Zielarski piec ogrodowy

IMG_1034

Każdy, kto pracuje z roślinami, a szczególnie zielarki i zielarze, mają do czynienia z pewnymi ilościami pozostałości po cennych roślinach. Czasem pozostaje sporo łodyg, liści, kwiatów, owoców, żywic, kory  i nie wiadomo co z nimi zrobić. W sytuacji gdy mamy własny ogród, sprawa jest prosta, bo zazwyczaj prowadzimy kompostowanie i wszelkie organiczne resztki wracają po tym procesie do ziemi. Jeżeli nie mamy takiego systemu, lub, co często trapi dobrych zielarzy, nie chcemy wszystkich pozostałości roślin kompostować, pozostaje stara tradycja spalania ziół w piecach ofiarnych. Piece takie, o znaczeniu religijnym znamy z kultury Tybetu. Wielkie piece stawiane są zazwyczaj na podwórkach klasztorów, a mniejsze, rodzinne, na… płaskich dachach domów zbudowanych z kamienia, ale istnieje też bardzo stara fotografia kamiennego pieca otwartego od góry, który służył ofiarowaniu wonnego dymu na Magurze Spiskiej (Karpaty, Słowacja) co miało być częścią kultury nomadycznych pasterzy, którzy ciągnęli przez Karpaty kilkoma falami. Fotografia, a szczególnie opis do niej, bywają kwestionowane, ale zasada (i potrzeba) istnieje od czasu „odkrycia” ognia i nie ma co się spierać. Piece tego rodzaju mają za zadanie wytworzenie aromatycznego dymu i jestem przekonany, że wiele tradycyjnych pieców chlebowych, stawianych poza domami, na wspólnej ziemi, miało tego rodzaju głęboką funkcję.

Bliska praca z roślinami wymaga spokoju, cierpliwości i dobrego nastawienia, co można podtrzymywać poprzez regularne celebracje, niezależnie od naszych osobistych zapatrywań religijnych. Stałe miejsce jest ważne i w prosty sposób można stworzyć warunki do tych spokojnych czynności, przez zbudowanie lub zastosowanie pieca ogrodowego. Istnieje cała rodzina pieców ceramicznych (dostępne w Europie najczęściej  wykonywane są z kamionki… w Chinach), których sztandarowym przykładem jest meksykański piec ogrodowy. Służy on do ogrzewania miejsc odpoczynku, a czasem też do ogrzewania węglem drzewnym pomieszczeń typu weranda, ganek lub taras. To nie są piece do grillowania! Tu wyraźnie trzeba zaznaczyć, że piece nasycone wszystkim tym, co spływa i wypływa z kiełbas, steków, a nawet wędzonych serków, nie nadają się do spalania wonnych ziół z przyczyn oczywistych, ale i tych mniej oczywistych.

Pierwszy raz meksykański piec ogrodowy zobaczyłem w ogrodzie pewnego domu w Kalifornii i był to ceramiczny (czerwona glina wypalana jak donice) piec wysokości około 1,5 m, który stał w wypoczynkowym rogu ogrodu i budował tam wraz z roślinami rewelacyjne mikro środowisko. Poza funkcją ogrzewania, o ile dobrze pamiętam, od czasu do czasu przypiekano tam kaczany kukurydzy, a myślę, że i kasztany jadalne lub „orzeszki” bukowe, mieszczą się w dodatkowych funkcjach o ile koniecznie musimy je poszukiwać i sklasyfikować. Od tamtej pory (2001) wiedziałem, że podobny piec stanie kiedyś w moim/naszym ogrodzie. Wcześniej w Nepalu i na pograniczu Mustangu w Himalajach oglądałem wielokrotnie wielkie piece klasztorne (spala się tam zioła, pachnące drewno jałowca i ofiarne ghi), ale bardzo zainteresowały mnie rodzinne, pojedyncze piece ofiarne na dachach domów w górskich wioskach Nepalu. To były proste, wymurowane z kamienia czworoboczne kominy, pobielone wapnem, ozdobione rogami jaków. Wraz z zapasami gałęzi jałowcowych leżących obok budowały bardzo wyrazistą i mocną przestrzeń dla praktyki duchowej. Mieszkańcy tych domów, wczesnym rankiem zaczynali dzień od ofiarowania wonnego dymu. To łagodny i dobry początek dnia. W tamtych wędrówkach po Himalajach, paradoksalnie (?), odkrywałem smaki i zapachy jakie dobrze znałem (tak mi się przynajmniej zdawało) z Karpat. Ileż to razy później, idąc wczesnym rankiem przez górskie wioski w Karpatach, na Bałkanach, na Sycylii i Korsyce lub Grecji z radością chłonąłem aromatyczny dym z żywicznych sosen, jałowców i buków, który dobywał się z domów, po kilku minutach pierwszego rozpalania ognia w domowych kuchniach wygasłych nocą.

Niestety, piec z Kalifornii, piece z Nepalu, a nawet później odkrywane piece meksykańskie, na jakie natrafialiśmy w progresywnym jak zwykle Berlinie, nie nadawały się na zapakowanie do plecaka…

Niżej na kilku fotkach pokażę nasz piec z Biotopu Lechnica. To jeden z pieców ogrodowych jakie bez trudu kupicie w Polsce. Tutejszym firmom ogrodniczym zeszło dobre dziesięć, a niektórym i piętnaście lat od roku 2001, na to aby nie odpowiadać na moje pytania o „meksykański piec ogrodowy” pukaniem w czoło… i odnoszę wrażenie, że dalej nie wiedzą co to za „dziwactwo”, może przyda się więc kilka podpowiedzi. Piece dostępne u nas mają rozmaite wymiary, ale mieszczące się w przedziale 50-85 cm wysokości, czyli są małe i bardzo małe! Czasem do podawanej wysokości pieca, w reklamach doliczana jest wysokość drucianego trójnogu i warto sprawdzić jak to jest w wybranym przez Was modelu. Bywają piece zdobione i czasem nawet dość udanie…a czasem nie. Do naszych celów (a przypominam, że opisuję zastosowanie w postaci spalania szlachetnych, wonnych ziół i ich pozostałości lub żywic itd., poza pomieszczeniami, w ogrodzie) nadaje się właściwie każdy piec ogrodowy, ale szybko musimy poszukać przykrywki komina o ile nie ma jej w zestawie. Doskonale nadaje się do tego ceramiczna podstawka pod donicy, najlepiej 1-2 cm większa niż średnica wylotu komina. Przykrywka chroni wnętrze komina przed zalaniem wodą deszczową i dobrze ją obciążyć dodatkowym, sporym kamieniem, aby wiatr nam nie zrobił niespodzianki. Ważne jest posadowienie pieca, bo według mnie, powinien on mieć swoje stałe miejsce w ogrodzie. Pozostawienie pieca na trójnogu nie wydaje się pewne, a do tego w tej sytuacji piec będzie bardzo nisko, co nie jest wygodne przy naszych celebracjach. Do pieca koniecznie nasypcie suchego piasku na jakieś 2-3 cm aby ogień nie palił się (lub węgiel drzewny) bezpośrednio na dnie „garnka”, bo może to skończyć się pęknięciem. To co nazywam posadowieniem polega nie tylko na wybraniu miejsca i podstawy, ale i zabezpieczenia przed przewróceniem pieca przez silny wiatr.

Reszta, czyli wysokość posadowienia, miejsce na suche zioła, zdobienie i wpasowanie w krajobraz ogrodu… zależy już jedynie od Waszej inwencji. Piec ogrodowy jest bardzo silnym elementem krajobrazu ogrodu i dobrze jest wszystko przemyśleć, sprawdzić i zdecydować się po kilku próbach. Ja to zrobiłem po swojemu, będę wdzięczny za fotki Waszych pieców ogrodowych z funkcją „zielarską”!

Mam nadzieję, że zwolennicy hortiterapii, zaliczą zielarski piec ogrodowy w mojej interpretacji, do stałych technik relaksacyjnych i uzdrawiających. 🙂

Na kilku najbliższych warsztatach w Biotopie Lechnica (maj i czerwiec) będę pokazywał wiele rozmaitych sposobów na stworzenie sfery ogrodu celebracyjnego w permakulturze. Jesienią tego roku i w 2020 roku, to moje doświadczenia z ogrodem celebracyjnym będą jednym z głównych elementów warsztatów.

IMG_1030

IMG_1032

IMG_1033 (1)

 

PLANTLINE

PLANTLINE logo 2 tif kopia

Musiałem się przez chwilę zastanowić, gdzie umieścić opis nowego projektu, który od kilku miesięcy szlifuję, a od kilku tygodni przygotowujemy praktycznie w bliskiej i stałej ekipie współpracowników? Czy odnosi się do przestrzeni dźwięku, za czym przemawia to, że zaproponowaliśmy jego realizację podczas Festiwalu Dźwięki z Korzenia w Wojszynie? Czy raczej do pracy z roślinami, wliczając w nią elementy komunikacji międzygatunkowej? Może jest to projekt z zakresu hortiterapii lub sylvoterapii, czyli leczenia ogrodem, lasem? Może to jakaś aktualna forma sztuki ekologicznej, albo zaawansowanych kulturowo, a przy tym źródłowych bezkamerowych technik fotograficznych z silnie zaakcentowanymi komponentami organicznymi? Być może projekt jest efektem dynamicznego tworzenia permakultury Biotopu Lechnica i bez tego miejsca by nie powstał?

Zazwyczaj korzystam z trzech miejsc w sieci: muzycznego (www.magiccarpathians.com i bieżącego miejsca na FB), „roślinnego” (etnobotanika i permakultura, bioregionalizm…www.etnobotanicznie.pl i bieżące miejsce na FB) oraz z miejsca dla Biotopu Lechnica (www.biotoplechnica.eu i miejsce na FB)… co w jakiś sposób porządkuje tematy i nie naraża odbiorców na zagubienie 🙂 , chociaż ja swojej aktywności nie rozdzielam.

Wybrałem jednak miejsce dotyczące bezpośrednio pracy z roślinami, bo jak sądzę taka jest istota Projektu, ale już jego rezultaty będą mogły być prezentowane jednocześnie we wszystkich opisanych „przegródkach”.

Wstępem do sierpniowej, pełnej realizacji, będzie krótsza, testowa akcja w Biotopie Lechnica. Jest zaplanowana na czerwiec. Jedna z grup warsztatowych, jakie w tym półroczu będę gościł w Biotopie, będzie miała możliwość w niej uczestniczyć i podyskutować o formach jakie zaproponujemy. Ponieważ projekt odnosi się do konkretnego miejsca w sensie geologicznym i glebowym oraz swoistej dla tego miejsca roślinności, to obydwie akcje: w Biotopie Lechnica i w Wojszynie, nazwałem Biochora # 1 i Biochora #2, przy czym warto wiedzieć, że „biochora” jest określeniem fachowym            i w uproszczeniu odnosi się do pewnych całości siedliskowych, możliwych do zidentyfikowania i odróżnienia od innych. Biochora na osuwiskowym stoku w Karpatach różni się znacznie od biochory w dolinie Wisły pod Kazimierzem i sprawdzimy co z tego wyniknie?

PLANTLINE jest wynikiem ewolucji naszego starego projektu o nazwie „fotografia organiczna”, w którym razem z Bogdanem Kiwakiem, testowaliśmy fotograficzne techniki bezkamerowe, wykorzystane do uzyskiwania śladów swoistych zestawów roślin na papierze światłoczułym, chociaż bardziej stawialiśmy na jego reagowanie na chemizm roślin. Tak powstała interesująca seria zakładania „grządek fotograficznych”, która to akcja była realizowana w wielu miejscach: w Polsce wielokrotnie (m. innymi: Kraków, Nowy Sącz, Białystok), a także na Słowacji ( m. innymi: Żylina, Lechnica) oraz w Berlinie, Cluj w Rumunii oraz w Słowenii. Fotografia Organiczna jest realizowana przez nas (Kiwak, Styczyński/Nacher i ostatnio także Sarota) od  17 listopada 2006 roku (fota archiwalna niżej) właściwie nieprzerwanie, udokumentowana bogato i oparta o jasno wyłożoną i opublikowaną teorię, w której po raz pierwszy poza ogrodem, lasem i zadrzewieniem, odniosłem się do efektu styku (bardzo myląco opisywanego czasem jako efekt krawędziowy 🙂 ? ), czyli zjawiska opisanego i zdefiniowanego w naukowej ekologii. W centrum zainteresowania był dla mnie też ekoton (nie ma nic wspólnego z muzyką…) inna kategoria z naukowej ekologii i dlatego pierwsze akcje miały rozbudowaną nazwę: Fotografia organiczna – działanie w ekotonie. Efekt styku i ekoton to także, podstawowe pojęcia dla właściwego zrozumienia permakultury oraz przy jej projektowaniu i inicjowaniu.

IMG_0986

Wyżej: fragment okładki wydawnictwa nt. Projektu – Fotografia organiczna… Niżej: historycznie pierwsza uprawa fotografii organicznej z 2006 roku (fotografie – B.Kiwak)

IMG_0987

Po doświadczeniach ze świadomie prowadzoną pracą z roślinami, a potem zdobywanych od 2014 roku, przy realizowaniu własnej wersji permakultury górskiej, pojawiło się szereg innych inspirujących obserwacji, zjawisk i teorii. Jedno z nich to bezpośrednia, „brudna” praca z żywą glebą. Sprawia tak wiele radości i silnie działa nie tylko na umysł, ale i na ciało. Dotyczy to każdej żywej, nie zabitej i wyjałowionej chemicznie i fizycznie gleby. W odległej kulturze Aborygenów, ważnej, bo jednej z najstarszych na Ziemi jaka trwa nieprzerwanie, znane jest zdanie:  Kiedy wkładasz rękę do ziemi, wtedy do twojej ręki wnika cała moc przodków i ich kumpu. Przypusje się go Ivy Robertson Napangarti, 1997, Australia, a znalazłem je w rewelacyjnej: Estetyka Aborygenów pod redakcją prof. Moniki Bakke i wydanej przez Universitas w Krakowie. Także w tej antologii natrafiłem na ekscytującą fotografię i opis: /…/ usypany z ziemi ojciec wszystkiego DARAMULUN  /…/ Rytuały inicjacyjne bora, Australia. Od mojego muzycznego „zawsze” fascynowało mnie pojęcie: songline   (dreaming track) czyli animistyczne wierzenia/praktyki Aborygenów dotyczące szlaków po ich terytoriach. Może to dziwne, ale w Szwecji na Uniwersytecie Umea, spotkaliśmy (przy okazji jednego z naszych tam koncertów) młodego naukowca z Australii, który badał możliwości przetwarzania cyfrowego oryginalnego pojmowania przestrzeni, a zatem i map/szlaków jakie są częścią kultury Aborygenów. Jako przyrodnik i ogrodnik, a i dyplomowany leśnik, znałem działanie Mycobacterium vaccae i efekt nazywany geosminą, który wykorzystywany bywa poza ogrodnictwem i hortiterapią, także w shinrin-yoku, japońskiej formie sylvoterapii.

IMG_0988 (1)

IMG_0989

Fragmenty fotografii z Estetyki Aborygenów, cytowanej wyżej.

Nie zdziwiło nas więc bardzo, a przeciwnie – bardzo ucieszyło, że koreańska artystka Jiwon Woo, zaproponowała interesujący bioartowy projekt o nazwie – MOTHER’S HAND TASTE ( SON – MAT), a co nasza własna, karpacka kultura zna doskonale z tradycyjnego procesu kiszenia roślin jadalnych i wypieku chleba, a może także w wyrobie wina.

W wielkim uproszczeniu, chodzi o to, że w wielopokoleniowych rodzinach i bliskich sobie społecznościach, nie tylko miejscowe zwyczaje, nazywane tradycją, przechodziły z pokolenia na pokolenie, ale ich biologiczna podstawa czyli swoisty, wyjątkowy zestaw bakterii będący częściom tytułowego „smaku matczynych rąk”. Dla mających z tym faktem kłopot natury estetycznej lub/i higienicznej (a powinniśmy mieć raczej kłopot z pozbawianiem nas wszelkich biologicznych i kulturowych ciągłości), nie mam dobrej wiadomości, bo ludzki mikrobiom (mówiąc obcesowo 🙂 zawartość swoistych, właściwych dla nas bakterii jakie mamy wewnątrz ciała, głównie w jelitach) waży u zdrowego człowieka, którego nie potraktowano jeszcze zbyt mocną dawką „leczących” chemikaliów, do 2 kg! Słynne zawołanie niejakiego Pana Zagłoby – „zginę ja i wszy moje” ma, jak się okazuje drugie dno, a można powiedzieć, że dosłownie ma „głębsze” znaczenie. 🙂 Pewnie nie wierzycie … to proszę poczytać książeczkę pt. Mikrobiom, którą napisał Ed Yong i jest dostępna w Polsce.

Niestety, nie tylko artyści i badacze zajmują się naszym mikrobiomem… Niepokojąco wyglądają badania, prowadzone pod kryptonimami: Human Microbiome Project (HMP), Earth Microbiome Project (EMP), zwłaszcza, że część z nich umieszczono w laboratoriach, gdzie przygotowywano Projekt Manhattan w latach 1939 – 1946. Jego wyniki znamy aż zbyt dobrze ze skutków bombardowania Hiroshimy i Nagasaki. Może trzeba jednak dodać, że w ramach Projektu Manhattan zrealizowano także badania nad pokojowym wykorzystaniem energii jądrowej, co dało pierwszy napęd atomowy dla łodzi podwodnej, niestety, to nie była wycieczkowa łódź podwodna…

Tyle inspiracji… może to nie wszystkie, ale zapewne wystarczy w ramach wprowadzenia w PLANTLINE ?!

Przejdźmy do realizacji, jaka być może czeka nas w Wojszynie.

Projekt polega na wykonaniu fotograficznej uprawy w kształcie leżącej na ziemi postaci człowieka (prarodzica), usypanej na materiale światłoczułym (papier fotograficzny o rozmaitych rozmiarach) z miejscowych i dobranych specjalnie roślin oraz warstwy ziemi naniesionych ręcznie (to konieczny element akcji) przez uczestników akcji. Ten pierwszy etap nazywamy – Inicjacją. Zarówno fizjologiczne płyny roślin jak i mikrobiom ludzi (u Aborygenów to kumpu), a także bakteria Mycobacterium vaccae, odpowiedzialna za swoisty „ziemisty zapach”, ale także działająca euforycznie (!), posiadają własne chemizmy oddziaływujące prawdopodobnie na papier fotograficzny.

Po założeniu uprawy (w towarzystwie specjalnie przygotowanej muzyki rytualnej na przeznaczonych do niej i zbudowanych instrumentach muzycznych) następuje okres Inkubacji (około 24 godzin). Po Inkubacji następuje kolektywne otwarcie uprawy – Zbiór materiału światłoczułego, zatrzymanie (zawieszenie) procesów chemicznych i fizycznych na papierze fotograficznym, dokumentacja i suszenie. Pokaz (obrazy cyfrowe z dokumentacji i oryginalne fotogramy) powstałych artefaktów połączony jest z koncertem – Plantlines (Magic Carpathians/Karpaty Magiczne).

Projekt zakłada udział około 20-30 osób, poboczne mikroakcje soundartowe na uprawie fotograficznej oraz rejestrację filmową i muzyczną,  a także portretowanie chętnych muzyków wraz z ich trąbami didjeridu z pomocą camera obscura (specjalne, zawodowe kamery tego typu). Ważna jest pewnie organizacja i czas realizacji.

Projekt realizuje zespół autorski: Kiwak, Nacher, Sarota, Styczyński oraz około 10 osób uczestniczących w całej akcji (po wprowadzeniu w szczegóły i przeszkoleniu) oraz 20-30 osób uczestniczącej publiczności. Przygotowanie polega na omówieniu akcji z poszerzoną ekipą realizatorską, stworzenie grup inicjalnych, przygotowanie terenu i zgromadzenie substratu roślinnego i glebowego (około 2-3 godzin), założenie uprawy (około 1 godziny).

Inkubacja i mikroakcje (oparte o założenia soundartu) trwać będą około 24 godziny, Zbiór i czynności związane z dokumentacją i utrwalaniem wyników, suszeniem wstępnym fotogramów trwają zazwyczaj około 2-3 godziny, finałowy pokaz i towarzyszący koncert trwają około 1,5 godziny.

Nasz graficzny logotyp (pokazany w wersji roboczej nad tym tekstem) jest złożony z trzech fragmentów dokumentacyjnych, nie przetwarzanych fotografii znakomitego hiropterologa – Rafała Szkudlarka, które wykonał w miejscach gromadzenia się nietoperzy pod Wrocławiem. Nietoperzowe grafiki powstały przez setki zarysowań okopconych ścian przez artystów nie-ludzi, ich nazwiska i imiona są jeszcze ustalane i będą podane w stopce oficjalnego plakatu.

Festiwal w Wojszynie odbędzie się w sierpniu, ale warto zaplanować wyjazd już dzisiaj, a może ktoś z Was chciałby wejść do ekipy realizatorskiej projektu PLANTLINES ? Jeżeli tak, to zapraszam do kontaktu!

Dlaczego właśnie Wojszyn i festiwal z trąbą Aborygenów w tle? Bo …stare inspiracje i nowy dla nas teren (… biochora2), ale głównie myśle o naszych długach, jakie zaciągamy u tradycyjnych społeczności nie dając nic w zamian., Robimy to albo nawykowo i bez wcześniejszego namysłu, albo zwalniając się samowolnie z obowiązku, spłacania kulturowych długów. Wiedza, szacunek, pokazywanie światu uniwersalnych skarbów kultury znalezionych w tradycjach jakie wykorzystujemy , to dobry początek. O tych długach będzie jeszcze osobny tekst.

Poza wszystkim, wyobrażam sobie projekt muzyczny odnoszący się do tradycyjnej kultury Aborygenów, ale wykorzystujący ich aktualnie fascynującą wiedzę o przestrzeni, o Ziemi/ziemi, o naszych organizmach, o geo/fito/zoologicznych źródłach instrumentów i sztuki, o nie-pisanych opowieściach, o nie-rysowanych szlakach i o nie-ludzkich komponentach przestrzeni wyobraźni zwanej u nas sztuką.