Etnobotaniczne wędrówki w tundrze Samów cz.1

DSC_3870

W sierpniu tego roku, siódmy raz przekroczyliśmy krąg polarny… tym razem siedząc w samolocie Sztokholm – Kiruna. Po wylądowaniu na specyficznym lotnisku w Kirunie, już autobusem, ruszyliśmy dobrze nam znaną trasą do Gallivare. Wcześniejsze trasy i smakowanie tundry Samów opisaliśmy w książce Vaggi Varri. W tundrze Samów (Wydawnictwo Alter, Kraków 2013) i tam też, udało mi się rozpocząć publikowanie przyczynków do tematu etnobotanika Samów. To ważne, bo tym razem ( pisanie książki wiele spraw porządkuje i jest aktem poznawczym i twórczym w jednym 🙂  ) miałem już rozeznanie w tym co ważne, czego warto poszukać i co sprawdzić. Północ jest dość popularnym kierunkiem wypraw botaników, ale plon tych podróży nie jest specjalnie bogato opisywany w języku polskim, a zagadnienia etnobotaniki, które wymagają kontaktów bezpośrednich z miejscową ludnością są traktowane minimalistycznie. Ważne jest, abyśmy ustalili, co uważam za kontakty z ludnością miejscową, bo spotkałem się z kuriozalnymi pracami publikowanymi w tzw. wydawnictwach naukowych ( bo przynoszą punkty ważne w karierze akademickiej, o ile „nic” lub „prawie nic” od strony merytorycznej jest prawidłowo podane i zaopatrzone na końcu w cztery zdania pod nagłówkiem „summary”), które polegały na zacytowaniu co mówiła jedna baba drugiej babie…i stwierdzeniu, że nie wiadomo właściwie o czym baby rozmawiały. 🙂 To się potem nazywa: sprawozdaniem z badań terenowych i wystarcza ze trzy takie relacje, aby puścić się w karierę akademicką na całego. Kontakty z miejscowymi wymagają wiedzy, szacunku, cierpliwości i osobistego zaangażowania. Właściwe kontakty zaczynają się w momencie gdy badaczowi przestaje już zależeć aby cokolwiek badać. Wystarczy, aby taka osoba chciała zrozumieć, chciała zyskać nowe umiejętności, aby była ciekawa i otwarta, a nie „badająca”. Badanie w starym stylu akademickim jest aktem pozycjonującym: badacz stoi wyżej od badanego. W ten sposób od Samów można się jedynie dowiedzieć kiedy mamy powrotny autobus… i to też nie traktujcie jako wiadomość pewną. Jest już otwarcie artykułowany pogląd, że wiele z rezultatów „badań” Samów, to zmyślone historie, opowiadane badaczom przez zmęczonych i urażonych „naukowym” traktowaniem przedstawicieli samskiej społeczności. Konsekwencją jest potrzeba całkowitej rewizji tego co o Samach dotąd się pisało/czytało. Jestem dumny, że nasza, wspomniana wyżej książka, jest napisana już w innym duchu i że nie ulegliśmy romantycznej wizji badania „łowców reniferów”.

Etnobotanika tundry skandynawskiej jest dla mnie bardzo interesująca od strony zawodowej i jestem przekonany, że aby znać się dobrze na sprawach górskich powinno się mieć pojęcie o tundrze. Gatunki roślin tzw. alpejskie, które znajdujemy jako rarytasy w Tatrach i innych rejonach Karpat, Alp, w górach na Bałkanach mają swoje optymalne obszary występowania w tundrze i są tam zazwyczaj liczne i w pełni ukształtowane. Dębik ośmiopłatkowy, gnidosze, różeniec górski, wiele wierzb, brzozy karłowate, sporo grzybów i porostów, maliny arktyczne, maliny moroszki, łochynie, wełnianki… te rośliny pierwsze przychodzą mi do głowy, to podstawa muraw tundrowych, które zajmują całe hektary, a nie kilka arów (wiem, bo sam liczyłem) w skali Polski jak np. dębik w Pieninach na drugim obszarze (po Tatrach) swojego występowania w naszym kraju. Jeżeli do tego dodamy wiedzę jednego z najstarszych rdzennych ludów Europy, to etnobotanika tundry skandynawskiej już nie jawi się jak egzotyczne hobby. Jestem przekonany, że bez doświadczenia wyniesionego z tundry nie rozumiałbym tak dobrze sytuacji i potrzeb pierwiosnki omączonej (Primula farinosa), której ochroną czynną zajmuję się zawodowo (w postaci jednak autorskiego projektu badawczego jaki udaje się realizować od czterech lat) ani też biologii arcydzięgla litwora (Angelica archangelica) czy różeńca górskiego (Rhodiola rosea). Tak więc, tundra dla botanika jest ważna.

Osobnym problemem jest cel i możliwości jakimi dysponujemy w Polsce. Poza głodem wiedzy 🙂 i próbą zrozumienia tego gdzie żyjemy dla doskonalenia zawodowego (jestem wyznawcą starego etosu inżyniera i dyplomowanego leśnika) właściwie moje dociekania nie miałyby praktycznego celu gdyby nie szeroko rozumiane zainteresowanie muzyką, brzmieniem otoczenia i eksperymentowaniem z rozmaitymi instrumentami, obiektami i instalacjami. Tundra i kultura Samów jest dla tych zagadnień niezwykle ważna. To blog botaniczny, a nie muzyczny i siłą ograniczę się do tego stwierdzenia. Rozwinięcia są dostępne na płytach z nagraniami terenowymi i muzyką ( http://worldflagrecords.blogspot.com ) Mogę się tylko cieszyć, że moje wpisy czyta znacznie więcej ludzi niż wyniki „badań terenowych” w opisanym wyżej stylu… jest to także w pewnej mierze źrodło energii do dalszej pracy.

Po tym przydługim wprowadzeniu 🙂 mogę wreszcie spokojnie rozpocząć relację z kolejnej wizyty w tundrze w 2014 roku.

Tym razem nie mieliśmy na początku wyraźnego celu i była to raczej mało precyzyjna (a flow odpowiada nam najbardziej) wizja szybkiego dotarcia w góry przy granicy z Norwegią, na teren nazywanym Badjelanda, który graniczy z górami Sarek (Padjelanta National Park i Sarek National Park są formami ochrony państwowej o dość mało wiarygodnych celach) i „pokręcenie się” po okolicy bez robienia tygodniowych tras z pełnym obciążeniem. Z Ritsem pod świętą dla Samów Górą Ahkka, polecieliśmy małym helikopterem samskiej linii lotniczej Fisk Flygg do wsi Staloluokta. W ten sposób przez około pół godziny oglądaliśmy naszą czterodniową trasę z 2012 roku (!) i wspominaliśmy ciężkie chwile w ulewnym deszczu lejącym pełną dobę bez ustanku… Namiot rozbiliśmy w naszym starym miejscu i zaczęło się…

Pierwsze ze znajomych roślin to pięknie owocujące samskie „psie jagody” czyli dereń szwedzki (Cornus suecica). Ta roślina podobno (bo tak należy traktować dorobek botaniki polskiej w tej kwestii) występowała w Polsce w okolicach Szczecina… ale wymarła?! To przypomina trochę polską historię pierwiosnki omączonej (Primula farinosa), która rosła sobie na 9 stanowiskach w Polsce, a potem zostało jedno… i nie wiadomo co się stało z ośmioma stanowiskami? Wszyscy rzucili się na to ostatnie i jest wielkie niebezpieczeństwo, że ją polska nauka zadepcze. Jakoś nie widzę prac na temat tej pięknej rośliny, ale na placach targowych pojawia się jej krewniak – dereń kanadyjski, czy faktycznie kanadyjski? Druga roślina jaka wita nas na starym miejscu to malina moroszka (Rubus chamaemorus)… też kłopot w Polsce, bo jakoś nie mogę się jednoznacznie dowiedzieć: rośnie czy nie na Czerwonym Bagnie i reszcie torfowisk Orawsko-Nowotarskich. Mam już umówioną ekspedycję badawczą prześ środek tego terenu w towarzystwie zaprzyjaźnionego profesora botaniki, bo inaczej się nie dowiem?! Obok kryje się przy skale malina arktyczna (Rubus arcticus) i widzę czasem, ze nasi autorzy mają i z nią kłopot. To dwie różne maliny, kwitną w innych kolorach, mają inne liście i owoce. Może warto wybrać się w tundrę?! Pierwsy spacer doprowadza nas do skał z dużą ilością różeńca górskiego (Rhodiola rosea), o którym pisze się u nas także dość pobieżnie i pewnie dlatego doskonałe specyfiki z różeńca kupujemy z Wielkiej Brytanii, Szwecji i Rosji… mimo, że Karpaty są/były jego miejscem obfitego występowania. Na zboczach góry przypominam sobie o poszukiwaniu lapońskiego rododendronu (Rhododendron lapponicum), które w 2012 roku skończyło się połowicznym sukcesem w postaci znalezienia stanowisk azalii alpejskiej (Loiseleuria procumbens)… w Górach Skandynawskich i górskiej tundrze nazywanie roślin mianem „alpejski” jest mało poważne, ale roślina jest bardzo ciekawa. Od tego momentu już wiemy, że nasze swobodne spacerowanie (od 5 do 7 godzin dziennie…) ma nieoficjalny kryptonim: „…na tropach Rhododendron lapponicum”. Zaprowadzi nas to w cudowny rejon… ale o tym w następnej części relacji.

Na fotografiach: (nad wpisem) autor z orlim piórem w obozie w Staloluokta, (pod wpisem) dereń (Cornus suecica), malina arktyczna (Rubus arctica), moroszka (Rubus chamaemorus) i moroszka na deser :-), różeniec górski (Rhodiola rosea) ma nie tylko kłącza, ale wielki i mocny korzeń!, A. na „przystanku” helikopterowym w Staloluokta i na ścieżce „tropem Rhodendron lapponicum… i jezioro Talvatis w Jokkmokk, włostka (Bryoria fuscescens) i prosty posiłek etnobiologa w tundrze: golec / Arctic char (Salvelinus alpinus) i samski chleb. O wszystkich tych roślinach/grzybach/rybach można by napisać wiele w kontekście etnobotanicznym, ale to już chyba na osobne opracowanie i kursy warsztatowe w Biotope Lechnica… 🙂

DSC_4028DSC_4051

DSC_3588DSC_3686

DSC_3176DSC_3727

DSC_3364DSC_4171

DSC_4184DSC_3199

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s