Wreszcie! Gojnik Sideritis scardica dostępny w Polsce!

gojnikanfi1

Po jakimś czasie świadomej pracy z roślinami, pośród setek gatunków znajdujemy kilka lub kilkanaście, które z różnych powodów są dla nas ważne. W Zielniku… nazwałem je roślinami wspierającymi (s.21-22) i mam oczywiście swoją listę. Jest na niej od dłuższego już czasu piękna roślina o wielu zastosowaniach i wyraźnym smaku – gojnik Sideritis scardica. Pisałem o niej sporo w Zielniku… (s.197-200 oraz s.191, a warto też zobaczyć do podrozdziałów: Zielarka z Pirynu i Bałkańskie napary). Właściwości gojnika czynią go rośliną z pierwszej dziesiątki europejskich ziół leczniczych, ale napar z niego ma też dobry smak, wyraźny kolor i zapach… a nie jest to atut wszystkich roślin o podobnym zastosowaniu. Od trzech lat hoduję Sideritis scardica na balkonie w sporej donicy i obserwacje czynione na kilkunastu roślinach plus obserwacje terenowe z gór Bułgarii gdzie gojnik ten występuje na swych naturalnych siedliskach wiele mi wyjaśniło. Gojnik kwitnie w drugim roku życia i to właśnie kwiaty są najcenniejszą częścią rośliny. Gojnik w naturze rośnie w skupiskach po kilkanaście do kilkudziesięciu okazów i dopiero w hodowli widzimy dlaczego zbiera się ją latami z tych samych stanowisk, a intensywniejsze zbiory mogą doprowadzić do zaniku jej skupisk. Sideritis scardica rzeczywiście zakwita w drugim roku, ale po kwitnieniu intensywnie rozmanaża się przez rozłogi i odrosty, co powoduje zagęszczenie roślin. Takie skupisko jest częściowo chronione przez warstwę obumierających i martwych liści starszych roślin i w następnym roku pojawiają się liczniejsze kwiaty z młodych osobników. Nie jest też wykluczone, że część starszych osobników kwitnie ponownie. Po trzech, czterech latach gojnik tworzy splątane, bogate i dynamicznie się rozwijające skupienia, które jednak nie przechodzą w murawy, a raczej szereg kęp złożonych z kilkudziesięciu roślin o różnym wieku, wytwarzających kwiaty każdego roku. Więcej o bałkańskim gojniku napiszę w przygotowywanej na jesień publikacji. Jest dość znamienne, że w klasycznym dziele, uznawanym z biblię europejskiej etnobotaniki czyli: Compendium of symbolic and ritual plants in Europe (dwa tomy tego kompendium opisałem i wstępnie zrecenzowałem wcześniej) nie znalazłem Sideritis scardica, ale duet autorski tego dzieła nie zauważa w Europie nie tylko Bałkanów, ale i Karpat.

Napary z gojnika pojawiały się czasem w herbaciarniach i kawiarniach w Polsce jako „herbatka grecka” lub „herbatka górska”, ale zazwyczaj (do pojawianienia się Zielnika... 🙂  ) bez świadomości właściwości tej rośliny i miejsca jej pochodzenia. Nie pomagała w tym też ilość jej nazw lokalnych (w samej Bułgarii są stosowane trzy lub cztery), a do tego mamy jeszcze obszary jej występowania w Grecji, Turcji i niektórych krajach Afryki. Za największego eksportera gojnika uchodzi Turcja, ale znakomite są miejscowe źródła bułgarskie i greckie.

Od kilku tygodni gojnik na napary (pakowany po 20 gr. i wyceniony na ok. 12 zł za taką paczuszkę) jest wreszcie dostępny w Polsce. Dystrybucją gojnika sprowadzanego z Turcji zajęła się firma, której strona internetowa – Bakra – będzie dostępna w najbliższych dniach, a bardziej niecierpliwych odsyłam do kontaktu mailowego z odważną czytelniczką etnobotanicznie.pl p. Karoliną Bartoszewską-Krawczyk: handel@anfi.com.pl

Surowiec oferowany przez p. Karolinę jest bardzo dobrej jakości, a opakowanie zawiera ilość gojnika wystarczającą na kilka dużych dzbanków naparu z gojnika. Zdecydowanie polecam zakup kilku opakowań i dodawanie kwiatów gojnika do mieszanek ziołowych (doskonały z macierzanką!, ale łagodzi też smak różeńca górskiego i żeń-szenia). Ten post sprawia mi wiele satysfakcji, bo sprowadzenie gojnika do Polski ma w wypadku p. Karoliny związek z czytaniem Zielnika podróżnego i moje wprowadzenie do etnobotaniki Karpat i Bałkanów zyskało kolejny praktyczny aspekt. To duża nagroda za moją pracę! Dlatego też bez owijania w bawełnę: sympatycy etnobotaniki, sprowadźcie gojnik do siebie, namawiajcie znajomych i prowadzących sklepy z ziołami, przyprawami i tzw. „zdrową żywnością” ! Gojnik dla każdego! 🙂

Na fotografiach i skanach gojnik z mojego balkonu oraz opakowania gojnika, paczuszki jakie można zamawiać i informacje Anfi/Bakra, które poszerzą ten wpis.

gojnikanfi2sideritis2014bsideritisopakowaniesideritiszbiorja

Reklamy

Slnovrat

brutowce14vatra

Moje warsztaty układają się od kilku lat w pewien cykl roczny i z pewnością astronomiczny początek lata jest doskonałym terminem na botanizowanie i przypominanie sobie subtelnych nici jakie łączą nas z roślinami. Może się wydawać, że spotkanie z okazji Letniego Przesilenia należy bardziej do celebracji starej/najnowszej duchowości, ale w Górach Lewockich udało się nam chyba zrównoważyć osobiste zaangażowanie z interesującym botanizowaniem?! Moja relacja będzie analityczna i skrótowa (na ile się uda! 🙂 ) z dwóch ważnych powodów. Pierwszy to ten, że grupa warsztatowa, co jakiś czas rozpadała się na małe lub większe podgrupy (co było podyktowane koniecznościami typu: transport, kondycja, zdrowie) i całość naszych działań wyłoni się dopiero jako suma relacji fotograficznych i opisowych, a drugi, to spory dorobek dokumentacyjny i obserwacyjny wymagający uporządkowania. Liczę na ujawnienie fotografii i relacji na naszej liście etnobotanicznie.pl na FB, ale bardzo proszę także o podesłanie mi wyjątkowo cennych informacji, fotografii i opinii do zamieszczenia na głównej stronie.

Czwartek

Do Lewoczy i Brutowców dotarliśmy różnymi drogami. Dojazd załogi: Ania, Ewa, Maciek, Dawid i ja, był tak interesujący, że można przypuszczać, że pozostałe ekipy miałyby także wiele do opisania?! Nasza droga wiodła przez Niedzicę i Lechnicę (tu zapuściliśmy się jedynie na kilka minut aby pokazać małe gospodarstwo, które dzisiaj jest już nasze 🙂 ), Czerwony Klasztor, Starą Lubovnię (gdzie w Szałasie u Franka prowadziliśmy badania nad etnobotanicznymi aspektami potraw regionalnych typu: szulańce z makom, zamagurski wyprażany syr, bryndzowe haluszki…), Plavec, Brutovce i do Lewoczy. W drodze do Lewoczy i do Brutowców podziwialiśmy panoramę Spiskiego Zamku (Spisski Hrad), co okazało się proroczym zajęciem, zważywszy na świetne miejsca jakie wokół zamku poznaliśmy później…

Michał Smetanka (www.smetankovo.sk) powitał nas jak zwykle – ciepło i konkretnie. O ile dobrze odczytałem sygnały 🙂 nasze miejsce w Brutovcach – Pod Skałą, zrobiło dobre wrażeniach na przybyłych tu pierwszy raz, a bywalcy sami wiedzą, że jest to właściwe środowisko dla wszelkich kontaktów z Naturą (także własną).

Moje przypomnienie programu i informacji o 13 gatunkach roślin i 9 gatunkach drewna potrzebnych do celebracji Slnovratu (letnie przesilenie w slovencinie) nabrało dodatkowych treści. Mimo zmęczenia wszyscy chętnie zobaczyli pracownię i muzeum instrumentów tradycyjnych, które w niczym nie przypomina zabalsamowanych sanktuariów z miast. Muzeum i wszystko to, co nazywam: etnobotanicznymi aspektami muzyki tradycyjnej, poruszyło właściwe rejony wielu uczestników warsztatu, a szczególnie tych zajmujących się poważnie muzyką. Mam wrażenie, że ten pierwszy wieczór potwierdził, że dzielenie zajęć na te dotyczące roślin, te dotyczące praktyk muzycznych i śpiewu i te, które pomagają w kontakcie z żywym otoczeniem, byłoby w tych warunkach dziwacznym zabiegiem.

Piątek

To miał być najważniejszy i najbardziej pracowity dzień warsztatu. Bez problemu udało się podzielić pracę na kilka ważnych zadań: zbieranie roślin, gromadzenie drewna, budowa kukły do spalenia, przygotowanie kosza na zioła, przygotowanie płonącego koła, wybranie miejsca na celebrację, zapewnienie tafli wody do kontemplacji wróżebnej, zaproponowanie aspektów dźwiękowych i wybranie metody uzyskania żywego ognia.

Zbieranie ziół zaplanowałem podczas długiej i dość męczącej wędrówki. Jak zwykle zaczynaliśmy od bogatych siedlisk okrajkowych i zakrzaczeń śródpolnych pełnych bzu czarnego w pełni kwitnienia, derenia świdwy także w apogeum kwitnienia, kaliny koralowej z ostatnimi kwiatami, róży, głogu, tarniny, szakłaku… a dalej macierzanka, kozibród wschodni, storczyki: kukawka, podkolan i nawet wczesna gółka, czyścce, firletki, przytulia właściwa, goździki kartuzki, jastruny i ostrożenie głowacze w rozmaitych stadiach rozwojowych, cieszyły wszystkich nastawionych na spotkania z roślinami. Początek był znakomity, ale w drugiej godzinie weszliśmy w strefę powalonych wiatrem modrzewi i transowość marszu zamieniła się w poważne kłopoty. Grupa zareagowała znakomicie i po jakimś czasie osiągnęliśmy główny cel czyli wielkie połacie łąk… i tu pierwsza nauka i ciekawe wnioski. Łąki były wprawdzie pełne dziurawca, ale roślina o tej porze jeszcze nie kwitła. Opowieści o wiankach i bukietach z dziurawca podczas Nocy Przesilenia nie mogą (a przynajmniej nie każdego roku) dotyczyć tego czasu i miejsca ( Karpaty, wys. powyżej 900 m n.p.m.). Nie udało się też odszukać werbeny z zestawu 13 roślin, a także olszy dla pozyskania drewna z listy obejmującej 9 gatunków. Poza olszą, także nie było w okolicy dębu, ale drewno mieliśmy do dyspozycji dzięki zapobiegliwości Lenki Smetankovej. Tak więc, weryfikacja zestawów ziół/drewna jest zawsze konieczna, ale sam proces poszukiwania, oparty o przygotowanie w postaci uświadomienia sobie czego szukamy ma fundamentalne znaczenie. Przed samą akcją wieczorną wysłuchaliśmy informacji słowackiego specjalisty – antropologa kulturowego – o zwyczajach dotyczących Letniego Przesilenia w Bułgarii i na Słowacji. Było więc sporo pracy, sporo wspólnych decyzji, sporo ustępstw, ale i teoria. Po tym doświadczeniu zaczynam myśleć o tej fazie przygotowań jako o treningu uważności, skupienia i oderwania się od zwyczajnych okoliczności. Jest to niby oczywiste, ale indywidualna praktyka jest czymś innym od każdej teorii.

Bardzo miłym momentem było przekazanie 10 kompletów toreb i worków zielarskich, jakie w prezencie przysłała Basia, nasza stała warsztatowiczka, która tym razem nie mogła być z nami! To był piękny widok: kilkanaście osób (kilka osób miało torby z warsztatu w Czerwonym Klasztorze) z wielkimi torbami zielarskimi w akcji! Basiu – dziękujemy!

Po powrocie z poszukiwań i bez wielkich przerw zabraliśmy się za przygotowanie materialnych warunków rytuału. Wspólne budowanie kukły ofiarnej i przenosiny na miejsce celebracji było wesołym, ale też znaczącym przeżyciem. Kosz, koło, rośliny, drewno, stos, naczynie z wodą i stroma łąka do puszczania płonącego koła ożyło szybko, sprawnie, radośnie i wspólnie. Za dobry omen uznaliśmy obecność orlika krzykliwego, który wyraźnie obserwował nasze przygotowania!

Dwie ekipy śmiałków podjęły się krzesania ognia w archaiczny sposób. Andrzej z kilkoma oddanymi sprawie osobami walczył z pomocą hubki i krzesiwa metalowego i kamiennego, a Mieszko z rewelacyjną Asią (co za moc i wytrwałość!) i pomocą innych osób, kilkakrotnie osiągał spore kłęby dymu z pocierania drewna o drewno… i nic. Grupowy doping/prośba/wezwanie w postaci rytmicznego powtarzania słowa ogień/agni dawał dodatkowe siły i wszystko zaczynało się od nowa… Słowaccy goście obserwowali wszystko z lekkim zakłopotaniem… później zaczęli pomagać… i nic! Nie pomogły szczapki przeżywiczonego drewna sosny, hubki, gniazda os, kora brzozy, suche trawy… Dym walił, iskry się skrzyły, ale nie udało się! Paradoksalnie, od momentu uznania, że w ten sposób nie uda się rozniecić ognia, uczestnicy warsztatu stali się jedną celebracyjną grupą i wszystko poszło już dobrze! Stos pięknie się zapalił, kukła błyskawicznie spłonęła wraz z tym, co chcieliśmy pozostawić za sobą, rośliny zostały wspólnie darowane dla powodzenia wszystkiego co żyje. Głosy, żarty, recytacje, trąbita i poczęstunek w postaci syropu z bzu czarnego (przygotowanego przez Bogdana w Nowym Sączu) pitego z wołowego rogu, plus zaskakująco mocny moment puszczenia płonącego koła w ciemność rozświetloną jedynie na moment i tylko dla tych co dostatecznie byli uważni… Fotografie powiedzą więcej, praktyka za rok podpowie resztę?!

Noc była gwiaździsta, a ognisko tliło się do samego rana…

Mam wiele przemyśleń co do świętowania Slnovratu, ale najbardziej podstawowe mówi, że rytuał i cała celebracja wymaga długiego cyklu przygotowań, grupowej realizacji i musi być doskonale zaplanowana.

Sobota

Mimo nocnych zajęć na śniadaniu zjawili się wszyscy i do tego pełni energii 🙂 ! Wyruszyliśmy pieszo do Spiskiego Zamku przez okolice wsi Podprocz i dalej, ostro w dół zalesionymi zboczami. Pojawiły się szałwie łąkowe, werbeny, a niżej we wsi natrafiliśmy na gigantyczne pole soi. Okolice Spiskiego Zamku to już południowe, wapienne siedliska (Brutowce leżą na fliszu karpackim) pełne wiązówki łąkowej, pięknie kwitnących lilii bulwkowatej i pojedynczych ale okazałych żółto kwitnącej dziewanny (prawdopodobnie to Verbascum chaixii subsp. austriacum), naparstnic, ślazówki, krzewów ligustru, jarząbu mącznego, szaklaku, głogu i małych, naskalnych muraw kserotermicznych z wilczomleczami, rojnikami i rozchodnikiem. Krótka wizyta w rezerwacie skalnym Drevenik była bardzo zachęcająca i podobnie jak odwiedziny pomnika przyrody Siwa Broda (Siva Brada) czyli intrygującego trawertynowego „gejzeru” w pobliżu Spiskiej Kapituły, została wpisana na listę przyszłorocznych warsztatów.

Niedziela

Warsztat kończył się pięknym wejściem na szczyt Spiska, z którego widać pełną panoramę: od Tatr, Pienin, Zamagurze, pogranicze Spiszu i Szarisza aż po wapienne wzgórza na Węgrzech. Jeszcze mała powtórka z karpackich krajobrazów kulturowych, siedlisk łąkowych i tradycji pasterskich… i wspólne śpiewanie rusińskich pieśni. Przez cały warsztat Ania i Janka zręcznie wprowadzały grupę w tajniki travnic, kobiecych pieśni pracy o właściwościach terapeutycznych.

Ze Spiskiej wracaliśmy drogą przy kapliczce gdzie zastaliśmy piękny okaz gniewosza. Wąż ten okazuje się być „znajomym” Janki, naszej słowackiej koleżanki i uczestniczki wielu warsztatów. Podobno spotyka się z nim regularnie, gdy odpoczywa pod kapliczką grając na koncovce. W ten sposób zyskujemy jeszcze jeden terenowy znak i miejsce porządkujące nasze rozeznanie w topografii okolic Brutowców – kapliczka z gniewoszem, dolna droga z macierzanką, droga z tarniną i bzem, łąki dziurawcowe, las modrzewiowy, młaka z wełnianką…

To co opisałem jest jedynie szkicem. Sensem warsztatu jest osobiste uczestnictwo i uczenie się poprzez praktykę i doświadczanie. W Brutowcach było sporo muzyki (dwa sety muzyki Michala Smetanki, trochę naszej Karpat Magicznych, sporo wspólnej, bardzo dużo śpiewu i ćwiczenia otwierające), wiele mówiło się o pasterstwie i własnych doświadczeniach, a botanizowanie zwalniało nasze wędrówki i daleko wykraczało poza rośliny wspomniane w tekście. Trochę z tego objawi się w formie fotografii, a reszta zostanie w głowach i sercach uczestników.

Suplement

Od pierwszych do ostatnich chwil warsztatu, towarzyszył nam bez czarny: kwitnące krzewy na każdym stoku i miedzy, na łące i w lesie, w parku i na murach, za stodołą i przy karczmie…, a także napary i lemoniadki z kwiatów, syrop podczas celebracji, powietrze pełne pyłku i zapachu rozgrzanych kwiatostanów, muzyka na wielu instrumentach wykonanych z drewna bzu, drewno darowane przez ogień… Wszyscy śmiali się z opowieści o zdolności bzu do wysyłania śpiących pod nim ludzi w dalekie miejsca! Czy po tych warsztatach, w których uczestniczyli goście z Trójmiasta, Londynu, Poznania, Warszawy, Krakowa i wielu innych miejsc – dalej w to wątpicie?

Uwaga: te kilka fotografii pochodzi z mojego telefonu… czekam na bardziej zawodowe! 🙂

brutowce14sivabrutowce14kukl2

 

Ekoton sztuki

Pod takim tytułem ukazał się mój tekst o żywym otoczeniu galerii sztuki i sposobach myślenia o życiu w miastach. Wyszło trochę jak manifesto, ale to nie szkodzi, bo jednocześnie jest sporo miejsca na inwencję czytelników. Tekst jest bardzo długi, ale było to konieczne aby wskazać możliwości rozwoju bardzo zdrowych i interesujących zjawisk oddolnej samoorganizacji miast. Ekoton sztuki napisałem na zaproszenie Galerii BWA w Zielonej Górze, które nadeszło na początku roku, ale jego publikacja zbiegła się z publikacją tekstu/wykładu Etnobotaniczny klucz do bioregionalizmu dla Wawelskiej Kooperatywy Spożywczej (na 3 Zjazd Kooperatyw jaki odbył się w Krakowie w ostatnią niedzielę) i wydaje mi się to z wielu powodów szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Jeżeli te dwa teksty pozwolą na odrobinę bardziej ugruntowany rozwój zadziwijąco witalnych i różnorodnych działań w nurcie samoorganizowania się miast, to będę naprawdę szczęśliwy.

Ekoton sztuki znajdziecie tu:

http://nieuzytkisztuki.pl/aktualnosci/artykul.id299

elewmocak1

Etnobotaniczny klucz do bioregionalizmu

 

Etnobotaniczny klucz do bioregionalizmu

Mój pomysł jest prosty i opiera się na dobrze opisanych i funkcjonujących w praktyce przesłankach. Jego istotą jest możliwość / okazja / potrzeba kształtowania składu gatunkowego upraw / hodowli / produkcji ogrodniczej przez świadomy popyt, własne doświadczenia z uprawą roślin i świadome kształtowanie diety.

Świadomy popyt sprowadza się do wyboru takich gatunków roślin, produktów zwierzęcych i przetworów, które odpowiadają miejscowym warunkom naturalnym i sprzyjają utrzymaniu równowagi biologicznej regionu. Jest wiele możliwości negocjacji rodzaju upraw, z jakich będziemy korzystać w ramach rozmaitych form kooperatyw, a najskuteczniejsza z nich to zastosowanie listy produktów preferowanych i zamawianych przy porozumieniach długofalowych. Kooperatywy spożywcze nie muszą polegać jedynie na odbiorze / zakupie wyprodukowanych dóbr, ale mogą być czynnikiem kształtującym skład upraw / produkcji na długie lata.

Aby wybory były świadome i służyły równowadze biologicznej w skali pojedynczego odbiorcy, jego rodziny i grupy przyjaciół (a także w skali regionu, w jakim kooperatywa zaczyna działać), powinny być rozpoznane: bioregion oraz jego zasoby naturalne: tradycyjne i nowe gatunki roślin i zwierząt, w oparciu o które wytwarza się żywność oraz naturalne (dzikie) zasoby pokarmowe i podstawowe dla życia: zasoby wody, stan powietrza oraz źródła energii.

Bioregionalizm jest pojęciem stosunkowo nowym, pojawiło się wraz z rozwojem kontrkultury w latach 70. XX wieku i za jego autora uważa się Allana van Newkirka, który w 1973 roku do znanego pojęcia: region (o zabarwieniu antropocentrycznym) dodał bio dla zaznaczenia podejścia biocentrycznego.

W przybliżeniu bioregion można zdefiniować jako: spójny obszar wyznaczony przez naturalne siedliska i przyrodnicze granice, który cechuje swoista budowa geologiczna, flora, fauna, rzeźba terenu i szerzej krajobraz, klimat – w połączeniu z tradycyjnymi formami kultury ludzi zamieszkującymi bioregion, wraz z ich zwyczajami, stylem życia i sztuką. W żywym, nie zniekształconym bioregionie, mamy do czynienia z silną więzią pomiędzy kulturą ludzką a przyrodą, która jest głęboko zapisana i praktykowana w duchowści, sposobach użytkowania ziemi i stylu życia, a nawet w mentalności. Można powiedzieć, że kiedy ludzie zamieszkujący jakiś region traktują go poważnie jako swój dom, a nie dekorację do czasowego przebywania czy miejsce eksploatacji zasobów aż do ich wyczerpania, mamy przesłanki do wyodrębnienia bioregionu.

Bioregionalizm zyskał nowe, prawne oblicze w wyniku przyjęcia w dużym stopniu biocentrycznego sposobu myślenia w kształtowaniu Unii Europejskiej i właściwie nigdzie poza Europą nie jest w takim stopniu wprowadzony w życie na poziomie regulacji międzynarodowych. Jedną z form prawnych i szansą na administracyjną oraz gospodarczą realizację idei bioregionalizmu jest europejska sieć Natura 2000. Nie znaczy to, że wszyscy powołani do zarządzania bioregionami w Polsce rozumieją podstawową ideę bioregionalizmu. Istnieje wręcz pilna potrzeba przypominania o niej i prowadzenia dyskusji podczas podejmowania decyzji gospodarczych na każdym poziomie. Bioregionalizm był ważnym elementem tzw. ekologii radykalnej, podstawami tego podejścia są: ekologia głęboka, ekofeminizm i ekologia społeczna.

Dzisiaj, rzecz jasna, nieco inaczej rozumiemy podstawy bioregionalizmu i zasady ekologii radykalnej, ale warto przypomnieć (w kontekście kooperatyw spożywczych i wszelkich działań mających wpływ na bioregion, w jakim żyjemy) kilka historycznych, ważnych zasad, które przyświecały w tworzeniu ich teoretycznego zaplecza.

Sześć funkcji bioregionalizmu wg wskazówek Thomasa Berry’ego:

  1. Uznajemy, że wszystkie gatunki na obszarze mają takie samo prawo do życia i korzystania z niego jak my, zachowujemy ich środowisko naturalne i korytarze migracyjne;

  2. Wzajemna opieka: oznacza, że wzrost, rozwój, użycie środków są limitowane dobrem pozostałych uczestników wspólnoty życia na tym obszarze, nie możemy przekraczać granic ani zajmować życiowych obszarów innych gatunków;

  3. Edukacja od bioregionu: na poziomie fizycznym, chemicznym, biologicznym i kulturowym bioregion dostarcza wzorów edukacyjnych, ważnym aspektem tej edukacji jest doświadczenie, a nie tylko przekaz informacji;

  4. Samozarządzanie: każdy bioregion cechuje pewien wewnętrzny porządek, powstały w wyniku procesu ewolucji, naruszanie tego porządku odbije się na niszczeniu bioregionu i jego „zewnętrznych” związków, zarządzanie powinno odbywać się „oddolnie” – powinny być reprezentowane interesy każdego mieszkańca bioregionu (nie tylko ludzi);

  5. Samouzdrawianie: każdy bioregion wyposażony jest w siły, które pozwalają mu na regenerację, nawet zniszczenie jakiegoś obszaru w ramach bioregionu może być „zagojone” dzięki tym potencjalnym możliwościom – odnoszą się one nie tylko do świata przyrody, ale także i do człowieka;

  6. Własna ekspresja i samowystarczalność: każdy bioregion jest do pewnego stopnia samowystarczalny; jego istota wyraża się w różnych formach przyrodniczych i kulturowych, to z nich właśnie pochodzi kulturowa różnorodność regionalna.

Po zbadaniu sytuacji i rodzaju własnego bioregionu, do świadomego kształtowania popytu na żywność potrzebujemy określenia swojego stylu odżywiania i interesującym (a także spełniającym postulat sprzyjania utrzymaniu równowagi naturalnej, zapewnienia zdrowia i różnorodności pokarmowej) wydaje się być makrobiotyka. Ten styl odżywiania opiera się na poglądzie, że ludzie są częścią środowiska w którym żyją i w sposób stały poddawani są jego wpływom poprzez pożywienie, społeczne interakcje, klimat i obszar geograficzny, w jakim żyją. Można powiedzieć, że makrobiotyka jest żywieniową formą bioregionalizmu. Przyjęty w makrobiotyce udział preferowanych rodzajów pożywienia jest istotną przesłanką do podejmowania decyzji co do popytu (oraz kształtowania w rozmaity sposób w ramach kooperatyw spożywczych) na konkretne grupy i rodzaje pokarmu. Podstawą żywienia makrobiotycznego jest kształtowanie diety w oparciu o następujące wskazania: 50% naszej diety powinny stanowić pełne ziarna różnych zbóż, 20-30 % to warzywa, 5-10% to rozmaite zupy, 5-10 % to fasola i produkty z fasoli, a jedynie okazjonalnie: ryby, owoce morza, orzechy i naturalne przekąski. Ważne jest, że makrobiotyka nie musi oznaczać radykalnego wegetarianizmu, ale także zdecydowanie jest odejściem od ciężkiej, mięsnej diety, która jest przyczyną wielu chorób ludzi i środowiska naturalnego. Dobrze pojęta makrobiotyka odpowiada właściwie idei slow, która słusznie jest obecnie popularna w wielu środowiskach.

W sytuacji gdy mamy świadomość własnego bioregionu, zasad odżywiania dla zdrowia i równowagi, potrzeba nam już jedynie wiedzy na temat odpowiadających tym podstawom roślin jakie można (i trzeba) uprawiać i zbierać ze stanu dzikiego. Taką wiedzę daje nam etnobotanika.

Etnobotanika jest badaniem dynamicznych powiązań pomiędzy roślinami i ludźmi, które od zawsze kształtowały ludzką kulturę oraz losy samych roślin. Samo pojęcie ma blisko 120 lat, a użył go po raz pierwszy botanik z Uniwersytetu Pensylwania w USA– prof. John W. Harshberger w 1895 roku. Chociaż etnobotanika nie zajmuje się jedynie roślinami użytkowymi w sensie roślin jadalnych, to daje informacje o tym, jak kształtowały się losy wielu gatunków, które wpływały na przeżycie, rozwój i możliwości ludzi, także w sensie duchowym. Pojęcie o rozległości etnobotaniki daje klasyczna książka Henry’ego Hobhouse’a – Ziarna zmian. Sześć roślin, które zmieniły oblicze świata (wydana w Polsce w 2001, 2010 roku przez Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, a znana na Zachodzie od 1985 roku). Autor przedstawił w niej fascynujące losy roślinnych źrodeł takich specyfików jak: chinina, trzcina cukrowa, herbata, bawełna, ziemniak i kokaina, które ukształtowały świat współczesny.

Etnobotanika bywa ukazywana jako zbiór wiadomości na temat roślin i ich możliwych zastosowań lub jako nauka pomocna do analizowania historycznych zmian w biogeografii, a bywa użyteczna we właściwym rozumieniu przyczyn zmian w kulturze i polityce na skalę społeczną. Najciekawszą i najistotniejszą częścią etnobotaniki jest jednak próba zrozumienia, na czym właściwie polega odwieczny, organiczny i silny związek pomiędzy roślinami a ludźmi, Aktualne badania naukowe potwierdzają wiele subtelnych sposobów komunikowania się roślin oraz ich niezwykłą plastyczność biologiczną wywodzącą się z komórkowych źródeł życia, co w pewnym stopniu może być pomocne przy określaniu, dlaczego rośliny są tak ważne dla ludzi i jak się z nami komunikują?

Wyżej podana, klasyczna podstawa diety makrobiotycznej, przeanalizowana za pomocą klucza etnobotanicznego dla bioregionów Małopolski już na samym wstępie wskazuje na to, że fasola winna być zastąpiona przez groch (bo fasola jest całkiem nowym nabytkiem na terenach Małopolski, a groch należy do tradycyjnych i miejscowych upraw) oraz w pewnym stopniu przez bób. Przyjmując pewną plastyczność w doborze składników diety po preferowanym grochu i bobie, można zalecać miejscowe odmiany fasoli (np. jaś), albo ze względów sentymentalnych i historycznych fasolkę patriotyczną (!) i dopiero potem inne, dostępne w ogrodnictwie i na rynku. Taka sama pobieżna analiza kategorii makrobiotycznej: całe ziarna zbóż, w Małopolsce wskazuje na jęczmień, owies, żyto, może proso – dopiero później zaś na pszenicę, nie mówiąc już o ryżu! Zamiast niego zdecydowanie w naszych bioregionach winna być wykorzystywana gryka w postaci kaszy gryczanej. Tak można byłoby przeanalizować wszystkie produkty, jakie rolnicy i ogrodnicy nam proponują kierując się modą, opłacalnością, przyzwyczajeniem, ale też sygnałami płynącymi od odbiorców. Istnieje wiele interesujących miejscowych (bioregionalnych) rozwiązań opartych na zdrowych komponentach, czasem dostępnych także ze stanu dzikiego. Klasyczny przykład sprzecznego z bioregionalizmem wykorzystaniem aronii ( Tymbark musi się poprawić!) zamiast miescowego, tradycyjnego i ważnego także w tradycyjnej kulturze bzu czarnego. To postawienie na aronię ma ciekawe podstawy, których źródłem jest jeszcze niegdysiejsza wiodąca rola rolnictwa z ZSRR i walory antyradiacyjne (bo przecież nie smakowe!). Roślina nie wytrzymuje konkurencji z bzem czarnym, o znacznie większych możliwościach, bo wykrzystuje się u tego gatunku: kwiaty, owoce, korę i rosnące na niej grzyby, a także drewno, bedące podstawą produkcji rodzimych – bioregionalnych – isntrumentów muzycznych. Bez czarny z pewnością ograniczy w najbliższych latach rolę aronii poprzez wydajne kultywary wprowadzone już do upraw. Podobnym nieporozumieniem żywieniowym w aspekcie bioregionalizmu jest zanik całego szeregu innych zapomnianych lub tylko zaniedbanych roślin w rodzaju brukwi(w bioregionach Małopolski nazywanej karpielem), czy pasternaku, nie mówiąc o wielu interesujących zastosowaniach kłokoczki południowej czy arcydzięgla. Przeglądając stare wydawnictwa w rodzaju książeczki Warzywa mało znane (H.Fajkowska K.Wolfowa, PWRiL, Warszawa 1978), możemy się dowiedzieć, że w Polsce stosunkowo niedawno do mało znanych warzyw należała sałata krucha i salata pekińska, a w reklamówce, jaką otrzymałem wczoraj w sklepie sieci Tesco reklamuje się kilkanaście mieszanek sałat i roślin sałatkowych jak rukola, roszponka, sałata batawska, sałaty czerwone, lodowe, escarole, radicchio, frise… Brukiew zanikła prawie całkowicie, ale pasternak jest czasem dostępny na giełdach spożywczych w opakowaniach po 5 kg, albo bywa sprzedawany jako duży korzeń pietruszki przez nieuczciwych i zdesperowanych sprzedawców.

Całkowicie fascynujący jest obszar badania i zachowywania starych, tradycyjnych odmian drzew owocowych. Na tym polu wiele w Polsce zrobiono, ale także wiele pozostaje do zrobienia. Być może świadome formy kooperacji z rolnikami pomogą w powrocie do rodzimych, zdrowych i smacznych odmian roślin, nie tylko jadalnych.

Pozostaje jeszcze świadome wspieranie takich rodzajów uprawy i produkcji żywności, które nie są sprzeczne z zasadami bioregionalizmu. Tu polecam manifest ogrodniczy Joe Hollisa (opublikowałem go w całości na www.etnobotanicznie.pl we wpisie: Joe Hollis i Jego Paradise Garden z 28.02.2014 r., za zgodą i ze wsparciem autora https://etnobotanicznie.pl/2014/02/28/joe-hollis-i-jego-paradise-garden/ ). Jego istone przesłanie mówi o tym, że ogrodnictwo jest zdecydowanie bardziej ekologiczną formą pracy z roślinami niż rolnictwo i daje świadomym ogrodnikom coś więcej niż tylko korzyści ekonomiczne. Rajski Ogród Joe Hollisa położony w USA nie jest koncepcją ortodoksyjną. Rosną w nim, poza gatunkami rodzimymi, rośliny lecznicze pochodzące z Chin, ale ma to swoje uzasadnienie i dobrze się sprawdza w praktyce. Wszelka ortodoksja jest przeciw różnorodności życia.

Jest wiele przykładów na etnobotaniczne odkrycia przekładające się szybko na praktykę. Tak jest z zapomnianym, niedocenianym i mało poznanym różeńcem górskim. To dobrze znana tradycyjnej medycynie i w pewnej mierze magiczna roślina Hucułów z Karpat, Samów ze Skandynawii, Tybetańczyków z Himalajów, mieszkańców Ałtaju i Mongolii, której właściwości dorównują słynnemu żeń-szeniowi! Co więcej, to różeniec (zwany także złotym korzeniem) pełnił rolę żeń-szenia dla mniej obeznanych odbiorców! Roślina ta rośnie w Polsce, m.in. w Tatrach i na Babiej Górze. Co z naszym bioregionalizmem jest nie tak, że lepiej znamy rośliny z Chin niż własne? A przy tej okazji warto wspomnieć jeszcze jedno znamienne nieporozumienie dotyczące tzw. tybetańskich jagód goji. Są to jagody kolcowoju, który spokojnie i od dawna rośnie w całej Polsce, ale też i innych krajach Europy, a bywa uprawiany w ogrodach, gdzie daje obfite plony. Jego jagody mają faktycznie wiele wartościowych i mocnych składników, ale nie w wersji gdy pochodzą z intensywnych upraw chińskich, w których nie stosuje się norm co do nawozów sztucznych. Trzeba było sporych nacisków ze strony Unii Europejskiej ,aby setki ton jagód z Chin przynajmniej opisać co do kraju pochodzenia. Niech Was nie zmyli napis na opakowaniu: wyprodukowano w Polsce, bo chodzi jedynie o paczkowanie suszonych jagód wyprodukowanych bez przestrzegania jakichkolwiek norm. Zapytani o to „producenci” z Polski – milczą uparcie. Jagody goji warte są sprawdzonych upraw i uczciwych dostawców, a kolcowoje są tak u nas zadomowione, że bez problemów należy je włączyć do miejscowych upraw, albo odszukać na półnaturalnych stanowiskach.

W analizowaniu bioregionów Małopolski pod względem żywieniowym i zielarskim, będzie pomocna także moja książka Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i Bałkanów (2012) oraz wiele wpisów na wspomnianej wyżej blogu: etnobotanicznie.pl

Tekst wystąpienia przygotowanego na zaproszenie Wawelskiej Kooperatywy Spożywczej i zaplanowany do wygłoszenia 8.06.2014 r. o godzinie 15.00 podczas Zjazdu Kooperatyw Spożywczych.

Marek Styczyński, Kraków, 8.06.2014r.

pasternakarpiel

 

Dron zamiast buta

DCIM101GOPROeripanorama1

W mojej pracy spotykam się z ekstremalnie zagrożonymi siedliskami o małych powierzchniach, a do tego leżącymi na terenach i miejscach trudno dostępnych. Wydaje się, że zagrożenia i tereny trudno dostępne są w sprzeczności, no bo jak trudno dostępne, to nie mogą być zagrożone…?! Niestety, tak nie jest i bywa często, że małe powierzchniowo siedliska są niszczone w sposób nie do końca świadomy jako nierozpoznawalne (lub bagatelizowane) części większych całości. Aby nie być gołosłownym, podam takie oto przykłady: 1/ młaka górska o pow. ok. 40 arów, na której na 1 m kwadratowym bywa kilkanaście gatunków roślin chronionych, w tym ostatnie w Polsce okazy Primula farinosa, 2/ grzbiet ostrej skały ze stanowiskiem dębika ośmiopłatkowego o pow. 1-2 arów, 3/ strome i pionowe skałki w pewnym rezerwacie w Małych Pieninach, miejsce gniazdowania puchacza, ale także siedlisko naskalne z interesującymi roślinami, 4/ leśna, osuwiskowa młaka z niedostępną, bagnistą częścią…5/ obszary torfowiskowe, a wnich najciekawsze miejsca, które są zazwyczaj niedostępne… wystarczy? 🙂 Do tego typu przyrodniczych rodzynków, dochodzą doliny rzek i potoków, które ulegają cyklicznym zmianom kształtowanym przez wezbrania i powodzie… gniazda wiatrołomów i obszary zabudowane bez zezwolenia. Dotarcie na tego typu tereny i dokładne zorientowanie się w ich sytuacji nie jest możliwe bez zdjęć i filmów zrobionych z góry… ale tanich, powtarzalnych i dokładnych, także w sensie bliskości obiektów i możliwości dowolnego zaglądania w interesujące fragmenty. Do tego typu pracy nadaje się doskonale lekki dron z podwieszoną kamerą.

Dzięki współpracy z firmą Eri.pl udało się przetestować możliwości kontroli siedliska młaki górskiej i ścian skalnych, a także oceny sytuacji gospodarki leśnej i sieci dróg w górskich obszarach leśnych i pasterskich. Samo „latanie” dronem to świetna zabawa, ale wyniki tych lotów daje rewelacyjny materiał zawodowy. Specjalne okulary dają możliwość zaglądania (z jednoczesną rejestracją) w interesujące miejsca, a lot może być realizowany od kilku centymetrów nad ziemią, do blisko 1 km wysokości! W naszym wypadku dron to urządzenie o czterech śmigłach, które przypomina mały helikopter. Szef Firmy Eri.pl nakręcił według moich wskazówek świetny film z terenu młaki z Primula farinosa. To ostatnie w Polsce stanowisko pierwiosnki omączonej zaczyna być zagrożone ilością osób, które zmuszone są do wejścia na teren młaki dla prowadzenia badań… a z pomocą drona wystarczy stać kilkadziesiąt metrów dalej, bo zasięg tej maszyny latającej 🙂 to 2 km!

Wiem, że drony (rozumiane raczej jako samoloty bezzałogowe) mają słabą prasę, co związane jest z misjami wojskowymi, ale w pracy kogoś kto ma zarządzać obszarami chronionymi ten system kontroli jest bezkonkurencyjny. Pamiętam dyskusję wokół badań telemetrycznych i opory jakie budziły „obroże” zakładane rysiom i wilkom, ale informacje jakie udało się zdobyć z pomocą tego systemu pozwalają chronić gatunki w konkretny i skuteczny sposób, który różni się od pięknego i eleganckiego aktu wpisania na listę gatunków chronionych. Może uda się opracować program identyfikujący gatunki i będziemy mogli liczyć niektóre z nich bez jednoczesnego deptania…

Film i fotografie z drona defenitywnie zmienią postrzeganie pewnych zagadnień, a szczególnie cieszy mnie ich pomoc w dyskusji o zagęszczaniu dróg leśnych. Teraz wygląda ona tak: gestość dróg leśnych jest zbyt duża i odpowiedź: mylicie się, gęstość dróg zbliża się dopiero do optimum i nie jest duża, bo część z nich to szlaki zrywkowe , a nie drogi. Jestem bardzo ciekawy czy strona „leśna” rozróżni na filmie z drona drogi leśne i szlaki zrywkowe… chętnie bym to zobaczył!

A argument, że drony podpatrują i tracimy kolejne obszary prywatności? Użycie ich w mojej, dość niewdzięcznej pracy pozwoli na podniesienie skuteczności, co przy słabości sektora ochrony przyrody w Polsce nie jest do pogardzenia. Pozostawienie dronów jedynie w gestii wojska i filmowania sportów ekstremalnych czy zabawy, niczego nie zmieni w tej kwestii…

Na moich fotografiach dron i akcja terenowa, a na rewelacyjnych panoramach z drona: Wąwóz Homole i widok na pogranicze Beskidu Sądeckiego i Małych Pienin.

dron4dron2dron1