Permakultura

petwiatraczki

Powoli zamawiam rozmaite nasiona i sadzonki roślin do ogrodu w Biotopie Lechnica. Kilka dni temu opłaciłem kolejny pakiet złożony z nasion arcydzięgla Aneglica archangelica (zestawie go z arcydzięglem z Sapmi), achochy zwanej też caiqua lub kai-wa czyli Cyclanthera pedata – boliwijskiego ogórka, sadzonki morwy białej i czarnej (Morus sp. … bo zobaczymy czy to faktycznie dwa gatunki czy tylko odmiany barwne owoców morwy białej) i sadzonki pigwowca (nie pigwy!) Chaenomeles japonica. Oferta internetowa jest bardzo bogata, a ilość gospodarstw szkółkarskich robi wrażenie! Pewnie robiłaby jeszcze większe, ale od lat obserwuję jedną z największych firm tego rodzaju w Małopolsce i fakty są takie, że jednej rośliny sami nie wyhodowali i jedynie wkopują w ziemię setki sadzonek przywożonych z Holandii. To nie krytyka, to stan faktyczny i nie wszyscy zajmują się rozmnażaniem sprzedawanych roślin. Warto o tym wiedzieć i nie spodziewać się cudów po kontaktach z tego typu hurtownikami. Wracajmy jednak do zestawu roślin… nie jest „rodzimy” i ma cechy eksperymentu, zważywszy, że rośliny są przeznaczone do ogrodu położonego około 500 m n.p.m. w górach.

Zadziwiają mnie i czasem irytują zwielokratniane w sieci rady, jak zakładać ogród, jak być ekologicznym, jak produkować kompost i w jaki sposób (zwykle to bardzo proste i szybkie w realizacji 🙂  stać się niezależnym od korporacji, państwa, a nawet od sąsiadów… 🙂 Rady zaczynają się od pokazania prostokąta równego terenu (symulacje zazwyczaj zbliżają się do pokrycia terenu, jak z pola golfowego… zielona, niska i dobrze utrzymana trawka…) i pokazują właściwie wszystko tak, jak NIGDY się nie trafia w rzeczywistości, a jeżeli tak się trafia to współczuję, bo oznacza to zakupienie jednej z wielu „działeczek” do odsprzedania miastowym. W świecie rzeczywistym mamy do czynienia z a/ zastanami elementami b/ bogactwem ukształtowania terenu i obiegu wody c/ konkretnym (a nie idealnym) usytuowaniem działki względem dróg, mediów i energii… Tu już nie jest łatwo wyznaczyć linię pomiędzy ekologicznym i nie-ekologicznym… bo działki nie leżą zazwyczaj na pokładach świetnej gliny i nie produkują słomy, a na granicy nie leżą zwały świetnego kamienia i pryzmy sezonowanego drewna gotowego do użycia za pocałowanie ręki. W wielu przypadkach budowa „ekologicznych instalacji” jest mocno energochłonna i zdecydowanie nieekologiczna ze względu na transport, koszty i zużycie energii. Ktoś, kto bryluje w stołecznych salonach i mieszka w partyjnym mieszkanku na wielkim osiedlu nie jest dla mnie wiarygodnym źródłem wiedzy o ekologicznych sposobach budowy domu i gospodarowania. Taka „ekologiczność” zaczyna być niezwykle dogmatyczna. Prawdziwe życie zaczyna się, gdy odpuścimy sobie ludzkość i zajmiemy się sobą w sposób, który sami sprawdzimy i uznamy za dobry. Uznawanie za dobre nie jest jednak naszym pozbawionym uzasadnienia uznaniem, a raczej odniesieniem się do konkretnej sytuacji, w tym do klimatu, stron świata, ukształtowania terenu i zasad fizyki. Nie ma to wiele wspólnego z realizacją dogmatu. Jeżeli nie możesz wybudować dobrej lepianki dla siebie, to nie potrafisz zaprojektować dobrej lepianki dla Afryki. Jeżeli znasz głębokiego ekologa, ktory jest filozofem, jeździ samochodem, kupuje gazety i nie ma swojego warzywaniaka, to nie jest to prawdziwy głęboki ekolog. To Twój wróg. W projektowaniu swojego własnego ogrodu nie warto kierować się „zdobyczami rolnictwa” nauczanego na uniwersyteteach pomiędzy 1930 a 1980 rokiem. Ta nauka uczyniła wiecej szkody Ziemi niż jakikolwiek inny czynnik. A co z dzikością? Powinna być pozostawiona samej sobie, a do starych, naturalnych lasów warto zaglądać jak na lekcje tego, co możesz sam starać się kształtować, albo przynajmniej nie zepsuć.

I tak mógłbym dalej, ale wyróżnione zdania zwracają pewnie już Waszą uwagę i pora napisać o co w tym chodzi? Chodzi o wytłumaczenie, czym jest permakultura w praktyce (i teorii wywiedzionej z praktyki) autora pierwszej książki na temat tego sposobu życia w środowisku – Billa Mollisona. Oczywiście byli przed nim inni, którzy stosowali te same idee pod zbliżoną nazwą: permanent agriculture i są także najnowsi autorzy, którzy interpretują permakulturę nie jako ciągłe (stałe, zrównoważone, bez końca) rolnictwo (ogrodnictwo), ale jako ciągłą kulturę, co podkreśla tzw. czynnik ludzki. Masanobu Fukuoka, Sepp Holzer i wielu innych ludzi (np. Joe Hollis o jakim pisałem na tym blogu w 2014 roku) prowadzą fantastyczne projekty, które realizują w praktyce (i często nieco innymi metodami niż dogmat „ekologiczności” poleca) zrównoważone sposoby bycia na tej Planecie.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, zawsze się znajdą mądrale, którzy zaczynają wprowadzać zasady i definicje. Nie obchodzi ich to, że Mollison sam przyznaje (i czyni z tego ważny punkt metody permakulturowej), że nie wie dokładnie, czym jest permakultura. Zawsze się znajdą mądrale, którzy permakulturę sprowadzą do efektownych spiralnych nasadzeń wszystkiego, co wpadnie im w ręce na odwróconej darni… plus założenie wzorcowego kompostownika. Bill Mollison w jednym z wywiadów opowiedział o początkach swojej wersji permakultury… i była to opowieść nie o zakładaniu grządek czy sianiu zboża… ale o tym, jak skończyły się jego badania zachowania ludzi. Obserwując ludzi i analizując osobno gesty, mimikę i czynności, a osobno treść rozmów i wypowiedzi, doszedł do wniosku, że nie ma związku pomiędzy tym, co ludzie robią, a tym o czym ludzie mówią. Poradził nawet czytelnikom, aby szukać sobie przyjaciół analizując tylko to, co ludzie robią i co akceptujemy, nawet jeżeli ci sami ludzie mówią coś, co się nam niezbyt podoba. Permakultura jest fascynującym spotkaniem z rzeczywistością, nie z gąszczem idei produkowanych przez umysły stroniące od wszelkiej pracy i odpowiedzialności. Permakulturę znacznie latwiej jest realizować w praktyce niż o niej teoretyzować. W szerszym rozumieniu (które odpowiada mi, bo praktykuję ten styl życia od jakiś 30 lat) permakultura jest realizowaniem sposobów życia, które przybliżyć by można kilkoma opisami wyborów (uznawanymi czasem za zasady permakultury): obserwuj – wyciągaj wnioski i bierz udział – eksperymentuj, a nie małpuj / naucz się pracować z energią / bądź konsekwentny i zaakceptuj skutki swoich działań / wybieraj i stosuj zasoby i usługi odnawialne / nie wytwarzaj odpadów / projektuj od ogółu do szczegółu – miej jasny cel i dobieraj środki, bo środki nie są celem / staraj się łączyć, scalać nie dzielić / stosuj powolne i małe rozwiązania swoich problemów i planów / doceniaj różnorodność, zawsze / zauważaj i doceniaj elementy granic, ekotonów, przejść i obszary peryferyjne / zauważaj i reaguj na zmiany… Do tego dochodzą strefy działania permakultury (w tym strefa dzikości, w której nie stosuje się działania…), grupy środowisk, ekotony i efekty styku, warstwy i techniki w rodzaju agroforestry, uprawy roślin bez orki, wzbogacania gleb bez nawozów sztucznych i zwalczania (czy raczej ograniczania ich oddziaływania) tzw. szkodników bez chemii i krwawych jatek, wykorzystywania zwierząt wiodących nieomal dziki żywot na terenach prowadzonych permakulturą. Jeżeli przełożycie wspomniane zasady czy też zestaw decyzji leżących u podstaw permakultury na uprawianie sztuki, rękodzieło czy coś innego, to permakultura okaże się najbardziej wywrotowym ze sposobów życia. Ale to się nie spodoba wielu… bo jak zaobserwował Mollison – związek pomiędzy tym, co ludzie robią, a tym, o czym mówią jest nikły lub nie ma go wcale… 🙂

Tak na marginesie, gdyby nie technika permakulturowa kuli nasiennych stosowana przez pioniera Masanobu Fukuoka, nie było by „bomb nasiennych” stosowanych w guerrilla gardeningu …

W naszym Biotopie Lechnica – cokolwiek byśmy mówili 🙂 – prawdziwe rozwiązania ekonomicznego obiegu energii, prowadzenia ogrodu i wykorzystaniu zasobów bardzo trudnego kawałka ziemi prowadzą do permakultury. W tym sensie, siedlisko z trzema domami i zabudowaniami gospodarczymi (starymi i nowymi) plus kawałki ziemi na stoku opadającym stromo do strumienia gorskiego – aby przetrwać, musi mieć cechy zrównoważonego systemu. W system ten wliczyć należy także nas i wszystkich, którzy się w Biotopie będą pojawiali.

Wywiady, autorski opis permakultury Seppa Holzera, sporo materiałów filmowych i portali internetowych jakie pokaże się Wam po wpisaniu słowa: permaculture … pozwoli zweryfikować to co napisałem, albo obalić… 🙂 Jedyne, co się liczy, to ogród, kultura, sieci przyjacielskie, sztuka uprawiana jak permakultura… reszta to gesty.

Ten wpis jest trochę inny niż ostatnie, ale żyję obecnie realizacją Biotopu Lechnica i chwila teorii nie przeszkodzi w następnych, bardziej praktycznych informacjach, jakie na etnobotanicznie.pl znajdziecie…

Aby zakonczyć czymś na czasie… to podam tylko, że wiosną wszystkie „zielone” miejsca w internecie i pismach laifstajlowych odkrywają uroki „rzeżuchy”… rozpisują się o „prostych metodach” uprawy, zastosowaniach kulinarnych i dobrodziejstwach „rzeżuchy”… a to wcale nie jest rzeżucha, tylko pieprzyca siewna Lepidium sativum. Ot, taka drobna obserwacja kulturowa… czyli etnobotaniczna, o tym, że rzeczywistość swoje, a kulturowa potoczność i nawyki swoje i mimo, że rzeżuchy rosnące w Polsce w stanie dzikim doskonale nadają się na sałatki, to azjatycka pieprzyca (rośnie też w Afryce) zagarnęła ich nazwę i odebrała sałatkowe zastosowania.

Na mojej fotce ze Słowacji – „ekologiczne” odstraszacze kretów i nornic z nie-ekologicznego materiału… plastikowych butelek.

Reklamy

Nie tylko Nikifor: Marija Prymaczenko

prymaczenko

Wiele razy pisałem, że mój pogląd na zakres etnobotaniki wychodzi daleko poza botanikę okraszoną informacjami o sposobie użytkowania wybranych gatunków roślin. Zbyt wiele subtelnych związków łączy nas ze światem roślin, aby nasze dociekania i praktyka miały kończyć się w garnku lub stolarni. Rozumiem ostrożność naukowców wobec obszarów, w których ich metody badawcze nie są wystarczające, ale nie mogę się zgodzić z wartościowaniem i pozycjonowaniem poza naukowych metod pracy jako naiwnych i mało przydatnych. Ludzie mają wiele możliwości przeżywania świata, praktykowania swojej duchowości i zdobywania wiedzy im potrzebnej. Wszelkie próby zagarniania czegoś na wyłączność są absurdalne i szkodliwe. Do fascynujących metod praktykowania (a więc i próby zrozumienia) naszych relacji z roślinami należy intuicyjna, pozaakademicka sztuka nazywana często naiwną, ludową lub czasem pierwotną. Podstawowym błędem, z jakim spotykam się przy omawianiu/ocenianiu tego rodzaju sztuki jest przeświadczenie, że to co pokazuje (a myślę tu o sztuce malarstwa, rysunku i innych technik plastycznych) jest swobodnym i pozbawionym uzasadnienia w tzw. realności kreowaniem fantastycznych wizji. Owszem, czasem tak jest, ale zazwyczaj jednak pokazywane są bardzo konkretne rośliny, określone zwierzęta i niezwykle prawdziwe przeżycia lub sytuacje wiązane z oświetleniem, zjawiskami atmosferycznymi lub psychicznymi. Te obrazy są zazwyczaj doskonałym, bardzo wiernym odtworzeniem konkretnych sytuacji i to takich, w których nauka była bezradna i dotyka ich po latach czekania na techniczne możliwości wykonywania np. fotografiib termicznych, w podczerwieni, zbudowania noktowizorów itp. pomocy dla ściśle naukowego, a więc z wyboru okrojonego postrzegania. Studiowanie sztuki „naiwnej”, „prymitywnej” z należytą uwagą i wiedzą o roślinach, zwierzętach, ludziach i naszej Planecie pozwala wzbogacić naszą wiedzę i obudzić intuicję.

Bardzo interesującym „zbiegiem okoliczności” (symbiotyczność…), dzięki facebookowym kontaktom i w pewnym sensie dzięki Biotopowi Lechnicy ukazały się nam prace niezwykłej osoby – ukraińskiej artystki, Mariji Prymaczenko. Jestem przekonany, że z zainteresowaniem je będziecie studiować i że zachwycą Was tak, jak nas – od pierwszego wejrzenia.

Więcej znakomitych prac można obejrzeć tutaj: http://ukrmystetstvo.blogspot.com/2012/07/blog-post_9.html

Na You Tube jest także dostępny film o niezwykłej twórczości i niezwykłej postaci Mariji Prymaczenko:

Może pozwolą inaczej widzieć, coś zrozumieć lepiej, nakłonić do poszukiwań… Czyż nie o to samo chodzi w kolejnych krokach metody naukowej? Zapraszam więc do etnobotaniki wizyjnej, artystycznej…. Wszystko dzięki pani Weronice Gogoli, która zgodziła się nawet napisać dla etnobotanicznie.pl kilka słów wprowadzenia! Niniejszym pięknie dziękujemy Weronice Gogoli, której tekst prezentujemy poniżej:

„Wszystko się zaczęło tak…Pasłam gęsi koło chaty, nad rzeczką, na kwitnącej łące. Malowałam na piasku wszystkie te kwiaty, które znałam. A potem zauważyłam niebieściutką glinkę. Nabrałam ją w chustę i pomalowałam naszą chatę”

Tak mówiła o początkach swojej kariery Maria Prymaczenko, jedna z najpopularniejszych i najwybitniejszych artystek ukraińskich, zaliczana do nurtu tzw. „sztuki naiwnej”.

Prymaczenko urodziła się we wsi Bolotnia na Polesiu na początku XX wieku ( różne źródła podają różne daty: 1907, 1908, a nawet 1909 podobnie zresztą jak w kwestii jej nazwiska, które znane jest również w wariancie: Pryjmaczenko, Primaczenko) w rodzinie z zacięciem artystycznym. Jej babcia specjalizowała się w kolorowaniu pisanek, jej ojciec był doskonałym cieślą, matka natomiast zajmowała się w wyszywaniem.

Całe to otoczenie, podglądanie ojca przy pracy, wyczulenie na ornamentykę wyszywanek, kilimów, które widziała w pracach matki, nie pozostawały bez wpływu na jej sztukę.

W bogatej ornamentyce prac Prymaczenko, bliskiej ukraińskim wyszywankom, pojawiają się jednak dziwne i nierzeczywiste stwory.

Niektórzy przypisują ich obecność doświadczeniu cierpienia i choroby. Prymaczenko chorowała na polio. Dziecięce porażenie mózgowe niewątpliwie wpłynęło na jej psychikę i rzutowało na całe życie, zaważyło też na jej sprawności fizycznej. Nazywano ją za plecami „Marią Krzywulą”. Ponoć ze względu na tę sparaliżowaną nogę nosiła zawsze długie spódnice. Nauczona przykładem matki, która wyszywała przepiękne koszule, komponowała na nich swoje własne wzory. Chodziła tylko we własnoręcznie uszytych ubraniach.

Skończyła cztery klasy, teoretycznie nie mając szans na zaistnienie wśród szerszego kręgu odbiorców. Być może nigdy nie dowiedziano by się o niej, gdyby nie kijowska artystka, Tatiana Flera, która „odkryła” Prymaczenko w 1935 roku. Zaowocowało to udziałem Marii w warsztatach prowadzonych przy kijowskim muzeum. W Kijowie poznała tez swojego męża, z którym miała tylko jednego syna. Mąż zginął na wojnie, zostawiając Marię samą z dzieckiem. Wszystkie te przeciwności losu: odpowiedzialność za dom, choroba, wykluczenie odcisnęły piętno na jej twórczości, której tematem jest nieustająca walka dobra ze złem.

Prymaczenko malowała plakatówkami, niekiedy temperą. Powtarzające się motywy roślinne są widoczną inspiracją twórczością ludową. Symetria, powtórzenie motywów nie są tylko i wyłącznie kwestią zamierzonej dekoracyjności, ale mogą być wynikiem pewnego rodzaju „fiksacji”. Permanentne powtarzanie jednego motywu mogło być dla niej rodzajem przetwarzania swojego cierpienia. Co poniektórzy dopatrują się również inspiracji ikoną ruską, w której tak ważna była stałość i niezmienność.

Jej pracami inspirował się też współczesny ukraiński artysta, Iwan Semesiuk, twórca zupełnie innego nurtu, nazywanego „żlob- artem”.

Najpiękniejsze u Prymaczenko jest wszystko to, co od świata realnego odbiega. Wszelkiego rodzaju stwory, przedziwne zwierzęta, potwory. Z jednej strony można dopatrywać się w ich obecności ukraińskiego folkloru, ale byłoby to zbytnim uproszczeniem.

Prymacznko stworzyła swój własny, niepowtarzalny styl.

Świat jej fantazji jest światem wciągającym, jak trochę niebezpieczna i niepokojąca bajka. Sama Prymaczenko zresztą była również ilustratorką książek dla dzieci.

Artystka stała się sławna nie tylko na obszarze radzieckim, ale i poza jego granicami. Miała wystawy w Pradze, Paryżu, Sofii, Montrealu, Warszawie.

W 1986 r. stworzyła niesamowitą, „czarnobylską serię” .

Zmarła 18 sierpnia 1997 roku w tej samej wsi, w której się narodziła. Była laureatką Państwowej Nagrody im. Tarasa Szewczenki, zasłużoną dla sztuki USRS. Rok 2009 UNESCO wyznaczyło rokiem Prymaczenko. Na jej cześć nazwano również maleńką planetę: 14624 Примаченко.”

Weronika Gogola

Zioła z Pamiru, cz. 2

pamirmorwa1

W pudle ze zbiorami z Pamiru (z obszaru leżącego w Tadżykistanie), jakie podarowała Biotopowi Lechnica Asia Milewska, znalazłem coś nie przypominającego rośliny, a raczej kawał jakiegoś minerału…?! Kremowa buła wielkości pięści okazała się być bryłą uformowaną z mąki… otrzymanej z wysuszonych i zmielonych owocostanów morwy białej! Tu należy się kilka słów o samej morwie (Morus sp.), bo jest z nią (z nimi) pewien kłopot. Morwa biała (Morus alba), którą znamy z nasadzeń sztucznych w Polsce pochodzi z Azji (wymienia się Chiny jako region pochodzenia, ale co to oznacza dokładnie?) i czasem sieje się i rośnie w cieplejszych miejscach Europy. Znamy jej owocostany traktowane jako pojedyncze owoce, wiemy coś niecoś o jedwabnikach, które żywią się w stanie larwalnym liśćmi tego drzewa i to tyle? W Polsce jada się czasem owocostany morwy, ale nie słyszałem aby produkowano z nich jakieś przetwory, a o znakomitych właściwościach liści raczej wiedzą tylko najbardziej zainteresowani. Przy tak wielkiej ilości diabetyków może warto byłoby spopularyzować morwę mocniej. Poza owocami i liśćmi (jako lekarstwo i pokarm dla gąsienic jedwabnika w naturalnym cyklu uzyskiwania jedwabiu) także i drewno jest cenione jako interesujący materiał do wyrobu mebli i drobnych przedmotów domowych i ozdobnych. Warto wiedzieć, że owocostany morwy białej mogą być różowe, bordowe, a nawet prawie czarne i dalej mamy do czynienia z morwą białą… 🙂 Prawdziwa morwa czarna (Morus nigra), a nie biała udająca czarną przez zmienny kolor owocostanów… także wywodzi się z Azji, ale raczej z rejonów leżących w Afganistanie, Pakistanie, Iranie aż po Kazachstan, rośnie ponadto w ciepłych rejonach Europy. Podobno w Polsce jest trudna do spotkania. Nieporozumienia dotyczące ciemnych owocostanów morwy białej nie pomagają w rozsupłaniu, do którego to gatunku odnoszą się zapisy biblijne i wzmianki u starożytnych badaczy? Na dodatek ilość gatunków morw sięga od kilkunastu do kilkudziesięciu… i poza Azją, mamy podobno morwy afrykańskie, a nawet teksańskie… 🙂 Tak czy siak, morwa jest niedoceniana u nas i dopiero od jakiegoś czasu są w krajowym handlu dostępne suszone owocostany morwy białej. W listopadzie 2014 roku zrobiłem niewinne doświadczenie: włączyłem suszoną morwę do poczęstunku, jaki przygotowałem wraz z rewelacyjnym Straganem Ekologicznym przy Placu na Stawach w Krakowie, przy okazji seminarium naukowego na temat ochrony czynnej pierwiosnki omączonej Primula farinosa. W seminarium uczestniczył kwiat botaników z różnych instytucji badawczych i uczelni i … nikt nie rozpoznał suszonej morwy. Przypuszczam, że zadziałało też zaskoczenie, bo najczęściej przy takich okazjach oferowane są kanapki z szynką… a nie warzywna tarta i morwa… ale jednak?! Tym bardziej ekscytująca stała się dla mnie buła z morwy. Według informacji Asi, sucha i twarda masa jest stosowana do wielu różnych potraw po… starciu na metalowej tarce na drobny proszek. W literaturze rosyjskiej spotkałem opis mówiący o tym, że w niektórych rejonach Azji wytwarza się mąkę z wysuszonych owocostanów morwy. Czyżby nasza „buła” była bryłą takiej wysuszonej mąki? Najwidoczniej tak, a do tego raczej to białe (a nie czerwone czy bordowe) owoce morwy białej, bo ciemny barwnik z owoców morwy czarnej (ktore na szczęście nie są czasem białe) byłby chyba widoczny w mące? Tak spreparowaną morwę warto byłoby poddać badaniom i ewentualnie spopularyzować jako doskonały element leczniczej diety!

pamirszafran1pamirszafran2

W niewielkim pojemniku zdeponowanym w pudle znalazłem szafran – dobrej jakości i smaku, ale jakby nieco grubszy niż spotykany w handlu i pochodzenia tureckiego. Z szafranem niby wszystko wiadomo, a wcale nie! Do tego stopnia, że nawet toczy się dyskusja o jakich gatunkach krokusów (szafranów) mówimy w kontekście produkcji barwnika, antydepresanta i przyprawy o tej nazwie. Sporo pisałem o tym w Zielniku… więc tu tylko tyle plus fotografie, może ktoś przywiezie z Pamiru kwiaty szafranów i sprawę wyjaśnimy? Zamierzam też tej wiosny zacząć wyjaśnianie w postaci założenia małej uprawy krokusów w Biotopie Lechnica na wzór małych poletek, jakie uprawia się tradycyjnie w górach Atlas w Maroku, gdzie produkuje się doskonałej jakości szafran.

pamirgrafit1

Przy okazji zbioru ziół Asia przywiozła w prezencie dla A. intrygujący zestaw kosmetyczny do czernienia brwi i okolic oczu. Dla dobra nauki 🙂 zestaw został na kilka dni wypożyczony i jest włączony w postaci dokumentacji fotograficznej do zbioru pt. Pamir 2014… 🙂 Po konsultacjach z geologami i znakomitymi znawcami minerałów wydaje się, że jest to naturalny grafit, którego złoża są znane z Tadżykistanu i Pamiru. Specjalnie włączam do omówienia zbiorów zielarskich także interesujący minerał (a pominę w opisie kryształy soli z Pamiru ), gdyż istnieje ścisły związek pomiędzy składem chemicznym i siłą oddzialywania roślin a minerałami i glebą, na jakich rosną. Można też powiedzieć, że wiele roślin zostało uznanych za „zioła” bo zawierają pewne mało znane lub występujące śladowo pierwiastki, które były dostępne do naszych czasów jedynie poprzez rośliny. Rośliny bowiem znają sposoby na pozyskiwanie wielu pierwiastków z gleby, wody i powietrza. W tym sensie, niestety, zbieranie dzikich roślin jadalnych ze znakomitej większości miejskich stanowisk jest szukaniem guza i nie powinno się tego robić (poza sytuacjami, w których występuje zagrożenie życia widmem głodu). Bardzo przepraszam za rozczarowanie, ale ucząc o zjawisku fitoremediacji nie mogę udawać, że nie wiem gdzie i w jakich ilościach kumulują się szkodliwe lub śmiertelnie szkodliwe substancje z powietrza, wody i gleby. Nic nie zastąpi terenów czystych ekologicznie, a nawet najbardziej zielone miejsca w dużych miastach i aglomeracjach typu Śląsk wymagają wielu lat (wersja optymistyczna) odzyskiwania dla uprawy zdrowych (dla ludzi) roślin. Argument, że w takich miejscach oddychamy i pijemy wodę jest raczej cyniczny…

Fotografie – Bogdan Kiwak.