Wielkie pożary jako skutek zmian klimatu

IMG_1227 (1)

Wygląda na to, że z uporem brnę w pokazywanie problemów i ważnych książek, ale obawiam się, że „eko konfekcja” zręcznie podsycana przez media i korporacje, całkowicie przysłoni nam obraz tego co się dzieje naprawdę. Zanim jeszcze słynna Greta napisze cokolwiek, stare, winne wszystkiemu pokolenie, stara się jak może w rozpoznaniu i ostrzeganiu przed skutkami zmian klimatu.

W 2017 roku, bardzo interesujący, kanadyjski autor – Edward Struzik, napisał książkę FIRESTORM. How Wildfire will Shape Our Future. Książka ta powinna stać się obowiązkową lekturą na wydziałach leśnych… przynajmniej tam, poza oczywistym szkoleniem służb pożarniczych i samorządów.

Książka zawiera 10 części i podsumowanie (257 stron i sporo bardzo interesujących fotografii), a jej osią jest opis przyczyn, przebiegu i skutków wielkiego pożaru nazywanego przez kanadyjskich strażaków – Bestią (The Beast). Pożar ten, nawiedził prowincję Alberta w Kanadzie i zamienił w zgliszcza 566,168 ha, zniszczył 2,800 budynków, zabił setki, a może tysiące ludzi, których zwęglone ciała znajdowano potem w ich własnych samochodach, domach i lasach, a całkowity koszt strat oszacowano na blisko 9 miliardów dolarów. Przyczyny i przebieg tego pożaru, a także jego gwałtowność (… Bestia) zwróciły uwagę na nowy typ wielkich pożarów, jakie wybuchają raz za razem z pozornie trudnych do rozpoznania przyczyn. Także skutki tych pożarów, wykraczają poza ramy znanych dotąd kataklizmów i nie kończą się wraz z wygaśnięciem ognia. Najbardziej widocznym, zabójczym i długotrwałym skutkiem tego typu pożarów jest wielomiesięczne, a nawet wieloletnie skażenie powietrza.

W związku z opisywanym pożarem, przyjęto określenie megafire, na pożary naturalne (wildfire), które dotykają powierzchni około 40 tys. ha i większych. Zajęto się historią tego typu pożarów, częstotliwością, przyczynami i sposobami walki z nimi. Jest się czym zajmować, bo tylko w 2004 roku spaliło się na Alasce 2,7 milionów ha, a na pobliskim Terytorium Yukonu spaliło się 1, 5 milionów ha… oczywiście dzieje się to także i w pobliskiej Rosji, ale zwyczajowo nie znamy dokładnych danych…  To zimne, północne obszary, które są najbardziej podatne na zmiany klimatu, które wytwarzają zupełnie nowe sytuacje ekologiczne.

Trzy z 10 części książki wydają się kluczowe i noszą także znamienne tytuły: The Beast Awakens, Visions of the Pyrocene i The Big Smoke. Mimo, że Autor nie popada w emocjonalne rozedrganie, to jednak obraz jaki wyłania się z tego przeglądu faktów, układających się w wizję życia wśród wielkich pożarów, nie napawa optymizmem…

Pisałem wyżej o tym, że książka Edwarda Struzika powinna stać się pozycją obowiązkową w ramach nauki o wyzwaniach jakim będziemy musieli sprostać (chyba, że Polska nie musi?) w wyniku zmian klimatycznych. Podtrzymuję tę opinię, bo pożary opisane przez Struzika nie są zagrożeniem jedynie dla (niby) dalekiej Kanady. Warunki w jakich powstają, rozmiary jakie osiągają i aktualna częstość ich pojawiania się, dotyka już nie tylko Kanadę, USA czy Australię. Tego typu pożary bywały już i w Polsce, a są stałym elementem w Strefie Śródziemnomorskiej, gdzie wspomagane są celowymi podpaleniami. Niestety, naszą „klasę” dziennikarską nie interesują zupełnie tego typu problemy, a przez lata pewnie i nie ma już w tym środowisku ludzi dysponujących wiedzą podobną do tej jaką dysponuje Autor FIRESTORM… Bo książka Struzika jest przykładem znakomitej roboty dziennikarskiej o jakiej już prawie w Polsce zapomnieliśmy, mimo znakomitych postaci w historii.

Struzik przytacza opinię, że do wystąpienia ogniowych nawałnic na skalę Bestii, potrzeba spełnienia trzech czynników: przesuszenia lasów i łąk, wzrostu średniej temperatury i pojawiania się gwałtownych, porywistych wiatrów. Na terenach leśnych, potwierdzeniem tego typu konfiguracji ekologicznej, a w konsekwencji Wielkiego Ognia, są masowe pojawy szkodników drzew i drewna.

Według moich obserwacji i wiedzy, wszystkie trzy elementy są już obecne w Polsce, a i zapowiedzi kataklizmu mamy przed oczyma. Bardzo chciałbym się mylić, ale wielkie obszary stale odwadnianych lasów i torfowisk, także olbrzymie powierzchnie rachitycznych sośnin jakie utrzymujemy w 2/3 Polski, to pierwsze miejsca, gdzie wystąpią pożary nowego typu. Mamy za sobą ich zwiastun w postaci olbrzymiego pożaru w Kuźni Raciborskiej i obecnego pożaru jaki właściwie mało kogo obchodzi. Także Puszcza Białowieska, została w sporej części doskonale przygotowana do wywołania pożarowej Bestii i miał tam miejsce masowy pojaw kornika… Kilka innych obszarów szykuje się do tej roli starannie i z dużym wysiłkiem ekonomicznym. Trudno jest pojąć ten rodzaj szaleństwa i braku wiedzy.

Dla tych, którzy zazwyczaj zwalają wszystko na „emocje” i „ekologiczną histerię”, a programowo nie wyciągają wniosków z tego co można zobaczyć i przeczytać, Struzik przytacza interesujący aspekt skutków nawalnych pożarów (nazywając je częścią nowego pożarowego paradygmatu) w postaci zauważalnej migracji poważnie zaniepokojonych ludzi. Od lat 90. XX wieku przewidujący mieszkańcy Kalifornii uciekają przed pożarami i przenoszą się na północ i w góry. Podaje się, że migracja ta osiąga już setki tysięcy osób, a to co działo się w Kalifornii w ubiegłym roku, potwierdziło słuszność ich decyzji. Najwyraźniej żarty się już skończyły.

IMG_1228

Reklamy

Skarbiec nasion: Svalbard Global Seed Vault

svalbard3Od czasu do czasu natrafić można na krótkie doniesienia o intrygującym projekcie polegającym na gromadzeniu i przechowywaniu nasion roślin uprawnych w spektakularnym obiekcie, zwanym Svalbard Global Seed Vault. Zazwyczaj informacje są krótkie, ogólnikowe i okraszone jedynie widoczkiem wejścia do SGSV, tym samym lub podobnym do tego nad wpisem. Intrygujące w projekcie jest wszystko… od wielowątkowej idei głównej, czyli próby przechowania nasion roślin użytkowych (próby obliczonej na setki lat i traktującej groźbę globalnej wojny atomowej bardzo poważnie), po światową kooperację dla ratowania zasobów, od których zależy przetrwanie ludzkości. Zasoby nasion ubożeją w zastraszającym tempie i są realnie zagrożone, o czym świadczy np. depozyt nasion z Syrii… Najważniejsze jest jednak sięgnięcie po proste, mądre i sprawdzone siły natury. Dobrze jest obudzić się z cyfrowego letargu na czas, bo wizualizacje nas nie nakarmią.

Projekt SGSV i jego realizacja jest dla mnie czymś w rodzaju hiper-permakulturowej matrycy o globalnym znaczeniu. Ważna dla mnie jest prosta – i jakże „skandynawska” w stylu – odpowiedź na jedną z wielu prób systemowego rozmycia permakulturowej rewolucji. To rozmycie polega na zamianie spójnego, systemowego, krytycznego wobec dominującego nurtu i ulotnych mód podejścia w przegląd starych i nowych technik ogrodniczych, spirali z kapusty i gadżetów, całej tej eko-konfekcji, która pozwala spać (nieco) spokojniej.

Bardzo się ucieszyłem, że ktoś tak kompetentny, jak legendarny Cary Fowler, nazywany „ojcem” SGSV, zdecydował się na opracowanie, napisanie i wydanie znakomitej książki o tym, czym jest Svalbard Global Seed Vault. Książka nosi tytuł SEEDS ON ICE Svalbard and The Global Seed Vault. Fowlera i jego pomysł na wyjątkowe wydawnictwo (książkę / album), wsparli: Mari Tefre – fotograficzka, aktorka, wokalistka i producentka filmowa (pełni rolę „nadwornej” dokumentalistki SGSV od 2007 roku, czyli od początku jego budowy!), fotografik Jim Richardson (National Geographic, Traveler, który prowadzi własną galerię Small World w Kansas, USA), oraz „ciężka jazda” w postaci Sir Petera Crane (o którym nawet nie zaczynam pisać, bo wszyscy, którzy wiedzą kim trzeba być, aby podpisywać się „president of Oak Spring Garden” … pojmują powagę sprawy). Wszystkie (!!!) fotografie z opisywanej książki są REWELACYJNE, ale Mari Tefre została moją faworytką i Jej foty w niezamierzony sposób (jedynie poprzez zestawienie z pozostałymi) pokazują wszystko to, czego nie lubię (ale doceniam) w stylu National Geographic.

Książka jest wydana ze swobodą, która rodzi się jedynie w tym mało znanym u nas przypadku, gdy autor, a nie wydawca rządzi jej kształtem. Opiszę tylko obwolutę, aby się nie pastwić bezproduktywnie nad tym, co nas otacza. Otóż obwoluta z tytułem i obowiązkowym widoczkiem Skarbca tylko pozornie powiela schemat wydawniczy… bo jest nieco ponad 2 cm krótsza niż twarda okładka książki z wyklejką pokazującą setki rozmaitych nasion… Efekt jest bardzo inspirujący… bo spod skał pokrytych lodem i śniegiem widać rozmaite nasiona. Już widzę jak  toczy się moja rozmowa z wydawcą o takiej „przykrótkiej” obwolucie… 🙂

svalbard4

svalbardbook1

Obwoluta i okładka, to tutaj jedynie smakowity i sensowny wstęp do całkowicie wizyjnej, mądrej i niezwykle inspirującej treści. Wliczając w to także znakomite pokazanie samego Svalbardu i warunków życia w najbliższej Skarbcowi stałej osadzie – Longyearbyen. Osada – sama w sobie niezwykle specyficzna, osobna, intrygująca pod wieloma względami – „zagrala” w pierwszej serii mocnego serialu telewizyjnego, Fortitutde (2013-2015), traktującej o przedziwnych wypadkach, jakie miały miejsce po uwolnieniu mrocznej epidemii z lodów Svalbardu…

Skarbiec został wykuty w litej skale pokrytej lodem w 2008 roku, a uzyskany tą metodą tunel ma 130  m długości. Jak zaznacza Autor, to nie jest laboratorium, to goły, suchy, zimny, chroniący przed wpływami z zewnątrz skarbiec. Tu warto byłoby chyba użyć innego znaczenia słowa „vault”: skarbiec, ale także krypta… To ważna definicja, bo koncepcja SGSV nie odpowiada instalacjom o nazwie zbiorczej w jęz. angielskim phytotron (specjalne komory do badania wpływu na rośliny czynników takich jak tempertura, wilgotność itd. itd., a dzisiaj komercyjne instalacje do mnożenia wszystkiego), ale także nie jest tym samym, co np. Bank Nasion i Tkanek w Powsinie. Dlatego napisałem wcześniej o jego znaczeniu jako „hiper-permakultury”.

Lekceważenie ruchów opartych o permakulturę i budowanie całkiem nowych sposobów na życie z Ziemią (a nie na Ziemi, jakbyśmy tu wylądowali miesiąc temu i „musieli” zrabować jeszcze trochę, bo zaraz odlatujemy…), polega na rozmaitych zabiegach. Jednym z nich jest „oswajanie” mocnych przekazów… bo z popularnych notatek nie dowiecie się, że Skarbiec Nasion ma znaczenie, bo „te zasoby stoją pomiędzy nami, a katastroficznym głodem o niewyobrażalnej skali. Całkiem realnie, właśnie od nich zależy przetrwanie ludzi” (Jack Harlan). Dowiecie się raczej, że na Svalbardzie zbudowano Arkę Noego, co niby oznacza to samo, ale jednak jakże te przekazy się różnią! Inny fragment książki mówi, że: „Każdego dnia, więcej i więcej ludzi przenosi się do miast i szybko zapędza się w objęcia technologii, która stanowić zaczyna centralny element każdego aspektu codziennego życia. Bardzo łatwo przy tym zapomnieć o kilku fundamentach spajających nas wszystkich: podstawą ludzkości jest wymaganie żywności. Nie ma innych opcji wobec tej na pozór prostej ludzkiej potrzeby” …

Formalnie SGSV jest niekomercyjnym obiektem współpracy pomiędzy Royal Norwegian Ministry of Agriculture and Food, a Nordic Genetic Resource Center (Szwecja) i Global Crop Diversity Trust (Niemcy) i nie jest otwarty dla publiczności. Na jednej z fot w książce Fowler otwiera stalowe, oszronione drzwi do Skarbca, zwanego też „doomsday vault” … czyli „skarbcem (kryptą?) dnia sądu ostatecznego”!

Każdy, kto rozumie na czym polega permakultura, wie, że dywersyfikacja, różnorodność i rozproszenie zasobów jest prawdziwym i najprawdopodobniej najskuteczniejszym sposobem zabezpieczenia się przed tym, co szybko nadchodzi. Zmiany klimatu dotykają wszystkich, a korporacje ponadnarodowe z rozmysłem nas trują i ograniczają swobodny dostęp do normalnej żywności nazywanej „zdrową”, swobodnej uprawy roślin i zróżnicowania diet. Szokujące jest zapoznanie się z danymi o tym, jak wiele odmian roślin uprawnych już straciliśmy! Zestawienie przytoczone w książce daje do myślenia: np. przepadło 80,6 procent odmian pomidorów w latach od 1903 do 1983… marchwi ubyło nam 92, 7 procent (z 287 odmian w 1903 zostało 21 w 1983…), cebuli ubyło 94,1 procent (z 357 w 1903 do 21 w 1983…), itd. itd. (a może są tylko zaginione (?) i uprawiane w ukryciu, izolacji – oby…). Autor nie przytacza aktualnych danych i może to lepiej dla czytelników.

Zasoby nasion tradycyjnych odmian roślin uprawnych są w centrum zainteresowania wszystkich rozumnych społeczności lokalnych i dzieje się tu wiele dobrego. Zaczynają się też i procesy sądowe o prawa autorskie dotyczące nasion… to jest logika korporacji  – do czasu gdy zdolni prawnicy społeczności jednej z First Nations wytoczą taki proces samej korporacji, tej czy innej, która przywłaszczyła sobie ich tradycyjne zasoby. Wszystko to, co obecnie najdziwniejsze i najbardziej niebezpieczne przyszło wraz z przemysłowym rolnictwem, tym wymysłem demonów zachłanności.  Scenariusz jest już jasny: zubożenie listy roślin pokarmowych, ograniczenie obrotu nasionami poza kontrolą korporacji, patenty i prawa autorskie… sądy, a drukarnie palą się do druku dowolnej ilości nalepek „bio” i „organic”. To jak dodrukowywanie pieniędzy bez pokrycia. Smog i śmieci, wszelkie odpady toksyczne mogą uniemożliwić uprawę zdrowych roślin i „dzień sądu ostatecznego” osiągniemy szybciej, niż się to wydaje i to bez ingerencji sił nadprzyrodzonych.

Jeżeli brać projekt Svalbard Global Seed Vault za jeden z rozmaitych przejawów troski o przyszłość, który pokazuje realność zagrożenia swobodnego i zdrowego życia ludzi, to warto uważnie przeczytać książkę Fowlera i dobrze zapamiętać fotografie Mari Tefre!

Książka ma 161 stron, format 28 x 23, a tekst i fotografie są sobie równe, co do poziomu i wartości!

Wszystkie reprodukcje fragmentów fotografii pochodzą z opisywanej książki, za co bardzo przepraszam, ale wydawnictwo to uznałem za warte ryzyka i odstępstwa od moich zasad blogowania.

 

 

Pieniny etnobotanicznie – dwa miejsca!

czerwklaszmaj14.jpg

Jak to zwykle bywa, a wiem co mówię, dwie osoby na skutek splotu rozmaitych życiowych sytuacji zawiadomiły mnie, że nie mogą przyjechać na mój warsztat 1-5 maja 2019 roku. Tak więc jest szansa dla Tych z Was, którzy mają ochotę i czas aby trochę pospacerować po dzikich i tradycyjnych ścieżkach w słowackich Pieninach i na Zamagurzu. Program warsztatu i wiadomości ogólne o co w nim chodzi znajdziecie tu:

https://etnobotanicznie.pl/2019/01/28/warsztaty-spotkania-wycieczki-w-2019/

Pozostałe osoby z grupy, która zebrała się już w lutym, potwierdziły swój udział i jak obiecywałem, to będzie mała i sympatyczna ekipa. W sam raz na spotkania z ciekawymi roślinami i krajobrazem kulturowym, dobre jedzenie i wiele ciekawych słowackich specjalności. Oczywiście będzie i permakultura, bo wszystko oparte jest o nasze miejsce na Zamagurzu czyli Biotop Lechnica. Majowy czas, to także Wasz urlop i dobrze się składa, bo preferujemy w naszych zajęciach styl SLOW, o którym także porozmawiamy.

Jest jeszcze trochę czasu, ale zapraszam do szybkich (a także przemyślanych) decyzji! Dwa wolne miejsca (gdyby chodziło o rodzinę lub bliską sobie ekipę, to może być i trzy osoby) czekają! Piszcie na adres mailowy: marek.styczynski@gmail.com

tarninasnow5

biotopnocaOmar