Chryzantemy

chryzantemyssacz1chryzantemyssacz2

Taki czas; chłód, mgła, ranne przymrozki i wszędzie kolorowe chryzantemy! Od najmniejszych wiosek, przez najstarsze miasteczka galicyjskie, po mazowieckie i pomorskie metropolie… 🙂 wszędzie chryzantemy. Drobne i kolorowe, wielkie z pojedynczymi kwiatami o średnicy dwudziestu centymetrów, średnie białe i żółte, czerwone, bordowe, błękitne, liliowe, różowe i łososiowe. Cięte i w doniczkach, a nawet sztuczne… Taka tradycja w dniach święta zmarłych, w zaduszki, przed i czasem po tym starym, ważnym i jak wszystko u nas, nie rozumianym właściwie święcie.

Chryzantemy w naturze to rośliny rosnące w Azji: w Chinach, Mongolii, Korei i Japonii plus wyjątkowo, dwa gatunki z innych stron. Jeden z nich to chryzantema /złocień/ arktyczny (Dendranthema arcticum) z Alaski, a drugi, to chryzantema zawadzkiego (Dendranthema zawadskii), która rośnie jedynie w części Pienin. O tym interesującym gatunku z Pienin (na fotografii pod wpisem) informowałem już na etnobotanicznie.pl przy okazji prezentowania moich fotografii tego gatunku pochodzących ze słowackiej części Pienin, gdzie jest on znacznie liczniejszy i dostępny. Tak więc ogólnie rzecz biorąc Azja i daleka północ… plus północno-wschodnie części Europy, to prawdziwa ojczyzna chryzantemy i jej ok. 40 gatunków.

W Chinach, już od XV wieku uprawiano chryzantemy na kwiaty, ale też na napary, w celach leczniczych i metafizycznych… była i jest (?) chryzantema jedną z czterech najważniejszych dla estetyki chińskiej roślin, poza nią były to: bambus, orchidea, kwitnąca śliwa. Tam też żył słynny poeta i piewca chryzantem – Tao Qian. Także to w tradycji chińskiej kwiaty chryzantem towarzyszyły śmierci, w bliskiej Korei były kwiatowym ekwiwalentem lamentacji pogrzebowych. Japonia, która wiele zawdzięcza kulturze chińskiej, wysoko ceni chryzantemy. Tak wysoko, że graficzny zarys kwiatu chryzantemy był znakiem (logotypem 🙂  ) cesarskim i wszystkiego co wiązało się z Cesarstwem Japonii. Poza tym odświętnym zastosowaniem w Japonii pito napary z kwiatów chryzantem, wino z chryzantem, a nawet jedzono surowe, drobne kwiaty pewnych gatunków. W Europie, chryzantemy pojawiły się (poza karpackim gatunkiem z Pienin, który był najwidoczniej mentalnie dalej od Zachodniej Europy niż Chiny…) już jako rośliny ozdobne, uprawiane na kwiaty o rozmaitych kształtach i kolorach. Od swego pojawienia się były raczej kwiatami do poważnych, melancholijnych zastosowań, których piękno raczej skłaniało ku zadumie i refleksji nad przemijaniem. Kiedy, dlaczego i gdzie w Polsce zaczęło się to co widzimy dzisiaj? Pewnie od momentu, gdy opracowano ścisłe procedury tzw. produkcji chryzantem, bo na 1 listopada trudno o inne, żywe kwiaty, a chryzantemy dobrze rozwijają się w nieco chłodniejszych warunkach niż np. róże. Czy to jest wystarczający powód dla produkcji, sprzedaży i zapotrzebowania na miliony chryzantem?

Czy tak jest wszędzie? Oczywiście nie i np. w USA, chryzantemy stosuje się do skutecznej redukcji zanieczyszczenia powietrza w słynnych clean air study firmy NASA! W kilku krajach mają całkiem inne niż u nas konotacje i istnieją europejskie tradycje, w których chryzantemy są kwiatami, którymi obdarowuje się matki.

W kulturze Chin i Japonii, kwiaty chryzantemy były tematem z kanonu poezji tradycyjnej, a szczególnie pięknie zakwitają w bardzo interesującej formie buddyjskiej praktyki poetyckiej nazywanej haiku. Dzisiaj wszyscy piszą haiku… bo Miłosz pisał, także ten i ów napisał, a przecież jest coś ulotnego, co sprawia, że prawdziwe haiku wymyka się budowniczym czysto literackich konstrukcji spełniających warunki formalne. Nic nie może się równać z haiku zrodzonym z buddyjskiej, samotnej praktyki. Basho jest autorem takiego:

Na górskiej ścieżce / wysuszyłem ten kielich / – z chryzantemą

Kiedy przyglądam się placom i rynkom miejskim albo okolicom cmentarzy, które pokryte są tysiącami donic z kolorowymi chryzantemami i wieczornymi ogniami świec, a dzieje się to w roku, w którym odszedł mój ojciec, to przypominam sobie lekturę haiku z czasów liceum… i będę się upierał, że nic lepszego niż mała, żółta książeczka pt. Haiku, w przekładzie Agnieszki Żuławskiej- Umeda i z doskonałym posłowiem Mikołaja Melanowicza (1983) nigdy już w Polsce się nie pojawiło. W tamtych latach nie rozumiałem jej tak dobrze jak dzisiaj, ale muszę przyznać, że przeczucia jakie towarzyszyły tamtym zachwytom nie okłamały mnie. Słaba to pociecha…

Gdy tak popatrzę / nie ma już nigdzie kwiatów / ani liści barwnych / tylko biedne nad zatoką chaty / w jesienny późny wieczór.

Fujiwara Teika (1162-1241)

chryzzawadzDWA

Etnobotaniczna korespondencja z Bułgarii, książki i reaktywacja Bio::Flow!

CząbergórsiwekMleczkasiwek

Piotr Siwek (znany studentom profesor Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, ale także współwykładowca w moim cyklu Bio::Flow w Bunkrze Sztuki i autor fotografii tradycyjnej pralki bułgarskiej (Zielnik… s.110), a ponadto doskonały hodowca roślin jest już drugi miesiąc w Bułgarii. Pojechał tam na zaproszenie wyższej uczelni rolniczej z Płowdiw i korzystając z nowych i dawnych (Piotr studiował w Bułgarii) znajomości, odwiedza wiele ciekawych miejsc. Przed wyjazdem prosiłem Go o korespondencję dla etnobotanicznie.pl i … jest! Na fotografiach PS: cząber górski (czyli core popularnej przyprawy czubrica), mleczka, a poniżej widok na Starą Planinę w Bułgarii.

Gdyby Was zainteresowała sprawa rytuału survakane to przypominam, że znajdziecie opis i fotografie survaczki w Zielniku… na s.160-162. Relacja Piotra przynosi opis mleczki – interesującej rośliny leczniczej…

planinasiwek

Panicite (talerze) to rozległe przedgórze Starej Planiny nad Kalofer, miastem poety-rewolucjonisty z okresu walk Bułgarii o niepodległość – Hristo Botewa. Piękna pogoda i rozległe widoki towarzyszyły ekipie zbieraczy w skład której wchodziła rodzina bułgarska i polska (razem 5 osób). Dojazd do miejsca zbiorów okazał się wyczynem ze względu na nawierzchnię drogi. Udało się jednak dotrzeć do ujęcia wodnego (tzw czeszmy), gdzie strudzeni zbieracze odpoczęli później po ciężkiej  i pełnej poświęcenia pracy. Celem wyjazdu był zbiór owoców dzikiej róży, ale też derenia i głogu. Tegoroczne plony róży wg gospodarzy są znacznie mniejsze ze względu na obfite opady. Owoce są też znacznie drobniejsze niż zwykle. Zawiodły zupełnie derenie, które opadły na długo przed naszym przybyciem. Po bliższych oględzinach roślin zauważyliśmy założone na młodych gałązkach pączki kwiatowe. Wykorzystuje się je do zapieczenia w  tradycyjnej noworocznej banicy (wielowarstwowe ciasto przełożone serem lub innym nadzieniem) i odczytuje z nich wróżby.  ścina W Nowy Rok chodzi się też z gałązkami derenia w formie tzw. surwaczki  po domach, uderzając domowników i wypowiadając  magiczne „surwa, surwa godina !” , co wyraża życzenia dobrego , zdrowego roku.  Przed rozpoczęciem wegetacji ścina się gałązki i wstawia do wazonu , aby w niedługim czasie zakwitły. Niespodziewanie obficie zaowocowały tego rokuj głogi. Piękne, czerwone owoce są pomocne w utrzymaniu w dobrej formie układu sercowo-naczyniowego. W połączeniu z wyciągiem z róży i derenia będą leczyć i krzepić nie tylko ciało.  Panicite okazały się też miejscem, gdzie rośnie cząber górski (Satureja montana L.)  i  mirsinitska mleczka (Euphorbia mirsinites L.).  Cząber jest znana przyprawą,  głównie do dań mięsnych. Mleczka to roślina stosowana w Bułgarii do leczenia wrzodów i nadkwasoty.  Wszystkie zebrane dary przyrody zakonserwowane w spirytusie i wysuszone będą długo przypominać ten piękny dzień. (PS)

Relacja dotyczy wypadu jaki miał miejsce tydzień temu i mam nadzieję, że Piotr napisze jeszcze z Plovdiv! 🙂 Nie ukrywam, że szuka tam dla mnie pewnych nasion… do Biotop Lechnica

vaggicoverrubieze

W najbliższą sobotę i niedzielę w Krakowie odbywają się Targi Książki i wszystkim zainteresowanym przypominam, że ostatnie książki z puli pierwszego wydania (twarda oprawa!) – Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i Bałkanów – będzie można szukać na stoisku Wydawnictwa Ruthenus. Na stoisku Wydawnictwa ALTER znajdziecie ostatnią pulę pierwszego wydania mojej i Anny Nacher książki: Vaggi Varri. W tundrze Samów, gdzie znajdziecie wiele informacji na temat etnobotaniki Samów i tundry za kręgiem polarnym. Na stoisku Wydawnictwa Bezdroża możecie zapytać o to jak ściągnąć naszą pierwszą wspólną książkę pt. Ucho Jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe, która jest już od pół roku dostępna w formie elektronicznej! Nas w tym roku nie będzie na Targach, ale mamy nadzieję, że natraficie na nasze książki! Warto (!) poszukać na stoisku poznańskiego Wydawnictwa Galerii Arsenał znakomitej książki Anny Nacher – Rubieże kultury popularnej… jeżeli tylko interesuje Was rzetelna wersja tematów takich jak: kultura slow, nowe ogrodnictwo, neoszamanizm… i wszystkiego tego z czego składa się dzisiejsza kontrkultura.

bioflowslayer

We wtorek – 28.10.2014r. reaktywujemy jesiennie w Bunkrze Sztuki mój cykl BIO::FLOW! Zapraszam na 18.00 do dolnej sali. Przedstawię etnobotaniczne wrażenia z wypadów do Londynu, Berlina i Jokkmokk… powiem też o BiotopLechnica, ale najważniejszym tematem będzie opracowywany właśnie poradnik/słownik/pomysłownik … Bio::Flow – poradnik nowego ogrodnictwa. Bardzo zapraszam!

Drzewa na jesień

palisantolondonnpatyczki

Ten wpis potraktujcie jako dalszy ciąg relacji z Londynu plus bieżącą notatkę z krótkiego wypadu do Berlina. Wielkie miasta, te naprawdę wielkie (a takich w Polsce nie ma) są bardzo interesującym polem obserwacji etnobotanicznych! Wiele nacji na stosunkowo małym obszarze, wiele religii, rytuałów, kuchni i sposobów na poprawienie zdrowia, witalności i odporności na stres, wiele muzyki granej na tradycyjnych instrumentach i nawyków estetycznych, powoduje, że spacer ulicami takich wielkich miast staje się znakomitym treningiem etnobotanicznym i skarbnicą inspiracji, a nawet odkryć. Naukowcy wiedzą dobrze, że wiele odkryć z dziedziny botaniki i zoologii (ale też w całkiem innych obszarach badań) dokonano w … zbiorach muzealnych! Duże miasta są jak wielkie, żywe zbiory wszystkiego co ludzie (lub z ludźmi) dotarło na ulice, targi, ogrody i do domów. Wielkie skupiska ludzkie w warunkach względnego spokoju i dobrobytu, zaczynają żyć osobnym życiem gęstych populacji i obo złych tego skutków, można zobaczyć i bardzo interesujące. Wieś, a z pewnością romantyczne (i zdecydowanie nie-ekologiczne) koncepcje życia w domkach rozsianych po lasach i polach… nie jest naszą przyszłością także dlatego, że nie rodzi się tam nic ciekawego na szerszym, społecznym planie. Jeżeli się coś tli, to robią to raczej przybyli z miast i żyjący w dwóch lub trzech innych „światach” kulturowych i środowiskowych. Londyn wydaje się być niezwykle ciekawym etnobotanicznym tyglem gdyż łączy wpływy wielu kultur (co wynika z historii UK), w tym z silną własną kulturą silnie związaną z roślinami (bardzo powierzchownie funkcjonuje u nas jako „celtycka”) oraz silnymi ośrodkami naukowymi, KEW… tyglem nowych ruchów społecznych i bardzo twardą rzeczywistością ekonomiczną, która wymusza jakość pracy i nagradza innowatorów (całkiem inaczej niż w Polsce), ej boy! Aż wstyd pisać takie oczywistości… Kilka dni temu odwiedziliśmy na niespełna dwa dni Berlin (wracając do Krakowa z okolic Szczecina, a konkretnie z Kołbacza, gdzie otwierałem swoją wystawę etnobotanicznych fotografii) i kilka obserwacji londyńskich zostało powtórzonych w tym mieście. Aby nie pisać zbyt dużo, bo BiotopLechnica pochłania nam wiele czasu i energii zaproponuję kilka ważnych drzew, które są obecne za sprawą swoich właściwości w – dalekich od miejsc ich rodzimego występowania – Londynie i Berlinie. Na jesień te drzewa są doskonałe…

W Londynie i w Berlinie jest już obecne i dostępne w pop-etnobotanicznym obiegu drewno z drzewa Burserea graveolens  czyli Palo Santo lub palosanto („święte drzewo”). Kawałki tego drewna są eksponowane jako pewnego rodzaju „nowość” obok tradycyjnych kadziedeł z Indii czy bliskowschodnich żywic i gum. Zapach żarzącego się Palosanto jest bardzo przyjemny i nie tak mocno absorbujący jak niektórych, chemicznie wzmacnianych tzw. trociczek z Azji. Drzewo pochodzi z Ameryki Środkowej (Meksyk!) i Południowej (Peru, Wenezuela…) i jest znane jako tradycyjne źródło kadzideł w kulturze miejscowej. Palosanto jest krewniakiem drzewa o nazwie mowiącej wszystko: balsamowiec mirra ! Z drewna Palosanto robi się też drobne przedmioty, np. naczynia do ceremonialnego picia Yerba mate, ale dym ze świętych drzazg odstraszał także komary… Na rynku specyfików roślinnych uchodzi za wspomagający w modnych (bo drogich i „nowych”) rytuałach ayahuasca co nie jest zbyt jasne, chyba, że mamy szerszy ogląd na wprowadzanie na ezoteryczny rynek masowy 🙂 całego pakietu łączącego w zgrabny sposób kulturę Majów z kulturami mieszkańców lasów deszczowych… Dowodem na to jest pojawianie się „rytualnej” muzyki „majańskiej”, Palosanto i specyfików w rodzaju: Mayan Temple Incense (i podobnych) na bazie m.innymi tzw. copalu.    Drzewo dające copal  (nazwa z języka Nahuatl – copalli) to Hymenaea courbarii (daje tzw. copal brazylijski) i Hymenaea verrucosa (daje tzw. copal zanzibarski, jest drzewem copalowym dla Afryki), ale prawdziwym rarytasem jest tzw. niebieski bursztyn (kopalnie w Gwatemalii!) czyli produkt wymarłego (!) krewniaka poprzednich drzew: Hymenaea protera.

Produktów rynkowych o nazwie copal jest więcej i są rozmaitego pochodzenia, ale za klasyczne można uznać te trzy wymienione wcześniej. Interesujące jest, że drzewo copal jest na liście 15 ważnych dla kultury Majów roślin (obok: agawy, bielunia, chac te, ceiba, balcha, kakaowca, drzewa kampeszowego, drzewa koralowego, fasoli, kukurydzy, lilii wodnych, maguey, peyotlu i tytoniu, a palosanto nie. Tak więc copal, Palosanto, muzyczne rytuały Majów i ayahuasca w jednym pakiecie to strategie handlowe sprawdzone w pakietach pn. „mistyczny Tybet”, „mistyczne Indie”, „mistyczna Persja” itp…. ludzie się zmieniają i rynek musi się zmieniać. Nie jest to oczywiście zjawisko jedynie rynkowe, ale w tym cała sprawa… bo powodzenie coca-coli także nie było zbudowane jedynie na ekonomii. Poddaję to pod rozwagę tym wszystkim, którzy w Polsce dalej nie rozumieją, że markę nie buduje się na najtańszych produktach, produktach oczywistych (jak np. piwo) czy produktach męczących nas reklamą nadawaną co trzy minuty w radiu i tivi.

Dla etnobotanicznej dokładności dodam tylko, że nazwę drzewa copal – Hymenaea … nadał niezrównany Karol Linneusz na pamiątkę greckiego boga ceremonii zaślubin Hymenaiosa…

W Londynie natrafić można łatwo na patyczki do czyszczenia zębów i jamy ustnej – miswak. To doskonałe „urządzenie” powinno być reklamowane jako szczoteczka do zębów typu slow, a jest nią korzeń lub gałązka drzewa arakowego (Salvadora persica). W tradycyjnym wydaniu, patyczek wkładamy do wody różanej i gryziemy, masujemy, dłubiemy do woli… Smak miswak przypomina nieco chrzan i dlatego woda różana jest miłym dodatkiem. Koran zalecał używanie tego typu urządzenia do higieny jamy ustnej i zębów, a składniki i rezultaty stosowania potwierdzają w całej pełni mądrość tej wskazówki. Ja sam wypróbowałem miswak podczas trekkingu w tundrze i jest to znacznie wygodniejszy środek higieny niż pasta, szczoteczka, kubeczek, woda… przy zimnym i silnym wietrze! 🙂 Dobrej jakości patyczki ma firma Ecotooth i można je już i w Polsce dostać bez wielkich problemów.

W Berlinie, do tych interesujących drzew, dorzuciliśmy susz z liści drzewa o nazwie moringa / flaszowiec / drzewo chrzanowe (Moringa oleifera), które w Afryce zaczyna być ważnym źródłem zdrowej żywności ( w sensie: lekarstwa i składników odżywczych, a nie marki „zdrowa żywność”). Takie drzewo to skarb: liście i kwiaty mają wiele zastosowań w kuchni i lecznictwie, guma, olej, antybiotyki w korzeniach, a na dodatek jeszcze proszek z nasion świetnie oczyszcza (mechanicznie) wodę pitną! Całe drzewo ma do tego interesujący pokrój (szczególnie stare okazy) i pochodzi z Himalajów indyjskich. O tym, że znane jest dawno świadczy przekonanie podkreślane w tradycyjnym systemie Ajurveda, że leczy setki chorób. W Afryce korzysta się raczej z liści jako źródła protein i zdrowych składników czynnych, a w Azji (Indie) głównie z oleju i jako przyprawa o smaku chrzanu. Susz z liści sprowadzany jest z krajów Bliskiego Wschodu i można go szukać na targach oferujących produkty roślinne do kuchni. Kto chce coś znaczyć w nurcie handlu specyfikami roślinnymi ten powinien zainteresować się drzewem moringa! 🙂

W sklepach zaopatrujących Turków mieszkających w Berlinie można kupić sproszkowane owoce sumaka odurzającego / octowca (Rhus typhina). Proszek zmieszany jest z solą i wygląda na porcję mielonej czerwonej papryki. Nazwa handlowa to Sumak. Przyprawa ta jest składnikiem mieszanki zatar i występuje w kuchniach: irańskiej, libańskiej, syryjskiej, tureckiej i… sycylijskiej! Niektórzy dodają proszku z owoców sumaka do jogurtu, często do stylowego humusu, a bardzo ciekawe jest zastosowanie sumaka w przygotowywaniu marynat. W swej ojczyźnie czyli w Ameryce Północnej znany był z tradycyjnego napoju o nazwie „indiańska lemoniada”. Sumak octowiec jest drzewem o wielkich liściach, które przebarwiają się jesienią pięknie na wszystkie odcienie czerwieni, rośnie doskonale w naszym klimacie, ale ma złą sławę ze względu na możliwe działanie alergiczne. Na tę złą sławę nakładają się właściwości sumaka jadowitego (Rhus toxicodendron)…ale to już inna historia.

Z wielką przyjemnością dziękuję Asi Milewskiej (Londyn) i Ani Krenz (Berlin) za wsparcie moich badań… 🙂

Na fotografiach górnych: palisanto, patyczki do czyszczenia zębów, na dolnej ilustracji: opakowania sumaka i moringi.

morungasumak

Etnobiologia jelenia…

DSC_3637

Dwie zaangażowane w sprawę wyeliminowania polowań z dzisiejszej kultury osoby, zwróciły się do mnie o konsultacje i pomoc fachową w przymiarkach do własnego projektu pt. „Polowanie.” (znajdziecie na FB, polecam). Ta kropka jest ważna ! , ale projekt spodobał mi się nie tylko dlatego, że sam nie wspieram zbędnego zabijanie czegokolwiek, ale też dlatego, że Autorki Projektu Polowanie. już na wstępie zakładają dyskusję i chcą wysłuchać argumentów wszystkich stron. A stron jakoś widzę więcej niż dwie…

Aby taką dyskusję poprowadzić lub nawet tylko zainicjować, warto na temat polowania i zwierzyny tzw. łownej coś wiedzieć. O ile wiem, jedynymi studentami, którzy zdają egzamin z łowiectwa są studenci leśnictwa (Kraków, Poznań, Warszawa). Ja taki egzamin zdawałem, a na zaliczenie ćwiczeń strzelałem ze sztucera do tarczy… 🙂 Może teraz to wygląda inaczej? Ponieważ nie wiem i nie mam czasu się dowiadywać, to skierowałem Autorki do stosownych osób na Wydziale Leśnym UR w Krakowie.

Polowanie w naszym kraju jest częścią tradycji, polowanie w Europie jest częścią wielu różnych tradycji i ma wiele warstw i źródeł. Mówimy o polowaniu w kręgach kultury Zachodu, inne kręgi mają swoje własne tradycje. Tradycja nie tłumaczy polowań dzisiaj, bo gdyby tak, to ludożerstwo też byłoby chronione w pewnych kręgach kulturowych, a nie jest?! Słynne tłumaczenie naszego p. Prezydenta Komorowskiego, że mężczyzna musi wychodzić na polowanie aby przynieść mięso do domu… jest w najlepszym razie nieporozumieniem, albo ja nie wiem czym się żywi nasza Para Prezydencka? Tradycja jednak jest warta poznania, bo tam się kryją korzenie nawyków i przekonań przyjmowanych mechanicznie z innymi tradycyjnymi „pewnikami”. Niestety, nie mam dobrej wiadomości dla Autorek i wszystkich, którzy chcą naprawdę podyskutować o polowaniu i np. o jeleniu… bo sezon i rykowisko, a i figura zwierzęcia łownego typowa! Opracowań na temat jelenia jest bardzo wiele i publikowano na ten temat od dawna, od tak dawna, że pierwsze publikacje były malowane ochrą i węglem drzewnym lub ryte w skałach. Nie będę już przywoływał (bo piszę książki z nadzieją, że się je czyta?!) mojej ulubionej epopei łowieckiej pana Cygańskiego publikowanej w Krakowie (w kolejnych) tomach już od XVI wieku, ale np. DygasińskiegoWielkie łowy z 1927 roku… a współcześnie np. Jeleń – monografia przyrodniczo-łowiecka słynnego uczonego – p. Bobka (!), nie wspomnę podręczników do łowiectwa (bo studenci leśnictwa też używają książek, zapewniam wątpiące gremia humanistyczne :-)). Te gremia akurat, zapewne wiedzą, że informacji można szukać także w książkach, które nie mają w tytule: jeleń lub polowanie… Warto w tym miejscu wspomnieć, że pod nazwą jeleń kryją się różne gatunki zwierząt z porożem… 🙂 W naszej kulturze ważny był zawsze jeleń szlachetny (Cervus elaphus)… nazwa przydaje się w szukaniu bibliografii – ale także daniel i renifer. No i proszę, kilka książek z brzegu: Zwierzęta symboliczne i mityczne, J.C.Cooper / Kultura magiczna, Piotr Kowalski /Kultura symboliczna społeczeństw łowiecko-zbierackich środkowej Europy u schyłku paleolitu, Tomasz Płonka / Pasterze reniferów mongolskiej tajgi, pod red. Jerzego Wasilewskiego / Zwierzęta w kulturach górali himalajskich, Przemysław Hinca / i np. dzieło moje i Anny Nacher pt. Vaggi Varri. W tundrze Samów... Dla tych, co chcieliby mnie odciągnąć od reniferów mam pytanie: wiecie jakie zwierzęta malowano w słynnych grotach we Francji? Książki, które podałem są dobrane dość przypadkowo – to te, które widzę z mojego miejsca gdzie leży laptop. Nawet nie dotarłem do drugiego pokoju… Tak to jest z dyskusjami… wiemy coś i chcemy podyskutować, czy dyskutujemy bo nic nie wiemy? Zakładam, że wszyscy dyskutanci będą wiedzieli sporo… w innym przypadku to strata czasu.

Jestem zdecydowanie za zdelegalizowaniem polowań tzw. sportowych, nie są potrzebne i są przeżytkiem innych czasów. Nie wycieramy rąk w spodnie, nie zjadamy kozy z nosa, nie jemy tłustych sąsiadów, nie palimy w miejscach publicznych, nie pijemy alkoholu do utraty świadomości, nie robimy kupy w parku, zbieramy po naszych psach i… nie polujemy. To jest właściwie już zachodni standard i tylko niektórzy o tym jeszcze nie wiedzą.

Na mojej fotografii renifer (zwany w Ameryce – karibu) z tundry za kręgiem polarnym…