostatnich wystaw w tym miejscu. W ramach tego wydarzenia rozesłałam z Wigier pocztę kwiatową, było to ponad sto przesyłek zawierających nasiona lub cebulki kwiatów wyhodowanych przez gospodynie z okolicy oraz podłoże do ich wysiania/wysadzenia. Te przesyłki dotarły również do osób z kręgu sztuki, myślę, że to mógł być początek ogrodniczej terapii. Reakcje adresatów były różne, byli tacy, którzy według otrzymanej instrukcji wyhodowali roślinkę na parapecie okna, a jako potwierdzenie przesłali mi dokumentację fotograficzną. Nie zawsze jednak trafia się na podatny „grunt”.

Wracając do uprawianych roślin, każda z instytucji otrzymała tzw pakiet aktywizujący składający się między innymi z nasion. Były to podstawowe i bardzo klasyczne propozycje, głównie warzywne, ale z moich obserwacji wpisów na naszej stronie internetowej wynika, że każdy z uczestników ma inne pomysły i preferencje. Na grządkach pojawiają się również kwiaty i zioła, wszystko w rękach właścicieli.

6.MS: Rośliny, uprawy, grządki i problem nieużytków to przestrzeń karmiąca się czasem. Pozostaje to w pewnej sprzeczności z działalnością galerii sztuki, które ścigają się w ilości i atrakcyjności proponowanych wystaw i akcji artystycznych, zazwyczaj krótkotrwałych. Czy Twój projekt ma być lekiem na tę pogoń za medialnym i środowiskowym uznaniem, czy może także jest krótkodystansowym wskazaniem na trendy, zainteresowania i możliwości starej, dobrej metody DIY?

EJ: Trudno mi przewidzieć jakie będą skutki Nieużytków sztuki. Aktualnie jestem pod wielkim wrażeniem, że to naprawdę się dzieje, że instytucje wykazały chęć współpracy, znając długoterminowość przedsięwzięcia i jego mało spektakularny charakter. Cieszy mnie liczba uczestników, ich aktywność ogrodnicza, którą czasem prezentują na stronie projektu. Wiele zależy teraz od relacji jaka nawiąże się między instytucjami i uczestnikami ogrodniczych działań.

Po cichu liczę, że galeryjne grządki przetrwają sezon w dobrej kondycji i wpiszą się na dłużej w krajobraz działań instytucji kultury.

MS: Bardzo dziękuję za świetny projekt i znalezienie czasu na naszą rozmowę!

Fotografie (wyżej i niżej) dzięki uprzejmości Eli Jabłońskiej, dziękuję!

nieuzytki1nieuzytki2

 

Relacja z Czerwonego Klasztoru 2014

 

ewagklasztlaka

Andrzej Chlebicki nadesłał własną relację z przebiegu warsztatów w Czerwonym Klasztorze jakie odbyły się na początku maja 2014 roku. Relacje Andrzeja to już powoli tradycja… w 2013 roku opublikowałem tekst jaki napisał po naszym jesiennym spotkaniu w Górach Lewockich… Zamieszczam tekst plus możliwość otwarcia tekstu z zamieszczonymi przez autora fotografiami. Przy okazji miło mi donieść, że mamy pełną listę uczestników kolejnego warsztatu: Letnie przesilenie w Górach Lewockich – 19-22 czerwca 2014 r. Polecam tekst, fotografie i nowe spotkanie warsztatowe! Fotografie, które zamieściłem nad relacją i pod tekstem są autorstwa Ewy Grzeszczuk, a użyte przez Andrzeja Chlebickiego autor opisał pod koniec swojego opracowania.

Robótki Brata Cypriana

Pełny tekst ze zdjęciami:

 Robotki Brata Cypriana (3)

Brat Cyprian był kamedułą (naprawdę pochodził z Polkowic na Dolnym Śląsku, ochrzczony jako Franz Ignatz Jäschke). Jak się okazuje nazwisko rodowe Jäschke jest dobrze znane. Są wśród nich muzycy, wojskowi, misjonarze, sportowcy. Franz Jaschke był nadwornym malarzem Habsburgów; Heinrich August Jäschke był znanym tybetologiem, opisywał misje morawskiego kościoła w Tybecie. Osobiście zetknąłem się z taką misją w dolinie Nubry pomiędzy Karakorum i Himalajami. Brat Cyprian pracował w kuchni zakonnej, zbierał zioła, sporządzał leki, opiekował się chorymi, był cyrulikiem, alchemikiem, założył przyklasztorny ogródek, malował i pisał, założył słynny zielnik w którym oprócz nazw łacińskich i niemieckich dodawał alchemiczne znaki. W czasach postu przemalowywał na czarno nogi białych gęsi, wtedy mogły uchodzić za dzikie (w czasie postu nie wolno było jeść mięsa domowych zwierząt, ale mięso dzikich zwierząt można było spożywać). Łowił ryby a nawet produkował zwierciadła. Był też nazywany doktorem tysiąca nauk. To wszystko działo się w Czerwonym Klasztorze Eremus Rubri Claustri in Valle Lechnitz, później Eremus Conventus Montis Coronae. Tu od razu uświadamiamy sobie, że Montis Coronae to dzisiejsze „Trzy Korony”. A więc dawna nazwa to była „Korona”. W takie szacowne miejsce przyjechaliśmy, a zakwaterowano nas w Smerdžonce. Tak się nazywa miejsce gdzie znajduje się uzdrowisko z siarczanowymi wodami. Wyczuwaliśmy jedynie zapach piwa Staropramen i unoszące się opary z gotowanych bryndzowych haluszków. Zebrało się 27 osób z całej Polski. Z pewnością dla Słowaków byliśmy bardzo nietypową grupą. Dużo śpiewaliśmy i dyskutowaliśmy, natomiast nie piliśmy mocnych trunków. Personel początkowo odnosił się do nas z rezerwą ale wkrótce wyczuliśmy dużą sympatię. Dostawaliśmy pyszne regionalne przysmaki, a przede wszystkim udostępniono nam salę konferencyjną. Tak więc był to sielski pobyt. Nawet deszcze i mgły pojawiały się zazwyczaj po naszych powrotach z wycieczek. Odwiedził nas dyrektor Pienińskiego Parku Narodowego w Słowacji dr inż. Vladimír Kĺč. Opowiadał nam o początkach utworzenia parku, o pracach nad przywróceniem populacji niepylaka Parnassius apollo, pomagał nam oznaczać storczyki, odpowiadał na nasze pytania.

Botanizowaliśmy. Robiliśmy to w szczególny sposób, ponieważ nie zbieraliśmy roślin. Natomiast wyszukiwaliśmy je, później następował wyczerpujący wykład Marka o charakterze etnobotanicznym. Fotografowaliśmy kwiaty i całe rośliny, odbywało się takie paparazzi botaniczne. Staraliśmy sobie wyobrazić jak wyglądały góry w czasach Brata Cypriana i jakie trudności musiał pokonywać chcąc zebrać rośliny do swego zielnika. Marek omawiał po kolei spotykane rośliny, najwięcej czasu poświęcił pokrzykowi wilczej jagodzie (Atropa belladonna), oznaczonej właściwie przez Cypriana jako Solanum mortiferi. W zielniku Cypriana znajduje się na karcie 61. Inne nazwy to psia wiśnia, wilcza wiśnia, caryczka, matraguna, nimycia i psinki. Jak wiemy jest to silnie trująca roślina. Drugi człon nazwy belladonna oznacza po łacinie „piękna pani”. Ma to związek z wykorzystywaniem tej rośliny do zwiększania powabu niewieścich wdzięków (czasy rzymskie). Na szczęście żadna z botanizujących uczestniczek nie wpadła na taki pomysł!

Na łąkach usłyszeliśmy śpiew pierwiosnka (Phylloscopus collybita) i to dało powód do omówienia nazwy pierwiosnka i pierwiosnki. Zdaniem Marka Primula elatior to pierwiosnka wyniosła a nie pierwiosnek, bo ta ostatnia nazwa odnosi się do ptaka. Jest w tym dużo racji wszak Primula jest rodzaju żeńskiego. Popatrzcie jak piękne nazwy dla tej rośliny wymienia Majewski: boża ruczka, bukwica, bukwica biała, bukwice bila, klucze św. Piotra, kluczyki, kukawka, kurza stopa, paraliżowe ziele, piżmowe ziele. Marek opowiadał nam o krajobrazie kulturowym w Pieninach, o konkretnych roślinach ważnych z punktu widzenia kultury. I właśnie w tym momencie zobaczyliśmy jak orzeł przedni ucieka przed wojowniczą pustułką. Kołował wyniośle a pustułka wznosząc się szybko nad nim co chwilę pikowała na niego zajadle. Mijaliśmy kolejne tarasy na zboczach a Wojtek Puchalski opisał nam sens tworzenia tarasów przez dawnych rolników. Okazuje się, że była to archaiczna wersja modnej obecnie elektrokultury. W innym miejscu na grzbiecie górskim Wojtek pokazał nam zgrupowania drzew, które miały pnie poskręcane, czy równoległe podwójne. Jego zdaniem świadczyło to o lokalnych anomaliach magnetycznych w podłożu. Zabrakło nam jednak magnetometru, żeby rozwiać wątpliwości, ale za to Wojtek pokazał nam inny elektryczny miernik – pośrednio mierzący coś, co jedni nazywają energią życiową, inni praną, inni jeszcze orgonem. Zbliżaliśmy się do czujnika, a ten już na odległość reagował na naszą obecność, czy na coś, co wokół siebie chyba mamy, na jednych silniej, na innych słabiej, a nawet na rośliny.

Pierwszy wieczór wypełnił nam pistalkar Michał Smetanka. Przywiózł instrumenty karpackie różne końcówki, gajdicę, dzwonki, drumlę i inne drobne instrumenty. Najnowsze opracowanie piosenki rusnackiej o dziewczynie która stojała pod sosną (kedra, borovice) było bardzo poruszające. Ale Michał szybko zmienił nastrój opowiadając o spotkaniu z osiłkami w jednej z knajp Sarisa. Był wtedy z kilkoma kolegami. Zaczepieni przez miejscowych junaków odpowiedzieli im: my się nie bijemy, my zabijamy, mysme z Vychodu! Michał opowiadał o muzycznych wrażeniach z dawnych lat, gdy przysłuchiwał się śpiewom starszych ludzi ze Spisza. Półtony były w powszechnym użyciu. Zaraz potem razem z Anią Nacher zaśpiewali piosenkę o wodzie pt. „Medži kedrami”. To najpiękniejsza karpacka pieśń jaką znam. Niespodzianie pojawił się Edo (Eduard Fertál), akustyk z Kieżmarka, siadł z tyłu i przysłuchiwał się naszemu koncertowi. Dzięki niemu mógł powstać piękny karpacki album „Skadzi Tadzi”.

Następnego dnia odwiedziliśmy Czerwony Klasztor. A więc to tu tyle lat przebywał słynny doktor tysiąca nauk. Mnisi musieli być w dużym stopniu samowystarczalni. Cyprian łowił ryby w Dunajcu. Zestaw sieci i różnej wielkości czerpaków do wyławiania ryb znajdował się w jednym z pomieszczeń, a ryby? Tak jak najbardziej, jeszcze były, przemykały się omijając tratwy flisaków. Jeden z wielkich kleni dał się nawet sfotografować. Wojtek Puchalski wyciągnął z Dunajca piękny wodny mech Fontinalis antipiretica, opisał jego ekologię a potem…. ten mech posłużył jako obiekt do wykonania zdjęcia w technice cyjanotypii, którą nam przedstawił Marek. Kładzie się roślinę na papierze z żelazicjankiem potasu i cytrynianem amonowo-żelazowym i wystawia na parę minut na słońce. Potem trzeba papier wypłukać w zimnej wodzie i po chwili uzyskuje się biały kontur rośliny na niebieskim tle. To jedna z najstarszych technik odwzorowania przedmiotów. Nieuszkodzony mech został ponownie zwrócony Dunajcowi.

Wzdłuż dawnego koryta Dunajca rozciągały się lasy łęgowe z masowo kwitnącymi miesięcznicami (Lunaria rediviva) a bliżej skał rosły kępy żywokosta sercowatego (Symphytum cordatum). Tej ostatniej rośliny brak w zielniku Cypriana, co prawdopodobnie oznacza, że jej jeszcze tu nie było. Spotykaliśmy też goryczki wiosenne i fiołki polne. Użycie typowo linneuszowskich nazw w zielniku może świadczyć, że Cyprian mógł mieć kontakt z Species Plantarum Linneusza wydanym w 1753 roku. Przypomnijmy, brat Cyprian przybył do klasztoru w 1756 roku, zmarł w 1775. Zielnik powstał w latach 1766-1768. Cyprian był jak na swoje czasy dobrym florystą, zapisał też sporo nazw roślin używanych przez słowackich i polskich górali. Użycie linneuszowskich nazw świadczy o kontaktach Cypriana i jego możliwościach, choć przypomnijmy, był zwykłym bratem do posługi dla ojców tzw. patres. Niemniej Cyprian kąśliwie się czasem o nich wyrażał: w jednej z recept zalecał delikwentowi picie piwa – „rozumiem przez to dobrze odstałe piwo, nie z osadem i fuzlem, jakie się daje familijnie w Czerwonym klasztorze”, nie aprobował też jedzenia przesolonych, suchych i śmierdzących ryb jakie zazwyczaj spożywają Kameduli.

Wieczorem zebraliśmy się w sali wykładowej. Wykład Marka był poświęcony etnobotanicznym aspektom muzyki. Bardzo pouczające były informacje wykładu pt. „Co kryje botanoteka Brata Cypriana”. Marek podzielił rośliny na kilka grup, jak np. rośliny które są w zielniku brata Cypriana a już są nieobecne w Pieninach; rośliny które są w Pieninach w okolicy Czerwonego Klasztoru (jak np. Symphytum cordatum) a nie ma ich w zielniku Cypriana. Później Basia Wojnar z Gorlic opowiedziała nam o pozytywnych skutkach terapii żywokostowej. Mnie natomiast przyszło wygłosić wykład o pochodzeniu życia i teori endosymbiozy SET Lynn Margulis. Jednak najwięcej czasu poświeciłem mitochondrialnej Ewie. Wojtek Puchalski miał inspirujący wykład z unikalnymi fotografiami z rytuału Somy w Indiach. Soma to był napój sporządzany z zielonych gałązek miażdżonych w twardym, granitowym moździerzu tak, że iskry przy tym miały lecieć. W ten sposób powstawał napój, który mogli spożywać tylko bogowie. Oznaczało to spalenie wywaru w rytualny sposób. A więc inne interpretacje, że były to konopie lub haszysz są błędne. Ale co to było? Spodziewamy się jakiegoś jednego, określonego gatunku rośliny, a tu okazuje się, że mogła to być przęśl (Ephedra), albo zupełnie z nią niespokrewniona Sarcostemma – byle było to twarde, zielone i miało w sobie… nie, nic psychoaktywnego, a mocny elektrolit po prostu. U nas hinduscy jogini do produkcji somy użyliby pewnie… jemioły.

Kolejny dzień zaczął się deszczem, w związku z tym podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza, znacznie większa, udała się na polską stronę w masyw Trzech Koron pod opieką Małgosi Braun z PPN, a druga wybrała Lewoczę. Deszcz siąpił, lało się z nieba, potem mżyło i znowu lało. Maja Głowacka i Bogdan Ogrodnik próbowali zapoznać nas z sposobem nawiązywania kontaktu z roślinami. Jednak deszcz to uniemożliwił. Wieczorem zebraliśmy się aby wysłuchać kolejnych wykładów. Bardzo ciekawy był wykład Marka pt. „Pierwsze opisanie flory Tatr Georga Wahlenberga z 1814 roku”. I tu dowiedzieliśmy się, że Flora Carpatorum principalum nie jest pierwszym opisaniem flory Tatr. Wcześniejsi badacze to właśnie Brat Cyprian i Samuel Generisch z Lewoczy. O tym można sporo przeczytać na stronie Marka pt. „Etnobotanicznie”. Następnie Ania Nacher opowiadała o trekingu w północnych obszarach Skandynawii poza kręgiem polarnym. Wspaniałe zdjęcia dużych przestrzeni, zbliżenia reniferów i unikatowych formacji skalnych przesuwały się przed naszymi oczyma. Marek dodał jeszcze sporo informacji o rożeńcu górskim (Rhodiola rosea) poczynając od Azji przez środkową Europę aż do dalekiej północy w Skandynawii. Lonia zrobiła piękna fotkę smardza rosnącego niedaleko Czerwonego Klasztoru.

Na koniec odbył się koncert w wykonaniu Macieja Harny i Kasi Hnat. Maciej jest znanym lirnikiem w zespole „Orkiestra Jednej Góry”. Opisał nam dokładnie budowę instrumentu, jego historię i to co się Z nim działo i dzieje w Polsce i na świecie. Potem nastąpiły wykonania pieśni, ballad i tańców z Francji, Hiszpanii, Ukrainy, Polski i Węgier. Była to wspaniała muzyka. Kasia Hnat grała na flecie prostym i śpiewała ponurą balladę o siostrze która zamordowała brata. Dołączyliśmy się do refrenu zachęceni przez Macieja. Śpiew połączył nas a przed oczyma zamajaczyły obrazy dawnych lirników opisywanych przez Syrokomlę. Maciejowi udało się wytworzyć niebywałą atmosferę, a przypomnijmy, że była to sala wykładowa z jarzeniowym światłem. Koncert zakończył się tańcami węgierskimi. Zaczęły się rozmowy i wspomnienia. Marek przypomniał o swoim koncercie w „Kolanku” na Kazimierzu w Krakowie, gdzie została użyta podobna technika jaka jest zastosowana w lirze korbowej. Zmiana polegała na tym, że zamiast koła drewnianego (jak jest w lirze) zostało użyte koło roweru, a strunami była przymocowana do słupów gitara (nie dająca się nastroić, zakupiona za 5 zł). Taki instrument został podłączony do wzmacniaczy. Efekt był nieziemski! Wytwórcą liry korbowej na której grał Maciej jest Stanisław Wyżykowski z Haczowa koło Krosna. Ten niezwykły człowiek latał na motolotni….razem z lirą. I w tym momencie uznaliśmy, ze Brat Cyprian, który latał nad Dunajcem na paralotni i Pan Wyżykowski z lirą korbową spinają łuk Karpat swoim nadzwyczajnymi osiągnięciami (ktoś inny pewnie by powiedział: wariactwami). Legenda głosi, że Brat Cyprian doleciał do Morskiego Oka w Tatrach i tam się rozbił, Panu Wyżykowskiemu zgasł motor ale na szczęście udało mu się wylądować.

Ostatni wieczór spędziliśmy razem popijając od czasu do czasu złoty płyn Staropramena. „Kuflografia” to zdjęcia Ewy Goral robione przez szkło kufla do piwa.

Zawiązała się sieć połączeń pomiędzy nami, nawet taka sięgająca w głąb historii aż do Brata Cypriana. Ewa Goral pokazała nam niezwykły rysunek wykonany w czasie wykładów: E t n o b o t a n i k a! Właściwie to były dwie Ewy: Ewa Grzeszczuk i Ewa Goral, dwie cudowne dziewczyny o niebywałych talentach plastycznych. Wracaliśmy pełni wrażeń, pomysłów i planów. Może coś z tego wyjdzie?

Długo można wspominać nasze spotkania i żałować że nie można zatrzymać tak pięknego czasu.

Tekst: Andrzej Chlebicki z uzupełnieniami Wojtka Puchalskiego

Rysunki: Ewa Goral

Fotografie: Lonia Dohojda, Ewa Grzeszczuk, Ewa Goral, Andrzej Chlebicki

ewagcarplandscape

 

Trees of Delhi

delhitreescover

Kontynuuję przegląd biblioteki jaką pozostawił mój ojciec i tym razem sięgam po książkę nową i traktującą o odległej florze: Trees of Delhi. A field guide napisaną przez botanika o nazwisku Pradip Krishen i wydaną w 2006 roku w New Delhi, India przez Dorling Kindersley Pvt. Limited. Książka ma 360 stron i jest interesująca i pomocna z wielu różnych powodów. Po pierwsze autor znalazł i opisał 252 gatunki drzew (!) rosnących w stolicy Indii, pięknie je zilustrował z pomocą Mugha Seti i wielu źródeł fotografii oraz opisał każdy gatunek wg. stałego wzoru: nazwy (łacińska, angielska plus czasem 8-10 nazw miejscowych lub zwyczajowych), wygląd/pokrój: drzewo lub pokrój krzewu plus praktyczny schemat rysunkowy pokazujący proporcje drzewa i człowieka, opis liści, kwiatów, owoców, okres wegetacji i rozwoju, gdzie w Delhi rośnie, skąd pochodzi? Do tego dochodzi sporo tablic ułatwiających rozpoznawanie drzew o podobnych liściach. To ważne zestawienia i realna pomoc gdy zobaczymy, że dwie tablice pokazują liście 35 gatunków drzew mających liście podobne do peepal czyli prawdopodobnie najbardziej znanego drzewa Indii – figowca świątnicowego (Ficus religiosa) i praktyczne sposoby rozróżnienia gatunków. Osobna tablica pokazuje gatunki figowców rosnących w Delhi i proponuje system rozpoznawania podobny do stosowanych w kluczach do rozpoznawania roślin. Fikusy podzielono według łatwej do zauważenia cechy pokroju: drzewa z korzeniami powietrznymi (podporowymi) i w Delhi z tej grupy rośnie: Ficus bengalensis w dwóch odmianach, Ficus drupacea, Ficus amplissima, Ficus virens, Ficus microcarpa, Ficus elastica, a z grupy bez korzeni powietrznych: Ficus racemosa, Ficus religiosa, Ficus natalensis, Ficus binnendjikii, Ficus lyrata, Ficus palmata… razem daje to 12 gatunków samych figowców! Przy końcu książki-przewodnika znajduje się bardzo interesujące omówienie kwestii kulturowych i użytkowych drzew rosnących w Delhi i jest to doskonałe wprowadzenie w etnobotanikę Indii. Kwestie etnobotaniczne są właściwie obecne przy nieomal każdym opisie gatunku, a szczególnie szeroko poruszane w wypadku drzewa ważnego dla szeroko rozumianej kultury Indii. Jest tak np. w wypadku drzewa mahua (Madhuca longifolia), które daje wiele pożytków i ratuje przed głodem (oleiste nasiona dają mowrath butter – kosmetyk i paliwo, owoce i kwiaty są jadalne i lecznicze, służą także do wyrobu wina i wódki w tym wódki rytualnej, kora ma zastosowanie w medycynie naturalnej, a drewno jest cenionym budulcem) więc nic dziwnego, że dla wielu nacji leśnych jest drzewem świętym i chronionym prawami zwyczajowymi. Jeżeli dodamy do tego, że książka opisuje Delhi jako środowisko życia drzew, miejskie rejony zadrzewione, mikrosiedliska i zmiany historyczne oddziaływujące na zestaw gatunków dzikich i uprawianych drzew w tym olbrzymim mieście, to okaże się, że mamy do czynienia z interesującym rodzajem „przewodnika alternatywnego” czyli napisanego przez kogoś, kto zna się na czymś dobrze i był w miejscach, które opisuje… 🙂 a wcale tego rodzaju przewodniki nie są normą w ofercie wydawnictw turystycznych!

Kto był w Delhi, ten wie, że zobaczenie czegokolwiek w tym mieście wymaga dobrego rozeznania i pewnego adresu (nie raz prowadziłem zagubionego rikszarza po Delhi, bo nie znał topografii miasta poza kilkoma popularnymi rejonami), kto nie był… ten może z przewodnikiem Trees of Delhi zaplanować bardzo oryginalny szlak. Szlak ten z pewnością zaprowadzi także w rejony interesujące i znaczące dla kultury Indii, gdyż w tym kraju drzewa ceni się i pielęgnuje w otoczeniu każdego zespołu architektonicznego, znaczącego miejsca o charakterze sakralnym, domu czy drogi.

delhitrees3delhitrees2

Letnie przesilenie w Górach Lewockich – program

 

brutbaldwies

Warsztat Letniego Przesilenia w Brutowcach, Góry Lewockie, Słowacja

19-22.06.2014  Program:

19.06.2014 (czwartek, świąteczny i wolny od pracy!)

Dojazd do Lewoczy i zbiórka o godzinie 17.00 pod Informacją Turystyczną (spory lokal, mapy, ulotki informacyjne itd.) na Rynku 58 (Namestie Majstra Pavla) w Lewoczy. Z Lewoczy pojedziemy bezpośrednio do Brutowców (przejazd około 40 minut, na północny wschód od Lewoczy) na spotkanie organizacyjne, zakwaterowanie i ciepłą kolację w ośrodku Pod Skałą.

Lewocza to piękne, około 15-tysięczne miasteczko leżące we wschodniej części Spisza (leży w kraju preszowskim) wypełnione zabytkowymi budowlami wpisanymi na listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Od północy Lewoczę otaczają Góry Lewockie, a Tatry, Rudawy i Słowacki Raj dopełniają oprawy tego bajkowego miejsca. Polecamy przewodnik: Stary Sącz i Lewocza. Karpackie miasteczka z klimatem. Gabriela Hudakova / Dana Kristekowa / Marek Styczyński, Polska Turystyczna.pl

Osoby dysponujące samochodem są proszone także o przybycie do Lewoczy i stawienie się na zbiórce, aby ew. zabrać pojedyncze osoby bez środka transportu i pojechać jedną grupą do Brutowców. Do Lewoczy najlepiej dostać się z Popradu autobusem – przejazd około 35 minut. Samochodem można dojechać do Lewoczy z Popradu, z Kezmarku i ze Starej Lubovni (generalnie: dojazd do Starej Lubowni z Piwnicznej i Muszyny, do Popradu z Zakopanego).

Uwaga: wszyscy uczestnicy warsztatu proszeni są o zgłoszenie w jaki sposób i kiedy dotrą do Lewoczy, tak aby ew. zmodyfikować plan spotkania i dojazdu do Brutowców i wykorzystać wolne miejsca w samochodach: marek.styczynski@gmail.com tel. 0048 605 334923 Marek Styczyński

20.06.2014 (piątek)

Śniadanie Pod Skałą w Brutowcach. Pieszy, górski spacer etnobotaniczny na hale wypasowe w Górach Lewockich – zbiór zestawu ziół do celebracji nocy przesilenia, pierwsze elementy warsztatu głosowego. Wykonanie fotogramów ziół celebracyjnych metodą cyjanotypii.

Obiad w ośrodku Pod Skałą. Warsztat przygotowania celebracji nocy przesilenia: zebranie i przygotowanie 9 rodzajów drewna, zestawu ziół, akcesoriów, budowa kukły i płonącego koła… (zobaczcie na www.etnobotanicznie.pl wpis z 6 maja pt.: rośliny letniego przesilenia) wykład na temat tradycji celebracji najkrótszej nocy w roku… nauka archaicznej pieśni rusińskiej…

Kolacja / muzyka (koncert) / celebracja nocy przesilenia od 22.00…

21.06.2014 (sobota)

Śniadanie Pod Skałą. Pieszy spacer do Spisskiego Podhradia i na ruiny wielkiego Zamku Spisskiego. Zwiedzanie ruin zamku i okolicy z dalszym ciągiem warsztatu głosowego, informacje etnobotaniczne o regionie… Lunch (suchy prowiant) w okolicy ruin Zamku.

Powrót autobusem do Brutowców (przejazd około 30 min.) na ciepłą kolację. Dalszy ciąg warsztatu głosowego i pokaz – etnobiologiczne aspekty muzyki tradycyjnej: instrumentarium pasterskie.

22.06.2014 (niedziela)

Śniadanie Pod Skałą. Podsumowanie warsztatu głosowego i etnobotanicznego, odsłuchanie nagrań. Dla chętnych zapewnimy także wczesny ciepły posiłek (obiad). Rozwiązanie spotkania, powrót do domów z możliwością podwiezienia do Lewoczy osób bez samochodu.

Gospodarzami spotkania warsztatowego w Brutowcach są Michal i Lenka Smetankowie www.smetankovo.sk

Warsztaty prowadzą: Michal Smetanka, Anna Nacher i Marek Styczyński. Spotkanie nie ma charakteru wycieczki turystycznej, a jest seminarium warsztatowym odbywającym się w prywatnym domu Pod Skałą w Brutowcach na zasadach wolnego uczestnictwa i indywidualnej odpowiedzialności własnej uczestników podczas spacerów terenowych. Sugerowane opłaty pokrywają koszty noclegów, wyżywienia i programu. Dojazd uczestników odbywa się na własny koszt. Konieczny jest ubiór turystyczny i wygodne buty.

Koszt całkowity to 100 EUR lub 430 złotych.

Uczestnictwo w warsztacie należy potwierdzić wpłatą zadatku w wysokości 110 złotych do 31 maja 2014 roku.

Kontakt i informacje: marek.styczynski@gmail.com

Na moich fotografiach ze spotkania warsztatowego w Brutowcach w 2013 roku: wioska Brutowce, ostrożeń głowacz w Górach Lewockich, wołoskie – tradycyjne miejsca wypasu i składowania siana „senniki” w okolicy Brutowców i łąki brutowskie z dziewannami!

brutglowacznik1brutsennikinik

brutdziew3

Rośliny letniego przesilenia

brutlakilook2

Stare obyczaje związane z ważnymi terminami rocznego cyklu przemian przyrody wskazują na zestaw wybranych gatunków roślin. Dlaczego te właśnie rośliny, a nie setki innych stają się szczególnie ważne w samych rytuałach, ale także w całej poetyce naturalnych świąt, która przekracza swobodnie kolejne interpretacje uzależnione od panującej aktualnie religii? Jedną z prostych odpowiedzi jest ta, że lista obejmuje rośliny przydatne człowiekowi i dostępne w czasie świąt. Z miejsca musimy zaznaczyć, że sama lista roślin przydatnych dotyczy zestawu niejako odświętnego i nie obejmuje roślin jadalnych lub w inny „zwykły” sposób użytkowych. Na liście roślin rytualnych, świątecznych znajdziemy więc te, które nazywamy „ziołami”, ale też takie, których specjalne, rytualne użycie przypomni, że nie są jedynie paliwem czy budulcem, ale mają ukryte moce ujawniane przez wprawnych ludzi, tych „którzy wiedzą”. Czas letniego przesilenia, gdy noc jest najkrótsza w roku, a dzień trwa nawet ponad 17 godzin (dotyczy to terytorium obecnej Polski) wydaje się najbardziej związany z bogatą listą roślin o wielu różnych zastosowaniach. Problem ustalenia jakie rośliny i dlaczego możemy uznać za najważniejsze lub stale obecne w wielu różnych rytuałach praktykowanych w tę właśnie krótką noc polega na tym, że stare obyczaje święta letniego przesilenia mają bardzo różne formy i obejmują najstarsze i kiedyś powszechne obyczaje całej Europy. To jedno z najbardziej „europejskich” świąt jakie przetrwały dominacje i bardzo zręczne zabiegi asymilacji, przejęcia, podporządkowania i deformacji jakie przez setki lat wprowadzali misjoinarze i władze kościołów chrześcijańskich. Nie wdając się w ocenę tego zjawiska musimy tylko uważać na pułapki jakie ten proces zastawił na chcących dobrze zrozumieć istotę ważnego w europejskim roku święta. Taka uwaga jest wskazana zarówno tym, którzy optują za odkrywaniem mitycznych tradycji mitycznych Słowian (bo większy problem będą mieli z rytami Celtów… niż wymysłami księży), jak też tym, którzy chcą czcić chrześcijańskie święto poświęcone Janowi Chrzcicielowi i mogą mieć spory problem z oddzieleniem go od tzw. „pogańskich” tradycji… 🙂

Pierwszym problemem natury technicznej jest data… w roku 2014 (a każdego roku jest to inna data) święto przesilenia letniego przypada wg większości informacji astronomicznych na 21 czerwca, gdy przesilenie dokona się o 12:51 – a więc wieczór świąteczny najlepiej obchodzić 20 czerwca (piątek)…  Drugim problemem jest to, że święto czerwcowe obejmuje kilka różnych rytów i w zależności od regionu i tradycji jedne wydają się ważniejsze niż inne… i tzw. wigilia Św. Jana czyli Noc Świętojańska jest najmniejszym z naszych problemów w szukaniu nieistniejącej „czystości” tradycji słowiańskich. To co dzieje się podczas Midsummer (Skandynawia) czy Mittsommerfest (np. Niemcy) dla nas w wielu aspektach byłoby objawieniem „pogańskich” praktyk i zawsze wpływało na sąsiednie tradycje. W tej sytuacji warto zwrócić się ku istocie tego ważnego święta: astronomii (bo i kalendarz jest dość slabym atutem…), regionu z jego naturalną florą, geologią, morfologią oraz wiedzy o roślinach jakie odkryjemy w zweryfikowanych listach, które powinny obejmować to co „zawsze” rosło w naszej okolicy… Pułapka godni pułapkę… Widzę to wyraźnie gdy przeglądam strony internetowe zakładane przez ludzi chcących bezdyskusyjnie (a więc efektownie i bez zgody na kompromis… co ciągle u nas uchodzi za wartość?!) ustalić przebieg tzw. dawnych rytuałów.

W okresie przesilenia letniego noc staje się najkrótsza, a dzień najdłuższy w roku… a cień padający w chwili kulminacji słońca (21.06.2014 około 12:51) jest najkrótszy w roku. To przesilenie i wejście w tendencję (początkowo słabo widoczną) wydłużania się nocy i skracania dnia czyli w konsekwencji zbliżania się jesieni i zimy… aż do najdłuższej nocy i najkrótszego dnia. Nic też dziwnego, że ważne jest w czas świąteczny słońce i jego – dostępna człowiekowi część – ogień, ale też woda i zapowiedź/oczekiwanie urodzaju/płodności. Jak to zwykle bywa w kulturze pop jedne ryty są bardziej efektowne, zrozumiałe dla gawiedzi i atrakcyjne, a inne mniej… Wszyscy wiemy, że chodzi o palenie ognia (ognisko: watra, kupała (chociaż słowo oznacza raczej zgromadzenie ludzi), sobótkę (chociaż słowo raczej odnosi się do sabatu – a zdrobnienie do sobótki miało umniejszyć ważności i zaciekawienie zamienić na drwinę) i miłosną magię w postaci umieszczania wianków z kwitnących ziół na wodę… co jakoś myli się wielu z szukaniem tzw. kwiatu paproci i orgiastycznymi zwyczajami przypisywanymi czarownicom…, które były raczej zabiegiem wzbogacania genów przez małe, zamknięte i zhierarchizowane społeczności pierwotne, za którymi tak tęsknimy?  Znacznie słabiej jest już z wiedzą o paleniu człekokształtnej kukły, znaczeniem skoków przez ogień, różnego rodzaju sposobów na tzw. fireshow :-), znaczeniu głośnych dźwięków czy puszczanie płonących kół toczących się po stromych stokach na pola uprawne… Prawie nic nie pozostało z bardzo ważnej i interesującej obrzędowości związanej z wodą, a szkoda, bo mamy tu piękne rytuały milczącego zbierania ziół i innych roślin niezbędnych do wykonania konkretnych rytuałów oraz milczącą, kontemplacyjną ścieżkę „wróżenia” z wody. Najprawdopodobniej zwyczaj ten polegał na wpatrywaniu się w powierzchnię nieruchomej wody (źródło, tafla stawu, naczynie z wodą) i otwarciu na pojawiające się obrazy i ważne intuicje! Jeżeli jesteśmy już przy intuicji… łączenie roślin i słońca to zadziwiający fakt zrozumiały jedynie kiedy wiemy, że życie ludzi na Ziemi jest możliwe dzięki zjawisku fotosyntezy…

Z punktu widzenia etnobotaniki naszej części Europy możemy z powodzeniem zestawiać listy roślin jakie były konieczne do prawidłowego przejścia przez czerwcowe święto. Oto moja próba i zestawiona jest z kilku źródeł, wydających mi się godnymi zaufania. Z pewnością to nie są listy wyczerpujące temat i proponuję aby do czasu naszego planowanego na połowę czerwca spotkania w Brutowcach (19-22.06.2012, Góry Lewockie, Słowacja, w pobliżu leży znane miasteczko Lewocza oraz ruiny wielkiego zamku Spiskiego) podyskutować o tym i ew. uzupełnić je. W czasie warsztatu czerwcowego postaramy się aby listy zamienić na rośliny i wiedzę o nich, a nasze wyobrażenia o kultywowaniu ważnej, czerwcowej nocy zamienić na praktykę. Teoria i praktyka w tego rodzaju sprawach jest niezwykle odległa od siebie… 🙂

 

Lista roślin związanych z czerwcowymi rytuałami letniego przesilenia:

Dziurawiec (Hypericum perforatum)

Rumianek bezpromieniowy (Matricaria chamomilla)

Macierzanka (Thymus vulgaris)

Widłak (Lycopodium sp.)

Bylica zwyczajna (Artemisia vulgaris)

Arnika górska (Arnica montana)

Nagietek lekarski (Calendula officinalis)

Bez czarny (Sambucus nigra)

Złocień (jastrun) właściwy (Chrysanthemum leucanthemum)

Werbena pospolita (Verbena officinalis)

Krwawnik (Achillea millefolium)

Bukwica (czyściec) (Betonica officinalis)

Łopian większy (Arctium lappa)

Dziewięć gatunków drewna do palenia rytualnego ognia:

dąb, brzoza, olsza, róża, jarzębina, bez, topoli (rodzime gatunki: osika, czarna (sokora), biała), głóg, tarnina. Czasem do tej listy (w zależności od miejscowej flory) zalicza się także czeremchę (nazywaną kocierpką, nazwa ta może też czasem oznaczać ligustr zwyczajny).

Kukła do spalenia w rytualnym ognisku wykonywana jest z gałęzi wierzbowych i słomy.

Kosze do spalenia ofiar (w tym zebranych roślin – lista jak wyżej) w rytualnym ogniu wykonuje się z witek wierzbowych.

Koło płonące wykonuje się z drewna brzozy i jesionu.

Wianki sobótkowe wykonuje się z roślin kwitnących (jak wyżej)

Szukanie kwiatu paproci dotyczy: paproci – nasięźrzała i podejźrzona, albo też innych gatunków paproci o specjalnych właściwościach

Na mojej fotografii z 2013 roku – widok na pasmo Branisko z Gór Lewockich… roślin tam nie zabraknie!

 

Po warsztatach, przed warsztatami…

etnobotgrafika

Wiosenne warsztaty etnobotaniczne w Czerwonym Klasztorze są już za nami… Program z niewielkimi modyfikacjami i niespodziewanymi rozwinięciami 🙂 został zrealizowany. O ile wiem… wszyscy wrócili lub wracają (Londyn, Warszawa, Grudziądz…) do domu! Udało się zobaczyć wiele interesujących roślin, w tym: lulecznicę kraińską, języczniki, pokrzyk, pszonaka Wittmanna, smagliczkę, lilie złotogłów, kilka gatunków storczyków, żywokost sercowaty, ostrożenie lepkie, goryczki wiosenne, czworolist, stokrotnica górska … i wiele innych podczas spacerów po masywie Haligowskich Skał, w przełomie Dunajca, w okolicach Czerwonego Klasztoru i w samym Klasztorze!, w Wąwozie Szopczańskim i nad Lesnicą. Wiele osób fotografowało spotkane rośliny i mam nadzieję, że sukcesywnie podeślą co bardziej interesujące ujęcia!? Wymiana uwag, wspomnień i fotografii będzie ułatwiona dzięki temu, że wczoraj (!) zaraz po powrocie do domu utworzyliśmy na FB grupę dyskusyjną dla uczestników warsztatów.

W moich warsztatach nie chodzi oczywiście jedynie o maksymalnie długą listę rzadkich gatunków roślin jakie uda się spotkać, ale raczej o uświadomienie/doświadczenie jak rozległy i fascynujący jest świat naszych relacji z roślinami. Uważam, że pod tym względem warsztaty były całkowicie niezwykłe. Stało się tak za sprawą gości oraz świetnej aktywności samych uczestników zajęć. Goście to: Vladimir Klc – dyrektor słowackiego Pienińskiego Parku Krajobrazowego (był z nami na początku ekspedycji w Haligowskie Skały), Michal Smetanka (zagrał recital na wielu instrumentach akustycznych, ale pokazał nam też co oznacza pasja i prawdziwe „zajmowanie się” muzyką tradycyjną), a uczestnicy, którzy fantastycznie wzbogacili warsztaty to: Basia Wojnar (terapia żywokostowa), Andrzej Chlebicki (wiele cennych uwag i objaśnień w terenie, ale także wykład o pochodzeniu życia na Ziemi), Wojtek Puchalski (bardzo cenne terenowe uwagi na temat roślin wodnych i samej wody oraz inspirujący wykład z unikalnymi fotografiami z rytuału Somy w Indiach z pokazem pewnego urządzenia…), Maciek Harna (muzyk Orkiestry Jednej Góry zaprezentował nam lirę korbową, a po wejściu „do gry” Kasi Hnat… mogliśmy doświadczyć etnobotanicznych pieśni dawnych lirników i ich przyjaciół 🙂  ), Anna Nacher (która zaprezentowała relację fotograficzną z trekkingu za kręgiem polarnym), Małgosia Braun (zaprezentowała Pieniński Park Narodowy gdzie pracuje i od Dyrekcji, którego otrzymaliśmy piękne materiały informacyjne!), Maja Głowacka i Bogdan Ogrodnik – postarali się abyśmy pomyśleli o edukacji i zauważyli zjawisko Syndromu Deficytu Kontaktu z Naturą … plus wszyscy inni uczestnicy warsztatu, którzy wspierali mnie/się wiedzą botaniczną i dociekliwymi pytaniami. Cieszę się, że udało się także i mnie zaprezentować wszystkie zapowiedziane tematy i przywołać postać Brata Cypriana, a właściwie Franciszka Ignacego Jaschke z Polkowic, który mieszkał i pracował z roślinami w Czerwonym Klasztorze blisko 20 lat (!) aż do śmierci w 1775 roku. Klucz etnobotaniczny okazał się niezwykle inspirujący, bo tak wielkiej różnorodności zainteresowań, postaw, wiedzy, doświadczeń życiowych i osiągnięć jakie zaprezentowali uczestnicy spotkania jeszcze na terenowych warsztatach nie doświadczałem! co może wskazywać, że czuwał nad nami Mistrz Tysiąca Nauk  (Tausendkunstler – tak nazywali tzw. Brata Cypriana Jego współcześni)… Cieszę się, że znalazły się osoby, które fantastycznie rysowały (Ewa Goral! Jej robocza grafika z wykładów nad wpisem!), zainteresowały się fotograficznym eksperymentem z cyjanotypią w całkiem niebanalnych „okolicznościach przyrody”, dokumentowały warsztat w fotografii cyfrowej 🙂 (Ewa Grzeszczuk – znakomita fotograficzka!) i rozmowach na potrzeby radia (Kasia Hnat)… 🙂 Najważniejsze było to, że studenci, profesorowie, doktorzy, inżynierowie, technicy, artyści, dziennikarze, kulturowi alternatywni aktywiści… stali się sobie bliscy i na kilka dni ustanowliśmy przyjazną, mądrą, pełną wiedzy i inspiracji Tymczasową Autonomiczną Strefę (Etnobotaniczną) 🙂 Nie da się przecenić ilość mikrorelacji, inspirujących rozmów, spotkań i nawiązanych nici współpracy jakie w otoczeniu roślin udało się nam doświadczyć i zapoczątkować… Bardzo wszystkim uczestnikom warsztatu dziękuję za świetne dni!!! Mogę jedynie (dla zilustrowania rozległości kontaktów i tematów) wspomnieć, że jednym z efektów warsztowych spotkań będzie CD z oryginalnymi nagraniami z… Papui Nowej Gwinei w naszej dokumentacyjnej serii World Flag Records http://worldflagrecords.blogspot.com

To niezwykłe, że to wszystko miało miejsce podczas niespełna czterech dni naszego spotkania… a jednak!

Wiele dla doskonałego klimatu naszego spotkania w Pieninach zrobiła ekipa Dunajec Village! To miejsce wygodne, ciepłe, ciekawe i starające się aby dobrze zaprezentować ścieżkę kulinarną z aspektami etnobotanicznymi. Bez trudu 🙂 namówiliśmy na spróbowanie potraw regionalnych: bryndzowe haluszki, „wyprażany” encian z brusznicami i „opekanymi” ziemniakami… czy napojów: vinei, kofoli, oraz miejscowego piwa i wina.

Jednak najbardziej wdzięczny jestem niezwykłej, całkowicie magicznej przyrodzie Pienin i Zamagurza, która otoczyła nas zieloną mgiełką rozwijających się liści, napełniła żywą miksturą wprost ze słońca i chlorofilu i pokazała nieskończone bogactwo form i intrygujących znaków/kodów, które powoli zaczynamy rozumieć i szanować.

Do następnego spotkania!

czerwklaszmaj14.jpg