Zioła z Pamiru

pamirpudlo1

W grudniu zeszłego roku w Biotopie Lechnica pojawiła się na krótko Asia Milewska. Uczestnicy warsztatów poznali Asię podczas naszych zajęc górskich i wiedzą, że poza zainteresowaniem roślinami i etnobotaniką, Asia zajmuje się zawodowo projektowaniem krajobrazu i rewitalizacją terenów miejskich (w Londynie), co sprowadza wiele spraw do poziomu konkretnego działania i doskonałego wykorzystania wiedzy z zakresu etnobotaniki. Sporo interesujących realizacji i działań społecznościowych podejmowanych w Londynie opisałem w relacjach z wypadów do tego niezwykłego miasta w krótkich relacjach na etnobotanicznie.pl w 2014 roku.

Asia, w trakcie ogrzewania się naparem z gojnika górskiego i kwiatostanów dzikiej lawendy z dodatkiem czystka (specjalność Biotopu) wypakowała z plecaka wielkie pudło kartonowe i otwarła je ze swoim skromnym uśmiechem (a wiemy już, że zapowiada niezwykłe rzeczy…). Na stół wysypało się blisko trzydzieści opakowań z ziołami prosto z Pamiru i targów Tadżykistanu! Przypomnę tylko, o jakim rejonie świata mówimy: góry Pamir to gniazdo górskie o pow. około 100 tys. km2, z którego rozchodzą się takie legendarne łańcuchy górskie, jak Hindukusz, Karakorum, Kunkun czy góry przechodzące w Tienszan. Najwyższy szczyt Pamiru to słynna góra Ismaila Samaniego (7495 m n.p.m.), który nosił kiedyś bardziej znane nam nazwy: Pik Stalina i Pik Komunizmu… Jak to bywa w tego typu górach, niektórzy autorzy zaliczają do Pamiru kilka szczytów, pośród których jest Kongur Tagh o wys. 7719 m n.p.m. i w takim układzie to on byłby najwyższym szczytem tego regionu. Tak czy siak, średnia wysokość Tadżikistanu to 4 000 m n.p.m., więc jest tam wysoko… 🙂 Podaję Tadżikistan jako kraj, w którym leży znaczna część Pamiru, ale góry te sięgają też terytorium Chin i Afganistanu. Pamir powstał w wyniku zjawisk geologicznych określanych jako orogeneza alpejska i dlatego w jakimś sensie można traktować go z naszego punktu widzenia jako „super Tatry”, co dodaje smaku przyrodniczej eksploracji. Znam trochę te tereny z wypraw do Azji Centralnej (część opisałem w książce Ucho Jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe z 2003 roku, dostępnej teraz w formatach cyfrowych w krakowskim Wydawnictwie Bezdroża), ale relacja o tych terenach widzianych kilka dni przed przylotem Asi do Europy była bardzo ciekawa. Już w tamtych moich wyprawach zwracałem uwagę na kilka interesujących gatunków roślin (morwy, saksauł, pigwa, pustynne baldaszkowe, dzikie jabłonie, interesujące odmiany moreli, topole…), jakie spotkać można w tej części Azji. Dogłębna eksploracja etnobotaniczna nie wchodziła jednak w grę, w tamtym czasie pochłaniała mnie głównie muzyka. Targu w Duszanbe i wypadu w góry na przedpolu Pamiru właściwego nie zapomina się jednak nigdy…

Po latach, na stole w naszym Biotopie na Słowacji rozpakowywaliśmy woreczki z leczniczymi ziołami, jakie Asia dostała i kupiła na targach, ale też od lokalnych zielarzy i zwykłych użytkowników. Z opowieści wyłoniła się ciekawa taktyka medyczna, polegająca na tym, że po diagnozę idzie się do wykształconego na zachodnią modłę lekarza, a z diagnozą udaje się do zielarzy, którzy dobierają odpowiednie gatunki roślin i mieszanki oraz sposób stosowania. Czyżby mieszkańcy Pamiru stosowali stare i zapominane u nas (albo ośmieszane przez grupy interesu) powiedzenie: medicus curat, natura sanat…?! W górach Pamiru (a można tak powiedzieć, bo Pamir jest nazwą regionu, który może kiedyś stać się niezależnym krajem) bogactwo dzikich ziół jest jeszcze stale ogromne – ich zbieranie i suszenie należy do praktyk powszechnych. Do powszechnych należy też wiedza o tradycyjnych zastosowaniach poszczególnych gatunków. Nie będę relacjonował opowieści Asi, bo liczę, że usłyszymy je z pierwszej ręki na jednym z tegorocznych warsztatów etnobotanicznych. Skupię się na tym kartonowym pudle jakie pozostało w Biotopie jako zbiór do archiwum, ale i spore wyzwanie.

Część torebek z ziołami (a przypomnę, że torebki zawierają surowiec zielarski, a więc mniej czy bardziej rozdrobnione części roślin, a nie zbiory zielnikowe 🙂 😦   ) została podpisana nazwami lokalnie stosowanymi w zapisie cyrylicą (ja akurat czytam, ale dla wielu młodych botaników może to być wyzwanie…) i oczywiście bez nazw łacińskich. Zapis nazw cyrylicą nie musi oznaczać, że są to obowiązujące w akademickiej botanice nazwy rosyjskie… mogą to być zrusyfikowane nazwy lokalne…? No i tu zaczyna się powód, dla którego warto się ze zbiorami Asi pomęczyć na publicznej platformie mojego bloga! Wszyscy gdzieś jeździmy i wszyscy zainteresowani coś przywożą do kraju… po większości zbiorów nie ma najmniejszego śladu, bo jeżeli przegapimy spisanie możliwie wszystkiego, co się da na temat roślin, których części kupujemy jako lekarstwa czy dodatki do potraw, to w Polsce niewiele da się z tym zrobić. Nie chodzi jedynie o zapisanie wszystkich wersji nazw, a najlepiej jednej chociaż nazwy oficjalnej (nie mówiąc o łacińskiej, która załatwia wszystko jednoznacznie), ale o zapisanie, jak roślina wygląda i gdzie rośnie. Poza doskonaleniem swojego warsztatu etnobotanicznego, warto wiedzieć co się pije, pali czy dodaje do jedzenia i nie polegać jedynie na opowieściach sprzedawców czy dobrych ludzi spotkanych w czasie wędrówki. Dzięki tradycyjnej na tym blogu, fachowej pomocy fotografika Bogdana Kiwaka prześledzimy część pracy nad zbiorem roślin użytkowych z Pamiru przywiezionym przez Asię. Całość tego procesu omówię jako jeden z tematów zajęć etnobotanicznych w maju tego roku.

Pierwszym krokiem jest zebranie informacji botanicznych jakimi dysponujemy poza „światową siecią internet” 🙂 bo w niej nie znajdziecie wielu specjalistycznych wątków potrzebnych do oznaczenia rośliny i jej zastosowania bez wcześniejszego wsparcia książek. W innym przypadku w internecie znajdziecie firmę Pamir… handlującą przyprawami w rodzaju przecieru pomidorowego i tzw. ziela angielskiego… Ja mam na stole wstępnie trzy książki: Lecznicze rośliny Związku Radzieckiegi. Uprawiane i dzikie rośliny lecznicze, bogato ilustrowana książka wydana w Moskwie w 1987 roku, Zielona apteka w weterynarii, książka wydana w Mińsku, także w 1987 roku, oraz A checklist on medicinal&aromatic plants of Trans-Himalayan cold desert wydana w Lehu (Ladakh) w 2003 roku. Dwie pierwsze należą do opracowywanej obecnie w Biotopie Lechnica biblioteki Zbigniewa Styczyńskiego i są bardzo przydatne!

Bardzo ciekawą rośliną jest przęśl  (Ephedra sp.). W torebkach z roślinami z Pamiru znajdują się prawdopodobnie dwa gatunki przęśli i według mojego oznaczenia jest to: przęśl skrzypowata (Ephedra equisetina) i prawdopodobnie przęśl chińska (E. sinica) czyli Ma Hung, ziele znane od 5 tys. lat. We wspomnianych książkach wymienia się E. equisetinę (w Rośliny lecznicze CCCP w rozdziale: Rośliny lecznicze Średniej Azji), w Zielonej aptece… na s.261, ale w pomocniczej liście z Ladakhu jest podana jako zagrożony gatunek występujący w pobliżu – Ephedra gerardina (zwana tam Somakalpa, Somlata). Przęśle są niezwykle ciekawymi gatunkami pod każdym względem: wyglądu, zajmowanych środowisk, zastosowania, mitologii i oddziaływania chemicznego. Podczas warsztatu w Czerwonym Klasztorze w maju 2014 roku próbowałem opowiedzieć o części mitologii przęśli jako składowej mitycznego napoju bogów – Somy… wspominanej już w Rygwedzie, świętych tekstach Hinduizmu pochodzących z XIV wieku przed tzw. naszą erą. Zamiast tego, 🙂 wysłuchaliśmy niezwykle interesującej relacji terenowej z Indii o innej praktyce i poglądzie na istotę Somy. Może dobrze się stało, bo klimaty bajkowych i przyznam, że niezwykle atrakcyjnych literacko wywodów Terence’a Mc Kenny nie leżą mi zbytnio… 🙂 Wracając do przęśli, to znana jest głównie jako naturalne źródło efedryny, substancji siostrzanej do produkowanej przez ludzki organizm adrenaliny. Efedryna jest traktowana jako zabroniony doping w sporcie, ale też jako lekarstwo i stymulant. Z wielu bardzo interesujących od strony etnobotanicznej historii przęśli w kulturze, warto może podać, że znani z powściągliwości Mormoni, którzy nie piją napojów zawierających kofeinę/teinę, chętnie i zwyczajowo popijają napar z przęśli zielonej (Ephedra vidridis), jednego z gatunków tej rośliny występującego w Ameryce. W Polsce przęśl nie rośnie dziko (ale widziałem piękne stanowiska uprawiane przez botaników uniwersyteckich), a najdalej na północ wysunięte stanowisko naturalne tej rośliny (chodzi tu o przęśl dwukłosową – Ephedra distachya) znajduje się w pięknym miejscu na Słowacji. Do czego służy ziele przęśli w Pamirze? Pewnie do łagodzenia astmy i chorób dróg oddechowych oraz dodawania energii i siły?

efedra1napisefedra2

W następnych dwóch torebkach znalazłem starego, dobrego znajomego: różeńca górskiego (Rhodiola sp.), z czego się bardzo ucieszyłem, bo jest to roślina z pierwszej piątki na mojej liście etnobotanicznych rarytasów! Tu pewne ciekawostki z cytowanych wcześniej książek! W Leczniczych roślinach CCCP… znalazłem różeńca, ale jedynie r. górskiego (Rhodiola rosea), czyli znany nam także z Karpat (ale i Gór Skandynawskich) gatunek i to w rozdziale omawiającym gatunki uprawnych roślin leczniczych! Wspomina się tam, że zbiór następuje po 4-5 latach uprawy! No, nie wiem… Może ja źle uprawiam… ale po dwóch latach pojawiają się jedynie kilkucentymetrowe gałązki… Zobaczymy w ogrodzie w Lechnicy, może tam moje różeńce znajdą dogodniejsze warunki? W Zielonej aptece… różeniec nie został uwzględniony, a w A Checklist… jak zwykle jest nad czym myśleć… bo opracowanie wspomina kilka gatunków: Rhodiola heterodonta, R. imbricata, R. quadrifidia, R. sinuata, R. tibetica, R. Wallichiana, a jednocześnie nie umieszczono tam różeńca w szczegółowych listach roślin leczniczych zagrożonych i będących w handlowym obrocie. Wygląda na to, że w Ladhaku i okolicach różeniec jest jedynie miejscowo znanym lekarstwem roślinnym? To, co jest w zbiorach Asi wygląda mi na R. imbricata albo R. rosea? Być może uda się oznaczyć jeden z przywiezionych złotych korzeni, bo w jednej z torebek był specjalnie duży okaz korzenia i wydaje się, że tli się w nim jeszcze życie. W Biotopie Lechnica ma już swoje miejsce i czekamy… bo pączki na nim wyglądają całkiem obiecująco!

pamirróżeniecrozeniecpamir1

W pudle z Pamiru jest wiele wspaniałych roślin, ale i minerały o lokalnym zastosowaniu… Pewnie jeszcze opiszę tu ze dwa -trzy okazy, a reszta na warsztatach!

Karob vel szarańczyn strąkowy

karobfirma1

Jakiś czas temu z entuzjazmem podawałem informację, że jest wreszcie możliwość zamawiania przetworów z karobu czyli szarańczyna strąkowego (Ceratonia siliqua), zwanego także drzewem karobowym albo ceratonią. Chodziło o melasę ze słodkiego miąższu owoców – strąków tego drzewa, ale także carubin czyli mączkę uzyskaną z bielma nasion szarańczyna. Firma Bakra, ta sama, która wprowadziła na rynek susz gojnika pasterskiego („herbaty górskiej”) z upraw w Turcji, a później niezwykle aromatyczne, zdrowe i smaczne kwiatostany dzikiej lawendy, zaskoczyła nowym konkretem czyli paczuszkami ze strąkami szarańczyna. Już po moim anonsie o gojniku odezwały się głosy, że widziano go wcześniej w sprzedaży… tu albo tam, ale mnie ucieszyła stała możliwość regularnego zamawiania w jednym miejscu tego co zaplanuję i dotąd kupowałem na tzw. łut szczęścia.

Słodkie strąki szarańczynu są mi znane od dzieciństwa jako świąteczny rarytas, który czasami pojawiał się (liczony na sztuki!) na świątecznym stole lub był egzotycznym podarunkiem od dorosłych bywałych w świecie… 🙂 Przez kilka lat mój ojciec hodował drzewko szarańczyna w doniczce i przypominało ono trochę akację. Szarańczyn jest drzewem regionu śródziemnomorskiego i uprawiany jest tam i w Azji Mniejszej od ponad 4 tysiecy lat… Strąki zawierające duże ilości cukru (do ok. 50 procent) były i są doskonałą karmą dla zwierząt i posiłkiem w chwilach gdy inna żywność jest trudno dostępna. Karob jest znany z Biblii i Talmudu, bo ratował życie świętym mężom błąkającym się po pustyniach. Jednym z nich był Jan Chrzciciel i znana jest opowieść o tym jak z głodu żywił się szarańczą, co prawdopodobnie jest językowym nieporozumieniem i chodziło wg. wielu autorów o strąki szarańczynu. Ta opowieść była jednak później dementowana na rzecz bogatej w białko szarańczy  🙂 ale weszła w obieg kultury na tyle mocno, że od niej właśnie strąki szarańczynu nazywane są do dzisiaj chlebem świętojańskim i dlatego smakowite strąki pojawiały się na Zachodzie w okresie świąt chrześcijanskich. Poza strąkami, które są doskonałą i zdrową „przegryzką”, wyglądem i zawartością przewyższającą wszelkie wzmacniające batony produkowane dla sportowców i młodzieży, ma karob inne zastosowania. Wspomniałem o syropie (melasie) i proszku z nasion, ale produkuje się z niego także sok o nazwie kaftan stosowany w przetwórstwie owocowym. Dawniej miał jeszcze inne zastosowanie, które pozostawiło trwały ślad w kulturze w postaci jednostki wagi – karat. Karat to waga jednego nasiona karobu (200 mg), które są nieomal identyczne co do wagi i rozmiarów. Jednostka wagi karat powstała od greckiej nazwy szarańczyna, która brzmi keration. Niepozorne drzewko dorastające do ok. 10 m wysokości, ale dość wiotkiej postury i z niewielką ilością konarów poprzez swe owoce dostało się do świętych pism, do obiegu złota i diamentów, do dietetyki, przemysłu spożywczego i hodowli zwierząt… Rośliny mają moc!

Przypominam, że o szarańczynie pisałem w Zielniku podróżnym (na s. 260-61), gdzie zamieściłem też fotografię liści z szarańczynu z uprawy domowej mojego ojca, wspomnianej wcześniej.  Dla uzupełnienia warto dodać, że botanicy zadziwiają świat swoimi odkryciami… bo pod koniec XX wieku (!) odkryto w Somalii i Jemenie inny gatunek szarańczyna i nadano mu nazwę: Ceratonia oreothauma… zdaje się, ze nie ma jeszcze 🙂 polskiej nazwy?!

Przy okazji podaję naszą ulubioną domową mieszankę na znakomity zimowy napar: trzy garstki czarnej herbaty z Libanu, dwa-trzy kwiatostany gojnika pasterskiego i dwa kwiatostany dzikiej lawendy na jeden czajniczek dla dwóch osób.  Czasem dodaję do czajnika trochę (szczyptę) jeżowki i kilka kawałeczków złotego korzenia, czyli różeńca górskiego. Od jakiegoś czasu w zimne i deszczowe dni słodzę melasą z karobu.

Na fotografiach nadesłanych przez Bakra strąki szarańczyna od kilku dni w stałej dystrybucji… na zdrowie!

karobtorebka

Warsztaty etnobotaniczne i staże w Biotopie Lechnica

czerwklaszmaj14.jpg

Udało się ustalić konkretne daty spotkań warsztatowych w pierwszej połowie 2015 roku! Podaję je już dzisiaj, bo po pierwszym orientacyjnym anonsie mam już pierwsze zgłoszenia i połowę listy na majowy „długi weekend”, a wiem, że wszyscy chcą sobie zaplanować wyjazdy możliwie wcześnie.

Termin Wiosennego warsztatu etnobotanicznego w Pieninach i Zamagurzu (Czerwony Klasztor/Biotop Lechnica, Słowacja) to:

1-3.05.2015 z możliwością wcześniejszego przyjazdu lub późniejszego wyjazdu po uzgodnieniu indywidualnym.

Termin warsztatu etnobotanicznego – Noc Letniego Przesilenia w Górach Lewockich, Brutovce, Słowacja – to: 19-22.06.2015

Termin spaceru etnobotanicznego i wycieczki na jeden z najciekawszych festiwali i targów rzemiosła ludowego  25. Europske L’udove Remeslo w Kezmarku, Słowacja to: 10-11.07.2015

Jest także możliwość odbycia indywidualnego stażu w Biotopie Lechnica po uzgodnieniu terminu i programu składającego się z trzech aktywności: spaceru etnobotanicznego, pracy w ogrodzie, zajęć w bibliotece. Zgłoszenia indywidualne lub małych grup (do 5 osób) muszą być uzgodnione i potwierdzone korespondencją: marek.styczynski@gmail.com

Wszystkie środki uzyskane z podanych zajęć będą traktowane jako pomoc w budowie Ośrodka Praktyk Bioregionalnych Biotop Lechnica http://www.biotoplechnica.eu

Zapraszam!

brutdrogablisko

Co czytać, co planować?!

Pierwszy wpis na tym blogu pojawił się 25 czerwca 2012 roku i zaczynał się od odnotowania, że „ moja książka Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i Bałkanów ma miesiąc…”. Wspomnę tylko, że Zielnik… napisałem w 2010 roku, a gotowy do druku był w 2011 roku, ale z powodu nierzetelności pierwszego wydawcy, musiałem szukać innego i na szczęście trafiłem na otwarte na nowe pisanie o przyrodzie Wydawnictwo Ruthenus. Książkę nieco przeredagowałem i ukazała się w wiosną 2012 roku. Od tamtej pory wiele się wydarzyło, a etnobotanika zyskała na popularności i zainteresowała wielu ludzi, którzy dotąd tego podejścia do roślin nie zauważali. Pomimo pewnego polemicznego elementu 🙂 jaki czasem towarzyszy moim wpisom, blog etnobotanicznie.pl udało się utrzymać w pozytywistycznym duchu budowania i stawiania pytań.

Blog miał początkowo spełniać rolę miejsca poszerzania informacji z Zielnika... bo, jak pewnie każdy autor, miałem chwile zwątpienia gdy czytałem po raz pierwszy swoją wydrukowaną już książkę 🙂 . Z czasem jednak stał się też miejscem ogłaszania interesujących obserwacji botanicznych (ze wskazaniem na etnobotaniczne tło), opisów działania i idei dociekliwych ludzi, których pracę szczególnie szanuję oraz miejscem ogłaszania kolejnych warsztatów etnobotanicznych jakie prowadzę wg. autorskiej metody i publikowania sprawozdań i podsumowań z tych warsztatów – co chciałbym podkreślić, bo nie jest to praktyka powszechna.

Po pierwszym roku istnienia etnobotanicznie.pl okazało się, że blog naturalnie stał się też miejscem dla wielu informacji dotyczących kultury i sztuki związanej ściśle z roślinami i naszymi z nimi związkami. Następne lata: 2013 i 2014, przyniosły kilka ważnych manifestów, recenzji książek (które traktuję jako podpowiedzi dla szukających wzbogacenia swej wiedzy, a nie jedynie wyrażenia swojej osobistej opinii) i opisów doświadczania/praktykowania etnobotanicznego podejścia do ludzkich rytuałów i praktyk dnia codziennego. Etnobotanika jest dziedziną interdyscyplinarną i w sposób naturalny w postach na moim blogu pojawiły się teksty innych autorów. Stała współpraca z Anną Nacher i Andrzejem Chlebickim, Lenką i Michalem Smetanką oraz doskonałymi fotografikami – Bogdanem Kiwakiem, Ewą Grzeszczuk i Mieszkiem Stanisławskim znacznie wzbogaciła to co czytacie i oglądacie.

W 2014 roku, który jest już za nami, a w którym ustaliła się już ostateczna formuła etnobotanicznie.pl opublikowałem kilkadziesiąt tekstów, do których warto, jak myślę, wracać. Mój własny wybór i sugestia do ponownej zimowej lektury to:

w styczniu 2014: Fitoremediacja / botanika krytyczna oraz Ekopunktura miasta jako podstawa kilkunastu tematów z ważnego cyklu moich wykładów Bio::Flow w Bunkrze Sztuki w Krakowie (od stycznia do maja plus październik 2014)

w lutym 2014: Joe Hollis i Jego PARADISE GARDEN oraz Mity i magie ziół vs Zmysłowe życie roślin

w marcu 2014: Stare źrodła ( o znakomitej książce pt. Zielnik ekonomiczno-techniczny J. Geralda-Wyżyckiego z 1845 roku) i Forest Garden oraz wpis: Carsten Holler i jego magiczne grzyby

w kwietniu 2014: Symbolic and Ritual Plants o monumentalnym dziele na temat botanicznej Europy, w której nas prawie nie ma…

w maju 2014: Rozmowa z Elżbietą Jabłońską o projekcie Nieużytki sztuki oraz bardzo popularny 🙂 wpis: Rośliny letniego przesilenia

w czerwcu 2014: Etnobotaniczny klucz do bioregionalizmu tekst podstawowy do wygłoszonego wykładu w ramach Zjazdu Kooperatyw Spożywczych w Krakowie oraz inspirujący wielu: Dron zamiast buta

w sierpniu 2014: Etnobotaniczne wędrówki w tundrze Samów cz. 1

we wrześniu 2014: Etnobotaniczne wędrówki w tundrze Samów cz. 2

w październiku 2014: Drzewa na jesień

w listopadzie: Biotop Lechnica z lotu ptaka drona

W grudniu: Przestęp czyli żarty się skończyły

Za dotychczasowe wsparcie i znakomite towarzystwo bardzo wszystkim Wam dziękuję!

Zmiany są stałą częścią życia i w 2015 roku będą widoczne skutki ważnych wydarzeń z poprzedniego roku. Nie wiem jeszcze dokładnie jakie przybiorą kształty, ale z pewnością zmienią wiele, także na moim blogu. Część czytelników wie o co chodzi, a co nazwaliśmy najprościej jak się dało 🙂 Biotopem Lechnica i co ma już swoje miejsce w sieci pod adresem: www.biotoplechnica.eu i pamiętajcie o końcówce EU, bo to nasze „miejsce do życia” znajduje się na Słowacji.

Pierwsza, przewidywana zmiana dotyczy tego, że zyskujemy stałe miejsce usytuowane w taki sposób, że dla etnobotanika zajmującego się Karpatami jawi się jak senne marzenie… Druga zmiana polega na tym, że dawno już przekonałem się, że BL nie jest jednak sennym marzeniem 🙂  i wymaga wiele ciężkiej pracy i nakładów, które znacznie przekraczają możliwości „ludzi księgi” w naszym kraju… 🙂 Praca, którą wkładamy w Biotop Lechnica od lipca 2014 roku, zmierza do uczynienia z BL miejsca do życia i odpoczynku, ale i do konkretnej pracy nad kolekcją żywych roślin, budowaniem ekspozycji do autorskiego uczenia się etnobotaniki i bioregionalizmu oraz udostępnieniem księgozbioru mojego ojca. Region w jakim się znajduje Biotop Lechnica – Zamagurze i Pieniny, pozwala na opracowanie i praktykowanie specjalnych metod bycia z przyrodą i sobą w nurcie slow i deep ecology. Spodziewam się, że wiele interesujących Was spraw pojawi się na stronie biotoplechnica.eu, ale zawsze będę to sygnalizował i polecał.

Mam też już dla Was daty spotkań warsztatowych w 2015 roku, które zyskają pewnie nowy wymiar i w dużej części będą oparte o Biotop Lechnica (nie przypadkowo leży w odległości 25 minut marszu od Czerwonego Klasztoru 🙂 ).W pierwszej połowie roku proponuję następujące daty: 1-3 maja, 4-7 czerwca i 19-22 czerwca.

W drugiej połowie roku zaczniemy regularne staże dla pojedynczych osób lub grup do 5 osób i całkiem specjalny program grudniowy – ciemna strefa roślin !

Programy i szczegóły co do zapisów będę publikował od lutego, pewne jest już teraz to, że grupy nie będą liczniejsze niż 15 osób.

Dziękuję, proszę o cierpliwość i współuczestnictwo!

Na fotografiach Bogdana Kiwaka – spisska drevenica – jeden z obiektów znajdujących się w Biotopie Lechnica, który w całości jest przeznaczony na miejsce przechowywania dokumentacji, bibliotekę i pracownię etnobotaniczną.

lechnicadrevplansza1

Czyżnie

tarninazimalech

Od zawsze intrygowały mnie roślinne zbiorowiska złożone z krzewów i drzew rosnących na skarpach polnych dróg, na miedzach i stromych stokach Karpat. Są urozmaicone, zagadkowe, bogate w gatunki i piękne o każdej porze roku. Zestaw gatunków budujących te fitocenozy jest zmienny i zależy od gleby, wystawy, stosunków wodnych, wpływu człowieka i oczywiście geograficznego usytuowania. Szczególnie interesujące wydawały mi się kolczaste, trudne do przebycia zakrzaczenia złożone z tarniny i głogów, w jakie niejednokrotnie zabrnęliśmy z A. podczas naszych karpackich bioflow w Pieninach i Zamagurzu. Sprawiały sporo kłopotu, ale były zawsze intrygujące.

W kilku edycjach moich warsztatów etnobotanicznych w terenie, zwracałem uwagę na zestawy złożone z tarniny, głogów, szakłaku, derenia świdwy, róż, bzu czarnego, kaliny, leszczyny, klonu polnego, czasem wiąza z domieszką dzikich jabłoni, grusz i pojedynczych czereśni ptasich, osiki i wierzby.

W okolicach wsi Lechnica na Zamagurzu, gdzie urządzamy swoje miejsce do praktykowania bioregionalizmu, odpoczynku i uprawiania naturalnego ogrodnictwa (www.biotoplechnica.eu) dominującym elementem w krajobrazie pasterskim kilku małych pasm górskich są płaty ciernistej tarniny. Nie da się ich przejść na przełaj i wymagają długich obejść. Tego rodzaju gęstwiny krzewów mają od kilku arów do kilku hektarów powierzchni. Poza tarniną budują je głogi, derenie świdwa, dzikie grusze i jabłonie, trafia się kalina koralowa, czasem inne drzewa i krzewy. Te wyraźnie inne niż towarzyszące drogom i skarpom (obszarom ekotonowym) zespoły roślinne (fitocenozy) zostały zidentyfikowane, wyodrębnione i nazwane przez prof. Janusza Falińskiego (1934-2004), bardzo interesującego botanika i ekologa o niebanalnym podejściu do botaniki, daleko wykraczającym poza zbieranie punktów za akademickie publikacje. Badania prof. Janusza Falińskiego mogą służyć jako przykład modelowego podejścia etnobotanicznego (prace w interdyscyplinarnych zespołach czy specjalizowanie się w badaniu antropogenicznych zmianach roślinności), których celem było zrozumienie jak i dlaczego… a nie tylko dokonanie kolejnej kompilacji znanych faktów w nowe tabele lub przeprowadzenie inwentaryzacji gatunków. Faliński nazwał kolczasty i na pierwszy rzut oka nieprzyjazny człowiekowi, ale bardzo interesujący zespół roślinny mianem: czyżnie, sięgając po tradycyjną nazwę stosowaną wobec połaci zakrzaczeń złożonych w przewadze z kolczastych krzewów – tarniny i głogów. Nazwa naukowa tego zespołu brzmi: Rubo fruticosi – Prunetum spinosae.

Wiele hektarów tarniny i głogów (plus kilka innych cennych gatunków domieszkowych) to świat broniący wielu zwierząt, karmiący pszczoły, dający owoce i kwiaty lecznicze, a przy tym mocny stabilizator stromych stoków. Mógłbym tu zacząć wyliczanie wielu pożytków, jakie dają tego rodzaju zespoły roślinne (a także tarnina, głogi, dzikie jabłonie i grusze, kalina… każde z osobna) ale sprawy wykraczają daleko poza te jednostkowe korzyści i zastosowania. W Biotopie Lechnica będziemy badać karpackie czyżnie dogłębnie, o każdej porze roku i w możliwie wszystkich aspektach przyrodniczych i kulturowych. Te karpackie czyżnie są być może nieco inne niż znane z nizin… a my będziemy się nimi w pierwszej kolejności cieszyli i z radością poznawali w rytmie kolejnych pór roku.

Dla zaintrygowanych tematem czyżni i tarniny dodam jedynie, że krzew ten jest niezwykle interesujący. Ma swe mocne tradycje w kulturze Celtów, a w Irlandii znane są i cenione od starożytności do czasów współczesnych niezwykłe zastosowania twardego i mocnego – a przy tym mającego niezwykłe kształty – drewna tarniny w postaci kijów bojowych shillelagh udających obecnie laski :-). Ciernioki, czyli młode pędy tarniny z licznymi cierniami służyły tradycyjnie w okolicach Szczawnicy do suszenia grzybów i owoców, co jest zapożyczonym od ptaków zwyczajem charakterystycznym dla dzierzby gąsiorek (Lanius collurio)…

tarninabogdantarninapientarninajabłka

Zima jest doskonałym okresem do mapowania i ustalania granic karpackich czyżni, wyglądają jak czarne fantazyjne (?) plamy na białych od śniegu stokach górskich. Poświęcimy wiele czasu na poznanie i nauczenie się pracy z tarniną we wszelkich jej aspektach i będzie to stały temat warsztatów w Biotopie Lechnica.

W Biotopie Lechnica, znalazły wczoraj swe miejsce piękne okazy narośli brzozowych… więcej na www.biotoplechnica.eu

Zaglądajcie czasem na stronę Biotopu, bo od wiosny zacznie się tam wiele dziać, a i teraz nie ma zastoju… 🙂

brzozalechntaczki1A tak wygląda to na drzewie…

brzozarak

Poza jedną fotografią Bogdana Kiwaka (samotny owoc tarniny) wszystkie fotografie moje.