Przestęp… czyli żarty się skończyły!

sadeckiewaz

W relacji p. Józefy Fiedor z Łomnicy-Zdroju w Beskidzie Sądeckim, zanotowanej w 1945 roku, znajduje się informacja, że czarami zajmowali się Łemkowie. Znali się na czarnej magii i „mieli te książki”. Aby się bronić (albo i samemu czarować?) trzeba było wyhodować w piwnicy „przestęp”. Sadziło się czosnek w głowę węża i zamykano w garnku w ciemnej piwnicy. Wąż musiał być złapany w pewnej porze roku (a właściwie w dwóch okresach w roku) i nie wiadomo, czy musiała być to żmija, czy i inne węże się nadawały? Z czosnku posadzonego w głowie węża (…i zamkniętego w garnku w piwnicy), wyrastała roślina w kształcie mężczyzny albo kobiety. Tak ukształtowaną natkę dawało się swoim krowom, aby nie traciły mleka, albo czarowało cudze… aby mleko traciły. Krowy, które zjadły przestęp z czosnku i głowy węża, też miały pewne właściwości czarodziejskie. Czasem, gdy roślina „przestęp” miała cechy mężczyzny, można było wbić agrafkę w przyrodzenie tej czarodziejskiej postaci i gospodarz, któremu zadano te czary nie mógł się wysiusiać. Tak sobie czarowali ludzie dawniej i wygląda na to, że nie byli to jedynie Łemkowie?! Niby to były „takie udry”, bo „wszyscy się znali na czarach”, ale żarty się w przypadku przestępu kończyły źle.

Pani Ewa Fryś w przysiółku Bieśnik wsi Szalowa zapisała w 1960 roku, że „mniej ważne diabły tzw. galeje mieszkają w rdzeniu każdego krzewu dzikiego bzu (czarnego). Trafiali się nawet pomyleńcy, nazywani we wsi „ofiarami bzu”, którzy „straszyli i napastowali dziewczęta”. 🙂

Te i wiele innych relacji o sprawach przedziwnych, jakie działy się (ale pewnie i dzieją się obecnie jak sądzić po garniturze miejscowych polityków?) na tzw. Ziemi Sądeckiej dostępne są w formie książki i płyty (audiobook), o której nieco dalej.

Wrócić warto na chwilę do przepisu na „przestęp”, czyli magiczną formę rośliny, specjalnie wyhodowanej według sekretnego przepisu. Nie miejsce tu na szerokie analizy ( a że nie zbieram punktów za publikacje potrzebnych w karierze naukowej, więc pominę przytoczenie wszystkiego, co wiemy o czosnku, wężach i okraszenie tego zapożyczoną mapką zasięgu wybranego gatunku :-0 ) – wspomnę jedynie o roślinie, która nazywa się w botanice akademickiej przestępem białym (Bryonia alba). Należy do rodziny dyniowatych, ale niczym popularnej dyni nie przypomina, poza charakterem rośliny pnącej. Czarne owoce przestępu białego 🙂 są podobne do owoców psianki czarnej, ale może nieco większe? Korzeń jest bulwiasty i żółtawego koloru. Przybiera on kształty, które przypominać mogą postać ludzką. Cała roślina jest silnie trująca (przyjęcie przestępu powodować może zablokowanie oddychania) i ma pewne znaczenie w magii i ziołolecznictwie (co zazwyczaj idzie w parze…). Problem w tym, że przestęp biały nie jest rośliną rodzimą, ale pochodzi z cieplejszych miejsc w Europie, Azji i Afryce (?) i na terenach Polski (gdzie?) pojawił się podobno w XVI wieku. Znalazłem spory okaz owocującego przestępu białego nad Dunajcem w Kotlinie Sądeckiej kilka lat temu i miałem spory problem z oznaczeniem tej ciekawej rośliny. Wszystko wskazywało na przestęp biały, ale skąd się wziął?

Nazwa „przestęp” pochodzi najprawdopodobniej od „przestąpienia przykazania bożego”, jak informują w wielu źródłach, ale dlaczego czosnkowy specyfik z głowy węża nazywa się tak samo jak przybysz z południowej Europy? Czy mamy kolejną roślinę z jakiej składa się magiczny konstrukt nazywany: belladonną lub mandragorą, w zależności od przewagi cech jednej z tych dwóch, a tak naprawdę kilku roślin o silnym działaniu na człowieka? Jestem bliski podania wzoru na taką właśnie roślinną hybrydę, której opisy wyprowadzają na manowce wielu akademickich botaników. To roślinny Yeti, jest i nie ma go jednocześnie, a najważniejsze w nim jest to, że poza składowymi roślinami i ich mitologią, niezbędna jest silna intencja i determinacja, aby go zobaczyć i w przypadku roślin magicznych: użyć. Zasygnalizuję tylko, że sprawy się komplikują jeszcze bardziej, gdy zobaczy się poszczególne rośliny „składowe” jako kolejny zlepek gatunków i podobnych oddziaływań… i np. przestępom o owocach czarnych i czerwonych (Bryonia alba i Bryonia dioica) odpowiadać może np. para psianek: słodkogórz i czarnej (Solanum nigrum i Solanum dulcamare)…

Wspomniane na początku interesujące wydawnictwo to: Niby to legenda, ale ktosik gadał, że tak prawdziwie było. Ludowe odania sądeckie. Teksty spisane w latach 70. i 80. XX wieku oraz współcześnie opracował: Joanna Hołda i Sylwia Zarotyńska. Wydawnictwo jest świetnie ilustrowane przez artystów: Kaję Renkas i Michała Załuskiego. Szczególnie do gustu przypadły mi znakomite, posługujące się kolażem i w przedziwny sposób trafiające w sedno nawarstwionej kultury karpackiej prace p. Kai. Wielkie brawa! Mam nadzieję, że pokazane w tym wpisie dwie części ilustracji p. Kai Renkas nie sprawią czytelnikom zawodu, a sama Artystka wybaczy mi ich zasygnalizowanie w niezdarnych fotokopiach?!

Pośród wielu cennych wydawnictw i prac jakie opracowuje Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu (placowka ta, to jedna z nielicznych jasnych stron Nowego Sącza) omawiana książeczka (ISBN 978-83-89989-67-3, format: 20x20cm, 80 stron, plus załączona płyta – audiobook – z 11 opowieściami / nagraniami zrealizowanymi przez Jacka Kurzeje i Adama Leśniaka) należy do najbardziej interesującego nurtu. Podzielona została na pięć rodziałów: Kapliczki, miejsca niezwykłe, Bacowie, czary, uroki, Istoty demoniczne, Duchy, Inne. Tytuły dobrze pokazują, z jakimi opowieściami spotkamy się w publikacji… 🙂

Wszystkie opowiadania należy uważnie przeczytać i to po kilka razy, pamiętając, że są to zarejestrowane opowiadania ustne, a nie prace przygotowane i zredagowane na piśmie. Dla mnie poza warstwą etnobotaniczną i duchową, bardzo interesujący jest wątek, jaki pojawia się niejako pobocznie przy uważnej analizie udostępnionych tekstów. Chodzi o zasięg tytułowej „Sądecczyzny”. Do miejsc najliczniej reprezentowanych w książce należy Podegrodzie – to duża wieś pomiędzy Starym a Nowym Sączem, w której wielu badaczy upatruje początków Starego Sącza, czyli pierwszego miasta na skraju Kotliny Sądeckiej. To jest zrozumiałe i odpowiada dzisiejszym wyobrażeniom o „Sądecczyźnie”. Moją uwagę (z wielu oczywistych dla czytelników www.biotoplechnica.eu względów) przykuły opowieści traktujące o wyprawach do Lewoczy (miasteczko u wejścia w Góry Lewockie na Słowacji), Lechnicy, Leśnicy i Czerwonego Klasztoru oraz opowieści ze Szczawnicy, Bartnego i Szalowej. Mniej rozeznanym w terenie czytelnikom podpowiem, zanim otworzą mapę, że tereny te leżą daleko, daleko poza dzisiejszym – skarlałym na własną prośbę – oddziaływaniem/zasięgiem „Sądecczyzny”. Niektóre wsie i ich okolice leżą na terenie Słowacji (i to z zaznaczeniem, że o ile słowacka wieś Lesnica była kiedyś i na krótko wcielona do Polski, to ani Lewocza, ani też Czerwony Klasztor i Lechnica w Polsce nie była, a Bartne i Szalowa to całkiem inny, wschodni kierunek, podkreślający ważną obecność kultury Łemków na „Sądecczyźnie”). Ten, zdawało by się, „błąd” Muzeum uważam za najcenniejszy wkład w przyszłą (może doczekamy bardziej światłych władz tego regionu ?) dyskusję o prawdziwych uwarunkowaniach kulturowych i kierunkach rozwoju „Sądecczyzny”. Dlatego też uparcie daję niegdysiejszą nazwę regionu w cudzysłowie. Dzisiaj zostało niewiele z dawnej, tej prawdziwej (?) Sądecczyzny, sięgającej naturalnie po Pieniny (a nici wiążące te regiony w interesującą całość są rozliczne i najbardziej spektakularne to na wpół legendarny zamek pieniński św. Kingi…i całkiem realny majątek Adama hr Stadnickiego z Nawojowej) i część tzw. łemkowszczyzny na północny-wschód od Muszyny i Krynicy. Ostatnim, całkowicie zaprzepaszczonym, bo zbyt słabo opartym na podobieństwach w mentalności i wspólnej historii, wykwitem „Sądecczyzny” było województwo nowosądeckie… sięgające aż po Zakopane czyli właściwie do… Warszawy. Ten kuriozalny twór polityczny trwał w latach 1975-1998 i został po kolejnej reformie w 1999 r. wcielony do województwa małopolskiego, a jego stolicy „stał się jeno sznur”.. Z perspektywy czasu, jedynym powodem dla zorganizowania tego województwa jaki dzisiaj widzę, było łatwiejsze przeprowadzenie kilku inwestycji trwale niszczących miejscowe środowisko naturalne (część Pienin, część Beskidu Sądeckiego i parę innych miejsc). Wracając do wydawnictwa Muzeum, to miło jest wiedzieć, że kilka osób (których, jak mi się wydaje, nikt z wielkich miejscowych polityków nigdy o nic nie pyta) ma świadomość utraconej, cennej więzi, jaka łączyła szeroko rozuminą Kotlinę Sądecką z jej dwoma miastami z Pieninami i kilkoma innymi częściami przyległych regionów.

Warto też odnotować, że dla informatorów, których opowieści stanowią treść książki, było całkiem jasne, że określenie „baca” oznaczało także czarownika, zielarza i najmocniejsi z nich mieszkali po południowej stronie gór – w okolicach Lewoczy, Lechnicy, ale także wśród Łemków na wschodzie… to tam się trzeba było udać po pomoc!

Trochę żartobliwie i z przekąsem dodam na koniec opowieść sądecką o tym, jakie przygody spotkały tu Cesarza z Wiednia i jakie doniosłe decyzje zapadały na Sądecczyźnie! Otóż Cesarz podróżował do Szczawnicy i wracając ze słynnego już uzdrowiska (jeszcze w tamtych czasach nie chciało udawać miasta) przenocował w Lesnicy (wówczas Leśnicy – tuż obok Szczawnicy, ale nie mylić z Leśnicą k/Nowego Targu). Tam zbudziły go płacze dzieci i wysłuchał opowieści ich matki, oczywiście 🙂 biednej wdowy o rannym wstawaniu i odrabianiu pańszczyzny na rzecz Czerwonego Klasztoru. Jakby nie liczyć, wdowa musiała faktycznie wstawać wcześnie, bo do klasztoru z Lesnicy jest blisko dwie godziny drogi pieszo… Cesarz, znany z tego rodzaju akcji, zlitował się nad gościnną kobietą i obiecał, że w przebraniu odrobi za nią pańszczyznę w klasztorze. Rano jednak zaspał (a nie było w tamtych czasach wypożyczalni rowerów w Lesnicy…) i gdy zastukał do bramy klasztoru z miejsca dostał cięgi – bez słuchania wyjaśnień braciszkowie zamknęli go do lochu. Po dniu w piwnicy został wypuszczony i zaopatrzony na drogę w tzw. „kopa w rzyć”. Najwyraźniej syty już przygód zwykłego człowieka :-), pobiegł do pobliskiej Lechnicy. Lechnica w tamtym czasie była dużą wsią, na dobrach której postawiono Klasztor Lechnicki, znany potem jako Czerwony. We wsi stacjonowała obstawa Cesarza i bez dalszej zwłoki Cesarz udał się do Wiednia. Tam, na wspomnienie o tym, jak wygląda odrabianie pańszczyzny, zniósł ten obowiązek aktem cesarskim!

sadeckiecover

Jeszcze porządkowa uwaga na koniec, adresowana do wszystkich (a szczególnie do niektórych chcących uchodzić za poważnych naukowców): od dłuższego już czasu wpisy na blogach i informacje podawane w internecie są traktowane jako źródło informacji, które powinno być podawane w przypisach. Zaznaczcie źródło, autora i datę odsłony. Nie wstydźcie się tego i nie sugerujcie, że wydrukowane jest cenniejsze. Najcenniejsza jest zawsze sama wiedza i zdolność wiązania faktów (a nie jedynie ich spisywanie ze wszystkiego co się da) i opis wiedzy zawartej w opowieściach nagranych pół wieku temu dobrze o tym zaświadcza. 🙂

Reklamy

Jajo węża albo gwiazdosz potrójny w Pieninach!

gwiazdosz

Gwiazdosz potrójny (Geastrum triplex) jest interesującym grzybem z Czerwonej listy roślin i grzybów o statusie gatunku w Polsce wymierającego (E)… który od października tego roku został wycofany z listy krajowych gatunków chronionych! Nie wiadomo z jakiego powodu gwiazdosz przestał być w Polsce ściśle chroniony: czy dlatego, że został już uznany za wymarły (i spokój?), czy dlatego, że stał się tak pospolity? Ciekawe jest, że za gatunek zagrożony jest dalej uznawany m. innymi na Litwie i Finlandii… wiadomo, u nas dziczy więcej?

Poza gwiazdoszem potrójnym jest u nas także g. frędzelkowany (G. fimbriatum) i g. rdzawy (G. rufescens), które są nieco mniejsze.

Na ładny osobnik gwiazdosza potrójnego natrafiłem 14.12.2014 r. w pobliżu turystycznego szlaku (zielonego) wiodącego ze Sromowców Niżnych na Koronę (Trzy Korony) w Pieninach. Oznaczenie gwiazdosza nie jest całkiem proste i dziękuję za merytoryczne wsparcie prof. Andrzejowi Chlebickiemu, który wracając z poszukiwań barwinka (Vinca minor) w rezerwacie Biała Woda w Małych Pieninach, spotkał się z nami w terenie. Interesujące jest, że okaz tego bardzo oryginalnego z wyglądu (w każdej fazie rozwoju) grzyba znalazłem na wysokości około 700 m n.p.m. Stanowisko to jest zapewne dobrze znane w Pienińskim Parku Narodowym, ale warto o znalezisku wspomnieć, bo w całej Polsce znamy takich miejsc kilkanaście? Gwiazdosz wydaje się być związany z drzewami: bukiem lub dębem. W Pieninach oczywiście znalazłem go w lesie bukowym, ale na nizinach i poza zasięgiem buka, grzyb ten korzysta z sąsiedztwa dębów, krewniaków buka.

Wspomniałem o interesującym wyglądzie gwiazdosza i poza okazem dorosłym (na fotografii A.Ch) na uwagę etnobotaników zasługuje szczególnie postać młodociana tego gatunku. W pierwszej fazie jest to twór przypominający jajo o lekko poszerzonej podstawie i średnicy dochodzącej nawet do 5 cm! Takie „jajo” po jakimś czasie ciemnieje i pęka do połowy wysokości na kilka ramion, tworzących coś w rodzaju gwiazdy z resztą „jaja” w środku. Kiedy to się dzieje grzyb może mieć nawet kilkanaście cm średnicy i wygląda naprawdę intrygująco. Na dodatek, w odróżnieniu od innych gatunków, gwiazdosz potrójny wykształca poza obowiązkową gwiazdą, coś co przypomina kołnierz czy falbankę…Wiele opowieści ludowych o tzw. „jajach węża” napotykanych w lesie, dotyczy właśnie tego grzyba (czasem także młodego sromotnika) i wcale się nie dziwię, że spotkanie z gwiazdoszem dawało taką pożywkę dla wyobraźni. Ten aspekt etnobiologiczny plus aktualne roszady z ochroną i brakiem ochrony czynią gwiazdosza prawdziwa gwiazdę pośród interesujących grzybów możliwych do znalezienia w Karpatach.

Barwinki, a nawet góra barwinków!

barwinekslonogonDSC_7995DSC_7934DSC_7985

Na moich fotografiach ze Szczawnicy (1) i słowackiej Osturni (2-4) barwinek w formie dosłownej i symbolicznej.

Podczas spotkania w Biotopie Lechnica pojawiło się kilka nowych kontekstów etnobotanicznych dotyczących barwinka (Vinca minor), który rośnie dziko w naszej części Europy i przynależy do bardzo interesującej kulturowo grupy roślin karpackich. O barwinku pisałem w Zielniku… na s.145, ale nowe publikacje i nowe obserwacje pozwalają zamieścić poszerzenie opracowane przez Andrzeja Chlebickiego. Zapraszam z wielką przyjemnością do lektury!

Góra Barwinków

Góra barwinków w Białej Wodzie w Beskidzie Sądeckim

Ziemia – ta panna młoda / barwnikowe wieńce wije / pogubione po lasach / po wsze czasy/ zaślubia / zapomnienie / błękitem barwinka / zarasta / kapliczki łemkowskie / cmentarze / krzyże

(wiersz Alicji Mojko, 23 listopada 2014)

W czasach Apulejusza uznawano barwinek (najprawdopodobniej zarówno Vinca major jak i Vinca minor) za ziele magiczne, sądzono, że ziele barwinka przeciwdziała opętaniu przez diabła, chorobom wywoływanym przez demony, ukąszeniom jadowitych węży i dzikich bestii a także przeciwko zazdrości i rzucaniu uroków. Albert Wielki znany z zamiłowania do botaniki i alchemii sądził, że starty na proszek barwinek z dodatkiem dżdżownic i ziela rojnika Sempervivum tectorum powinien wzbudzać miłość pomiędzy kobietą i mężczyzną (The Boke of Secrets of Albertus Magnus of the Vertues of Herbs, Stones and certain Beastes). A jak jest naprawdę? Cała roślina jest trująca, ziele barwinka ma znaczenie lecznicze. Już w czasach Dioskurydesa i Galena używano naparów z ziela (Infusum Vincae). Ostatnio z barwinka wyizolowano ponad 50 alkaloidów a wśród nich winkaminę obniżającą poziom glukozy we krwi. Alkaloidy barwinka aktywują układ immunologiczny oraz poprawiają krążenie mózgowe. Winkrystyna i winblastyna wyizolowane z barwinka różowego (katarantusa) mają działanie cytotoksyczne, utrudniają rozrost tkanek nowotworowych np. w leczeniu raka piersi, białaczki limfoblastycznej, chłoniaków, mięśniaków i raka jądra. Pędy barwinka większego (V. major) były używane do plecenia koszy w Europie Zachodniej.

chlebvincaflos

ryc. 1. Barwinki: A – Vinca minor z dawnej łemkowskiej wsi Biała Woda; B – Vinca major L. z Półwyspu Chalcydyckiego w Grecji

Rodzaj barwinek Vinca opisany przez Linneusza składa się obecnie z pięciu gatunków. U nas najczęściej występuje Vinca minor L., w obszarze śródziemnomorskim rośnie Vinca major L., a w obszarach pontyjskich Vinca herbacea Waldst. et Kitan. Spokrewniony z nim jest rodzaj katarantus (Lochnera) występujący na Madagaskarze. Vinca i Lochnera należą do toinowatych (Apocynaceae). W obrębie toinowatych jest dużo trujących tropikalnych drzew a wśród nich np. śródziemnomorski oleander (Nerium L.). Dość łatwo można rozróżnić dwa najpospolitsze gatunki europejskie Vinca minor i Vinca major. Ten ostatni ma dwa razy większe kwiaty i owłosione brzegi liści, podczas gdy Vinca minor ma liście nagie. W Polsce barwinek mniejszy rośnie w dużym rozproszeniu w cienistych lasach, często sadzono go na cmentarzach już od czasów średniowiecza tak jak i bluszcz oraz kopytnik. Na mapie naturalnego rozmieszczenia V. minor w Polsce (Zając A. i Zając M. 2001) widać, że barwinek nie występuje w północno-wschodniej części kraju. Na Ukrainie występują oba gatunki barwinka (V. minor i V. major), choć Bojkowie i Łemkowie używali w swoich obrzędach głównie barwnika mniejszego. Naturalne rozmieszczenie Vinca major obejmuje Europę na zachód od Austrii a także Skandynawię i Grecję. Poza tym występuje w Anatolii i Północnej Afryce. Oba gatunki barwinka zostały rozprzestrzenione przez człowieka na wszystkich kontynentach oprócz Antarktydy.

Barwinek jest rośliną płożącą się, długość zdrewniałych łodyg dochodzi do 1 metra. Liście są skórzaste i błyszczące. Ta cecha najprawdopodobniej spowodowała zainteresowanie się człowieka w przeszłości tą rośliną. Barwinek ma kwiaty herkogamiczne. Pomimo że znamiona i pylniki dojrzewają równocześnie, są od siebie oddzielone (w przypadku barwinka, małym talerzykiem na słupku), co zapobiega samozapyleniu.

Polska nazwa to barwinek, barwin, ale też lubistek, po łemkowsku barwinok, po czesku zelenec, brčal menši, po bułgarsku buruvinka, po chorwacku palenka, po serbsku barwjenc i zimzelen, po słowacku zimozeleň menši. Włosi nazywają barwinek „Centocchio” (sto oczu), ale także „kwiat śmierci”, ponieważ z barwinka robiono wianki i kładziono na zwłokach zmarłych dzieci. Z kolei Germanie nazywali barwinek „kwiatem nieśmiertelności”. Na Słowacji dodawano kwiaty barwinka do weselnego kołacza. Każdy weselnik, który tańczył z panną młodą dostawał od niej kawałek kołacza z kwiatem barwinka. Żywe kwiaty barwinka umieszczano w grobie zmarłej młodej dziewczyny. Uważano barwinek z symbol nieśmiertelności. Przyśniony żywy barwinek oznaczał długie i bezpieczne życie. Dla Francuzów barwinek jest symbolem przyjaźni. Vinca major w mowie potocznej to pervenche. Ta ostatnia nazwa pochodzi od Vincapervinca nadana tej roślinie przez Pliniusza. Również Włosi używają podobnego określenia dla V. major – perivinca, a Anglicy perivinkle.

Wianek

Już od lat chodzę po łemkowskich ścieżkach, rozumiem smutek i rozpacz Łemków za tym co odeszło. Jeszcze gdzieniegdzie udało im się powrócić po akcji Wisła. Pozbyłem sie też bezkrytycznego spojrzenia. Są ludźmi z wadami jak i my. Nostalgia unosi się nad łąkami a mimo to są piękne i pełne radości. Kraina pasterska, pełna niskich gór i rozległych łąk. Jeszcze nowobogaccy nie są tutaj elementem dominującym. Beskid jest szczodry i bogaty. Lasy i rzeki jeszcze radzą sobie z ludzką zachłannością. Przyroda stale powtarza prawie te same wzory nie zważając na nasze ludzkie tragedie. Byliśmy w Białej Wodzie, dawnej wsi łemkowskiej, gdzie zostało trochę fundamentów, piwniczki i barwinki. W tomiku Harasymowicza pt. „Cała góra barwinków” znajduje się przejmujący wiersz:

Pusto w cerkwi tu tylko słońce i księżyc leżą na posadzce krzyżem. 

Drogą zamiast wiernych dziś mrówki idą do cerkwi 

I rosną świętym w rękach kwiaty prawdziwe.

Jesienią dach cerkwi na wielkim wietrze

Zakotłował i jak jastrząb uleciał

Dziś strugi łez płyną świętym

Gdy błyskawica przyświeca.

Taką „górę barwinków” znaleźliśmy w Białej Wodzie. Harasymowicz pięknie to ujmuje: „Niebieskim śniegiem padają barwinki na suknię Paraskewy”. Natomiast Marek Styczyński w „Zielniku podróżnym” pisze: Barwinek (Vinca minor) jest w tradycji Ukrainy jednym z najważniejszych elementów roślinnych  ślubnego wianka panny młodej. Jest też tom eposu „Na wysokiej połoninie” Vincenza pt. „Barwinkowy wianek”. Niestety poza informacją, że do pokoju panny młodej wniesiono trzy wianki nic więcej o barwinku Vincenz nie pisze. Oznacza to, że barwinkowe wianki były czymś zwyczajnym, niemal pospolitym w tamtych czasach. W polskich zbiorach etnograficznych zachował się tylko jeden wianek weselny z liśćmi barwinka. Znajduje się w zbiorach kultury łemkowskiej w Olchowcu, pod opieką Tadeusza Kiełbasińskiego. Wianek został ofiarowany opiekunowi przez Łemkinię tuż przed jej śmiercią. Wisiał w jej domu na wbitym w ścianę haku z brony. Zarówno w weselnych obrzędach Łemków jak i Bojków wianek z barwinka był obowiązkowo używany. Wicie wianka było skomplikowanym procesem odbywającym się zarówno w domu panny młodej jak i pana młodego. Pierwszą garść barwinka ścinał sierpem młody 8-10 letni chłopiec a swaszka po wniesieniu go do domu chowała go w skrzyni. Drugi wariant był bardziej skomplikowany. Starosta i starościna trzymali za rogi białą chustę. Matka panny młodej stawiała swaszce miskę z owsem na głowie, a na nim leżał bochenek chleba i barwinek. Matka zarzucała na to białą chustę. Następnie starosta i swaszka zasiadali do stołu, swaszka zdejmowała załadowaną misę, przywołany młody chłopiec (brat któregoś z nowożeńców) wybierał kilka pęczków barwinka i podawał swaszce, wtedy starosta błogosławił barwinek a swaszka wraz z kobietami rozpoczynały wić wianki z owsa i barwinka dodając cztery główki czosnku. Taki łemkowski wianek z owsa i barwinka udało mi się sfotografować w Olchowcu (ryc. 2). Łemkowskie kobiety z Krempnej smutno śpiewały w czasie wicia wianka:

Daj się wianku pięknie wić

Bo już niedługo tobie tu chodzić.

Tę tylko jedną niedzieleczkę

I w poniedziałek godzineczkę

chlebvincawianek

Ryc. 2. Łemkowski wianek weselny z owsa i barwinka w zbiorach Tadeusza Kiełbasińskiego z Olchowca, fot. A.Ch

We wsi Haligowce po słowackiej stronie Pienin znalazłem płat barwinka V. minor który uciekł z ogródka. Starsza kobieta powiedziała mi w języku zamagórskim, że znalazła barwinek w lesie (wymieniła trzy stanowiska) i przyniosła go do ogrodu. Barwinek jednak przedostał się z ogródka przez płot i zaczął rosnąć na nasłonecznionym zboczu. Jest to przykład rośliny którą można zaliczyć do apohemerofitów (dziczejące rośliny uprawiane w przeszłości i współcześnie). Łemkowie często sadzili barwinek mniejszy w ogródkach.

chlebvinca1

Ryc. 3. Pozostałości po łemkowskie chyży w Białej Wodzie, fot. Lonia D.

Opuszczone wsie łemkowskie a zwłaszcza cmentarze w Świerzawie Ruskiej, Żydowskiem, Radocynie i Lipnej są pełne barwinków. Całe kobierce są rozesłane na zarysach grobów i ścieżkach (ryc. 4). Mogliśmy to wszystko zobaczyć dzięki naszemu przyjacielowi Leszkowi Rawło.

Ryc. 4. Łemkowski cmentarz w Świerzowej Ruskiej, fot. Lonia D.

Ale nie tylko u nas barwinki rosną w dawno zapomnianych wsiach. U nasady Półwyspu Chalcydyckiego leży miasto Olint dobrze znane już w VII wieku przed naszą erą. Zamieszkiwali je Bottiajowie, których znad Zatoki Termajskiej przesiedlili tu Macedończycy. Artabazos (jeden z wodzów Kserksesa, mający około sześćdziesięciu tysięcy żołnierzy) w 479 BC zdobył miasto, ludzi wywiódł nad jezioro i wyrżnął, miasto zaś oddał w zarząd Kritobulowi z Torone i plemieniu chalkidijskiemu (Herodot str. 491). Ostatecznie miasto zostało zniszczone przez Filipa II Macedońskiego w 348 roku. Olint został odkopany w latach 1928-1938 przez amerykańskich archeologów (ryc. 5). Odnaleziono wówczas jedne z najstarszych mozaik antycznego świata w Willi Szczęśliwego Losu. Z całego miasta zachowały się zarysy murowanych domów, kamień młyński, znaczna ilość sarkofagów, wyrzeźbiona głowa kobiety przechowywana w Archeologicznym Muzeum w Salonikach. Idąc drogą prowadzącą na szczyt wzgórza, gdzie leży miasto, zdawałem sobie sprawę, że tędy właśnie przemieszczało się wojsko perskie. Wzdłuż drogi rosły kwitnące krzewy perukowców, żółte żarnowce, szałwie, dziewanny i barwinki o wyjątkowo dużych kwiatach (Vinca major L. ryc. 1B).

chlebvincatokozl

Ryc. 5. Ruiny miasta Olint na Półwyspie Chalcydyckim, fot. A. Ch

Komentarz Marka Styczyńskiego:

Przy analizowaniu miejsca barwinka w kulturze warto pamiętać, że w Europie występują dwa gatunki zasiedlające naturalnie dwa różne obszary: Vinca minor – jest gatunkiem rodzimym dla Europy Wschodniej, a V. major dla strefy Śródziemnomorskiej. W przeglądach kulturowych znaczeń często nakłada się i miesza te dwa gatunki. Generalnie niektóre konotacje kulturowe są zbliżone, ale znaczenie i zwyczaje w poszczególnych krajach Europy odnoszą się jednak do różnych gatunków tej rośliny i dobrze jest o tym pamiętać, zwłaszcza, że znamy ogółem 6 gatunków barwinków występujących w Europie, Azji i Afryce. Barwinki uprawia się w ogrodach i często dziczeją… musimy uważać przy oznaczaniu gatunku, bo np. na Ukrainie spotyka się V. minor i V. major, chociaż zwyczaje i konotacje kulturowe Bojków, Łemkówmi Hucułów odnoszą się do V. minor. W Grecji barwinek był łączony z Dionizosem (Bacchusem) i bachanaliami. W Danii nazywano b. Maagden palm (palmą dziewic) i był znakiem śmierci młodych, niezamężnych kobiet. We Włoszech nazywano b. Fiore di Morte (kwiatem śmierci) i sadzono go na grobach dzieci. Podobne konotacje ma b. w Anglii i Walii. W procesie chrystianizacji został kwiatem Matki Boskiej dzięki błękitnym kwiatom.

W europejskiej tradycji zachodniej jest b. kwiatem magów i poetów. W tzw. mowie kwiatów (sekretny kod kwiatowy) oznacza „słodką pamięć”. W magii z b. sporządzano amulety broniące przed czarami.

W Belgii był ciekawy zwyczaj (podobny był kultywowany we Francji): w Nowy Rok (w dniu imienin Adama i Ewy) wrzucano na węgle zerwany b. i gdy pod wpływem gorąca zwinął się i „podskoczył” to oznaczało dobry, szczęśliwy rok… ale gdy tylko się spalił, wróżyło to śmierć jednej osoby w nadchodzącym roku. Na Ukrainie (w Karpatach) b. wpleciony w wieniec na głowie panny młodej oznaczał dziewictwo. Sir Francis Bacon polecał kurację liśćmi b., a słynny starożytny zielarz Dioscorides uważał b. za antidotum na jadowite zwierzęta. Informacje z Compendium of Symbolic and Ritual Plants in Europe: Vol I. Trees and shrubs.

Literatura:

De Clene M., Lejeune M. C. 2003. Compendium of Symbolic and Ritual Plants in Europe: Vol I.

Długaszek R. 2001. U źródeł Wisłoki. Stowarzyszenie Miłośników Nieznajowej

Harasymowicz J. 1983. Cała góra barwinków. Seria małych wyborów poetyckich.

Karczmarzewski A. 2014. Świat Łemków. Etnograficzna podróż po Łemkowszczyźnie. Libra

Karczmarzewski A. 2014. Świat Bojków. Etnograficzna podróż po Bojkowszczyźnie. Libra

Piecuch A., Harkawy A., Jankowska-Harkawy M. 2013. Opuszczone wsie ziemi gorlickiej. Gondwana

Stelmaszczuk G. 2009. Obrzędowe nakrycia głowy w Karpatach Ukraińskich (w oparciu o materiały dotyczące nakryć głowy Hucułów, Bojków, Łemków) [w:] red. A. Haratyk. Huculszczyzna. Kultura i edukacja. Wyd. Adam Marszałek.

Styczyński M. 2012. Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i Bałkanów.

Zając A. & Zając M. 2001. Atlas rozmieszczenia roślin naczyniowych w Polsce. UJ, Kraków.

Tekst: Andrzej Chlebicki, wiersz Alicja Mojko, zdjęcia Leonia Dohojda i A Ch., komentarz: Marek Styczyński, informacje ze Słowacji: Michal Smetanka.

Żywe architektury

architektury

Żywe architektury, to tytuł książki dr Lidii Klein, młodej badaczki architektury i wykładowczyni uniwersyteckiej. Książka jest wersją rozprawy doktorskiej autorki i ukazała się w tym roku (2014) nakładem Fundacji Kultury Miejsca z Warszawy. Autorka analizuje nowe podejście do projektowania architektury i już we wstępie cytuje Johna Frazera: Najprościej mówiąc, rozwijamy raczej zasady generowania formy niż same formy. Opisujemy procesy, nie komponenty: nasze podejście można opisać jako pakiet nasion przeciwstawiony workowi cegieł.  Cytat pochodzi z książki Frazera pt. An Evolutionary Architecture, opublikowanej w Londynie w 1995 roku, w której autor określa nową architekturę jako tworzenie „sztucznego życia”, możliwe dzięki wykorzystaniu programów komputerowych. Tak więc, nie wdając się w szczegóły i odnosząc się do obiegowego wyobrażenia o architekturze wzorowanej na biologii jaki panuje u nas, można by do tego „worka cegieł” z cytatu, dodać kupę gliny, kostki słomy i domki na drzewach. Bo niestety na hasło: architektura biologiczna wyświetla się nam obraz domków w kształcie grzybków, okrągłe okiennice i malownicze ziemianki pokryte darnią. Klein na szczęście już od pierwszej strony wstępu opisuje eksperymentalne projektowanie biologicznej architektury skupiające się nie na formie, a na uruchomieniu procesów biologicznych, życiowych w celu osiągnięcia, żywych, rozwijających się (samobudujących się) form architektonicznych. To rozróżnienie pomiędzy naśladownictwem formy, a próbą użycia procesów, które te (ale i inne) formy generują, wydaje się zrozumiałe i jasne, a jednak… Całe moje muzyczne życie borykam się z oczekiwaniem, że używając akustycznych instrumentów pochodzących z określonych miejsc na świecie, wiernie skopiuję jakieś „źródłowe formy” muzyczne, a mnie interesuje jedynie to, co wynika z uruchomienia procesów, dzięki którym rodzi się oryginalna muzyka tu i teraz. Wielu ludzi mówi nieustannie o wolności kreacji po czym, niewolniczo i kurczowo trzyma się wzorców, które są jedynie ulotnym i dawno nieaktualnym zapisem jednej z wielu emanacji wolności innych, zrealizowanej w innym miejscu i czasie. Niby to inny temat, ale związki architektury i muzyki są ścisłe i badane od zawsze. 🙂 Można by zapytać w tym miejscu, to o co chodzi z tym projektowaniem, jeżeli nie ma ono za wzór grubych pni drzew z drzwiami wstawionymi w dziuplę… Otóż chodzi o to, że od dawna już wiadomo, że organizmy rosną i przybierają rozmaite kształty na podstawie tzw. kodu genetycznego i zarówno drzewo, jak i ulubiony eko-domek współczesnych Niziołków (z grzyba lub pnia) także powstaje na tej zasadzie. Nowi projektanci nurtu digital botanic-architecture zmierzają do tego, aby domy nam raczej urosły wg. zbioru informacji jaki dostarczymy materii żywej, niż aby budować je na drzewach lub pięknie wznosić według prawideł dyktowanych przez handlujących „ekologicznymi” materiałami i systemami utrzymywania temperatury, obiegu powietrza i dostępu światła. Autorka dla wyjaśnienia tej samej kwestii, przywołuje prace teoretyczne Dennisa Dollensa, w których interpretuje on budynki jako kody genetyczne, co pozwoliło mu na wprowadzenie koncepcji architektury cyfrowo-botanicznej wspomnianej wyżej. Zanim zaśmiejecie się szyderczo i ruszycie ubijać nogami glinę ze słomą, przypomnę, że nie tak dawno śmialiśmy się z wizji drukarki, która drukuje formy przestrzenne…a dzisiaj są już technologie do drukowania szkieletu brakujących kości dla wszczepiania w nie sztucznie hodowanych tkanek. Uzyskiwane w ten sposób „części zamienne” dla ludzkich organizmów już nikogo nie śmieszą, a raczej są nadzieją i wybawieniem dla wielu! Oczywiście wszystko to, co dotyczy żywej architektury, nie jest ani proste, ani też nie rodzi się bez refleksji teoretycznej, która stanowi poważne wyzwanie także dla biologów. Przytoczę cytat: algorytm genetyczny naśladuje więc mechanizm ewolucji biologicznej, symulując procesy ewolucyjne, które w przyrodzie ożywionej zachodzą w ciągu milionów lat. W przestrzeni komputera są one przeprowadzane za pomocą uproszczonych modeli i „kompresowane” do paru godzin czy dni. /…/ Dzięki algorytmom genetycznym budynki mają powstawać w wyniku obiektywnych, naturalnych procesów, a nie arbitralnych estetycznych decyzji projektanta. Jeżeli to jasne, to może inny i bardzo dla mnie ważny cytat, a chodzi o pojęcie tzw. fałdy? Mimo, że pojęcie to (ale też wnikliwa obserwacja fałdy w przyrodzie) wywodzi się z lat osiemdziesiątych XX wieku, to dopiero książka The Fold – Leibniz and the Baroque Giles’a Deleuze’a przynosi propozycję teorii fałdy. Fałda znajduje się jednocześnie na zewnątrz i wewnątrz materii, a Deleuze opisując fałdę, posługuje się takimi przykładami jak rozwój jaja czy „motyla zwiniętego /folded/ w gąsienicę, która wkrótce się rozwinie /unfold/.” Myślenie w kategoriach fałdy ma charakter nieliniowy, wiąże się z ruchem, zmianą i płynną przemianą jednych form w drugie. Już nie tak jasne? A to co widzimy w ogrodzie jest takie jasne?

Architektura cyfrowo-botaniczna ma już swoich bohaterów, ma swoje utopie, głębie, mielizny i bardzo, ale to bardzo słabe punkty. Pomijając koncepcję „kompresowania” ewolucji w kilka godzin pracy zaawansowanego komputera (a same komputery zaczynają ewoluować i niczego już nie można wykluczyć od kiedy pojawił się prototyp komputera kwantowego), bo zachodzi obawa, że materialne produkty tej kompresji będą musiały być testowane przez trudny do oszacowania czas… (coś analogicznego do powiedzenia: tanio kupować, to dwa razy kupować), to najbardziej niepokoi niedorozwój etyki związanej z tworzeniem i posługiwaniem się żywymi organizmami, tkankami i komórkami. Eksperymenty z biotechnologiami są tak kontrowersyjne jak „żywe instalacje” bio-artu. Niestety, wydaje się, że biotechnologie rozwijane pod sztandarem biologii i ekologii, mogą mieć znacznie większe niszczące oddziaływanie na środowisko naturalne niż to się zazwyczaj przewiduje. Co ciekawe i wieszczące poważne kłopoty, to projektanci cyfrowo-botanicznych bytów architektonicznych mają gdzieś etyczne dyskusje czując presję koncernów, rynku i zapach wielkich pieniędzy. Paradoksalnie to biotechnologie zaczynają przywracać do życia, odkładany do muzeum arogancji gatunku ludzkiego, paradygmat ludzi jako „korony stworzenia”  i służebnej roli przyrody. Autorka wskazuje na wiele innych zagrożeń płynących z bezrefleksyjnego zastosowania koncepcji cyfrowego projektowania żywej architektury, co prowadzi do przekonania, że to sama natura, dzięki wykorzystaniu biotechnologii czy odkryć genetyki, jest projektowana i można ją widzieć jako jedną z dziedzin designu. Już słyszę jak politycy na służbie tzw. wielkich inwestorów, uzasadniają „konieczność” wycięcia lasu i zniszczenia kolejnej góry: wynajmie się firmę i zaprojektuje i wytworzy taki sam las i górę, tyle, że w innym miejscu…

Pomijając wiele fascynujących wątków pracy Klein (książka jest dostępna i warta uważnego czytania) moje wątpliwości budzi także pomijanie lub bagatelizowanie pewnych zjawisk i mechanizmów, które towarzyszą życiu każdego organizmu, nawet gdyby miał to być żywy dom. Organizmy pobierają energię, rozrastają się, rozmanażają się (tak czy siak) i umierają, ale też wydalają produkty przemiany materii… W książce Klein przewija się koncepcja (jeżeli można tak nazwać tę niemoc intelektualną) śmietnika dla części niepotrzebnej żywej materii, ale co z efektami obiegu materii i energii… co będą produkowały żywe domy, żywe osiedla i miasta i czy ludzie nie zostaną uznani za pasożyty wykorzystujące zakamarki tych budowli… Wiem, wiem… już tyle filmów, już tyle książek na ten temat, ale czy znamy odpowiedź. A my? Czy ludzie będą chcieli mieszkać w tego rodzaju budynkach? Czy architektura cyfrowo-botaniczna ma być rozwiązaniem na dobre ZAMIESZKANIE, czy to wstęp do architektury obozowej, przymusowej? Bo jeżeli nie będzie przymusu, to może okaże się, że domy w wielkich pniach drzew i wnętrzu torfowych wzgórz z dachami z liści łopianu, staną się jeszcze bardziej upragnione i jeszcze bardziej nam bliskie.

Biologia wydaje się być wykorzystywana do budowania dość pokrętnych wizji i słusznie zauważa się w książce, że: biologia umożliwia spotkanie dwóch wielkich autorytetów: natury i nauki, obok religii najczęściej chyba występujących w roli usprawiedliwienia bądź wyjaśnienia słuszności wybranych działań czy teorii. Może by pomogło wejście kilku biologów w środek tej dyskusji, która rozgrywa się gdzieś daleko…?

Aby zachęcić do lektury książki podam jeszcze tytuły rodziałów: Pakiet nasion kontra worek cegieł. Koputer i analogia biologiczna / Wokół fałdy. Koncepcja Gilles’a Deleuze’a i Felixa Guattariego jako podstawa analogii biologicznej / Architektoniczny genocentryzm: architektura jako fenotyp / Nowe ciała: architektoniczna teratologia / Poza metaforą: architektura mokrych mediów / Utopia sztucznego życia.Podsumowanie.

Na koniec jeszcze refleksja natury ogólniejszej 🙂 … po każdej takiej książce traktującej o nowym (ale czy naprawdę nowym czy raczej tylko nie pochodzącym ze ślepego zaułka „nowoczesności” ?) oglądzie natury, życia, przestrzeni i naszego, ludzkiego miejsca w żywym, symbiotycznym układzie, dziwię się jeszcze bardziej temu co widzę ze strony tuzów akademickiego przyrodoznawstwa 🙂 Biologię rozumianą szerzej niż tylko użytkowanie roślin i zwierząt bądź ćwiczenie konferencyjnej erudycji, przejmują artyści, technicy i humaniści… bo ktoś musi?! Przyrodnicy mają nieustający kłopot z listą roślin występujących w Polsce (!), a tu zaczyna być potrzebna koncepcja kluczy do oznaczania żywych materiałów budowlanych…

Dzika lawenda – uzupełnienie

Dzika lawenda, to bardzo interesujący przykład na roślinę tak znaną w naszym kraju, że aż … nieznaną naprawdę. Jeżeli ktoś ma inne zdanie, to niech sie zastanowi oglądając dwie fotografie dzikiej lawendy udostępnione przez Tomka Kozłowskiego. Na pierwszej widać dobrze kwiaty dzikiej lawendy, a druga pokazuje nieco siedliska jakie roślina ta zajmuje. Obydwie fotografie TK wykonał na wyspie Lesbos. Tomek jest doskonałym znawcą Grecji i etnobotaniki tego regionu Europy i jeszcze nie raz zagości na etnobotanicznie.pl !

Aby nie pisać o właściwościach dzikiej lawendy (trochę napisałem jednak w pierwszym wpisie, opublikowanym także dzisiaj…) pokazuję, dzięki uprzejmości Firmy Bakra, projekty opakowania w jakich Bakra wysyła dobrej jakości suszoną dziką lawendę pochodzącą z Turcji.

lawkozlo2lawkozlo1

lawbakra3lawbakra2lawendbakra1

Dzika lawenda

lawendadzika

Po Karpatach i górskiej tundrze w Skandynawii, obszar występowania oliwki europejskiej czyli tzw. strefa śródziemnomorska, jest mi najbliższym obszarem pod względem etnobotanicznym. W Polsce mamy nieco okrojoną wizję regionu śródziemnomorskiego i mało wiemy na temat jego zasięgu w Afryce i Azji. Ratuje nas pewne rozeznanie we florze Grecji i trochę wiadomości z Korsyki i Sardynii plus abecadło etnobotaniki z Maroka. Te zadziwiające braki są obecnie uzupełniane, ale ciągle mam wrażenie, że szybciej zaradzą im dobrze prosperujące, specjalistyczne firmy sprowadzające zioła użytkowe, niż nasi akademicy. Pierwsze z brzegu przykłady kariery czystka (Cistus sp.) i gojnika pasterskiego (Sideritis scardica), czy braku kariery (a szkoda!) doskonałej rośliny przyprawowej jaką jest kocanka włoska (Helichrysum italicum), która jest jednak od jakiegoś czasu powszechnie dostępna w Polsce, dają do myślenia. Zostawmy dalekie – afrykańskie i azjatyckie krainy 🙂 i skupmy się na Europie, nawet – dla ułatwienia 🙂 – zaryzykuję jeszcze jedno ograniczenie: niech to będzie jedynie Unia Europejska! Europa ma powierzchnię odpowiadającą ok. 7% całej powierzchni Ziemi. Mimo tych małych rozmiarów, nie ma na świecie drugiego takiego obszaru, który mógłby pochwalić się tak dużym zróżnicowaniem przyrody i krajobrazu. W Europie wyodrębniono 11 regionów biogeograficznych (dwa leżą poza obecną UE), a jednym z najciekawszych jest wspomniany region środziemnomorski. W Europie spotyka się go na terytorium siedmiu państw UE. Z ok. 25 000 dotychczas opisanych roślin kwiatowych, stanowiących 10% wszystkich roślin występujących na Ziemi, połowa to gatunki endemiczne strefy śródziemnomorskiej. Nic więc dziwnego w tym, że region śródziemnomorski, uznaje się za jeden z najważniejszych na świecie pod względem różnorodności przyrodniczej.

Poza wspomnianymi gatunkami w regionie śródziemnomorskim rośnie kilka dobrze znanych (jakby się zdawało) roślin użytkowych, o których słyszał każdy. Do takich roślin należy lawenda. Jest tak znanym gatunkiem (poprzez swoje walory zapachowe i zastosowanie w kosmetyce), że wiele osób sądzi iż jest rośliną krajową. Oczywiście – nie jest!

Lawenda (zwykła, prawdziwa, wąskolistna) o łacińskiej nazwie Lavendula angustifolia jest jedną z typowych roślin śródziemnomorskich, która rośnie w formacji roślinnej zwanej garig oraz w murawach naskalnych. Dzika lawenda jest dość okazałą rośliną, której krzewy dorastają do około 1 m wysokości. Lawenda znana jest głównie jako roślina aromatyczna i źródło olejku lawendowego, którego dominującymi składnikami są terpeny o bardzo intensywnym zapachu i psychoaktywnym działaniu. Zapotrzebowanie na olejek było zawsze bardzo duże i wyhodowano wiele odmian uprawnych i ozdobnych tej rośliny, które dały następne krzyżówki i w konsekwencji wiele z nich nie przypomina zbytnio (szczególnie dotyczy to kwiatów) dzikiej lawendy. Z olejkiem lawendowym jest dodatkowy kłopot, bo jest go w roślinach tym mniej im więcej jest wilgotności w powietrzu. Nawet rosa pozbawia rośliny aromatu i hamuje wydzielanie się cennych substancji składających się na tzw. olejek lawendowy. Z tego powodu, szukano bardziej uniwersalnych odmian lawendy, która by nie była aż tak czuła na brak słońca, dużą ilość opadów i regularne występowanie rosy. Jak wiemy, wielkie powierzchnie upraw lawendy znajdują się we Francji… a nawet trafiają się w Polsce! Niestety, prawdziwie aromatyczny olejek z pełnym bukietem zapachów i o poszukiwanych właściwościach, znajdziemy jedynie w lawendzie dziko rosnącej na obszarach pełnych słońca. Jak podają różni autorzy (m.innymi polecam popularny atlas fotograficzny pt. Rośliny śródziemnomorskie, Andreasa Bartelsa  w polskim tłumaczeniu Anny i Stanisława Kłosowskich) ilość olejku lawendowego wytwarzanego z lawendy dzikiej (co nie oznacza, że zbieranej z dzikich stanowisk, a jedynie informuje o tym, że mowimy o podstawowym gatunku dziko występującym) wynosi 50 ton, a uzyskiwanego z upraw mieszańcow hodowlanych wynosi 300 ton.

Dla celów domowych możemy używać lawendy z każdego źródła, ale z oczywistych powodów zalecałbym sięgnięcie po lawendę dziką. Dotąd takie polecenie byłoby zwykłym ironizowaniem przy naszym ciągle ubogim rynku zielarskim, ale od kilku dni mamy dostęp do dostaw suszonych kwiatostanów lawendy dzikiej z Turcji. Na handel tego rodzaju lawendą zdecydowała się firma Bakra, która dotąd zadziwiła mnie skutecznym wprowadzeniem na polski rynek suszonego gojnika. Pisałem o tym wielokrotnie na tym blogu. 🙂

Pewnie tak jak i w przypadku gojnika, zaraz dostanę kilka maili i upomnień na FB, że w Warszawie od dawna leżą dwa opakowania dzikiej lawendy w sklepiku za rogiem lub ktoś wystawił na sprzedaż trzy bukieciki przywiezione z Grecji… To dobre wiadomości, ale dla celów leczniczych i pokrewnych musimy mieć regularny dostęp do sprawdzonego surowca. Taki dostęp gwarantuje jedynie poważnie prowadzony import i dostępność w postaci sprzedaży wysyłkowej.

To bardzo miłe, że etnobotanicznie.pl po raz kolejny jest przy porodzie regualrnych dostaw ważnych surowców ziołowych na naszym rynku… Cieszcie się zapachem i działaniem dzikiej lawendy! 🙂

Ten wpis zostanie wkrótce wzbogacony fotografiami dzikiej lawendy z Grecji i zestawem reprodukcji ulotki i opakowania dzikiej lawendy sprowadzanej przez Firmę Bakra.