Szafran dobry na jesień!

szafranTK

Od kilku lat intrygował mnie szafran uprawny i pozyskiwany z jego kwiatów specyfik roślinny o wielu zastosowaniach nazywany szafranem. Jest to znana od tzw. niepamiętnych czasów przyprawa, barwnik, ale i lek ziołowy o działaniu antydepresyjnym. Roślina ta stworzyła jeden z najciekawszych obszarów kulturowych i jest znakomitym tematem badań etnobotanicznych. Szafrany znamy (niby) dobrze, bo to przecież „nasz” krokus, zwiastun wiosny…ale nawet z nim jest kłopot, bo nie wiadomo czy to gatunek rodzimy czy zawleczony, mieszaniec… a jak tak, to pomiędzy jakimi gatunkami? Czy jest roślinnym bonusem migracji wołoskich na tereny Karpat? Jedno wiadomo z całą pewnością, kwitnie wiosną.

Szfran uprawny, dostarczający drogocennego surowca zielarskiego, którego cena dochodziła kiedyś do ceny złota, kwitnie jesienią. Tu zaczynają się schody, bo nasz symbol wiosny sprawił, że długie lata nie zauważano „jesiennych krokusów”, a czasem tylko przypominano, że w jesieni kwitną zimowity jesienne, a nie krokusy. Tymczasem jest inaczej i najcenniejszy dla ludzi krokus to także roślina jesieni.

Od chwili rozpoczęcia prac nad naszym ogrodem permakulturowym i kolekcją roślin w Biotopie Lechnica planowałem uprawę szafranu i rozglądałem się za odpowiednim materiałem w postaci bulwocebuli i miejsca do ich posadzenia. Jestem pod urokiem intensywnych upraw górskich szafranu w marokańskim Atlasie i na wzór stosowanych tam małych poletek otoczonych kamiennymi murkami w sierpniu tego roku przygotowałem podobne stanowisko. Nie udało mi się dotrzeć do najbliższych mi geograficznie upraw na Węgrzech ( pisałem o nich w Zielniku podróżnym na s.65-68 i tam odsyłam dla poszerzenia wiedzy), ale miałem nadzieję, że znajdę szafran podczas jesiennej, sycylisjkiej wyprawy do mandragor i udało się… Pierwsze bulwocebule kupiłem na specjalistycznym targu w Palermo i tam też oglądałem rozmaite zastosowania szfranu.

szafran

DSC_5535

DSC_5534

Bulwocebule szafranu uprawnego kupione w Palermo, szafran -surowiec zielarski z Palermo i ulotka plus opakowania ze specyfikami kosmetycznymi wytwarzanymi z szafranu przez specjalistyczną firmę.

Fot. M.Styczyński

Małe poletko wymaga przygotowania grubej warstwy bogatej w składniki gleby, bo szafran musi być sadzony głęboko i mieć warunki do szybkiego wzrostu, kwitnienia i rozmnażania się. Czym bardziej nawieziona gleba tym szafran mocniej się mnoży, a chodzi nam przecież o bardzo, bardzo wiele kwiatów dla pozyskiwania bardzo lekkiego surowca z ich wnętrza. Szkoła marokańska polega na zrywaniu całych kwiatów i oddzielanie surowca od płatkow w domu, tym bardziej jest potrzebne doskonałe stanowisko dla wytwarzania się nowych bulwocebuli, bo o nasionach musimy zapomnieć, gdyż gatunek ten ich prawdopodobnie nie wytwarza. Podbudowany pierwszym zakupem szafrana uprawnego dotarłem (nie bez trudu) do hurtowni, która zaoferowała mi opakowanie zawierające 100 bulwocebul i rzecz jasna, kupiłem je. Kłopot polegał na tym, że było już bardzo późno, bo sycylijski materiał posadziłem na początku października, ale te wspomniane sto szafranów dotarło do mnie dopiero pod koniec października… Posadziliśmy je jednak (dzięki pomocy Marcina i Ani) aby nie ryzykować przetrzymywania materiału przez długie miesiące, co prawie zawsze kończy się klęską. No i… „polski” materiał dał kilkadziesiąt kwiatów na początku grudnia, a sycylijski w tym czasie wypuścił dopiero pierwsze listki…

szafransadz

szafran

Pierwsze poletko szafranu uprawnego w Biotopie Lechnica i pierwszy kwiat z końca listopada 2015 roku. Fot. M.Styczyński

W czasie gdy pokazały się pierwsze kwiaty szafranu uprawnego w Biotopie, na Południe ruszył niestrudzony badacz Grecji i znakomity botanik, Tomek Kozłowski. No i bingo, trafił na zbiory szafranu!!! Z pierwszego pola pełnego szafranów przysłał mi entuzjastycznego esemesa, a ja, odpisując i dodając sił do eksploracji, zamówiłem natychmiast tekst i fotografie na etnobotanicznie.pl

Zanim jednak zagłębicie się w relacji Tomka, jeszcze tylko mini dodatek do moich opisów mandragory jesiennej z Sycylii. Zapowiadałem mandragorową bombę i są nawet dwie! Pierwszą bombową wiadomością jest mój kontakt z przemiłą ogrodniczką, która z powodzeniem uprawia i rozmnaża mandragorę (tę „wiosenną”) w naszym klimacie i jest pewien plan… o czym napiszę we właściwej chwili, a druga bomba, to zaplanowana już wiosenna wyprawa sycylijska… aby zobaczyć co dzieje się ze wspaniałą mandragorą jesienną … wiosną i czy dobrze owocuje?

Teraz już zapraszam do zapoznania się z relacją Tomka Kozłowskiego i do oglądania Jego świetnych fotografii. Mam nadzieję, że takim sporym materiałem przeproszę czekających już długo na nowości bloga etnobotanicznie.pl ?! Biotop Lechnica i prace jakie tam prowadzimy całkowicie zaskoczyły nas intensywnością, satysfakcją z pracy i inspiracjami. Ostatnie miesiące były także bardzo mocnym czasem ze względu na samodzielne wydanie (super DIY) naszej nowej muzyki w formie płyty winylowej i cd o tytule Biotop. Tytuły utworów i sfera w jakiej zakorzeniona jest muzyka na tej płycie, odpowiada budowie drzewa, alchemicznym specyfikom i słabo rozpoznanym zjawiskom postrzegania bez udziału oczu/wzroku… ale nie musicie tego badać aby słuchać muzyki z Biotopu.

W krainie szafranu

szafranpoleTK

Fot. 1 – Pole kwitnących szafranów pod miastem Kozani, Grecja

Tegoroczny jesienny wyjazd do Grecji zaplanowałem rozmyślnie na początek listopada, aby spróbować zdążyć na sławne „szafranowe żniwa”. O uprawach szafranu pod miastem Kozani w północnej części kraju (w prowincji Macedonia Zachodnia) czytałem od wielu lat a wizja ujrzenia kwitnących szafranowych pól, pobudzała moją wyobraźnię.

Spotkania z szafranem zaczęły się jednak niespodziewanie już wcześniej w tym roku i miały z początku wymiar…archeologiczny. Najpierw kwiaty szafranu znalazły się na jednym z fresków minojskich, podziwianych w kwietniu w Muzeum Archeologicznym w stolicy Krety, Heraklionie; we wrześniu pięknie oddany w swych detalach kwiat szafranu ukazał mi się z kolei na fragmencie fresku z XVII w. p.n.e. z Akrotiri, miasta zasypanego wulkanicznym popiołem na cykladzkiej wyspie Santorini (Thera). Istotnie szafran towarzyszył człowiekowi od niepamiętnych czasów. Sumerowie stosowali go już prawdopodobnie ponad 5000 lat temu, wymienia go słynny staroegipski papirus Ebersa, Fenicjanie składali go w darach ofiarowywanych swojej Królowej Niebios – bogini Astarte. Minojczycy uwieczniali kwiaty szafranu na freskach a w Grecji klasycznej roślinę wymieniali i opisywali, m.in. Homer, Teofrast, Ajschylos, Arystofanes czy Hipokrates. Szafran polubili też Rzymianie, stosować go miała również Kleopatra. Do Europy trafił w XI w., gdy Arabowie wprowadzili go na Półwysep Iberyjski, w XIII w. przybywał natomiast na nasz kontynent wraz z powracającymi ze Wschodu krzyżowcami.

fresk-kwiat szafranu-Santorini

Fot. 2 – Fresk z Akrotiri z kwiatem szafranu, Muzeum Archeologiczne w mieście Fira, Santorini

Szafran uprawny (Crocus sativus L.), blisko spokrewniony z dzikimi przedstawicielami rodzaju szafran (krokus) – Crocus sp., nie jest obecnie znany w stanie naturalnym, podobnie jak niemało innych roślin towarzyszących człowiekowi, pochodzących z Bliskiego oraz Środkowego Wschodu a także ze Śródziemnomorza. Prawdopodobnymi regionami jego pochodzenia są Persja, Azja Mniejsza czy basen Morza Egejskiego. Grecy mają na temat powstania tego kwiatu swoje bardziej poetyckie, mitologiczne wyjaśnienia. Narodziny kwiatu szafranu opisuje kilka mitów. Najpopularniejszy z nich przywołuje boga Hermesa, który ćwicząc rzut dyskiem ze swym przyjacielem Krokosem, niechcący trafił go i zabił. Pogrążony w smutku Hermes postanowił unieśmiertelnić przyjaciela, zamieniając jego ciało w piękny fioletowy kwiat (jego nazwa w języku greckim to do dziś „krokos”/κρόκος) a krew młodzieńca w żywoczerwone trójdzielne znamiona słupków (części znajdujące się w „sercu” kwiatu), stanowiące dziś cenną przyprawę. Inny mit twierdzi, że kwiat szafranu wyrósł z krwi cierpiącego w górach Kaukazu Prometeusza a wyciąg z kwiatu podarowała Argonautom czarodziejka z Kolchidy, Medea, co miało uchronić ich przed ognistym oddechem byków, które mieli ujarzmić w ramach prac zleconych przez króla Ajetesa – było to jednym z warunków otrzymania złotego runa.

Szafran kojarzy się nam obecnie z drogą przyprawą, jednak w starożytności jego sława wiązała się w pierwszej kolejności z właściwościami leczniczymi, olejek eteryczny z kwiatów stosowano też w produkcji pachnideł i kosmetyków. Już Hipokrates polecał szafran do pobudzania menstruacji, wykorzystywano także jego właściwości rozluźniające, rozkurczające, lekko ściągające czy przeciwzapalne. Autorzy starożytni zwracali jednak także uwagę na niebezpieczeństwa związane z pobudzającym działaniem szafranu po jego przedawkowaniu. Być może miało to wpływ na traktowanie szafranu jako jednej z roślin magicznych, która wymieniana była nawet pośród składników maści czarownic. Starożytni uważali go też za dobry środek na leczenie następstw nadmiernego spożycia alkoholu a Pliniusz Starszy zalecał spożycie szafranu przed wypiciem większej ilości wina. Ponadto szafran był uznanym kobiecym afrodyzjakiem. Starożytni Grecy wierzyli, że kwiat wyrastał w miejscach, w których Zeus uprawiał miłość z Herą a Rzymianie poświęcili go bogini Junonie – opiekunce życia kobiet, w tym tego zmysłowego. Wreszcie, szafranowy proszek, barwiący na żółto, był przez tysiąclecia cenionym barwnikiem naturalnym. Jak podawał Pindar, szafranem miały być barwione już pieluszki maleńkiego Heraklesa; od niepamiętnych czasów szafranowe szaty symbolizowały mądrość i dostojeństwo, nic dziwnego, że nosili je też, m.in. mnisi buddyjscy.

szafranTK

Fot. 3 – Kwiaty szafranu uprawnego

Od wieków szafran kojarzy się jednak przede wszystkim ze swego zastosowania w sztuce kulinarnej, jako wykwintna przyprawa, nieodzowny składnik hiszpańskiej paelli, francuskiej zupy rybnej bouillabaisse, włoskiego risotto czy żydowskiego chleba challah. Szafran jest najdroższą przyprawą świata ze względu na pracochłonny proces pozyskiwania i suszenia znamion słupków z jego kwiatów. Szacuje się, że na kilogram przyprawy potrzeba od 120 do 150 tysięcy kwiatów, w zależności od wielkości ich znamion, oraz około 400 godzin pracy. Wysoka cena szafranu prowadziła do wielu prób jego sfałszowania. W Średniowieczu skala procederu była tak znacząca, że np. miasto Norymberga wprowadziło kontrolę autentyczności przyprawy a fałszerzy szafranu czekała surowa kara. W XV w. jednego z nich spalono na stosie, innego zakopano żywcem. Liczne zastosowania szafranu i duże zapotrzebowanie na tę roślinę od tysiącleci, sprawiły, że jej tradycyjne uprawy – zapoczątkowane w systematyczny sposób prawdopodobnie w Grecji – rozciągają się od Kaszmiru po Półwysep Iberyjski. W Europie najważniejsze centra upraw znajdują się w Hiszpanii, Włoszech czy Grecji.

Szafran jest rośliną stosunkowo wymagającą a jego uprawa udaje się najlepiej w miejscach o określonym klimacie: gorącym latem i chłodnym zimą. Gatunek ten nie wydaje nasion, sadzi się więc (na głębokości ok. 20 cm) jego bulwocebule (roślinę rozmnaża się wyłącznie wegetatywnie – stare „bulwki” wytwarzają nowe). Gleba musi być odpowiednio sucha, gdyż bulwocebulom szkodzą grzyby rozwijające się w wilgoci. Pora kwitnienia to czas zbioru znamion, okres wymagający sprawnego działania i skierowania na pola wielu osób: przyszłą przyprawę należy zbierać szybko po rozwinięciu się kwiatów, gdyż po ich dojrzeniu słupki usychają, tracąc swoje cenne właściwości.

W Grecji jedyne, za to bardzo sławne centrum upraw szafranu, znajduje się w prefekturze miasta Kozani, w rejonie wsi o nazwie… Krokos. W czasach Imperium Osmańskiego miasto Kozani znajdowało się na ważnych szlakach handlowych a przedstawiciele tamtejszych bogatych rodów podróżowali po Europie. Szafran przywieźli w rodzinne okolice około 300 lat temu z Austrii, rozpoczynając jego uprawę. Klimat regionu okazał się bardzo sprzyjający i dziś areał upraw to około 300 ha, co przekłada się na produkcję niemal 3 ton przyprawy rocznie. Gdy przyjechaliśmy pod Kozani, powiedziano nam, że powierzchnia obsadzona szafranem nawet zwiększa się w ostatnich latach, co wiąże się z poszukiwaniem nowych źródeł zarobkowania w ogarniętym kryzysem ekonomicznym kraju. Trafiliśmy na szczyt zbiorów: na wielu polach stały z koszami grupki ludzi, charakterystycznie pochylonych nad kwitnącymi „dywanami” fioletowych kwiatów. Jak żmudna i wymagająca to praca, przekonaliśmy się sami, próbując własnych sił w zbiorach. Zadania nie ułatwia także pogoda. „Szafranowe żniwa” zaczynają się w Grecji w II połowie października, gdy nad okolicą przechodzą już dość liczne deszcze a poranki, gdy najlepiej zbierać znamiona, są na płaskowyżu zwykle zimne i niekiedy mgliste. Gdy dotarliśmy na miejsce rano, było zaledwie 6 stopni i wiał przenikliwy wiatr. Rząd zbieraczy przesuwa się zwartym szykiem wzdłuż pola a za nimi pozostają już tylko sterty odrzuconych, pięknych, ale bezwartościowych płatków. Zebrane słupki ze znamionami przenosi się w koszach do suszarni. Odwiedziliśmy jedną z nich. Pan Jorgos, który zapoczątkował swoją uprawę szafranu w latach 90., pokazał nam zaprojektowane przez siebie maszyny, służące w do oddzielania znamion od różnego rodzaju zanieczyszczeń oraz do efektywnego suszenia przyprawy. W suszarni panował bardzo intensywny słodki zapach szafranu, tak silny, że pozostawał na ubraniach do następnego dnia. – Proszę, to dla Was. Posadźcie sobie szafran i Wy – roześmiał się pan Jorgos, ofiarowując nam w prezencie kilka bulwocebul tej niezwykłej rośliny.

szafranzbioryTK

Fot. 4 – Zbiory szafranu pod miastem Kozani

Po zbiorach przyszedł czas na kawę w mieście. Na jednej z kawiarń w Kozani spostrzegłem plakat reklamujący sprzedawany na miejscu szafran i jego produkty. Większość wytwarzanej w okolicy przyprawy trafia na eksport, łatwo kupić ją jednak także w oznaczonych napisem „Krokos Kozanis” pudełkach, sprzedawanych w sklepach na wielu greckich lotniskach. Jeśli wybieracie się zatem do Grecji na wakacje, być może szafran stanie się nieznaną Wam wcześniej a oryginalną i wartościową pamiątką z tego kraju.

Tomasz Kozłowski,

biolog, etnobotanik, etnomuzykolog, popularyzator kultury greckiej, m.in. w ramach działalności Towarzystwa Przyjaciół Grecji

kontakt: tomaszkozlowski1@gmail.com

*** Serdecznie dziękuję Barbarze Bitounis z Metsova za pomoc w zorganizowaniu wyprawy na „szafranowe żniwa”

szafransuszarniaTKFot. 5 Suszące się „nitki” znamion z szafranowych kwiatów – po wysuszeniu i oczyszczeniu stanowić będą właściwą przyprawę

UWAGA: bardzo cieszę się z wykorzystywania treści jakie publikuję na moim blogu, ale przypominam, że umieszczanie ich we własnych opracowaniach bez zaznaczenia cytatu i podania w przypisie źrodła, autora i daty odsłony jest zwykłą kradzieżą i podpada pod plagiat. Będzie mi miło razem budować zasoby wiedzy o roślinach i w przyszłości powoływać się na Wasze dokonania! Profesorowie, dziennikarze, studenci – Was to także dotyczy!

 

 

 

 

 

 

 

 

Zioła z Pamiru, cz. 2

pamirmorwa1

W pudle ze zbiorami z Pamiru (z obszaru leżącego w Tadżykistanie), jakie podarowała Biotopowi Lechnica Asia Milewska, znalazłem coś nie przypominającego rośliny, a raczej kawał jakiegoś minerału…?! Kremowa buła wielkości pięści okazała się być bryłą uformowaną z mąki… otrzymanej z wysuszonych i zmielonych owocostanów morwy białej! Tu należy się kilka słów o samej morwie (Morus sp.), bo jest z nią (z nimi) pewien kłopot. Morwa biała (Morus alba), którą znamy z nasadzeń sztucznych w Polsce pochodzi z Azji (wymienia się Chiny jako region pochodzenia, ale co to oznacza dokładnie?) i czasem sieje się i rośnie w cieplejszych miejscach Europy. Znamy jej owocostany traktowane jako pojedyncze owoce, wiemy coś niecoś o jedwabnikach, które żywią się w stanie larwalnym liśćmi tego drzewa i to tyle? W Polsce jada się czasem owocostany morwy, ale nie słyszałem aby produkowano z nich jakieś przetwory, a o znakomitych właściwościach liści raczej wiedzą tylko najbardziej zainteresowani. Przy tak wielkiej ilości diabetyków może warto byłoby spopularyzować morwę mocniej. Poza owocami i liśćmi (jako lekarstwo i pokarm dla gąsienic jedwabnika w naturalnym cyklu uzyskiwania jedwabiu) także i drewno jest cenione jako interesujący materiał do wyrobu mebli i drobnych przedmotów domowych i ozdobnych. Warto wiedzieć, że owocostany morwy białej mogą być różowe, bordowe, a nawet prawie czarne i dalej mamy do czynienia z morwą białą… 🙂 Prawdziwa morwa czarna (Morus nigra), a nie biała udająca czarną przez zmienny kolor owocostanów… także wywodzi się z Azji, ale raczej z rejonów leżących w Afganistanie, Pakistanie, Iranie aż po Kazachstan, rośnie ponadto w ciepłych rejonach Europy. Podobno w Polsce jest trudna do spotkania. Nieporozumienia dotyczące ciemnych owocostanów morwy białej nie pomagają w rozsupłaniu, do którego to gatunku odnoszą się zapisy biblijne i wzmianki u starożytnych badaczy? Na dodatek ilość gatunków morw sięga od kilkunastu do kilkudziesięciu… i poza Azją, mamy podobno morwy afrykańskie, a nawet teksańskie… 🙂 Tak czy siak, morwa jest niedoceniana u nas i dopiero od jakiegoś czasu są w krajowym handlu dostępne suszone owocostany morwy białej. W listopadzie 2014 roku zrobiłem niewinne doświadczenie: włączyłem suszoną morwę do poczęstunku, jaki przygotowałem wraz z rewelacyjnym Straganem Ekologicznym przy Placu na Stawach w Krakowie, przy okazji seminarium naukowego na temat ochrony czynnej pierwiosnki omączonej Primula farinosa. W seminarium uczestniczył kwiat botaników z różnych instytucji badawczych i uczelni i … nikt nie rozpoznał suszonej morwy. Przypuszczam, że zadziałało też zaskoczenie, bo najczęściej przy takich okazjach oferowane są kanapki z szynką… a nie warzywna tarta i morwa… ale jednak?! Tym bardziej ekscytująca stała się dla mnie buła z morwy. Według informacji Asi, sucha i twarda masa jest stosowana do wielu różnych potraw po… starciu na metalowej tarce na drobny proszek. W literaturze rosyjskiej spotkałem opis mówiący o tym, że w niektórych rejonach Azji wytwarza się mąkę z wysuszonych owocostanów morwy. Czyżby nasza „buła” była bryłą takiej wysuszonej mąki? Najwidoczniej tak, a do tego raczej to białe (a nie czerwone czy bordowe) owoce morwy białej, bo ciemny barwnik z owoców morwy czarnej (ktore na szczęście nie są czasem białe) byłby chyba widoczny w mące? Tak spreparowaną morwę warto byłoby poddać badaniom i ewentualnie spopularyzować jako doskonały element leczniczej diety!

pamirszafran1pamirszafran2

W niewielkim pojemniku zdeponowanym w pudle znalazłem szafran – dobrej jakości i smaku, ale jakby nieco grubszy niż spotykany w handlu i pochodzenia tureckiego. Z szafranem niby wszystko wiadomo, a wcale nie! Do tego stopnia, że nawet toczy się dyskusja o jakich gatunkach krokusów (szafranów) mówimy w kontekście produkcji barwnika, antydepresanta i przyprawy o tej nazwie. Sporo pisałem o tym w Zielniku… więc tu tylko tyle plus fotografie, może ktoś przywiezie z Pamiru kwiaty szafranów i sprawę wyjaśnimy? Zamierzam też tej wiosny zacząć wyjaśnianie w postaci założenia małej uprawy krokusów w Biotopie Lechnica na wzór małych poletek, jakie uprawia się tradycyjnie w górach Atlas w Maroku, gdzie produkuje się doskonałej jakości szafran.

pamirgrafit1

Przy okazji zbioru ziół Asia przywiozła w prezencie dla A. intrygujący zestaw kosmetyczny do czernienia brwi i okolic oczu. Dla dobra nauki 🙂 zestaw został na kilka dni wypożyczony i jest włączony w postaci dokumentacji fotograficznej do zbioru pt. Pamir 2014… 🙂 Po konsultacjach z geologami i znakomitymi znawcami minerałów wydaje się, że jest to naturalny grafit, którego złoża są znane z Tadżykistanu i Pamiru. Specjalnie włączam do omówienia zbiorów zielarskich także interesujący minerał (a pominę w opisie kryształy soli z Pamiru ), gdyż istnieje ścisły związek pomiędzy składem chemicznym i siłą oddzialywania roślin a minerałami i glebą, na jakich rosną. Można też powiedzieć, że wiele roślin zostało uznanych za „zioła” bo zawierają pewne mało znane lub występujące śladowo pierwiastki, które były dostępne do naszych czasów jedynie poprzez rośliny. Rośliny bowiem znają sposoby na pozyskiwanie wielu pierwiastków z gleby, wody i powietrza. W tym sensie, niestety, zbieranie dzikich roślin jadalnych ze znakomitej większości miejskich stanowisk jest szukaniem guza i nie powinno się tego robić (poza sytuacjami, w których występuje zagrożenie życia widmem głodu). Bardzo przepraszam za rozczarowanie, ale ucząc o zjawisku fitoremediacji nie mogę udawać, że nie wiem gdzie i w jakich ilościach kumulują się szkodliwe lub śmiertelnie szkodliwe substancje z powietrza, wody i gleby. Nic nie zastąpi terenów czystych ekologicznie, a nawet najbardziej zielone miejsca w dużych miastach i aglomeracjach typu Śląsk wymagają wielu lat (wersja optymistyczna) odzyskiwania dla uprawy zdrowych (dla ludzi) roślin. Argument, że w takich miejscach oddychamy i pijemy wodę jest raczej cyniczny…

Fotografie – Bogdan Kiwak.

Zioła z Pamiru

pamirpudlo1

W grudniu zeszłego roku w Biotopie Lechnica pojawiła się na krótko Asia Milewska. Uczestnicy warsztatów poznali Asię podczas naszych zajęc górskich i wiedzą, że poza zainteresowaniem roślinami i etnobotaniką, Asia zajmuje się zawodowo projektowaniem krajobrazu i rewitalizacją terenów miejskich (w Londynie), co sprowadza wiele spraw do poziomu konkretnego działania i doskonałego wykorzystania wiedzy z zakresu etnobotaniki. Sporo interesujących realizacji i działań społecznościowych podejmowanych w Londynie opisałem w relacjach z wypadów do tego niezwykłego miasta w krótkich relacjach na etnobotanicznie.pl w 2014 roku.

Asia, w trakcie ogrzewania się naparem z gojnika górskiego i kwiatostanów dzikiej lawendy z dodatkiem czystka (specjalność Biotopu) wypakowała z plecaka wielkie pudło kartonowe i otwarła je ze swoim skromnym uśmiechem (a wiemy już, że zapowiada niezwykłe rzeczy…). Na stół wysypało się blisko trzydzieści opakowań z ziołami prosto z Pamiru i targów Tadżykistanu! Przypomnę tylko, o jakim rejonie świata mówimy: góry Pamir to gniazdo górskie o pow. około 100 tys. km2, z którego rozchodzą się takie legendarne łańcuchy górskie, jak Hindukusz, Karakorum, Kunkun czy góry przechodzące w Tienszan. Najwyższy szczyt Pamiru to słynna góra Ismaila Samaniego (7495 m n.p.m.), który nosił kiedyś bardziej znane nam nazwy: Pik Stalina i Pik Komunizmu… Jak to bywa w tego typu górach, niektórzy autorzy zaliczają do Pamiru kilka szczytów, pośród których jest Kongur Tagh o wys. 7719 m n.p.m. i w takim układzie to on byłby najwyższym szczytem tego regionu. Tak czy siak, średnia wysokość Tadżikistanu to 4 000 m n.p.m., więc jest tam wysoko… 🙂 Podaję Tadżikistan jako kraj, w którym leży znaczna część Pamiru, ale góry te sięgają też terytorium Chin i Afganistanu. Pamir powstał w wyniku zjawisk geologicznych określanych jako orogeneza alpejska i dlatego w jakimś sensie można traktować go z naszego punktu widzenia jako „super Tatry”, co dodaje smaku przyrodniczej eksploracji. Znam trochę te tereny z wypraw do Azji Centralnej (część opisałem w książce Ucho Jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe z 2003 roku, dostępnej teraz w formatach cyfrowych w krakowskim Wydawnictwie Bezdroża), ale relacja o tych terenach widzianych kilka dni przed przylotem Asi do Europy była bardzo ciekawa. Już w tamtych moich wyprawach zwracałem uwagę na kilka interesujących gatunków roślin (morwy, saksauł, pigwa, pustynne baldaszkowe, dzikie jabłonie, interesujące odmiany moreli, topole…), jakie spotkać można w tej części Azji. Dogłębna eksploracja etnobotaniczna nie wchodziła jednak w grę, w tamtym czasie pochłaniała mnie głównie muzyka. Targu w Duszanbe i wypadu w góry na przedpolu Pamiru właściwego nie zapomina się jednak nigdy…

Po latach, na stole w naszym Biotopie na Słowacji rozpakowywaliśmy woreczki z leczniczymi ziołami, jakie Asia dostała i kupiła na targach, ale też od lokalnych zielarzy i zwykłych użytkowników. Z opowieści wyłoniła się ciekawa taktyka medyczna, polegająca na tym, że po diagnozę idzie się do wykształconego na zachodnią modłę lekarza, a z diagnozą udaje się do zielarzy, którzy dobierają odpowiednie gatunki roślin i mieszanki oraz sposób stosowania. Czyżby mieszkańcy Pamiru stosowali stare i zapominane u nas (albo ośmieszane przez grupy interesu) powiedzenie: medicus curat, natura sanat…?! W górach Pamiru (a można tak powiedzieć, bo Pamir jest nazwą regionu, który może kiedyś stać się niezależnym krajem) bogactwo dzikich ziół jest jeszcze stale ogromne – ich zbieranie i suszenie należy do praktyk powszechnych. Do powszechnych należy też wiedza o tradycyjnych zastosowaniach poszczególnych gatunków. Nie będę relacjonował opowieści Asi, bo liczę, że usłyszymy je z pierwszej ręki na jednym z tegorocznych warsztatów etnobotanicznych. Skupię się na tym kartonowym pudle jakie pozostało w Biotopie jako zbiór do archiwum, ale i spore wyzwanie.

Część torebek z ziołami (a przypomnę, że torebki zawierają surowiec zielarski, a więc mniej czy bardziej rozdrobnione części roślin, a nie zbiory zielnikowe 🙂 😦   ) została podpisana nazwami lokalnie stosowanymi w zapisie cyrylicą (ja akurat czytam, ale dla wielu młodych botaników może to być wyzwanie…) i oczywiście bez nazw łacińskich. Zapis nazw cyrylicą nie musi oznaczać, że są to obowiązujące w akademickiej botanice nazwy rosyjskie… mogą to być zrusyfikowane nazwy lokalne…? No i tu zaczyna się powód, dla którego warto się ze zbiorami Asi pomęczyć na publicznej platformie mojego bloga! Wszyscy gdzieś jeździmy i wszyscy zainteresowani coś przywożą do kraju… po większości zbiorów nie ma najmniejszego śladu, bo jeżeli przegapimy spisanie możliwie wszystkiego, co się da na temat roślin, których części kupujemy jako lekarstwa czy dodatki do potraw, to w Polsce niewiele da się z tym zrobić. Nie chodzi jedynie o zapisanie wszystkich wersji nazw, a najlepiej jednej chociaż nazwy oficjalnej (nie mówiąc o łacińskiej, która załatwia wszystko jednoznacznie), ale o zapisanie, jak roślina wygląda i gdzie rośnie. Poza doskonaleniem swojego warsztatu etnobotanicznego, warto wiedzieć co się pije, pali czy dodaje do jedzenia i nie polegać jedynie na opowieściach sprzedawców czy dobrych ludzi spotkanych w czasie wędrówki. Dzięki tradycyjnej na tym blogu, fachowej pomocy fotografika Bogdana Kiwaka prześledzimy część pracy nad zbiorem roślin użytkowych z Pamiru przywiezionym przez Asię. Całość tego procesu omówię jako jeden z tematów zajęć etnobotanicznych w maju tego roku.

Pierwszym krokiem jest zebranie informacji botanicznych jakimi dysponujemy poza „światową siecią internet” 🙂 bo w niej nie znajdziecie wielu specjalistycznych wątków potrzebnych do oznaczenia rośliny i jej zastosowania bez wcześniejszego wsparcia książek. W innym przypadku w internecie znajdziecie firmę Pamir… handlującą przyprawami w rodzaju przecieru pomidorowego i tzw. ziela angielskiego… Ja mam na stole wstępnie trzy książki: Lecznicze rośliny Związku Radzieckiegi. Uprawiane i dzikie rośliny lecznicze, bogato ilustrowana książka wydana w Moskwie w 1987 roku, Zielona apteka w weterynarii, książka wydana w Mińsku, także w 1987 roku, oraz A checklist on medicinal&aromatic plants of Trans-Himalayan cold desert wydana w Lehu (Ladakh) w 2003 roku. Dwie pierwsze należą do opracowywanej obecnie w Biotopie Lechnica biblioteki Zbigniewa Styczyńskiego i są bardzo przydatne!

Bardzo ciekawą rośliną jest przęśl  (Ephedra sp.). W torebkach z roślinami z Pamiru znajdują się prawdopodobnie dwa gatunki przęśli i według mojego oznaczenia jest to: przęśl skrzypowata (Ephedra equisetina) i prawdopodobnie przęśl chińska (E. sinica) czyli Ma Hung, ziele znane od 5 tys. lat. We wspomnianych książkach wymienia się E. equisetinę (w Rośliny lecznicze CCCP w rozdziale: Rośliny lecznicze Średniej Azji), w Zielonej aptece… na s.261, ale w pomocniczej liście z Ladakhu jest podana jako zagrożony gatunek występujący w pobliżu – Ephedra gerardina (zwana tam Somakalpa, Somlata). Przęśle są niezwykle ciekawymi gatunkami pod każdym względem: wyglądu, zajmowanych środowisk, zastosowania, mitologii i oddziaływania chemicznego. Podczas warsztatu w Czerwonym Klasztorze w maju 2014 roku próbowałem opowiedzieć o części mitologii przęśli jako składowej mitycznego napoju bogów – Somy… wspominanej już w Rygwedzie, świętych tekstach Hinduizmu pochodzących z XIV wieku przed tzw. naszą erą. Zamiast tego, 🙂 wysłuchaliśmy niezwykle interesującej relacji terenowej z Indii o innej praktyce i poglądzie na istotę Somy. Może dobrze się stało, bo klimaty bajkowych i przyznam, że niezwykle atrakcyjnych literacko wywodów Terence’a Mc Kenny nie leżą mi zbytnio… 🙂 Wracając do przęśli, to znana jest głównie jako naturalne źródło efedryny, substancji siostrzanej do produkowanej przez ludzki organizm adrenaliny. Efedryna jest traktowana jako zabroniony doping w sporcie, ale też jako lekarstwo i stymulant. Z wielu bardzo interesujących od strony etnobotanicznej historii przęśli w kulturze, warto może podać, że znani z powściągliwości Mormoni, którzy nie piją napojów zawierających kofeinę/teinę, chętnie i zwyczajowo popijają napar z przęśli zielonej (Ephedra vidridis), jednego z gatunków tej rośliny występującego w Ameryce. W Polsce przęśl nie rośnie dziko (ale widziałem piękne stanowiska uprawiane przez botaników uniwersyteckich), a najdalej na północ wysunięte stanowisko naturalne tej rośliny (chodzi tu o przęśl dwukłosową – Ephedra distachya) znajduje się w pięknym miejscu na Słowacji. Do czego służy ziele przęśli w Pamirze? Pewnie do łagodzenia astmy i chorób dróg oddechowych oraz dodawania energii i siły?

efedra1napisefedra2

W następnych dwóch torebkach znalazłem starego, dobrego znajomego: różeńca górskiego (Rhodiola sp.), z czego się bardzo ucieszyłem, bo jest to roślina z pierwszej piątki na mojej liście etnobotanicznych rarytasów! Tu pewne ciekawostki z cytowanych wcześniej książek! W Leczniczych roślinach CCCP… znalazłem różeńca, ale jedynie r. górskiego (Rhodiola rosea), czyli znany nam także z Karpat (ale i Gór Skandynawskich) gatunek i to w rozdziale omawiającym gatunki uprawnych roślin leczniczych! Wspomina się tam, że zbiór następuje po 4-5 latach uprawy! No, nie wiem… Może ja źle uprawiam… ale po dwóch latach pojawiają się jedynie kilkucentymetrowe gałązki… Zobaczymy w ogrodzie w Lechnicy, może tam moje różeńce znajdą dogodniejsze warunki? W Zielonej aptece… różeniec nie został uwzględniony, a w A Checklist… jak zwykle jest nad czym myśleć… bo opracowanie wspomina kilka gatunków: Rhodiola heterodonta, R. imbricata, R. quadrifidia, R. sinuata, R. tibetica, R. Wallichiana, a jednocześnie nie umieszczono tam różeńca w szczegółowych listach roślin leczniczych zagrożonych i będących w handlowym obrocie. Wygląda na to, że w Ladhaku i okolicach różeniec jest jedynie miejscowo znanym lekarstwem roślinnym? To, co jest w zbiorach Asi wygląda mi na R. imbricata albo R. rosea? Być może uda się oznaczyć jeden z przywiezionych złotych korzeni, bo w jednej z torebek był specjalnie duży okaz korzenia i wydaje się, że tli się w nim jeszcze życie. W Biotopie Lechnica ma już swoje miejsce i czekamy… bo pączki na nim wyglądają całkiem obiecująco!

pamirróżeniecrozeniecpamir1

W pudle z Pamiru jest wiele wspaniałych roślin, ale i minerały o lokalnym zastosowaniu… Pewnie jeszcze opiszę tu ze dwa -trzy okazy, a reszta na warsztatach!

Karob vel szarańczyn strąkowy

karobfirma1

Jakiś czas temu z entuzjazmem podawałem informację, że jest wreszcie możliwość zamawiania przetworów z karobu czyli szarańczyna strąkowego (Ceratonia siliqua), zwanego także drzewem karobowym albo ceratonią. Chodziło o melasę ze słodkiego miąższu owoców – strąków tego drzewa, ale także carubin czyli mączkę uzyskaną z bielma nasion szarańczyna. Firma Bakra, ta sama, która wprowadziła na rynek susz gojnika pasterskiego („herbaty górskiej”) z upraw w Turcji, a później niezwykle aromatyczne, zdrowe i smaczne kwiatostany dzikiej lawendy, zaskoczyła nowym konkretem czyli paczuszkami ze strąkami szarańczyna. Już po moim anonsie o gojniku odezwały się głosy, że widziano go wcześniej w sprzedaży… tu albo tam, ale mnie ucieszyła stała możliwość regularnego zamawiania w jednym miejscu tego co zaplanuję i dotąd kupowałem na tzw. łut szczęścia.

Słodkie strąki szarańczynu są mi znane od dzieciństwa jako świąteczny rarytas, który czasami pojawiał się (liczony na sztuki!) na świątecznym stole lub był egzotycznym podarunkiem od dorosłych bywałych w świecie… 🙂 Przez kilka lat mój ojciec hodował drzewko szarańczyna w doniczce i przypominało ono trochę akację. Szarańczyn jest drzewem regionu śródziemnomorskiego i uprawiany jest tam i w Azji Mniejszej od ponad 4 tysiecy lat… Strąki zawierające duże ilości cukru (do ok. 50 procent) były i są doskonałą karmą dla zwierząt i posiłkiem w chwilach gdy inna żywność jest trudno dostępna. Karob jest znany z Biblii i Talmudu, bo ratował życie świętym mężom błąkającym się po pustyniach. Jednym z nich był Jan Chrzciciel i znana jest opowieść o tym jak z głodu żywił się szarańczą, co prawdopodobnie jest językowym nieporozumieniem i chodziło wg. wielu autorów o strąki szarańczynu. Ta opowieść była jednak później dementowana na rzecz bogatej w białko szarańczy  🙂 ale weszła w obieg kultury na tyle mocno, że od niej właśnie strąki szarańczynu nazywane są do dzisiaj chlebem świętojańskim i dlatego smakowite strąki pojawiały się na Zachodzie w okresie świąt chrześcijanskich. Poza strąkami, które są doskonałą i zdrową „przegryzką”, wyglądem i zawartością przewyższającą wszelkie wzmacniające batony produkowane dla sportowców i młodzieży, ma karob inne zastosowania. Wspomniałem o syropie (melasie) i proszku z nasion, ale produkuje się z niego także sok o nazwie kaftan stosowany w przetwórstwie owocowym. Dawniej miał jeszcze inne zastosowanie, które pozostawiło trwały ślad w kulturze w postaci jednostki wagi – karat. Karat to waga jednego nasiona karobu (200 mg), które są nieomal identyczne co do wagi i rozmiarów. Jednostka wagi karat powstała od greckiej nazwy szarańczyna, która brzmi keration. Niepozorne drzewko dorastające do ok. 10 m wysokości, ale dość wiotkiej postury i z niewielką ilością konarów poprzez swe owoce dostało się do świętych pism, do obiegu złota i diamentów, do dietetyki, przemysłu spożywczego i hodowli zwierząt… Rośliny mają moc!

Przypominam, że o szarańczynie pisałem w Zielniku podróżnym (na s. 260-61), gdzie zamieściłem też fotografię liści z szarańczynu z uprawy domowej mojego ojca, wspomnianej wcześniej.  Dla uzupełnienia warto dodać, że botanicy zadziwiają świat swoimi odkryciami… bo pod koniec XX wieku (!) odkryto w Somalii i Jemenie inny gatunek szarańczyna i nadano mu nazwę: Ceratonia oreothauma… zdaje się, ze nie ma jeszcze 🙂 polskiej nazwy?!

Przy okazji podaję naszą ulubioną domową mieszankę na znakomity zimowy napar: trzy garstki czarnej herbaty z Libanu, dwa-trzy kwiatostany gojnika pasterskiego i dwa kwiatostany dzikiej lawendy na jeden czajniczek dla dwóch osób.  Czasem dodaję do czajnika trochę (szczyptę) jeżowki i kilka kawałeczków złotego korzenia, czyli różeńca górskiego. Od jakiegoś czasu w zimne i deszczowe dni słodzę melasą z karobu.

Na fotografiach nadesłanych przez Bakra strąki szarańczyna od kilku dni w stałej dystrybucji… na zdrowie!

karobtorebka

Co czytać, co planować?!

Pierwszy wpis na tym blogu pojawił się 25 czerwca 2012 roku i zaczynał się od odnotowania, że „ moja książka Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i Bałkanów ma miesiąc…”. Wspomnę tylko, że Zielnik… napisałem w 2010 roku, a gotowy do druku był w 2011 roku, ale z powodu nierzetelności pierwszego wydawcy, musiałem szukać innego i na szczęście trafiłem na otwarte na nowe pisanie o przyrodzie Wydawnictwo Ruthenus. Książkę nieco przeredagowałem i ukazała się w wiosną 2012 roku. Od tamtej pory wiele się wydarzyło, a etnobotanika zyskała na popularności i zainteresowała wielu ludzi, którzy dotąd tego podejścia do roślin nie zauważali. Pomimo pewnego polemicznego elementu 🙂 jaki czasem towarzyszy moim wpisom, blog etnobotanicznie.pl udało się utrzymać w pozytywistycznym duchu budowania i stawiania pytań.

Blog miał początkowo spełniać rolę miejsca poszerzania informacji z Zielnika... bo, jak pewnie każdy autor, miałem chwile zwątpienia gdy czytałem po raz pierwszy swoją wydrukowaną już książkę 🙂 . Z czasem jednak stał się też miejscem ogłaszania interesujących obserwacji botanicznych (ze wskazaniem na etnobotaniczne tło), opisów działania i idei dociekliwych ludzi, których pracę szczególnie szanuję oraz miejscem ogłaszania kolejnych warsztatów etnobotanicznych jakie prowadzę wg. autorskiej metody i publikowania sprawozdań i podsumowań z tych warsztatów – co chciałbym podkreślić, bo nie jest to praktyka powszechna.

Po pierwszym roku istnienia etnobotanicznie.pl okazało się, że blog naturalnie stał się też miejscem dla wielu informacji dotyczących kultury i sztuki związanej ściśle z roślinami i naszymi z nimi związkami. Następne lata: 2013 i 2014, przyniosły kilka ważnych manifestów, recenzji książek (które traktuję jako podpowiedzi dla szukających wzbogacenia swej wiedzy, a nie jedynie wyrażenia swojej osobistej opinii) i opisów doświadczania/praktykowania etnobotanicznego podejścia do ludzkich rytuałów i praktyk dnia codziennego. Etnobotanika jest dziedziną interdyscyplinarną i w sposób naturalny w postach na moim blogu pojawiły się teksty innych autorów. Stała współpraca z Anną Nacher i Andrzejem Chlebickim, Lenką i Michalem Smetanką oraz doskonałymi fotografikami – Bogdanem Kiwakiem, Ewą Grzeszczuk i Mieszkiem Stanisławskim znacznie wzbogaciła to co czytacie i oglądacie.

W 2014 roku, który jest już za nami, a w którym ustaliła się już ostateczna formuła etnobotanicznie.pl opublikowałem kilkadziesiąt tekstów, do których warto, jak myślę, wracać. Mój własny wybór i sugestia do ponownej zimowej lektury to:

w styczniu 2014: Fitoremediacja / botanika krytyczna oraz Ekopunktura miasta jako podstawa kilkunastu tematów z ważnego cyklu moich wykładów Bio::Flow w Bunkrze Sztuki w Krakowie (od stycznia do maja plus październik 2014)

w lutym 2014: Joe Hollis i Jego PARADISE GARDEN oraz Mity i magie ziół vs Zmysłowe życie roślin

w marcu 2014: Stare źrodła ( o znakomitej książce pt. Zielnik ekonomiczno-techniczny J. Geralda-Wyżyckiego z 1845 roku) i Forest Garden oraz wpis: Carsten Holler i jego magiczne grzyby

w kwietniu 2014: Symbolic and Ritual Plants o monumentalnym dziele na temat botanicznej Europy, w której nas prawie nie ma…

w maju 2014: Rozmowa z Elżbietą Jabłońską o projekcie Nieużytki sztuki oraz bardzo popularny 🙂 wpis: Rośliny letniego przesilenia

w czerwcu 2014: Etnobotaniczny klucz do bioregionalizmu tekst podstawowy do wygłoszonego wykładu w ramach Zjazdu Kooperatyw Spożywczych w Krakowie oraz inspirujący wielu: Dron zamiast buta

w sierpniu 2014: Etnobotaniczne wędrówki w tundrze Samów cz. 1

we wrześniu 2014: Etnobotaniczne wędrówki w tundrze Samów cz. 2

w październiku 2014: Drzewa na jesień

w listopadzie: Biotop Lechnica z lotu ptaka drona

W grudniu: Przestęp czyli żarty się skończyły

Za dotychczasowe wsparcie i znakomite towarzystwo bardzo wszystkim Wam dziękuję!

Zmiany są stałą częścią życia i w 2015 roku będą widoczne skutki ważnych wydarzeń z poprzedniego roku. Nie wiem jeszcze dokładnie jakie przybiorą kształty, ale z pewnością zmienią wiele, także na moim blogu. Część czytelników wie o co chodzi, a co nazwaliśmy najprościej jak się dało 🙂 Biotopem Lechnica i co ma już swoje miejsce w sieci pod adresem: www.biotoplechnica.eu i pamiętajcie o końcówce EU, bo to nasze „miejsce do życia” znajduje się na Słowacji.

Pierwsza, przewidywana zmiana dotyczy tego, że zyskujemy stałe miejsce usytuowane w taki sposób, że dla etnobotanika zajmującego się Karpatami jawi się jak senne marzenie… Druga zmiana polega na tym, że dawno już przekonałem się, że BL nie jest jednak sennym marzeniem 🙂  i wymaga wiele ciężkiej pracy i nakładów, które znacznie przekraczają możliwości „ludzi księgi” w naszym kraju… 🙂 Praca, którą wkładamy w Biotop Lechnica od lipca 2014 roku, zmierza do uczynienia z BL miejsca do życia i odpoczynku, ale i do konkretnej pracy nad kolekcją żywych roślin, budowaniem ekspozycji do autorskiego uczenia się etnobotaniki i bioregionalizmu oraz udostępnieniem księgozbioru mojego ojca. Region w jakim się znajduje Biotop Lechnica – Zamagurze i Pieniny, pozwala na opracowanie i praktykowanie specjalnych metod bycia z przyrodą i sobą w nurcie slow i deep ecology. Spodziewam się, że wiele interesujących Was spraw pojawi się na stronie biotoplechnica.eu, ale zawsze będę to sygnalizował i polecał.

Mam też już dla Was daty spotkań warsztatowych w 2015 roku, które zyskają pewnie nowy wymiar i w dużej części będą oparte o Biotop Lechnica (nie przypadkowo leży w odległości 25 minut marszu od Czerwonego Klasztoru 🙂 ).W pierwszej połowie roku proponuję następujące daty: 1-3 maja, 4-7 czerwca i 19-22 czerwca.

W drugiej połowie roku zaczniemy regularne staże dla pojedynczych osób lub grup do 5 osób i całkiem specjalny program grudniowy – ciemna strefa roślin !

Programy i szczegóły co do zapisów będę publikował od lutego, pewne jest już teraz to, że grupy nie będą liczniejsze niż 15 osób.

Dziękuję, proszę o cierpliwość i współuczestnictwo!

Na fotografiach Bogdana Kiwaka – spisska drevenica – jeden z obiektów znajdujących się w Biotopie Lechnica, który w całości jest przeznaczony na miejsce przechowywania dokumentacji, bibliotekę i pracownię etnobotaniczną.

lechnicadrevplansza1

Czyżnie

tarninazimalech

Od zawsze intrygowały mnie roślinne zbiorowiska złożone z krzewów i drzew rosnących na skarpach polnych dróg, na miedzach i stromych stokach Karpat. Są urozmaicone, zagadkowe, bogate w gatunki i piękne o każdej porze roku. Zestaw gatunków budujących te fitocenozy jest zmienny i zależy od gleby, wystawy, stosunków wodnych, wpływu człowieka i oczywiście geograficznego usytuowania. Szczególnie interesujące wydawały mi się kolczaste, trudne do przebycia zakrzaczenia złożone z tarniny i głogów, w jakie niejednokrotnie zabrnęliśmy z A. podczas naszych karpackich bioflow w Pieninach i Zamagurzu. Sprawiały sporo kłopotu, ale były zawsze intrygujące.

W kilku edycjach moich warsztatów etnobotanicznych w terenie, zwracałem uwagę na zestawy złożone z tarniny, głogów, szakłaku, derenia świdwy, róż, bzu czarnego, kaliny, leszczyny, klonu polnego, czasem wiąza z domieszką dzikich jabłoni, grusz i pojedynczych czereśni ptasich, osiki i wierzby.

W okolicach wsi Lechnica na Zamagurzu, gdzie urządzamy swoje miejsce do praktykowania bioregionalizmu, odpoczynku i uprawiania naturalnego ogrodnictwa (www.biotoplechnica.eu) dominującym elementem w krajobrazie pasterskim kilku małych pasm górskich są płaty ciernistej tarniny. Nie da się ich przejść na przełaj i wymagają długich obejść. Tego rodzaju gęstwiny krzewów mają od kilku arów do kilku hektarów powierzchni. Poza tarniną budują je głogi, derenie świdwa, dzikie grusze i jabłonie, trafia się kalina koralowa, czasem inne drzewa i krzewy. Te wyraźnie inne niż towarzyszące drogom i skarpom (obszarom ekotonowym) zespoły roślinne (fitocenozy) zostały zidentyfikowane, wyodrębnione i nazwane przez prof. Janusza Falińskiego (1934-2004), bardzo interesującego botanika i ekologa o niebanalnym podejściu do botaniki, daleko wykraczającym poza zbieranie punktów za akademickie publikacje. Badania prof. Janusza Falińskiego mogą służyć jako przykład modelowego podejścia etnobotanicznego (prace w interdyscyplinarnych zespołach czy specjalizowanie się w badaniu antropogenicznych zmianach roślinności), których celem było zrozumienie jak i dlaczego… a nie tylko dokonanie kolejnej kompilacji znanych faktów w nowe tabele lub przeprowadzenie inwentaryzacji gatunków. Faliński nazwał kolczasty i na pierwszy rzut oka nieprzyjazny człowiekowi, ale bardzo interesujący zespół roślinny mianem: czyżnie, sięgając po tradycyjną nazwę stosowaną wobec połaci zakrzaczeń złożonych w przewadze z kolczastych krzewów – tarniny i głogów. Nazwa naukowa tego zespołu brzmi: Rubo fruticosi – Prunetum spinosae.

Wiele hektarów tarniny i głogów (plus kilka innych cennych gatunków domieszkowych) to świat broniący wielu zwierząt, karmiący pszczoły, dający owoce i kwiaty lecznicze, a przy tym mocny stabilizator stromych stoków. Mógłbym tu zacząć wyliczanie wielu pożytków, jakie dają tego rodzaju zespoły roślinne (a także tarnina, głogi, dzikie jabłonie i grusze, kalina… każde z osobna) ale sprawy wykraczają daleko poza te jednostkowe korzyści i zastosowania. W Biotopie Lechnica będziemy badać karpackie czyżnie dogłębnie, o każdej porze roku i w możliwie wszystkich aspektach przyrodniczych i kulturowych. Te karpackie czyżnie są być może nieco inne niż znane z nizin… a my będziemy się nimi w pierwszej kolejności cieszyli i z radością poznawali w rytmie kolejnych pór roku.

Dla zaintrygowanych tematem czyżni i tarniny dodam jedynie, że krzew ten jest niezwykle interesujący. Ma swe mocne tradycje w kulturze Celtów, a w Irlandii znane są i cenione od starożytności do czasów współczesnych niezwykłe zastosowania twardego i mocnego – a przy tym mającego niezwykłe kształty – drewna tarniny w postaci kijów bojowych shillelagh udających obecnie laski :-). Ciernioki, czyli młode pędy tarniny z licznymi cierniami służyły tradycyjnie w okolicach Szczawnicy do suszenia grzybów i owoców, co jest zapożyczonym od ptaków zwyczajem charakterystycznym dla dzierzby gąsiorek (Lanius collurio)…

tarninabogdantarninapientarninajabłka

Zima jest doskonałym okresem do mapowania i ustalania granic karpackich czyżni, wyglądają jak czarne fantazyjne (?) plamy na białych od śniegu stokach górskich. Poświęcimy wiele czasu na poznanie i nauczenie się pracy z tarniną we wszelkich jej aspektach i będzie to stały temat warsztatów w Biotopie Lechnica.

W Biotopie Lechnica, znalazły wczoraj swe miejsce piękne okazy narośli brzozowych… więcej na www.biotoplechnica.eu

Zaglądajcie czasem na stronę Biotopu, bo od wiosny zacznie się tam wiele dziać, a i teraz nie ma zastoju… 🙂

brzozalechntaczki1A tak wygląda to na drzewie…

brzozarak

Poza jedną fotografią Bogdana Kiwaka (samotny owoc tarniny) wszystkie fotografie moje.

Przestęp… czyli żarty się skończyły!

sadeckiewaz

W relacji p. Józefy Fiedor z Łomnicy-Zdroju w Beskidzie Sądeckim, zanotowanej w 1945 roku, znajduje się informacja, że czarami zajmowali się Łemkowie. Znali się na czarnej magii i „mieli te książki”. Aby się bronić (albo i samemu czarować?) trzeba było wyhodować w piwnicy „przestęp”. Sadziło się czosnek w głowę węża i zamykano w garnku w ciemnej piwnicy. Wąż musiał być złapany w pewnej porze roku (a właściwie w dwóch okresach w roku) i nie wiadomo, czy musiała być to żmija, czy i inne węże się nadawały? Z czosnku posadzonego w głowie węża (…i zamkniętego w garnku w piwnicy), wyrastała roślina w kształcie mężczyzny albo kobiety. Tak ukształtowaną natkę dawało się swoim krowom, aby nie traciły mleka, albo czarowało cudze… aby mleko traciły. Krowy, które zjadły przestęp z czosnku i głowy węża, też miały pewne właściwości czarodziejskie. Czasem, gdy roślina „przestęp” miała cechy mężczyzny, można było wbić agrafkę w przyrodzenie tej czarodziejskiej postaci i gospodarz, któremu zadano te czary nie mógł się wysiusiać. Tak sobie czarowali ludzie dawniej i wygląda na to, że nie byli to jedynie Łemkowie?! Niby to były „takie udry”, bo „wszyscy się znali na czarach”, ale żarty się w przypadku przestępu kończyły źle.

Pani Ewa Fryś w przysiółku Bieśnik wsi Szalowa zapisała w 1960 roku, że „mniej ważne diabły tzw. galeje mieszkają w rdzeniu każdego krzewu dzikiego bzu (czarnego). Trafiali się nawet pomyleńcy, nazywani we wsi „ofiarami bzu”, którzy „straszyli i napastowali dziewczęta”. 🙂

Te i wiele innych relacji o sprawach przedziwnych, jakie działy się (ale pewnie i dzieją się obecnie jak sądzić po garniturze miejscowych polityków?) na tzw. Ziemi Sądeckiej dostępne są w formie książki i płyty (audiobook), o której nieco dalej.

Wrócić warto na chwilę do przepisu na „przestęp”, czyli magiczną formę rośliny, specjalnie wyhodowanej według sekretnego przepisu. Nie miejsce tu na szerokie analizy ( a że nie zbieram punktów za publikacje potrzebnych w karierze naukowej, więc pominę przytoczenie wszystkiego, co wiemy o czosnku, wężach i okraszenie tego zapożyczoną mapką zasięgu wybranego gatunku :-0 ) – wspomnę jedynie o roślinie, która nazywa się w botanice akademickiej przestępem białym (Bryonia alba). Należy do rodziny dyniowatych, ale niczym popularnej dyni nie przypomina, poza charakterem rośliny pnącej. Czarne owoce przestępu białego 🙂 są podobne do owoców psianki czarnej, ale może nieco większe? Korzeń jest bulwiasty i żółtawego koloru. Przybiera on kształty, które przypominać mogą postać ludzką. Cała roślina jest silnie trująca (przyjęcie przestępu powodować może zablokowanie oddychania) i ma pewne znaczenie w magii i ziołolecznictwie (co zazwyczaj idzie w parze…). Problem w tym, że przestęp biały nie jest rośliną rodzimą, ale pochodzi z cieplejszych miejsc w Europie, Azji i Afryce (?) i na terenach Polski (gdzie?) pojawił się podobno w XVI wieku. Znalazłem spory okaz owocującego przestępu białego nad Dunajcem w Kotlinie Sądeckiej kilka lat temu i miałem spory problem z oznaczeniem tej ciekawej rośliny. Wszystko wskazywało na przestęp biały, ale skąd się wziął?

Nazwa „przestęp” pochodzi najprawdopodobniej od „przestąpienia przykazania bożego”, jak informują w wielu źródłach, ale dlaczego czosnkowy specyfik z głowy węża nazywa się tak samo jak przybysz z południowej Europy? Czy mamy kolejną roślinę z jakiej składa się magiczny konstrukt nazywany: belladonną lub mandragorą, w zależności od przewagi cech jednej z tych dwóch, a tak naprawdę kilku roślin o silnym działaniu na człowieka? Jestem bliski podania wzoru na taką właśnie roślinną hybrydę, której opisy wyprowadzają na manowce wielu akademickich botaników. To roślinny Yeti, jest i nie ma go jednocześnie, a najważniejsze w nim jest to, że poza składowymi roślinami i ich mitologią, niezbędna jest silna intencja i determinacja, aby go zobaczyć i w przypadku roślin magicznych: użyć. Zasygnalizuję tylko, że sprawy się komplikują jeszcze bardziej, gdy zobaczy się poszczególne rośliny „składowe” jako kolejny zlepek gatunków i podobnych oddziaływań… i np. przestępom o owocach czarnych i czerwonych (Bryonia alba i Bryonia dioica) odpowiadać może np. para psianek: słodkogórz i czarnej (Solanum nigrum i Solanum dulcamare)…

Wspomniane na początku interesujące wydawnictwo to: Niby to legenda, ale ktosik gadał, że tak prawdziwie było. Ludowe odania sądeckie. Teksty spisane w latach 70. i 80. XX wieku oraz współcześnie opracował: Joanna Hołda i Sylwia Zarotyńska. Wydawnictwo jest świetnie ilustrowane przez artystów: Kaję Renkas i Michała Załuskiego. Szczególnie do gustu przypadły mi znakomite, posługujące się kolażem i w przedziwny sposób trafiające w sedno nawarstwionej kultury karpackiej prace p. Kai. Wielkie brawa! Mam nadzieję, że pokazane w tym wpisie dwie części ilustracji p. Kai Renkas nie sprawią czytelnikom zawodu, a sama Artystka wybaczy mi ich zasygnalizowanie w niezdarnych fotokopiach?!

Pośród wielu cennych wydawnictw i prac jakie opracowuje Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu (placowka ta, to jedna z nielicznych jasnych stron Nowego Sącza) omawiana książeczka (ISBN 978-83-89989-67-3, format: 20x20cm, 80 stron, plus załączona płyta – audiobook – z 11 opowieściami / nagraniami zrealizowanymi przez Jacka Kurzeje i Adama Leśniaka) należy do najbardziej interesującego nurtu. Podzielona została na pięć rodziałów: Kapliczki, miejsca niezwykłe, Bacowie, czary, uroki, Istoty demoniczne, Duchy, Inne. Tytuły dobrze pokazują, z jakimi opowieściami spotkamy się w publikacji… 🙂

Wszystkie opowiadania należy uważnie przeczytać i to po kilka razy, pamiętając, że są to zarejestrowane opowiadania ustne, a nie prace przygotowane i zredagowane na piśmie. Dla mnie poza warstwą etnobotaniczną i duchową, bardzo interesujący jest wątek, jaki pojawia się niejako pobocznie przy uważnej analizie udostępnionych tekstów. Chodzi o zasięg tytułowej „Sądecczyzny”. Do miejsc najliczniej reprezentowanych w książce należy Podegrodzie – to duża wieś pomiędzy Starym a Nowym Sączem, w której wielu badaczy upatruje początków Starego Sącza, czyli pierwszego miasta na skraju Kotliny Sądeckiej. To jest zrozumiałe i odpowiada dzisiejszym wyobrażeniom o „Sądecczyźnie”. Moją uwagę (z wielu oczywistych dla czytelników www.biotoplechnica.eu względów) przykuły opowieści traktujące o wyprawach do Lewoczy (miasteczko u wejścia w Góry Lewockie na Słowacji), Lechnicy, Leśnicy i Czerwonego Klasztoru oraz opowieści ze Szczawnicy, Bartnego i Szalowej. Mniej rozeznanym w terenie czytelnikom podpowiem, zanim otworzą mapę, że tereny te leżą daleko, daleko poza dzisiejszym – skarlałym na własną prośbę – oddziaływaniem/zasięgiem „Sądecczyzny”. Niektóre wsie i ich okolice leżą na terenie Słowacji (i to z zaznaczeniem, że o ile słowacka wieś Lesnica była kiedyś i na krótko wcielona do Polski, to ani Lewocza, ani też Czerwony Klasztor i Lechnica w Polsce nie była, a Bartne i Szalowa to całkiem inny, wschodni kierunek, podkreślający ważną obecność kultury Łemków na „Sądecczyźnie”). Ten, zdawało by się, „błąd” Muzeum uważam za najcenniejszy wkład w przyszłą (może doczekamy bardziej światłych władz tego regionu ?) dyskusję o prawdziwych uwarunkowaniach kulturowych i kierunkach rozwoju „Sądecczyzny”. Dlatego też uparcie daję niegdysiejszą nazwę regionu w cudzysłowie. Dzisiaj zostało niewiele z dawnej, tej prawdziwej (?) Sądecczyzny, sięgającej naturalnie po Pieniny (a nici wiążące te regiony w interesującą całość są rozliczne i najbardziej spektakularne to na wpół legendarny zamek pieniński św. Kingi…i całkiem realny majątek Adama hr Stadnickiego z Nawojowej) i część tzw. łemkowszczyzny na północny-wschód od Muszyny i Krynicy. Ostatnim, całkowicie zaprzepaszczonym, bo zbyt słabo opartym na podobieństwach w mentalności i wspólnej historii, wykwitem „Sądecczyzny” było województwo nowosądeckie… sięgające aż po Zakopane czyli właściwie do… Warszawy. Ten kuriozalny twór polityczny trwał w latach 1975-1998 i został po kolejnej reformie w 1999 r. wcielony do województwa małopolskiego, a jego stolicy „stał się jeno sznur”.. Z perspektywy czasu, jedynym powodem dla zorganizowania tego województwa jaki dzisiaj widzę, było łatwiejsze przeprowadzenie kilku inwestycji trwale niszczących miejscowe środowisko naturalne (część Pienin, część Beskidu Sądeckiego i parę innych miejsc). Wracając do wydawnictwa Muzeum, to miło jest wiedzieć, że kilka osób (których, jak mi się wydaje, nikt z wielkich miejscowych polityków nigdy o nic nie pyta) ma świadomość utraconej, cennej więzi, jaka łączyła szeroko rozuminą Kotlinę Sądecką z jej dwoma miastami z Pieninami i kilkoma innymi częściami przyległych regionów.

Warto też odnotować, że dla informatorów, których opowieści stanowią treść książki, było całkiem jasne, że określenie „baca” oznaczało także czarownika, zielarza i najmocniejsi z nich mieszkali po południowej stronie gór – w okolicach Lewoczy, Lechnicy, ale także wśród Łemków na wschodzie… to tam się trzeba było udać po pomoc!

Trochę żartobliwie i z przekąsem dodam na koniec opowieść sądecką o tym, jakie przygody spotkały tu Cesarza z Wiednia i jakie doniosłe decyzje zapadały na Sądecczyźnie! Otóż Cesarz podróżował do Szczawnicy i wracając ze słynnego już uzdrowiska (jeszcze w tamtych czasach nie chciało udawać miasta) przenocował w Lesnicy (wówczas Leśnicy – tuż obok Szczawnicy, ale nie mylić z Leśnicą k/Nowego Targu). Tam zbudziły go płacze dzieci i wysłuchał opowieści ich matki, oczywiście 🙂 biednej wdowy o rannym wstawaniu i odrabianiu pańszczyzny na rzecz Czerwonego Klasztoru. Jakby nie liczyć, wdowa musiała faktycznie wstawać wcześnie, bo do klasztoru z Lesnicy jest blisko dwie godziny drogi pieszo… Cesarz, znany z tego rodzaju akcji, zlitował się nad gościnną kobietą i obiecał, że w przebraniu odrobi za nią pańszczyznę w klasztorze. Rano jednak zaspał (a nie było w tamtych czasach wypożyczalni rowerów w Lesnicy…) i gdy zastukał do bramy klasztoru z miejsca dostał cięgi – bez słuchania wyjaśnień braciszkowie zamknęli go do lochu. Po dniu w piwnicy został wypuszczony i zaopatrzony na drogę w tzw. „kopa w rzyć”. Najwyraźniej syty już przygód zwykłego człowieka :-), pobiegł do pobliskiej Lechnicy. Lechnica w tamtym czasie była dużą wsią, na dobrach której postawiono Klasztor Lechnicki, znany potem jako Czerwony. We wsi stacjonowała obstawa Cesarza i bez dalszej zwłoki Cesarz udał się do Wiednia. Tam, na wspomnienie o tym, jak wygląda odrabianie pańszczyzny, zniósł ten obowiązek aktem cesarskim!

sadeckiecover

Jeszcze porządkowa uwaga na koniec, adresowana do wszystkich (a szczególnie do niektórych chcących uchodzić za poważnych naukowców): od dłuższego już czasu wpisy na blogach i informacje podawane w internecie są traktowane jako źródło informacji, które powinno być podawane w przypisach. Zaznaczcie źródło, autora i datę odsłony. Nie wstydźcie się tego i nie sugerujcie, że wydrukowane jest cenniejsze. Najcenniejsza jest zawsze sama wiedza i zdolność wiązania faktów (a nie jedynie ich spisywanie ze wszystkiego co się da) i opis wiedzy zawartej w opowieściach nagranych pół wieku temu dobrze o tym zaświadcza. 🙂