Miejskie Farmy w Londynie (2)

Większość ludzkości mieszka (żyje?) w miastach. Także w Polsce, ponad połowa ludności kraju mieszka w miastach. Tendencje te się utrzymują i pewnie można je uznać za stałe. Szczególnie, że cena ziemi, dostępność pracy i dominujący styl życia, wskazują na trudności jakie czekają ludzi, którzy postanowią iść w przeciwnym kierunku.                Tak więc, mieszkańcy miast mogą w miastach wegetować, albo miasta zmieniać w miejsca przyjazne, zdrowe i stabilne środowiskowo. Wielu wybiera to drugie rozwiązanie. Wielu zastanawia się jak to zrobić. Wielu to już robi ze sporym powodzeniem. Zawodowcy wiedzą jak zmieniać miasto, ale podstawą zmiany służącej społeczności jest aktywność mieszkańców miasta. Muszą oni dostrzegać całą paletę sensów, jakie są podstawą zajmowania się przekształcaniem miasta w dogodne miejsce do życia.

Może być tak:

AsiaPlacA

Może być też tak:

AsiaPalcB

Ale może być tak:

AsiaPlacC

Koncepcja miasta jako pewnego rodzaju nowej formy starego wzoru w postaci zamku, który jest obsługiwany przez okoliczne wsie i może liczyć jedynie na zapasy w kilku piwnicznych składach, jest od dawna nieaktualna. Nawet na dawnych zamkach wiedziano, że podstawą przetrwania w trudnych momentach jest posiadanie wewnątrz murów źródeł wody. Koncepcja ciasnego wprawdzie, ale intensywnie urządzonego zamku, otoczonego ekstensywnym, naturalnym zapleczem upadła, bo współczesny zamek-miasto,  jest tak duży, że pożarł i wchłonął już dużą część zaplecza. Koszty transportu żywności, wody i towarów do miast są tak wielkie, a sam transport, tak utrudniony, że miasto musi przejąć część funkcji dawnego zaplecza. To z tego źrodła biorą się eksperymenty z wertykalnymi ogrodami hydroponicznymi w olbrzymich miastach… bardzo wątpliwe rozwiązania i niezwykle podatne na manipulacje.

Mieszkańcy miast potrzebują kontaktu z przyrodą, bo dłuższe pozbawienie go, prowadzi do poczucia życia w obozie pracy, w łagrze, co kończy się depresją i śmiercią. Miasto potrzebuje także przestrzeni, która jest równie potrzebna wszystkim mieszkańcom, niezależnie od ich pochodzenia i kultury, aby w tej przestrzeni praktykować rozmaite formy współpracy, formy nie wymuszone i dające duże poczucie bezpieczeństwa. Miejskie współzawodnictwo musi być zrównoważone przez miejską, swobodną współpracę. Uczenie się współpracy to wysiłek, który znacznie łatwiej z siebie wydobyć w bezpiecznym, przyjaznym i naturalnym otoczeniu. Miejska przestrzeń przyrody jest pewnego rodzaju azylem, obszarem poza twardą grą o utrzymanie, godność i odrębność kulturową. Ludzie nie są jednowymiarowi. W wielkich miastach żyją obok siebie ludzie z rozmaitych części świata i potrzebują pełnej bioróżnorodności, wiele jej elementów może być wprowadzana przez samych ludzi, o ile znajdą na to miejsce i mądre wsparcie.

Teraz cytat, dość długi i jednocześnie zagadka, polegająca na tym, aby określić z jakich lat (chociaż dekad?) pochodzi? Cytat ten, to w dalszym ciągu także podanie powodów, dla których ludzie szukają możliwości pogodzenia silnej potrzeby kontaktu z organicznym środowiskiem z technicznym i sztucznym, ale niezwykle sprawnym i wygodnym miastem.

” /…/ po raz pierwszy w historii ludzkości pojawił się kryzys o zasięgu ogólnoświatowym, obejmujący zarówno kraje rozwinięte, jak i rozwijające się – kryzys dotyczący stosunku człowieka do środowiska. Oznaki zapowiadające ten kryzys widoczne były już od dawna: eksplozja demograficzna, niedostateczna integracja niezmiernie rozwiniętej techniki z wymogami środowisk, wyniszczanie ziem uprawnych, bezplanowy rozwój stref miejskich, zmniejszanie się wolnych terenów i co raz większe niebezpieczeństwo wyginięcia wielu form życia zwierzęcego i roślinnego. Nie ulega wątpliwości, że jeśli proces ten będzie kontynuowany, przyszłe życie na Ziemi może zostać zagrożone. Jest więc sprawą palącą rozpatrzenie problemów zagrożenia środowiska umożliwiającego człowiekowi realizowanie jego najwyższych aspiracji oraz podjęcie koniecznych kroków dla zapobieżenia temu niebezpieczeństwu”. /…/

Nie, nie, to nie objawienie ze „szczytu klimatycznego” w Katowicach z grudnia 2018 roku… to fragment raportu Sekretarza Generalnego ONZ, U Thanta, opublikowanego 26 maja 1969 r. ! Taka wiedza dostępna była blisko 50 lat temu i część ludzi w tamtym czasie potraktowała ją poważnie i zabrała się do roboty. Niestety, inna część ludzi postanowiła tę wiedzę zignorować i zagrabić dla siebie możliwie szybko, co się da. Nauka, umiejętności, wytrwałość, odpowiedzialność i realizacja wizji służących życiu, są znacznie trudniejsze i – jak dotąd – znacznie mniej atrakcyjne, niż upraszczanie sobie życia, praktykowanie egocentryzmu na wszelkie możliwe sposoby i pogardzanie innymi, w tym głównym „innym”, którym jest przyroda: żywy krajobraz, rośliny i zwierzęta, a także „obcy” ludzie. I tak nam minęło pół wieku… aż nadeszło, to czego się od dawna spodziewano. Warto też wiedzieć, że stan wojenny, stan po klęsce żywiołowej itp. stany wyjątkowe, są obecnie wywoływane specjalnie po to, aby sprawniej i skuteczniej kontrolować społeczeństwem i zarządzać kryzysem w kierunku jaki służy skorumpowanym przez ponadnarodowe koncerny „elitom”. Dlatego zdecydowanie się nie zgadzam na zarzuty, że nie czas na „zajmowanie się ogródkiem” (bo taka jest wiedza wielu o ruchu permakultury) i pora wyjść na ulice. Zarządzający robią wszystko, aby ludzie wyszli na ulice. Nie spodziewajcie się jakiś znaków typu dęcie w trąby lub specjalne iluminacje, które oznajmią, że to teraz…już żyjemy po końcu świata i tak zostanie, o ile nie zabierzemy się za „ogródki”.

Nie ma na co czekać i musimy zacząć liczyć na siebie. W Londynie byli ludzie, którzy zaczęli zmieniać miasto poprzez tworzenie zielonych, swobodnych enklaw, które musieli dosłownie wywalczyć i zrobili to już kilkadziesiąt lat temu. Nazwano te enklawy Miejskimi Gospodarstwami (City Farm). Zobaczcie w internecie czym są dzisiaj! Filmiki jakie nakręciłem w listopadzie 2018 pochodzą z trzech farm:

HACKNEY City Farm (rok założenia 1984)

SPITALFIELDS City Farm (rok założenia 1978)

STEPNEY City Farm (rok założenia 1979)

Miejskie Farmy, to miejsce gdzie ujawniają się rozmaite talenty i pragnienia…

Polecam gorąco przestudiowanie informacji na temat Gandhi Chaplin Memorial Garden, to jeden z nowszych parków (system tzw. „pocket parks„, które tak nas zachwycały kiedyś w Nowym Jorku) o niezwykłym przesłaniu, zbudowany w ramach Breathing London project oraz realizowany nieomal na naszych oczach Park i Meath Garden.

Największym londyńskim projektem, który formalnie zostanie ogłoszony w 2019 roku jest powołanie do życia pierwszego na świecie PARKU NARODOWEGO MIASTO LONDYN.

http://www.nationalparkcity.london/get-more-involved/get-more-involved-2/future-national-park-cities

Bardzo ciekawym stylem pracy może się pochwalić: Core Landscapes

Z kilku lat naszych obserwacji, rozmów i pysznych śniadań, wynika spisany niżej zestaw zasad, jakimi kierują się londyńskie gospodarstwa miejskie. Zasady te tłumaczą także, dlaczego polskich ogródków działkowych nie można uznać za pionierskie ogrody społecznościowe.

ZASADY na jakich zbudowane jest działanie GOSPODARSTW MIEJSKICH w Londynie:

– wstęp dla wszystkich jest bezpłatny przez 6 dni w tygodniu, jeden dzień zazwyczaj jest dniem wewnętrznym (poniedziałek),

– stosowana jest uprawa ziemi metodami organicznymi (bez chemii) plus hodowla zwierząt, pokazywany jest obieg energetyczny, bywa, że gospodarstwa odpowiadają na życzenia lokalnej społeczności co do zestawu upraw i hodowli, farmy są specyficzną, miejską permakulturą, wykorzystywane są proste środki i materiały z odzysku,

– w gospodarstwach dostępny jest stale bogaty program zajęć i współuczestnictwa dla wszystkich grup wiekowych, zwłaszcza dla dzieci i seniorów, a także całych rodzin,

– ważna jest realna produkcja żywności i włączenie jej w organizację stołówki (śniadania, lunch itd.),

– warunkiem działania jest niedochodowość, ale jednocześnie czynne szukanie wsparcia, prowadzenie sprzedaży nadwyżek żywności, ziół, sadzonek, nasion, mięsa itd. jako forma samofinansowania, miasto nie dotuje pracowników gospodarstwa, ale pomaga w szukaniu wsparcia, przygotowywaniu projektów grantowych itp.,

– w gospodarstwach jest obecny duch współpracy z podobnymi miejscami i przedsięwzięciami (festiwale, pokazy, wykłady, warsztaty itd.),

– gospodarstwa realizują stałe programy o charakterze integracyjnym (osoby i społeczności o rozmaitym pochodzeniu kulturowym, ale także osoby samotne, zagubione, seniorzy, dzieci) i dydaktycznym (ekologiczne zasady uprawy roślin i hodowli zwierząt: odpowiedzialność, prawdziwe potrzeby, permakultura, zdrowa produkcja rolna, metody relaksacji w kontakcie z przyrodą, praca w grupie jako wartość i umiejętność podstawowa, wolontariat, organizacja pracy, wydawnictwa),

– istnieje stała współpraca i kontakt z władzami miasta (ziemia jest „wypożyczona” od miasta, pod warunkiem spełniania funkcji społecznych farm), a są to tereny o wysokiej wartości rynkowej,

Poza City Farms, w Londynie jest obecne całe spektrum działań pokrewnych, większych (miejski park narodowy, projekty kieszonkowych parków itp.) i mniejszych, jak zagospodarowywanie drobnych powierzchni osiedlowych (zobaczcie wyżej zamieszczone fotografie), lokalizowanie pasiek na terenie starych, zabytkowych cmentarzy itp., a pośród nich jest wspólne zarządzanie i kształtowanie istniejącymi parkami miejskimi. Doskonałym przykładem jest historia Meath Garden w Londynie, która działa się nieomal na naszych oczach i dosłownie w ostatnich dniach miała kolejne odsłony w postaci pracy i celebracji. Sposób postępowania jaki możemy w syntetyczny sposób przedstawić, jest następujący:

1/ jest takie miejsce… pierwszy krok, to zobaczyć, że może być czymś więcej niż zazielenioną luką w zabudowie, że ma swoją fascynującą historię, że jest to miejsce ważne dla wielu ludzi, czasem ludzi z innych kontynentów…

AsiaPark

2/ drugi krok, pomyśleć i zaplanować … a z roboczym planem odwiedzić „wszystkich świętych” i zaangażować się osobiście,

AsiaParkPlan

3/ trzeci krok, albo raczej początek wielu kroków… to zrobić coś z innymi i to w realu!

AsiaParkNarz

AsiaEkipaPark2

AsiaParkZywop

Trudno uwierzyć, ale podczas akcji zorganizowanej przez miejscową społeczność i wspartej przez Miasto Londyn wysadzono: 10 000 (dziesięć tysięcy!) cebul roślin kwiatowych: głównie hiacyntowca zwanego w UK bluebell oraz hiacyntów, drzewa i krzewy, przebudowano (na powyższej fotografii) część parku, która stwarzała pewnego rodzaju zagrożenie, co zgłosili okoliczni mieszkańcy. A sam Park, odkrył swoją fascynującą historię, którą tu tylko zasygnalizuję reprodukcją tablicy, jaka została umieszczona przy jednej z alejek:

tablicaAboryg

Temat miejskich gospodarstw jest fascynujący i niezwykle bogaty… bo w Londynie są pasieki na cmentarzach, bo wykorzystano gigantyczne środki na Park Olimpijski dla renaturalizacji wielkich obszarów zdewastowanych, bo Londyn ma sieć kanałów, które są szlakami transportowymi, miejscem do mieszkania i bogatymi korytarzami ekologicznymi w wielkim mieście, bo jest tu Królewski Ogród Botaniczny, bo …

Bardzo dziękuję za cierpliwość, nieugiętość i fantazję we wprowadzaniu mnie i AN w fascynujący świat organicznego Londynu, naszej niezrównanej Przyjaciółce – Asi Milewskiej!!! Także fotografie i inne materiały opublikowane w tym wpisie zostały udostępnione przez Asię! Joanna Milewska projektuje i realizuje przedsięwziecia z dziedziny rekultywacji terenów miejskich i terenów zieleni w Londynie, a w wolnych chwilach robi… to samo, regularnie podróżuje po Azji, czasem odwiedza także Biotop Lechnica.

Asiatree

Ten i poprzedni wpis dotyczy materiału jaki zaplanowałem do omówienia (z licznymi rozwinięciami 🙂 ) podczas otwartego spotkania w Księgarni/Kawiarni BONOBO w Krakowie w czwartek – 13 grudnia 2018 roku w ramach moich autorskich spotkań pt. Etnobotanika praktyczna Marka Styczyńskiego/ sezon 2018. Z oczywistych powodów w Bonobo będzie o wiele więcej informacji…

 

Reklamy

Masanobu Fukuoka i jego kule nasienne

Zimową porą jest nieco więcej czasu na przemyślenia i zaplanowanie działań. Warto w takim czasie poszperać za tzw. materiałami źródłowymi, czyli dowiedzieć się bezpośrednio od autorów o tym, co naprawdę mieli na myśli i jak naprawdę zrobili to czy tamto. To ważne aby sprawdzać źródła, bo żyjemy w gęstej zupie medialnych śmieci, odpadów lub fabrykowanych niby-informacji, testowania nowych mód, które pojawią się (lub nie) za jakiś czas. Fotografie i filmy pokazywane w internecie, a przedstawiające gęste od woreczków plastikowych, butelek i odpadków całe obszary oceanów, bardzo plastycznie i przekonywująco pokazują jak wygląda chlew medialny w jakim żyjemy. Do sprzedawania już nie wystarczą jedynie tanie i krótkotrwałe produkty, ale jeszcze dokładna wiedza o potencjalnych klientach, o rodzących się modach i upodobaniach, a także wiedza o zachowaniu się społeczności ludzi jako gatunku. Nikt się już nie kryje z zakusami na modelowanie postaw i podkręcanie nieprawdziwych potrzeb. Każde drgnienie społeczne jest przejmowane i obrabiane do sprzedaży lub manipulacji. Oczywiście, nie jest to sytuacja jakoś specjalnie nowa, nie opisana, zaskakująca czy trzymana w tajemnicy. Niektórzy mówią, że kupujemy to jak gęsi kluski tuczone przed świętami (oczywiście, to nie są święta dla gęsi)…

Jest jednak bardzo pocieszający mechanizm obronny! Wszystko, co opisałem działa bardzo dobrze i na dużych liczbach się sprawdza, ale prawdziwą zaporą jest konieczność wykonania czegoś naprawdę (w sensie zaangażowania intelektu, ale i czasu, środków, cierpliwości, zdolności manualnych, itd.) czyli wysiłku, rozumianego nie tylko jako napinanie mięśni. Jeżeli zaczniemy robić coś realnie, to zaraz w bonusie dostaniemy sporo wolnej przestrzeni wokół nas, Robiąc coś w realu mamy mniej na namiastkowe życie na fejsie, a setki naszych sieciowych przyjaciół z pewnością nie pospieszy nam z pomocą, co więcej, wielu się wykruszy wyczuwając słusznie, że sprawy mogą ich zmusić do wysiłku. Wysiłek nie jest modny (i nie będzie, chyba, że w popkulturowej wersji – wysiłeczek). Nawet życzliwi doradcy się wykruszają z czasem, bo jest tyle innych fantastycznych tematów, a nie jeden i ten sam całymi miesiącami, ba! latami.

W ramach stawiania tam mentalnej konfekcji unoszącej się grubą warstwą w sieci (nazywanej dawno temu: sieć społecznościowa, a obecnie spełniającej odwrotne cele) wypuszczę w świat (w ten zimowy i ciemny czas) kilka namiarów na źródła, może ktoś z Was zada sobie trud aby tam sięgnąć. Na początek kilka hitów ostatnich lat: guerrilla gardening, ogrody społecznościowe, farmy miejskie, parki miejskie o funkcjach społecznościowych.

Wszystko to postaram się przekazać podczas ostatniego spotkania w 2018 roku w Księgarni i Kawiarni Podróżniczej Bonobo w Krakowie, gdzie od kilku już lat wałkujemy tematy z zakresu: etnobotaniki, permakultury, partyzantki ogrodniczej, ogrodnictwa miejskiego i praktyk duchowych z udziałem roślin.

  1. Partyzantka ogrodnicza czyli guerrilla gardening. U podstaw wersji europejskiej jest bestsellerowa książka Richarda Reynoldsa pt. On Guerrilla Gardening. A handbook for gardening without boundaries z 2008 roku. Książka rozpaliła wiele umysłów, ale nigdy nie została przetłumaczona na język polski, w odróżnieniu od opowieści niemieckiego gajowego o tym co robi mama-drzewo, tata-drzewo i ich potomstwo w lesie połączonym ich głuchym telefonem. Książka jest bardzo ciekawa, bo Autor się naprawdę wysilił i zarówno tło (guerrilla to historyczna metoda walki słabszych z silniejszymi, tak skuteczna, że obecnie silniejsi stosują ją z powodzeniem do walki ze słabszymi, a mniej ich to kosztuje i są trudni do namierzenia…) jak i praktyki opisał znakomicie jak na mądrego praktyka przystało. Z całej książki w Polsce przyjęły się jedynie oderwane fragmenty, strawne dla mediów, a pośród nich tzw. bomby nasienne. W podrozdziale pt. Seed Bombs (s.140-143, z fotografiami) opisuje co i jak. Nasienne bomby w kontekście miejskiej walki partyzanckiej (chociaż ogrodniczej) zrobiły karierę. Wiele razy opowiadałem o tych bombach, mimo, że wyobrażenia o ich wytwarzaniu i zastosowaniu oraz skutkach bombardowania, była dość mizerne. Tak więc zamieszczam linki do podstawowych filmów o tzw. seed ball’s czyli kulach (nie bombach!) nasiennych, które wprowadził do swojego specyficznego (i fascynującego!) stylu ogrodnictwa Masanobu Fukuoma. Byłoby bardzo kształcące, aby poczytać nieco na temat tego pana, bo to co zostawił po sobie jest realną ścieżką w nurcie leczenia nas samych i środowisk w jakich żyjemy w zdrowiu i spokoju. Jest to postać słabo u nas znana i raczej niezbyt medialna w obecnych standardach. Pamiętajcie, że to nas skutecznie chroni przed zalewem konfekcji, a nawet przerywa błędne koło; konfekcja – konsumpcja – defekacja – konfekcja przykrojona do standardów defekacji – konsumpcja – defekacja…. Film pierwszy ma ponad 18 minut : Masanobu Fukuoka makes seed balls,  więc … wysiłek jest konieczny, drugi jest na miarę wysiłeczku https://www.youtube.com/watch?v=ibqOeKogiLU bo ma tylko 5 minut, ale doskonale pokazuje jak robi się (i po co!) nasienne kule gliniane!
  2. W następnym odcinku „źródeł” farmy miejskie w Londynie i ogrody społecznościowe.

NOHH i Cztery Zasady Zamieszkiwania

UncivilJa

W druku jest już nowy, trzeci numer (poprawiony) naszego zina The Diggers Morning, a w nim najważniejsza część manifestu UNCIVILISATION… czyli 8 zasad Acywilizacji. Jest to dzieło bardzo interesującego kolektywu, którego diagnozy i intuicje są mi bardzo bliskie. Tym razem, głównym tekstem jest opis 20. lat pracy naszego (z Anną Nacher) projektu Karpaty Magiczne: polecam go szczególnie młodym odkrywcom. Tekst jest o tym, jak wyglądała droga z Galerii Stary Dom do Biotopu Lechnica, a przecież rośliny w tej drodze miały wielkie znaczenie – stale nas uczyły i przywiodły ostatecznie do permakultury na Słowacji. Nasze ostatnie trzy płyty: Biotop, Throbbing Plants i Khemia zawdzięczają wiele tej przestrzeni, bliskości roślin, całego żywego otoczenia i ciężkiej pracy / współpracy ze środowiskiem, która leży u podstaw każdej poważnie traktowanej permakultury. Jesteśmy w Biotopie już piaty sezon i powoli zaczynamy formułować nasze wnioski, obserwacje, doświadczenia i intuicje w postaci opracowanych projektów. Nasze szuflady nie są puste…

Poniżej zamieszczam tekst zbudowany na bazie Czterech Zasad zamieszkiwania i systemu NOHH, jaki powoli tutaj realizujemy, z okazjonalną pomocą przyjaciół i współpracowników. Narodził się on z myślenia i rozmów o funkcji naszego domu – drewnianej spiskiej chałupy (drevenicy, modriny), który od początku naszej historii w Biotopie Lechnica miał spełniać specjalne funkcje i który wciąż jest  w trakcie remontu. Tekst jest wersją projektową i napisała go AN na podstawie swoich badań, doświadczeń, wiedzy i poszukiwań naukowych z wykorzystaniem mojego krótkiego ujęcia zasad, jakimi kierujemy się w projektowaniu i pracy z naszą drevenicą, a także bardzo obiecującej koncepcji NOHH.

drevenicaCover

————————————————————————————————–

Anna Nacher

(tekst powstał w ramach pracy nad słownikiem przyszłości – projekt dopiero się rozpoczął – za zaproszenie do współpracy dziękuję Iwonie Kurz).

O życiu na ruinach

Czym ma być myślenie o przyszłości? Projektowanie przyszłości to chyba za dużo, fantazjowanie o niej to za mało. Utopia nas nie ocali. Zbyt często wpisuje się w takie fantazjowanie, w którym sprawcza siła wyobraźni wypala się i zużywa w pozornym ruchu myśli i rzadko znajduje wystarczające pokłady cierpliwości, żeby podtrzymać konieczne rekurencje między umysłem a dłonią, modelem a szczegółem, teorią a praktyką, zmęczeniem a ekscytacją, ciepłą pryzmą kompostową[1] a chłodem gumowej rękawiczki, która komfortowo separuje nas od wilgotnego żywiołu o nieokreślonych granicach i teksturach. Rezygnacja z utopii nas nie ocali. Zbyt często zawęża horyzont tylko do spraw do załatwienia na teraz (a tych najpilniejszych nie brakuje nigdy) i nie pozwala szukać sojuszy, w których linie podziału są ruchome, kontekstowe i zawsze do podważenia.

Szukanie sojuszy zaczyna się zazwyczaj od diagnozy, ale niebagatelne są również słowniki, opowieści i obrazy – a także to, na ile są zdolne do generowania twórczych napięć i na ile jesteśmy gotowi wytrwać z problemem[2]. Przyglądać się cierpliwie, wytrwale i bez panicznej potrzeby „rozwiązania”, wygładzenia zmarszczek rzeczywistości w lęku przed anihilacją i uniweważnieniem naszych nadzwyczaj troskliwie hodowanych poglądów, oglądów i koncepcji. Nie, żeby ich nie mieć – już raczej mieć zawsze gotowość do tego, by zostały przerobione na humus. „My partner Rusten Hogness suggested compost instead of posthuman(ism), as well as humusities instead of humanities, and I jumped into that wormy pile.”[3] Tak może zaczynać się spekulatywna konfabulacja [4], która jest czymś więcej niż opowieścią snutą dla rozrywki przy takim czy innym świetle ogniska – elektronicznej powłoki emitującej chłodną niebieską poświatę czy gorącym żarze spalanych resztek świata. Ten świat wprawdzie się rozpadł, ale dostarczył także poręcznych i pożytecznych odpadów, które – choć być może toksyczne – dostarczają jednocześnie ciepła, światła i poczucia, że nie wszystko stracone. Taka opowieść wiąże ze sobą ulotne lub osadzone w materiale słowa i obrazy oraz cielesność, namacalność i nieoczekiwaną inteligencję rzeczy i organizmów, o których zwykliśmy sądzić, że „nie myślą”, a więc „nie są” i rzeczywiście, traciliśmy jej zazwyczaj z pola widzenia – dopóki nie upomniały się o uwagę stając na przeszkodzie świetnie zaplanowanym kalendarzom eksterminacji życia, atrakcyjne zapakowanym w chęć osiągania zysku, zabawienia się w tej nieustannej ucieczce od Realnego, zapomnienia w ekstazie, która nie przynosi ulgi i która nieodmiennie pozostawia swoich podróżnych z pustymi rękami i pustymi głowami.

Jak więc snuć tę konfabulatywną fikcję, tę pajęczą sieć[5], tę arachnéen[6], wszywającą się w szczeliny tego, co pozostało, co dane nam do dyspozycji (bywa, że w instytucjonalnej przemocy języka i hierarchii)? Z jakich składników spleść materialną metaforę[7], która na tyle nakłoni spektrum elektromagnetyczne, żeby zechciało być naszym sojusznikiem i przywiodło ku nam przyszłość, która dopiero się staje, która zawsze się staje, która bardziej się staje niż jest i w której ludzie, maszyny, rośliny, zwierzęta, mikroorganizmy i to wszystko, co pomiędzy nimi jest przestrzenią nieskończonej – ale wystarczająco produktywnej i płodnej – wymiany opowieści ?

Z wielu propozycji na początek proponuję takie oto: życie na ruinach[8], osady-jako-architektura-żywa-i-do-życia[9], matecznik-nie-tylko-ludzki (Not Only Human Habitat) (patrz Appendix poniżej)[10], konspiracje ludzko-roślinne[11], obiekty ponad-nami[12], technologię mieszańców[13], perspektywę transludzi[14].

Wszystkie one mają jedną wspólną cechę – oferują ruch ponad granicami i mają zdolność do rozmontowywania układów. Nie boją się resztek, odpadów, cząstkowych afiliacji, nieczystych sytuacji i podmiotów, które są wprawdzie efektem, ale są też odciskiem, naciskiem, dociskiem i grą w sprawczość o nieprzewidywalnych konsekwencjach.

TBC (zwłaszcza, że dopiero zaczęłam myśleć o sztuce, która już plecie tę pajęczą sieć za nas i dla nas – to będzie w kolejnej odsłonie)

Appendix:

 

Marek Styczyński

Matecznik-Nie-Tylko-Ludzki / Not-Only-Human-Habitat

https://biotoplechnica.eu/

https://www.facebook.com/biotoplechnica/

Cztery zasady radykalnego zamieszkiwania

w odniesieniu do drewnianego domu w Biotopie Lechnica

 

  1. Pozamaterialność

Dom / zamieszkiwanie posiada aspekt duchowy i pełni dostępne role społeczne – jest przestrzenią muzealną, biblioteczno-czytelniczą, wystawową, artystyczną, a także miejscem rezydencji artystycznej i naukowej.

  1. Koegzystencja.

Dom / zamieszkiwanie dostosowuje się do potrzeb pełnienia roli nowej (odludzkiej) niszy ekologicznej dla żywych elementów środowiska poza-ludzkiego i buduje Matecznik-Nie-Tylko-Ludzki (Not Only Human Habitat). Tworzy w ten sposób zasób wiedzy i umiejętności możliwy do inicjowania w innych miejscach jako – NOHH system. NOHH jest systemem otwartym, elastycznym, nakierowanym na uczenie się i wykraczającym poza rolę okazjonalnego schronienia. NOHH tworzy świadomie nowy efekt styku dla zainicjowania ekotonu z udziałem ludzi.

  1. Niezależność.

Dom / zamieszkiwanie jest sytuowane Poza Sieciami (off the grid) i/lub tworzy wraz z bioregionem alternatywne systemy mieszane, których celem jest maksymalna niezależność (od dominujących obiegów) energetyczna, żywnościowa, komunikacyjna i zamknięty obieg wody, a także możliwie pełny recycling odpadów. Bycie Poza Sieciami ma wymiar duchowy, akceptuje koncepcje acywilizacji i diagnozę mówiącą o „życiu na ruinach”, cechuje ją brak dogmatów i praca nad nowym językiem i praktykami uwzględniającymi koegzystencje z życiem poza-ludzkimi nie tylko ludzkim.

  1. Trwałość.

Dom / zamieszkiwanie jest remontowany, modyfikowany i utrzymywany w sposób, który jest dialogiem z jego tradycyjnym, bioregionalnym charakteru (bryłą, proporcją, kolorystyką, materiałami, sposobami konstrukcji i posadowienia), co nie wyklucza wykorzystania aktualnie dostępnych rozwiązań i materiałów, zapewniających długotrwałą ochronę. Preferuje się raczej naprawianie niż zamienianie na nowe. Nie oznacza to mechanicznego trzymania się wadliwych rozwiązań z przeszłości.

Dom jest częścią permakultury i stanowi wraz z bliskim otoczeniem jedną z jej podstawowych stref.

 

[1] D. Haraway, Staying with the Trouble. Making Kin in Chthulucene, Duke University Press, 2016.

[2] Jw.

[3] Jw.

[4] Trop Haraway rozwijany konsekwentnie od początku jej pracy, jedno z ujawnień: D. Haraway, SF: Science Fiction, Speculative Fabulation, String Figures, So Far https://adanewmedia.org/2013/11/issue3-haraway/ (moje własne z tymi tropami myślenia dotyczasowe rezonanse: A. Nacher Las – wspólnota sympoietyczna?, „Czas Kultury” 3/2017 (194))

[5] Trop swietnie rozpoznany w teorii feminsitycznej i często w niej powracający.

[6] Figura zaczerpnięta od Ferdynanda Deligny, twórczo rozwijana przez Anne Sauvagnargues (Artmachines. Deleuze, Guattari, Simondon. Trans. S. Verdeber and E.W. Holland, Edinburgh, Edinburgh University Press 2016), niebawem powinien ukazać się w Electronic Book Review mój tekst „In Praise of the (Post) Digital”, gdzie rozwijam wątek. Tytułem wyjaśnienia: „To Deligny Arachnean is the alternative network woven upon what already exists, like the spider’s net, imperceptible at the first glance and taking advantage of what is available at the moment, always impermanent and precarious, “a kind of resistance woven in response to and disappearing from along with a threat.”[6], “a network acts upon existing assemblages and plays with them.”

[7] Kwestia materialnej metafory – czyli semiotyczno-materialnej hybrydy pojawia się i u Haraway, i w nowym materializmie feministycznym, i – o czym niektórzy zapominają – u N. Katherine Hayles (np. w „Writing Machine”). Ten koncept jest bardzo obiecujący w splataniu nowej konfiguracji między tym, co wyobrażeniowe i symbolizacyjne a tym, co fizyczne, namacalne i „twarde” – w nowej konfiguracji, która wychodzi poza pułapki reprezentacjonizmu (tym pułapkom poświęciłam książkę „Media lokacyjne”). Dlaczego potrzebujemy tego konceptu? Żeby sensowniej snuć opowieści i żeby były to opowieści mocniej włączone w plan materialny i odczuwalny, żeby nie były zaledwie fantazjowaniem, ale wywołującą skutki w rzeczywistości obfitą pracą wyobraźni.

[8] Anne Tsing, The Mushroom at the End of the World: On the Possibility of Life in Capitalist Ruins, Princeton University Press, Princeton 2015.

[9] Zazwyczaj poajwia się w takim kontekście figura slumsów lub faveli – ja odwołuję się do osad romskich w Karpatach – np. na Słowacji – które mogą stać się cenną lekcją życia na ruinach i projektowania uwzgledniającego lokalne zasoby i możliwości. Chodzi także o zmianę optyki, w której Romowie są zawsze postrzegani jako problem (choć jest to problem bardzo, bardzo skomplikowany). W tej optyce to my, większościowi, jesteśmy problemem a „oni” mają nam do zaoferowania cenną lekcję, z której nie potrafimy skorzystać. Bazuję na kilku realizowanych projektów współpracy artystów z lokalną osadą romską, np. u przyjaciół z Perifernych Centier w małej wsi Dubravica na Słowacji. http://perifernecentra.com/

[10] To nasz z Markiem Styczyńskim projekt, realizowany w naszym gospodarstwie permakulturowym, który pełni funkcję terenowego laboratorium „innego” życia na ruinach kapitalizmu. Miejsce jest otwarte (w pewnych granicach wyznaczonych przez zasadę pracy dla dobra szerokiej wspólnoty oraz kultywowania czystego umysłu).

[11] Na bazie wystąpienia Natashy Myers na konferencji Green SLSAeu (Seeding Plant/People Conspiracies to Root into the Planthroposcene: Ten no-so-easy steps for growing livable worlds) https://green-slsa2018.ku.dk/keynote_speakers/

[12] Tak przekładam pojęcie hiperobiektów (hyperobjects) Tima Mortona. Timothy Morton, Hyperobjects. Philosophy and Ecology after the End of the World, University of Minnesota Press, Minneapolis 2013.

[13]  http://median.newmediacaucus.org/mestizo-technology-art-design-and-technoscience-in-latin-america/

[14] Na bazie wystąpienia Brigitte Luis Guillermo Baptiste (dyrektora/ki Alexander von Humboldt Biological Resources Research Institute Bogotá, osoby transpłciowej) Queering ecology in TransColombia na konferencji Green SLSAeu https://green-slsa2018.ku.dk/keynote_speakers/

——————————————————————————————————–

Tak to wygląda w postaci podstawowej. Do sieci NOHH mamy już pierwsze zgłoszenia i o tym będzie w następnym wpisie.

Grafiki wykonał Kuba Pieleszek (pierwszy, który zgłosił swój dom nad Wisłą do sieci systemu NOHH), a fotka z broszurką Uncivilisation jest autorstwa Michała Warkoczyńskiego-Prochownika, który także jest zainteresowany tego rodzaju podejściem do otoczenia (a nawet je od jakiegoś czasu realizuje). Oczywiście jest to tekst do dyskusji i rozwijania, ale tym się zajmujemy. Do encyklopedyzmu florystycznego i zielonego lajfstylu czasem powrócę, ale jestem przekonany, że współcześnie najważniejsze jest zajmowanie się siedliskami i prawdziwymi przyczynami złych relacji (czasem zabójczych dla przyrody) ludzi i żywego otoczenia.

Zin wspomniany na początku oraz tomik Anny Nacher z tekstami z płyt Throbbing Plants i Khemia (a rośliny są tam ważnymi postaciami) – będzie dostępny (poza Biotopem i naszymi koncertami i spotkaniami) jedynie na portalu Serpent.pl

Wszystkich, którzy już czekają na te wydawnictwa proszę o jeszcze trochę cierpliwości, bo musieliśmy całkowicie przerobić nasze wydawnictwa, które zilustrowali Kuba Pieleszek i Aneta Sitarz, Bogdan Kiwak i Marcin Sarota.

Rośliny w uprawie

gojnik18sam

Już początek czerwca, a wiosna upływa pod znakiem ciepła (a nawet gorąca, bo kilkakrotnie zanotowałem temperatury dzienne powyżej 30 stopni C w cieniu!) i suszy. Tym bardziej cieszą udane uprawy, zwłaszcza te kilkuletnie. Powyżej gojnik Sideritis scardica pochodzący z małej uprawy w Biotopie Lechnica, która w 2017 roku wyglądała tak:

gojnik2

Gojnik jest mi bliski, bo była to pierwsza roślina (po bzie czarnym), którą zająłem się w sposób systematyczny i doświadczalny. Oczywiście dzisiaj już wszyscy zainteresowani wiedzą, że jest wiele gatunków i kultywarów gojnika, ale o ile pamiętam 🙂 to 15 lat temu nie było to takie jasne. 🙂 Pierwszy zbiór z własnej uprawy miał miejsce ze cztery lata temu, ale była to uprawa balkonowa (trwała cztery sezony) w Krakowie. Pierwszy zbiór  ziela z tworzonego przez dwa lata mikro środowiska w górach, to zupełnie coś innego. Pewnie dlatego mam tyle radości. Jeszcze więcej radości dała nam degustacja naparu gojnika prosto z uprawy. Ten żywiczny posmak, który tak lubię, jest w świeżym zielu jeszcze mocniejszy!

gojnikBiot18

Szałwia lekarska Salvia officinalis rozrosła się pięknie i kwitnie rewelacyjnie, co zwabia setki błonkówek, a także fruczaki gołąbki Macroglossum stellatarum, pojawił się także zmrocznik pazik Deilephila porcellus. Szałwia na fotce ma trzy lata.

szałwia18

Nowym nabytkiem w Biotopowych środowiskach tundrowych (w budowie, a budowa to mozolna!) jest bagno grenlandzkie Ledum groenlandicum, fascynująca roślina ceniona przez Inuitów i z rozmaitymi zastosowaniami. Pech chciał, że posadziłem kilka roślin tej wiosny, niezwykle suchej i gorącej… rok wcześniej miała by mokro, zimno, a drobny deszczyk padający tygodniami przypominał by jej 🙂 o tundrze. Staram się jej pomóc, ale w Biotopie nie przekraczam pewnych brzegowych warunków, za którymi jest już sztuczna uprawa.

bagnoGR18

W innym miejscu, które pewnie pamiętają uczestnicy warsztatów z 2016 i 2017 roku, powoli ustalają się obiegi właściwe dla inicjalnego torfowiska górskiego o charakterze młaki. Bardzo ładnie zadomowiła się tam kępa delikatnych kosaćców Iris sp., ale jest kilka innych gatunków.

kosaciecsyb18

Po tym jak we wrześniu 2017 roku przymrozek zniszczył nam plon pomidorów, które z wielkim wysiłkiem uprawiałem w kilku najcieplejszych miejscach Biotopu, postanowiłem, że pomidory, papryki i kilka innych ciepłolubnych roślin będę w części podstawowej uprawiał w szklarence / folii. No i to była dobra decyzja, bo pierwszego pomidora zjedliśmy wczoraj, a to jeszcze pierwsza dekada czerwca! 🙂

pomidor18

Cały czas docierają do nas transporty interesujących roślin, przetworów i skał z Armenii. Tu na fotce zobaczycie fantastyczny smakołyk – zielone, młode orzechy włoskie (nazywane w Armenii „greckimi”) w słodkim syropie… 🙂 Miejcie oko na tego rodzaju oryginalne przetwory w swoich wakacyjnych podróżach!

orzechArmenia

Nabardziej zaskoczyła mnie tej wiosny bylica luizjańska Artemisia ludoviciana. W 2017 roku miałem kilkanaście sadzonek, które ładnie wyrosły, zakwitły i zanikły jesienią. Z tej kępy na wiosnę tego roku wyrósł prawdziwy las silnych roślin, a rozłogi (?) i korzenie przenoszą nowe rośliny bardzo daleko od miejsca gdzie się pierwotnie pojawiła. Kilka rdzennych plemion z Ameryki Północnej zna i stosuje tę roślinę i przyglądnę się jej w tym roku bliżej! 🙂

bylicaluizjan18

To jedynie część gatunków roślin w uprawie i pewnie powrócę jeszcze do tego przeglądu!

SHINRIN YOKU Japońska sztuka czerpania mocy z przyrody

shinrinBook

Z ciekawością rozpakowywałem przesyłkę z Wydawnictwa Znak bo wiedziałem już, że kryje interesującą książkę o bardzo mi bliskiej praktyce shinrin-yoku.

Od dłuższego czasu czytałem o niej i praktykowałem jej elementy sam lub z A., a nawet wybraliśmy wyjątkowo dogodny dla shinrin-yoku szlak leśny wokół naszego Biotopu Lechnica. Wstępnie testowaliśmy go także razem z uczestnikami moich warsztatów etnobotanicznych na słowackim Zamagurzu w 2015, 2016 i 2017 roku. Od początku mojego spotkania z shinrin-yoku przedkładałem określenie „zanurzanie się w lesie” niż „kąpiel w lesie”, bo lepiej oddaje istotę tej praktyki i nie pozostawia wyobrażenia, także nęcącego, wanny ustawionej w lesie, albo niektórych basenów termalnych usytuowanych pośród tatrzańskich lasów.

Opis metody i moje doświadczenia i źródła wiedzy o shinrin-yoku opisałem dość dokładnie trzy lata temu we wpisie : https://etnobotanicznie.pl/2015/04/28/shinrin-yoku-leczenie-lasem/ co czyni mnie pionierem 🙂 wobec książki Garci i Mirallesa wydanej w 2018 roku. Pewnie dlatego polski Wydawca wysłał do mnie piękną książkę, za co bardzo dziękuję!

Ponieważ shinrin-yoku opisałem w dostępnym ciągle tekście na moim blogu to skupić się tu mogę wyłącznie na polskim wydaniu książki poczytnych Autorów – H. Garci i F. Mirallesa. Początkowo książka sprawia wrażenie dość przypadkowego zbioru wrażeń, wspomnień, opowieści i inspirujących Autorów cytatów, opisów postaci odległych (a jednak bliskich…) shinrin-yoku jak Thoreau, albo twórca neopoganizmu wicca. Jednak po tym pierwszym wrażeniu odkryłem, że układ książki i zawarte w niej przykłady, ulotne impresje i dalekie porównania są rzetelnie przemyślane i tworzą bestsellerową (zapewne), jakość.

Moje trudności w zakochaniu od pierwszego wrażenia, biorą się zapewne z poszukiwania czegoś poza emocjami, poza uniesieniami i poza apelami do porzucenia szkodliwych dla zdrowia praktyk na rzecz uzdrawiającego stylu życia jaki czeka tuż za rogatakami miasta. Autorzy podają poruszający przykład oferowania w jednym z japońskich miast, betonowych rur (o wymiarach 5 m długości i 2 m średnicy) jako ekonomicznych mieszkań i sugerują, że proste życie w lesie (we własnej skromnej chatce) byłoby zdrowsze. Wypominają 🙂 Thoreau, że nie zbudował swojej słynnej chaty nad stawem Walden własnoręcznie, a jedynie wyremontował istniejącą szopę, co ja zdecydowanie pochwalam w myśl hasla : recycling i restoring! W innych miejscach Autorzy ubolewają nad skutkami mieszkania, pracy i przebywania pośród wieżowców, ale opisują Tokio jako przykład równowagi uzyskiwanej poprzez pracę w wysokościowcach, a mieszkanie w domkach pośród zieleni na dalekich granicach miasta. Znam wielu autorów, którzy to zjawisko postrzegają odwrotnie i akcentują rozlewanie się suburbii, wytwarzanych przez wielkie organizmy miejskie na tereny rolnicze i cenne przyrodniczo. Czy to jest kwestia optyki? Nie całkiem jak przypuszczam, według mnie raczej taktyki, bo ludzie zazwyczaj wolą dobre wiadomości. Obawiam się, że przy liczbie ludności świata zbliżającej się już do 8 miliardów, będzie z każdym dniem trudniej utrzymać rownowagę pośród wieżowcow i znaleźć sobie domek pośród zieleni. Spieszcie się z tym, jeżeli tylko możecie! 🙂

Ucieszyło mnie, że Autorzy oparli swoją książkę na tym samym i jedynym źródle jakim ja sam dysponowałem w 2014 i 2015 roku, czyli inicjatywie japońskich lasów państwowych i badaniach Miyazaki Yoshifumi (którego książka o shinrin-joku jest już w zapowiedziach wydawniczych!). Nie są prawdziwe powtarzające się sugestie Autorów, że shinrin-yoku jest nowością (fakt, że Autorzy łagodzą to stwierdzenie dodając „dla zachodniego odbiorcy”), bo inicjatywa szefa lasów w Japonii ma 36 lat, a o fitoncydach rosyjski badacz B.P. Tokin (a poza nim Niłow i kilkoro innych) pisał jakieś 80 lat temu.

Niestety, podobnie jak w moich doświadczeniach z shinrin-yoku, które tak uwiodło niektórych uczestników warsztatów, że już po paru miesiącach ogłaszali własne zajęcia z leczenia lasem (ciśnie się tu słynne zawołanie : lekarzu, ulecz się sam! 🙂 ) tak i w omawianej książce nie napotykam właściwego zrozumienia czym jest dzisiaj fenomen shinri-yoku w Japonii. A nie są nim leczące ducha i ciało właściwości naturalnych lasów, znane od zawsze i praktykowane indywidualnie przez wszystkich poważnie starających się pracować ze swoją duchowością i zdrowiem ciała w tradycjach Azji, Afryki, Europy, Australii i Ameryk plus paru dużych wysp. Ten fenomen polega na tym, że w Japonii opracowano cały system leczenia lasem, poczynając od wyznaczenia specjalnych obszarów i rodzaju lasów, dostępnych i wygodnych ścieżek (co zakłada ich ochronę, pielęgnację i informację o nich), po prawny fakt możliwości wypisania swoistej „recepty” ( a w praktyce pokrycia kosztów skorzystania z systemu przez ubezpieczyciela pracowniczego). Garcia i Miralles odnotowują część działania tego systemu, ale skupiają się na odkrywaniu dawno odkrytego. Lasy na świecie pełne są frików, joginów, adeptów zen, taoistow, zwolenników ścieżki wicca, neodruidów i muzyków robiących sobie zdjecia, które mają sugerować głęboki wgląd w mroczną i dziką Naturę. Lasy w Polsce pełne są strażnikow leśnych, fotopułapek, nielegalnych urządzeń sportowych, niepotrzebnycb dróg, śmieci i złodziei drewna. Jaka szkoda, że poza Japonią w lasach nie ma lekarzy. To pewnie dlatego, że nie chodzi o zdrowie, a o sprzedaż możliwie dużej ilości leków. W tym kontekście jest jeszcze bardziej widoczna istota fenomenu japońskiego wydania shinrin-yoku, bo stanowi on badany, sprawdzalny, zalecany i skuteczny sposób profilaktyki i leczenia bez wciskania leków i zabiegów w prywatnych gabinetach. Dlatego nie sądzę, aby ta metoda się w Polsce przyjęła, a zważywszy na ubywanie względnie naturalnych lasów, to nawet gdyby kiedyś tak, to nie będzie gdzie jej praktykować w sposób właściwy. Shinrin-yoku pozostanie raczej w sferze wiedzy alternatywnej i indywidulanych praktyk wąskiego grona świadomych ludzi. I z tego powodu polecam wszystkim książkę Shinrin Yoku Japońska sztuka czerpania mocy z natury. Mimo niedoskonałości, jest poruszającym wezwaniem na ścieżkę świadomego życia, a tego nam bardzo potrzeba!

Książka ma 6 głównych rodziałów, ale wprowadzenie i epilog zasługuje na specjalną uwagę. Praktyczne wskazówki przydatne do wstępnego praktykowania shinrin-yoku zawiera podrozdział – Pięć kroków do shinrin-yoku.

Moim ulubionym od kilku dni cytatem,pochodzącym z omawianej książki, jest fragment wiersza Ruan Ji, taoistycznego poety z III wieku:

/ … / Ach, ci młodzieńcy z pustymi głowami, próżniacy, / niewolnicy mód i kaprysów, / ciągle szukający drogi na skróty, / co wiedzie ku uciechom, / Nikt nie chce wstawać wcześniej niż w pełnym słońcu / … /

P.S. Odcień zieleni z okładki książki jest w oryginale znacznie bardziej subtelny, nie udało mi się go należycie uchwycić, za co przepraszam Wydawce.

 

 

 

 

 

Skobelek

skobelszklarenka

Koniec kwietnia i maj, to decydujące miesiące w ogrodnictwie i nie ma co tracić czasu, bo kto nie sieje ten nie zbiera… Tegoroczny, bardzo długi weekend majowy w całości przeznaczyłem na prace w Biotopie Lechnica i zdałem sobie nagle sprawę, że po raz pierwszy od kilkunastu lat (!) nie prowadzę w tym czasie warsztatów terenowych. To było ciekawe uczucie i nie powiem, że mi się nie podobało. Inna rzecz, że mieliśmy trochę zapowiedzianych gości, a i najbliższy miesiąc, to bardzo interesujące spotkania. Podkreśliłem -zapowiedzianych – bo, tylko tak można nas zastać i mieć z nami jakiś czas na rozmowę i spotkanie. To nie jakieś wymysły i niegościnność, ale konieczność rozsądnego planowania czasu, energii i zaangażowania. Pamiętajcie, że prowadzimy intensywne życie zawodowe, często gdzieś lecimy lub jedziemy, gramy koncerty i nagrywamy płyty, a do tego piszemy sporo (teraz np. siedzę nad nową książką, bo Wydawca naciska na termin, a A. jest w samolocie do Danii, kilka godzin temu zarejestrowaliśmy kilkanaście minut nowej muzyki na płytę, a ja jutro wstaje o 5.05 rano i jadę w Beskid Sądecki do roboty….), a do tego remontujemy i budujemy permakulture leżącą o 150 km od naszego stałego miejsca zamieszkania… i to bez samochodu.  Proszę jednak, nie radźcie nam zwolnić, wyluzować i odpuścić. Cały ten kraj chyba zwolnił, odpuścił i wyluzował jeszcze w średniowieczu i do dzisiaj nie może się pozbierać bo luzuje, odpuszcza i zwalnia kiedy coś się zaczyna jako tako kleić, ale to nie musi dotyczyć wszystkich. A poza tym, czy jest przyjemnie stać pod zamkniętą bramką? Tak więc, nie ma warsztatów, ale są (bo były umówione) bardzo interesujace grupy i osoby, ciągle też istnieje mój telefon, adres mailowy i wszystkowidzący, ale nieco cieknący (bo ciągle mu coś „wycieka”) fejsbuk.

Tymczasem w Biotopie wiele roślin odsłania nam swoje sekrety, albo zwyczajnie zachwyca nas wiosennym wyglądem. Do odnotowania nadaje się przezimowanie w gruncie dwóch sadzonek mandragor Mandragora sp. ( a było około minus 20 stopni w zimie), pięknie rozrósł się zeszłoroczny różeniec górski Rhodiola rosea i zaskoczyła nas bylica luizjańska Artemisia ludoviciana, która w poprzednim roku była taka sobie, a teraz wypuściła ze dwie setki nowych pędów i rośnie bardzo szybko! Ta piękna bylica była/jest znana dobrze przynajmniej pięciu rdzennym plemionom w Ameryce Północnej, jako roślina o różnym zastosowaniu. Wielką przyjemność mam z małego poletka gojnika Sideritis scardica, który zawiązuje piękne kwiaty. Poletko posadzone w 2017 roku zostało całkowicie zatopione jesienią przy okazji nawałnic i już straciłem nadzieje na napar z własnego gojnika i sukces w jego karpackiej uprawie

Czasem podczas pracy w ogrodzie lub z kubkiem herbaty w ręku, zerkam na „naszą” lulecznice Scopolia carniolica, jest tej wiosny dwa razy bujniesza niż w zeszłym roku, a i kłokoczka południowa Staphylea pinnata pnie się w górę doskonale. Cieszy mnie bardzo nowość w Biotopie, czyli kilka sztuk bagna grenlandzkiego Ledum groenlandicum , które znane jest w tradycyjnej medycynie Inuitów. Nie wyliczam dalej, bo pewnie już jesteście przekonani, że wiosna 2018 jest udana, chciaż przypomina nieco lato około połowy lipca…

szklarenkaszkic

Pomocne w pracy ogrodowej jest (szczególnie w górach) ciepłe i jasne miejsce, osłonięte od wiatru i zabezpieczone przed ulewnym deszczem. Wczesną wiosną opracowałem szkicowy projekt, dokonałem pomiarów, przygotowałem miejsce, odwodnienie, wybrałem i kupiłem materiały, sprowadziłem je z Polski do Biotopu… i ruszyła budowa szklarenki, która w tym roku jest pokryta jedynie folią ze względów ekonomicznych. Budowa tej szklarenki jest dobrą ilustracją aktywności w Biotopie, bo finalna konstrukcja powstała z pomocą przyjaciół. Pierwszym i kluczowym dla tej nowej w Biotopie budowli był Artur, który jako doskonały fachowiec, poskręcał co miało być poskręcane, a wcześniej poucinał co miało być przycięte (i to na odcinki o właściwej długości!). Szklarenka jest dobudowana do ściany tzw. Dolnego Domu, tworzy jego ocieplenie na zimę, co sprawia, że naciąganie folii okazało się nie całkiem proste… Umówione posiłki w postaci dwóch rosłych kolegów nie nadeszły (nic tak dobrze nie chroni przed wielką falą odwiedzin jak ogłoszenie, że jest potrzebna pomoc…szczególnie pomoc w formie pracy fizycznej), ale jak to teraz bywa dość często, zamiast nich, drobna kobieta zajmująca się raczej lekkimi nasionami niż pracą na drabinach (i na pewnej wysokości) okazała się cierpliwa i skuteczna. Aga, Ania i ja, przy niemiłósiernie mocnym słońcu (zanotowałem 33 stopnie na termometrze umieszczonym w cieniu!), dokonaliśmy niemożliwego 🙂 i folia została naciągnięta na drewnianą konstrukcję. Tym aktem tworzenia, zakończyliśmy budowę zrębów jednego z kilkunastu cząstkowych projektów realizowanych w Biotopie : Ciepła Strona Dolnego Domu. Na ten ciąg rozmaitych mikrośrodowisk przy południowej ścianie domu składa się teraz : szklarenka, dwie grzędy suche i ciepłe (szałwia, mandragora, pokrzyk, donice z szarańczynem i wysadzony do gruntu laur, róża pienna, cytryniec chiński, akebia, a także belki i pnie oraz stosik pustych muszli ślimaków dla jaszczurek i błonkówek … a to jeszcze nie koniec.

Na drugi dzień rano, w miłym chłodzie poranka przykręciłem blaszane okucie i z pomocą starej, ale markowej maczety z Hiszpanii (! 🙂 tak!) wystrugałem skobelek i zabezpieczyłem drzwi szklarenki przed przypadkowym otwarciem. Tak się to robi.

 

 

 

Etnobotaniczny weekend marzeń!

lulecz18:2

lulecz18:3

Ostatni weekend (12-15.04.2018) w Biotopie Lechnica mogę zaliczyć do wyjątkowych dni, pełnych istotnych rozmów (istotne rozmowy to wymiana wiedzy, intuicji i energii o inspirującym znaczeniu dla rozmawiających), ale także pracy, a nawet znaczącego, botanicznego znaleziska. Rozmowy odbywały się w rozmaitych konfiguracjach, bo „jakoś tak się złożyło”, że odwiedziło nas aż siedmioro miłych osób!

Zaplanowana rozmowa (istotna) i dawno zapowiedziany gość specjalny to Kamila Piazza, artystka, która mieszka w Alpach (F) i zajmuje się głównie rzeźbą. Tematem rozmowy były drzewa, ale okazało się szybko, że istnieje wiele wspólnych obszarów zainteresowań i  …poszło! Do tych rozmów i pojawiających się inspiracji jeszcze pewnie wrócimy tu, lub na blogu Biotopu.

MyKamila18:1

Także z Francji przybyła do nas Ania, dobra dusza Biotopu, doradczyni, osoba, którą zawsze z uwagą słuchamy, bo wykazuje się rozsądkiem – w Polsce chyba nieco zapomnianym. Ania namówiła na wycieczkę do Biotopu mamę, a obie panie przywiozły znakomite domowe (i fachowe!) wypieki! 🙂 Inspirujące rozmowy nie wymagają wcale rezygnacji z dobrej kawy i czegoś do kawy… 🙂 Następni goście to Aga z mamą… aż z Mielca! Niespodziewane, acz doskonale znane w Biotopie osoby, relacjonowały nam swoje postępy w poszukiwaniu własnego miejsca w naszej okolicy… no i postępy są!

Rozmowy, szczególnie te istotne, nie wykluczają pracy (a nawet mam przekonanie, że wręcz rodzą się z pracy…) i wymienione wyżej osoby od niej nie stroniły, za co pięknie dziękujemy!

Równolegle do rozmów istotnych i odrobiny pracy, odbywała się praca i rozmowy istotne  🙂 za sprawą Nataszy, Artura i naszą. Z Nataszą przywieźliśmy w czwartek wieczorem kilkadziesiąt sadzonek drzew od naszych wspaniałych przyjaciół leśników Marty i Janka: graby, brzozy, lipy, świerki i jodły. W piątek do południa wszystkie sadzonki przeznaczone do Biotopu (bo podzieliliśmy się nimi z innymi ogrodnikami, a nawet partyzantami ogrodniczymi w Krakowie!) były już posadzone! Tym samym, dopełniłem tworzone od 2014 roku, dwie podstawowe biogrupy budujące przyszły „laso-ogród„. To ważne, bo trzeba lat, aby takie środowisko zaczęło dobrze funkcjonować, a jest ono dla mnie podstawą permakultury.

Praca w trio (Ania, Natasza i ja) szła nam tak dobrze, że posadziliśmy także kolekcje lilii (6 odmian) i wiele innych roślin. Odnotować muszę także zmiany w założonym w 2017 roku torfowisku, gdzie dosadziłem następną partię żurawin i bardzo piękną kępę bażyny.

Natasza solo, a za jakiś czas z moją pomocą, brawurowo potraktowała podziemne zasieki pokrzywy, która skutecznie tłumiła wszelkie moje uprawy „forest-gardeningowe” na tzw. „skarpie syberyjskiej”. Na koniec dnia, z pomocą Kamili, udało się to dzieło doprowadzić do znakomitego stanu, otwierającego nowy rozdział w tzw. „górnym ogrodzie” Biotopu.

Ten opis prac jest konieczny, bo etnobotanika i permakultura brana z wyobrażeń, nijak się ma do tego czego uczymy się działając w terenie, a zwłaszcza przy pracy w ogrodzie i w interiorze.Także sam proces uczenia się i rozumienia tego co robimy musi być oparty na pracy czyli udziale ciała.

Pierwsze dwie foty, to kolejne stadia rozwojowe „legendarnej” już lulecznicy z naszego ogrodu (legendarnej, bo utwór o Niej z z naszej płyty Throbbing Plants, wszedł na dobre do krwioobiegu muzycznego). Nie da się prześledzić szybko następującego cyklu rozwojowego lulecznicy, inaczej niż w będąc blisko tych roślin. Poza lulecznicą, naszym faworytem jest złoty korzeń / korzeń arktyczny Rhodiola rosea i on także pięknie się rozwija.

rhodiola18:1

Osobno muszę potraktować pracę jaką wykonał Artur, uczestnik moich warsztatów, a od roku stały współpracownik Biotopu. Artur fachowo zbudował podstawową konstrukcje szklarenki, spełniającej (w moim zamyśle) rolę ocieplenia ściany domu, miejsca do uprawy sadzonek i przechowywania niektórych roślin przez zimę. Szklarenkę zaprojektowałem późną jesienią i mieści się ona w szczegółowym projekcie o nazwie: Ciepła Strona Domu, do którego wrócę na tym blogu dość szybko, bo łączy wiele wątków: etnobotanicznych, bioregionalnych, wspierających dzikich mieszkańców Biotopu i testowanie prostych konstrukcji energetycznych.

Na przygotowanie podstawy pod drewnianą konstrukcję, musiałem poświęcić cały dzień, a Artur z minimalną pomocą, budował konstrukcje jeszcze pełne dwa dni. Doliczając zamawianie i transport drewnianych elementów oraz prace wykończeniowe i naciąganie folii, jakie jeszcze przed nami, to budowa tego typu obiektu trwa znacznie dłużej niż myślałem. Szklarenka, która w tym roku będzie pokryta jedynie folią, to konieczny krok (ale i kompromis) w stronę skutecznego ogrodnictwa w sytuacji krótkiego sezonu wegetacyjnego i długotrwałych okresów deszczowych.

Kluczem do dobrego samopoczucia, samonagrodzenia się za ciężką pracę 🙂 i zyskania warunków dla zobaczenia wielu interesujących roślin w czasie wiosennej wegetacji jest u nas tzw. spacer etnobotaniczny, który przeradza się w naszą specjalność czyli bio-flow. 🙂 Ze względu na drzewa – obszar zainteresowań Kamili, a także wielkie zasoby kwitnącej właśnie pierwiosnki lekarskiej jakie czekały w tej okolicy, wybraliśmy się na klasyczny już, kwietniowy spacer „na cisy”.

cis18:1

cis18:2

„Nasze” dzikie i stare cisy, rosną w naturalnym drzewostanie jodłowym (bo jest to gatunek, który preferuje zacienione piętro pod koronami wyższych drzew) i zajmują spory obszar na południowych stokach Pienińskiego Pasa Skałkowego nad wsią Kamienka (wieś leży przy drodze Stara Lubovnia – Czerwony Klasztor). Las ten jest rezerwatem, ale także nowym obszarem Natura 2000. W tym niezwykłym miejscu wznosi się kilka skał – ostańców wapiennych, a jedna z nich to wieżyca przypominająca Sokolicę w Pieninkach  nad Dunajcem… i to zarówno wysokością n.p.m. (ma około 830 m, a Sokolica 747 m, a najbliższe szczyty to: Watrisko 1015 m i Vysoka 1012 m) jak i wiekowymi sosnami porastającymi szczyt. Z roboczych oględzin (na szczyt tej wieżycy nie da się wejść bez asekuracji) wynika, że sosny te mogą mieć 300-500 lat!

Pod skałami spotkaliśmy wiele ciekawych roślin, ale wczesne formy ciemierzycy (CIEMIERZYCY) wydawały się nam szczególnie piękne.

ciemierz18:2

W drodze powrotnej ze spaceru, znalazłem to czego od lat szukałem… Tu jest konieczne aby przypomnieć zainteresowanym, że w słynnym zielniku (botanotece tzw. Brata Cypriana z Czerwonego Klasztoru gdzie mieszkał od 1756 do 1775 r.) znajduje się kwiat zimowita jesiennego z adnotacją, że znaleziony został … na wiosnę. Zauważyła to znawczyni pracy Brata Cypriana, ale głównie znakomita botaniczka – Zofia Radwańska-Paryska (1901-2001) i poszukiwała wiosennych kwiatów zimowita jesiennego w miejscach gdzie działał Cyprian. Nie udało się jednak tego dokonać. Oczywiście i ja, zainspirowany tymi informacjami, od wielu lat poszukiwałem tej wiosennej wersji tajemniczej rośliny jaką jest zimowit jesienny… i proszę, wczoraj ją znalazłem!

Zimowit jesienny Colchicum autumnale znany jest jako silnie trująca roślina o ukrytym trybie życia z kwitnieniem jesienią, a owocowaniem wiosną (!) i silnymi właściwościami (alkaloid kolchicyna!) mutagennymi. Pora kwitnienia i wygląd napotkanego wczoraj kwiatu wskazuje na to iż roślina wywołuje mutacje także we własnym organiźmie. Gdybyście myśleli, że opisuję jakieś nieistotne obecnie „ziółko” to przeczytajcie to doniesienie.

zimowit18wiosna

Bardzo proszę o wiadomość, gdyby były potwierdzone znaleziska wiosennego kwitnienia zimowita jesiennego z rejonu Pienin i okolic (Zamagurze, Tatry).

To był bardzo udany weekend, a znalezienie kwiatu zimowita wiosną i to dokładnie 15 kwietnia… uznałem za dobry omen i znaczący prezent z okazji moich urodzin. 🙂

Fotografie zawdzięczamy AN, fotkę z Kamilą zrobił Artur, Rhodioli ja.