Cytrus lekarski

kafirowoc

Pewnie wielu czytelników zna doskonale suszone liście kaffiru, które dodają aromatu sosom i zupom kuchni azjatyckiej. Można kupić paczuszki tych liści także u nas i polecam, bo zmieniają kuchnie w jeszcze bardziej aromatyczne miejsce i znajdują natychmiast swe stałe miejsce, tuż obok kardamonu, goździków czy szafranu. Aromat tej przyprawy jest wyczuwalny w każdej potrawie i nie pomylicie go z niczym innym. Od jakiegoś czasu moje zainteresowanie kaffirem przybierało formy uporczywego poszukiwania nasion lub sadzonek tego drzewka. I tak zaczęła się przygoda z kaffirem…

Polska nazwa tego cytrusa to papeda, powszechnie stosowana to kaffir, a w Indonezji nazywają tę limonkę – jeruk obat czyli – cytrus lekarski. Botanicy uznali obecnie jedną nazwę łacińską (chociaż ma wiele synonimów) i brzmi ona: Citrus hystrix. Polska nazwa nijak się ma do powszechnie używanych i możemy sobie ją darować. Także nazwa kaffir czy kafir jest kontekstowa i nie zawsze bywa dobrze odbierana, bo mianem kafir Arabowie nazywali nie-muzułmanów. Angielskie źrodła proponują używanie nazwy – makrut. Mnie osobiscie najbardzie odpowiada (a odpowiada też zastosowaniom rośliny) prosta nazwa – cytrus lekarski. Jak widać (a jest to tylko kilka z wielu stosowanych nazw tej rośliny) limonka ta musiała zajmować wiele nacji i budzić mocne zainteresowanie? Dlaczego?

Najczęściej mamy do czynienia z liśćmi cytrusa lekarskiego i to z liśćmi suszonymi. W paczuszkach znajdziemy niezbyt duże liście o fantastycznym aromacie (ale nie jest on wieczny…) i nie zobaczymy, że liście te w stanie świeżym mają bardzo ciekawy kształt – są „podwójne” bo blaszka liściowa jest ukształtowana w dwa listki połączone ze sobą i rosnące na jednym „ogonku” liściowym. Liście są zielone, błyszczące, pachnące i dość twarde. Na targach od Indii przez Indonezje po Filipiny można kupić świeże liście w pęczkach i te dopiero dają moc potrawom! 🙂  Mniej znanymi są bardzo charaktersytyczne owoce tego cytrusa – przypominające limonki, ale z silnie sfałdowaną skórką. Nie można ich pomylić z innymi limonkami. Podobno trafiają się one czasem w handlu, ale moje poszukiwania w Londynie, we Włoszech, w Sztokholmie, niestety  nie przyniosły rezultatów. A muszę przyznać, że szukałem nie tylko ja, ale spora grupka osób, które z cierpliwością znoszą moje rozmaite dociekania i pilne zazwyczaj 🙂 prośby! Wszystkim zainteresowanym pięknie dziękuję i mam nadzieję, że tym tekstem się trochę wytłumaczę?!

kafirowocnasiona

Szukałem owoców z nadzieją, że znajdę w nich pestki, a te przywiodą mnie do pięknego, własnego gaju makrutowego na balkonie w Krakowie i na werandzie w Biotopie Lechnica… Okazało się, że owoce są tak samo cenne jak liście i służą na wiele sposobów w stanie suszonym (całe lub skórka), soku, oleju i olejków aromatycznych! Dalej i dalej… okazało się szybko, że cytrus lekarski jest jedną z roślin wykorzystywanych w Royal Thai Herbalism czyli systemie leczniczym bardzo bliskim indyjskiej Ayurvedzie. Jak to często bywa, okazało się, że zastosowanie przyprawowe limonki makrut skrywa tylko jej poważne znaczenie i zarazem odkrywa znaczenie nazwy miejscowej – cytrus lekarski. W podręcznikach do Ayurvedy kategoria „cytrus” w znacznym stopniu odnosi się do tej małej limonki, przynajmniej w kilku zastosowaniach. Sami rozumiecie jaki ból rozdziera serce etnobotanika, kiedy natrafia na tego rodzaju roślinę, a nasion i sadzonek jak nie było tak nie ma. No, chyba, że jest to etnobotanik teoretyk, ale to dla mnie wykluczające się określenia.

Jest takie zjawisko (przynajmniej ja go doświadczam od lat, a potwierdza go też moja żona i bliżsi znajomi), że kiedy skupiam się na jakimś temacie i wykaże dostateczną dozę uporu, konsekwencji, ale też i podtrzymywania płomienia entuzjazmu 🙂 , to sprawy w pewnym momencie idą lawinowo! I tak było w tym wypadku…

Mój przyjaciel, stały konsultant i życzliwy dostawca wielu ciekawych sadzonek do Biotopu, a przy tym profesor ogrodnictwa – Piotr Siwek, dał mi cynk, że wybiera się do Tajlandii… Nagle wszystko stało się możliwe, bo dobry znawca roślin użytkowych udaje się do centrum ojczyzny poszukiwanej limonki… 🙂 Kiedy po trzech tygodniach dostałem sms z oczekiwaną treścią – „mam owoce kaffiru! Ale szukam dalej… „ myślałem, że to wszystko… Ale nie, bo jak lawina to lawina… i na drugi dzień, podczas etnobotanicznego spotkania w krakowskiej księgarni Bonobo (a spotykamy się tam raz w miesiącu przez cały najbliższy rok z wakacyjną przerwą) niespodziewanie wyłoniła się miła postać i podarowała mi książkę A Thai Herbal. Traditional Recipes for Health and Harmony, C. Pierce Salguero. Moja kolekcja książek kupowanych w/ lub o Azji, wzbogaciła się pięknie i polecę tylko zainteresowanym np. Plants from the Markets of Thailnad (to dla każdego, kto wybiera się do Tajlandii, aby nie znajdował tam jedynie kapusty…), a dla moich dociekliwych kolegów etnobotaników – Plants and People of the Golden Triangle: Ethnobotany of the Hill Tribes of Northern Thailand, Andersona z kolegami. Książki te pochodzą z lat 90. XX wieku, ale w wielu księgarniach i antykwariatach w Indiach, Tajlandii… znajdziecie te lub inne.

kafirpiotrs

kafirseedskafirbook

 

Owoce i nasiona kupione w sklepie ogrodniczym w Bangkoku dają nadzieję na zrealizowanie planu uprawy gaju kaffirowego w domu… ?! W swej ojczyźnie (ojczyznach?) limonka makrut dorasta sporych rozmiarów, bo sięga nawet około 10 m wysokości, ale zazwyczaj to drzewko, które nie przekracza 2 m. Jest dość mocno „kolczaste”, ale taki rozmiar zmniejszony o cięcie do 1 m daje szansę na uprawę u nas. Według wielu doświadczonych ogrodników cytrus lekarski daje się uprawiać w naszym kilmacie w donicach czy pojemnikach wystawianych na lato do ogrodu, taras lub na balkon. Kluczowe są miesiące zimowe, ale to już inna bajka.

Lecznicze znaczenie naszej limonki, to osobna sprawa i dociekliwi czytelnicy poczytają o nich w internecie, a zainteresowanym jedynie aromatem nie są one potrzebne. W mojej opinii cytrus lekarski warto włączyć na stałe do naszej kuchni i życia. Trochę fotografii robionych „na szybko” telefonem 🙂 przybliży Wam cytrus lekarski…

Jeżeli gdzieś zobaczycie w Polsce limonkę kaffir (ale owoce nie liście!) to dajcie znać! Warto tego cytrusa spopularyzować we wszelkich postaciach!

kafirbookkot-jpg

Szafran dobry na jesień!

szafranTK

Od kilku lat intrygował mnie szafran uprawny i pozyskiwany z jego kwiatów specyfik roślinny o wielu zastosowaniach nazywany szafranem. Jest to znana od tzw. niepamiętnych czasów przyprawa, barwnik, ale i lek ziołowy o działaniu antydepresyjnym. Roślina ta stworzyła jeden z najciekawszych obszarów kulturowych i jest znakomitym tematem badań etnobotanicznych. Szafrany znamy (niby) dobrze, bo to przecież „nasz” krokus, zwiastun wiosny…ale nawet z nim jest kłopot, bo nie wiadomo czy to gatunek rodzimy czy zawleczony, mieszaniec… a jak tak, to pomiędzy jakimi gatunkami? Czy jest roślinnym bonusem migracji wołoskich na tereny Karpat? Jedno wiadomo z całą pewnością, kwitnie wiosną.

Szfran uprawny, dostarczający drogocennego surowca zielarskiego, którego cena dochodziła kiedyś do ceny złota, kwitnie jesienią. Tu zaczynają się schody, bo nasz symbol wiosny sprawił, że długie lata nie zauważano „jesiennych krokusów”, a czasem tylko przypominano, że w jesieni kwitną zimowity jesienne, a nie krokusy. Tymczasem jest inaczej i najcenniejszy dla ludzi krokus to także roślina jesieni.

Od chwili rozpoczęcia prac nad naszym ogrodem permakulturowym i kolekcją roślin w Biotopie Lechnica planowałem uprawę szafranu i rozglądałem się za odpowiednim materiałem w postaci bulwocebuli i miejsca do ich posadzenia. Jestem pod urokiem intensywnych upraw górskich szafranu w marokańskim Atlasie i na wzór stosowanych tam małych poletek otoczonych kamiennymi murkami w sierpniu tego roku przygotowałem podobne stanowisko. Nie udało mi się dotrzeć do najbliższych mi geograficznie upraw na Węgrzech ( pisałem o nich w Zielniku podróżnym na s.65-68 i tam odsyłam dla poszerzenia wiedzy), ale miałem nadzieję, że znajdę szafran podczas jesiennej, sycylisjkiej wyprawy do mandragor i udało się… Pierwsze bulwocebule kupiłem na specjalistycznym targu w Palermo i tam też oglądałem rozmaite zastosowania szfranu.

szafran

DSC_5535

DSC_5534

Bulwocebule szafranu uprawnego kupione w Palermo, szafran -surowiec zielarski z Palermo i ulotka plus opakowania ze specyfikami kosmetycznymi wytwarzanymi z szafranu przez specjalistyczną firmę.

Fot. M.Styczyński

Małe poletko wymaga przygotowania grubej warstwy bogatej w składniki gleby, bo szafran musi być sadzony głęboko i mieć warunki do szybkiego wzrostu, kwitnienia i rozmnażania się. Czym bardziej nawieziona gleba tym szafran mocniej się mnoży, a chodzi nam przecież o bardzo, bardzo wiele kwiatów dla pozyskiwania bardzo lekkiego surowca z ich wnętrza. Szkoła marokańska polega na zrywaniu całych kwiatów i oddzielanie surowca od płatkow w domu, tym bardziej jest potrzebne doskonałe stanowisko dla wytwarzania się nowych bulwocebuli, bo o nasionach musimy zapomnieć, gdyż gatunek ten ich prawdopodobnie nie wytwarza. Podbudowany pierwszym zakupem szafrana uprawnego dotarłem (nie bez trudu) do hurtowni, która zaoferowała mi opakowanie zawierające 100 bulwocebul i rzecz jasna, kupiłem je. Kłopot polegał na tym, że było już bardzo późno, bo sycylijski materiał posadziłem na początku października, ale te wspomniane sto szafranów dotarło do mnie dopiero pod koniec października… Posadziliśmy je jednak (dzięki pomocy Marcina i Ani) aby nie ryzykować przetrzymywania materiału przez długie miesiące, co prawie zawsze kończy się klęską. No i… „polski” materiał dał kilkadziesiąt kwiatów na początku grudnia, a sycylijski w tym czasie wypuścił dopiero pierwsze listki…

szafransadz

szafran

Pierwsze poletko szafranu uprawnego w Biotopie Lechnica i pierwszy kwiat z końca listopada 2015 roku. Fot. M.Styczyński

W czasie gdy pokazały się pierwsze kwiaty szafranu uprawnego w Biotopie, na Południe ruszył niestrudzony badacz Grecji i znakomity botanik, Tomek Kozłowski. No i bingo, trafił na zbiory szafranu!!! Z pierwszego pola pełnego szafranów przysłał mi entuzjastycznego esemesa, a ja, odpisując i dodając sił do eksploracji, zamówiłem natychmiast tekst i fotografie na etnobotanicznie.pl

Zanim jednak zagłębicie się w relacji Tomka, jeszcze tylko mini dodatek do moich opisów mandragory jesiennej z Sycylii. Zapowiadałem mandragorową bombę i są nawet dwie! Pierwszą bombową wiadomością jest mój kontakt z przemiłą ogrodniczką, która z powodzeniem uprawia i rozmnaża mandragorę (tę „wiosenną”) w naszym klimacie i jest pewien plan… o czym napiszę we właściwej chwili, a druga bomba, to zaplanowana już wiosenna wyprawa sycylijska… aby zobaczyć co dzieje się ze wspaniałą mandragorą jesienną … wiosną i czy dobrze owocuje?

Teraz już zapraszam do zapoznania się z relacją Tomka Kozłowskiego i do oglądania Jego świetnych fotografii. Mam nadzieję, że takim sporym materiałem przeproszę czekających już długo na nowości bloga etnobotanicznie.pl ?! Biotop Lechnica i prace jakie tam prowadzimy całkowicie zaskoczyły nas intensywnością, satysfakcją z pracy i inspiracjami. Ostatnie miesiące były także bardzo mocnym czasem ze względu na samodzielne wydanie (super DIY) naszej nowej muzyki w formie płyty winylowej i cd o tytule Biotop. Tytuły utworów i sfera w jakiej zakorzeniona jest muzyka na tej płycie, odpowiada budowie drzewa, alchemicznym specyfikom i słabo rozpoznanym zjawiskom postrzegania bez udziału oczu/wzroku… ale nie musicie tego badać aby słuchać muzyki z Biotopu.

W krainie szafranu

szafranpoleTK

Fot. 1 – Pole kwitnących szafranów pod miastem Kozani, Grecja

Tegoroczny jesienny wyjazd do Grecji zaplanowałem rozmyślnie na początek listopada, aby spróbować zdążyć na sławne „szafranowe żniwa”. O uprawach szafranu pod miastem Kozani w północnej części kraju (w prowincji Macedonia Zachodnia) czytałem od wielu lat a wizja ujrzenia kwitnących szafranowych pól, pobudzała moją wyobraźnię.

Spotkania z szafranem zaczęły się jednak niespodziewanie już wcześniej w tym roku i miały z początku wymiar…archeologiczny. Najpierw kwiaty szafranu znalazły się na jednym z fresków minojskich, podziwianych w kwietniu w Muzeum Archeologicznym w stolicy Krety, Heraklionie; we wrześniu pięknie oddany w swych detalach kwiat szafranu ukazał mi się z kolei na fragmencie fresku z XVII w. p.n.e. z Akrotiri, miasta zasypanego wulkanicznym popiołem na cykladzkiej wyspie Santorini (Thera). Istotnie szafran towarzyszył człowiekowi od niepamiętnych czasów. Sumerowie stosowali go już prawdopodobnie ponad 5000 lat temu, wymienia go słynny staroegipski papirus Ebersa, Fenicjanie składali go w darach ofiarowywanych swojej Królowej Niebios – bogini Astarte. Minojczycy uwieczniali kwiaty szafranu na freskach a w Grecji klasycznej roślinę wymieniali i opisywali, m.in. Homer, Teofrast, Ajschylos, Arystofanes czy Hipokrates. Szafran polubili też Rzymianie, stosować go miała również Kleopatra. Do Europy trafił w XI w., gdy Arabowie wprowadzili go na Półwysep Iberyjski, w XIII w. przybywał natomiast na nasz kontynent wraz z powracającymi ze Wschodu krzyżowcami.

fresk-kwiat szafranu-Santorini

Fot. 2 – Fresk z Akrotiri z kwiatem szafranu, Muzeum Archeologiczne w mieście Fira, Santorini

Szafran uprawny (Crocus sativus L.), blisko spokrewniony z dzikimi przedstawicielami rodzaju szafran (krokus) – Crocus sp., nie jest obecnie znany w stanie naturalnym, podobnie jak niemało innych roślin towarzyszących człowiekowi, pochodzących z Bliskiego oraz Środkowego Wschodu a także ze Śródziemnomorza. Prawdopodobnymi regionami jego pochodzenia są Persja, Azja Mniejsza czy basen Morza Egejskiego. Grecy mają na temat powstania tego kwiatu swoje bardziej poetyckie, mitologiczne wyjaśnienia. Narodziny kwiatu szafranu opisuje kilka mitów. Najpopularniejszy z nich przywołuje boga Hermesa, który ćwicząc rzut dyskiem ze swym przyjacielem Krokosem, niechcący trafił go i zabił. Pogrążony w smutku Hermes postanowił unieśmiertelnić przyjaciela, zamieniając jego ciało w piękny fioletowy kwiat (jego nazwa w języku greckim to do dziś „krokos”/κρόκος) a krew młodzieńca w żywoczerwone trójdzielne znamiona słupków (części znajdujące się w „sercu” kwiatu), stanowiące dziś cenną przyprawę. Inny mit twierdzi, że kwiat szafranu wyrósł z krwi cierpiącego w górach Kaukazu Prometeusza a wyciąg z kwiatu podarowała Argonautom czarodziejka z Kolchidy, Medea, co miało uchronić ich przed ognistym oddechem byków, które mieli ujarzmić w ramach prac zleconych przez króla Ajetesa – było to jednym z warunków otrzymania złotego runa.

Szafran kojarzy się nam obecnie z drogą przyprawą, jednak w starożytności jego sława wiązała się w pierwszej kolejności z właściwościami leczniczymi, olejek eteryczny z kwiatów stosowano też w produkcji pachnideł i kosmetyków. Już Hipokrates polecał szafran do pobudzania menstruacji, wykorzystywano także jego właściwości rozluźniające, rozkurczające, lekko ściągające czy przeciwzapalne. Autorzy starożytni zwracali jednak także uwagę na niebezpieczeństwa związane z pobudzającym działaniem szafranu po jego przedawkowaniu. Być może miało to wpływ na traktowanie szafranu jako jednej z roślin magicznych, która wymieniana była nawet pośród składników maści czarownic. Starożytni uważali go też za dobry środek na leczenie następstw nadmiernego spożycia alkoholu a Pliniusz Starszy zalecał spożycie szafranu przed wypiciem większej ilości wina. Ponadto szafran był uznanym kobiecym afrodyzjakiem. Starożytni Grecy wierzyli, że kwiat wyrastał w miejscach, w których Zeus uprawiał miłość z Herą a Rzymianie poświęcili go bogini Junonie – opiekunce życia kobiet, w tym tego zmysłowego. Wreszcie, szafranowy proszek, barwiący na żółto, był przez tysiąclecia cenionym barwnikiem naturalnym. Jak podawał Pindar, szafranem miały być barwione już pieluszki maleńkiego Heraklesa; od niepamiętnych czasów szafranowe szaty symbolizowały mądrość i dostojeństwo, nic dziwnego, że nosili je też, m.in. mnisi buddyjscy.

szafranTK

Fot. 3 – Kwiaty szafranu uprawnego

Od wieków szafran kojarzy się jednak przede wszystkim ze swego zastosowania w sztuce kulinarnej, jako wykwintna przyprawa, nieodzowny składnik hiszpańskiej paelli, francuskiej zupy rybnej bouillabaisse, włoskiego risotto czy żydowskiego chleba challah. Szafran jest najdroższą przyprawą świata ze względu na pracochłonny proces pozyskiwania i suszenia znamion słupków z jego kwiatów. Szacuje się, że na kilogram przyprawy potrzeba od 120 do 150 tysięcy kwiatów, w zależności od wielkości ich znamion, oraz około 400 godzin pracy. Wysoka cena szafranu prowadziła do wielu prób jego sfałszowania. W Średniowieczu skala procederu była tak znacząca, że np. miasto Norymberga wprowadziło kontrolę autentyczności przyprawy a fałszerzy szafranu czekała surowa kara. W XV w. jednego z nich spalono na stosie, innego zakopano żywcem. Liczne zastosowania szafranu i duże zapotrzebowanie na tę roślinę od tysiącleci, sprawiły, że jej tradycyjne uprawy – zapoczątkowane w systematyczny sposób prawdopodobnie w Grecji – rozciągają się od Kaszmiru po Półwysep Iberyjski. W Europie najważniejsze centra upraw znajdują się w Hiszpanii, Włoszech czy Grecji.

Szafran jest rośliną stosunkowo wymagającą a jego uprawa udaje się najlepiej w miejscach o określonym klimacie: gorącym latem i chłodnym zimą. Gatunek ten nie wydaje nasion, sadzi się więc (na głębokości ok. 20 cm) jego bulwocebule (roślinę rozmnaża się wyłącznie wegetatywnie – stare „bulwki” wytwarzają nowe). Gleba musi być odpowiednio sucha, gdyż bulwocebulom szkodzą grzyby rozwijające się w wilgoci. Pora kwitnienia to czas zbioru znamion, okres wymagający sprawnego działania i skierowania na pola wielu osób: przyszłą przyprawę należy zbierać szybko po rozwinięciu się kwiatów, gdyż po ich dojrzeniu słupki usychają, tracąc swoje cenne właściwości.

W Grecji jedyne, za to bardzo sławne centrum upraw szafranu, znajduje się w prefekturze miasta Kozani, w rejonie wsi o nazwie… Krokos. W czasach Imperium Osmańskiego miasto Kozani znajdowało się na ważnych szlakach handlowych a przedstawiciele tamtejszych bogatych rodów podróżowali po Europie. Szafran przywieźli w rodzinne okolice około 300 lat temu z Austrii, rozpoczynając jego uprawę. Klimat regionu okazał się bardzo sprzyjający i dziś areał upraw to około 300 ha, co przekłada się na produkcję niemal 3 ton przyprawy rocznie. Gdy przyjechaliśmy pod Kozani, powiedziano nam, że powierzchnia obsadzona szafranem nawet zwiększa się w ostatnich latach, co wiąże się z poszukiwaniem nowych źródeł zarobkowania w ogarniętym kryzysem ekonomicznym kraju. Trafiliśmy na szczyt zbiorów: na wielu polach stały z koszami grupki ludzi, charakterystycznie pochylonych nad kwitnącymi „dywanami” fioletowych kwiatów. Jak żmudna i wymagająca to praca, przekonaliśmy się sami, próbując własnych sił w zbiorach. Zadania nie ułatwia także pogoda. „Szafranowe żniwa” zaczynają się w Grecji w II połowie października, gdy nad okolicą przechodzą już dość liczne deszcze a poranki, gdy najlepiej zbierać znamiona, są na płaskowyżu zwykle zimne i niekiedy mgliste. Gdy dotarliśmy na miejsce rano, było zaledwie 6 stopni i wiał przenikliwy wiatr. Rząd zbieraczy przesuwa się zwartym szykiem wzdłuż pola a za nimi pozostają już tylko sterty odrzuconych, pięknych, ale bezwartościowych płatków. Zebrane słupki ze znamionami przenosi się w koszach do suszarni. Odwiedziliśmy jedną z nich. Pan Jorgos, który zapoczątkował swoją uprawę szafranu w latach 90., pokazał nam zaprojektowane przez siebie maszyny, służące w do oddzielania znamion od różnego rodzaju zanieczyszczeń oraz do efektywnego suszenia przyprawy. W suszarni panował bardzo intensywny słodki zapach szafranu, tak silny, że pozostawał na ubraniach do następnego dnia. – Proszę, to dla Was. Posadźcie sobie szafran i Wy – roześmiał się pan Jorgos, ofiarowując nam w prezencie kilka bulwocebul tej niezwykłej rośliny.

szafranzbioryTK

Fot. 4 – Zbiory szafranu pod miastem Kozani

Po zbiorach przyszedł czas na kawę w mieście. Na jednej z kawiarń w Kozani spostrzegłem plakat reklamujący sprzedawany na miejscu szafran i jego produkty. Większość wytwarzanej w okolicy przyprawy trafia na eksport, łatwo kupić ją jednak także w oznaczonych napisem „Krokos Kozanis” pudełkach, sprzedawanych w sklepach na wielu greckich lotniskach. Jeśli wybieracie się zatem do Grecji na wakacje, być może szafran stanie się nieznaną Wam wcześniej a oryginalną i wartościową pamiątką z tego kraju.

Tomasz Kozłowski,

biolog, etnobotanik, etnomuzykolog, popularyzator kultury greckiej, m.in. w ramach działalności Towarzystwa Przyjaciół Grecji

kontakt: tomaszkozlowski1@gmail.com

*** Serdecznie dziękuję Barbarze Bitounis z Metsova za pomoc w zorganizowaniu wyprawy na „szafranowe żniwa”

szafransuszarniaTKFot. 5 Suszące się „nitki” znamion z szafranowych kwiatów – po wysuszeniu i oczyszczeniu stanowić będą właściwą przyprawę

UWAGA: bardzo cieszę się z wykorzystywania treści jakie publikuję na moim blogu, ale przypominam, że umieszczanie ich we własnych opracowaniach bez zaznaczenia cytatu i podania w przypisie źrodła, autora i daty odsłony jest zwykłą kradzieżą i podpada pod plagiat. Będzie mi miło razem budować zasoby wiedzy o roślinach i w przyszłości powoływać się na Wasze dokonania! Profesorowie, dziennikarze, studenci – Was to także dotyczy!

 

 

 

 

 

 

 

 

Mandragora

DSC_5199

Jeżeli mielibyśmy wskazać, jaka roślina wydaje się być najbardziej legendarną i ściśle związaną z rozmaitymi aspektami kultury ludzkiej, to w europejskim kręgu kulturowym jest nią zapewne mandragora Mandragora sp. Należy do znakomitej rodziny roślin psiankowatych i jest częścią mitycznej Super Magicznej Rośliny, na jaką składa się zestaw: lulek czarny / pokrzyk wilcza-jagoda / mandragora / datura. Nie bez przyczyny Linneusz nazwał mandragorę Atropa mandragora

DSC_5219DSC_5227

Nie będę wyliczał rodzajów alkaloidów jakie zawiera mandragora, bo jest ich więcej niż dziesięć (!) plus sporo innych ciekawych i czynnych substancji. Trudno też we wpisie na blogu opisywać legendy, praktyki, oddziaływania, a nawet same nazwy i określenia mandragory, bo jest to temat na książkę (a kilka już o mandragorze napisano) – sama literatura tematu przywoływana w Compendium of symbolic and ritual plants of Europe liczy sobie 201 pozycji… I w tym zawiera się cały problem, jaki mamy z mandragorą. Ten problem jest namacalny w sensie badawczym i szczególnie nauka (botanika uniwersytecka) wydaje mi się słabo przygotowana do dyskusji o mandragorze. To samo dotyczy wiedzy gromadzonej w instytucjach europejskich zajmujących się siecią Natura 2000… Po przejrzeniu zawartości merytorycznej hasła Mandragora officinarum można się za głowę złapać… bo poza tym, że należy do gatunków „ściśle chronionych” i ocenianych jako bardzo rzadkie, można się „dowiedzieć”, że nie są znane jej siedliska w aktualnej sieci obszarów Natura 2000… itd. itd.

DSC_5345DSC_5347

Wiemy, że mandragora rośnie w Himalajach (Mandragora caulescens) i w Azji Środkowej (Turkenia) mandragora turkmeńska (M. turcomanica) oraz w Europie… ale nie do końca wiadomo gdzie? Wiemy, że są dwa gatunki europejskiej mandragory: Mandragora officinarum (mandragora lekarska) i Mandragora autumnalis (mandragora jesienna?)… Opisy „naukowe” podają, że mandragora lekarska rośnie na Bałkanach i w północnej części Włoch, a „jesienna” spotykana jest w południowej części Włoch czyli w Kalabrii i na Sycylii. Te dwa gatunki mają się różnić nieznacznie – głównie kolorem kwiatów i rozmiarami owoców, a także, jak przypuszczam, okresami wegetacji. Kilka wspisów wstecz znajdziecie opis i piękną fotografię owocującej mandragory jaką wykonał Tomek Kozłowski wiosną tego roku w Grecji, a konkretnie na Krecie. Jaki to gatunek mandragory? Tomek pisał mi, że przywiózł z Grecji książkę na temat mandragory, więc podczas spotkania na najbliższych warsztatach w Biotopie Lechnica porozmawiamy o tym i dam znać… 🙂 Zasięgi gatunków i same gatunki (?) mandragor europejskich komplikuje fakt, że w historii bywały czasy, gdy Grecja sięgała po Sycylie… a były to czasy, gdy mityczne Wielkie Ogrodniczki uprawiały magiczne rośliny z wielu miejsc Europy.

DSC_5408DSC_5173

Dla etnobotanika bezpośrednie spotkanie z mandragorą rosnącą swobodnie (bo byłoby pochopnie sądzić, że „dziko” czy „naturalnie”) w jej ulubionych siedliskach to spore przeżycie i mocne doświadczenie. Przeżycie, bo rzadka (? – gdzie rzadka, to rzadka…), bo mityczna, bo interesująca, okazała i piękna, a mocne dlatego, że działa na zmysły, przyciąga wzrok, „świeci” kolorem kwiatów, intryguje pofałdowanymi liśćmi i specyficznym zapachem, przed którym, według wielu podań należy się chronić. Nie wiem dokładnie jak, ale mandragora działa od pierwszego momentu spotkania i nie wygląda to na przelotną fascynację! 🙂

Mandragory spotkaliśmy z A. podczas dwóch wycieczek w góry regionalnego parku Madonia (park regionalny we Włoszech to odpowiednik parku krajobrazowego w Polsce) i nie były to wyprawy specjalnie forsowne i w niedostępne rejony. Wręcz przeciwnie, najwięcej mandragor spotkaliśmy w pobliżu starych i aktualnych siedzib ludzkich (jak widać na fotce z serii”autor i …” 🙂  ), a prawdziwe skupiska po kilkadziesiąt okazów rosły w pobliżu ruin starych umocnień i kultowych miejsc przypisywanych prehistorycznym rytom kobiecym. W jednym przypadku mieliśmy nieodparte wrażenie, że chodzimy po zdziczałym ogrodzie, gdzie niegdyś uprawiano mandragory, a przynajmniej bardzo je faworyzowano. Może to wrażenie spowodowała nieostrożność w postępowaniu z napotkanymi mandragorami, dotykaniu ich i wdychaniu ich intrygującego zapachu podczas fotografowania? 🙂 W związku z moją pracą zawodową ironicznie mogę dodać, że tak bliskie kontakty ze ściśle chronionami roślinami są pewnie karalne, ale skoro nie wiadomo, gdzie te rośliny rosną (a ja nie podam ich namiarów nawet na torturach), to może mi się jakoś upiecze…?

DSC_5360

DSC_5256DSC_5375

W pobliskich miejscach spotkałem ponadto złoty zestaw roślin magicznych: najniżej (w sensie wys. n.p.m.) rosły datury (Datura sp.), wyżej psianki (Solanum nigrum) i mandragory (M. autumnalis) i trafiały się okazałe kępy bylicy piołunu (Artemisia absinthium), a najwyżej, pośród skał czekał na nas różeniec górski (Rhodiola sp.). Spotkanie takiej klasy znakomitości w czasie jednej wycieczki… to tylko w okolicach Biotopu Lechnica! 🙂

sycyliamandrag1

DSC_5186DSC_5371sycyliadaturaDSC_5423DSC_5439

Oczywiście temat mandragory powróci, pewnie podczas wiosennego warsztatu w Pieninach i na Zamagurzu, ale będziemy o tym rozmawiać także w czasie warsztatów i spotkań tegorocznych. Może uda się namówić Tomka Kozłowskiego, aby coś wspólnie opublikować? Mnie zainteresował pewien aspekt tradycyjnego wykorzystywania mandragory i będę zgłębiał dostępne i trudno dostępne źródła! Obiecuję też wkrótce totalną bombę na temat mandragory…

Tygodniowy pobyt na Sycylii był prawdziwą rewelacją etnobotaniczną i przynajmniej trzy „sycylisjkie” tematy jeszcze przywołam w następnych wpisach. Wszystkie trzy są rewelacyjne i zainspirują 🙂 z pewnością wielu moich czytelników! Może wreszcie coś drgnie w naszej etnobotanice?

Zainteresowanym mandragorą polecam wg mnie najtrafniejszy opis tej rośliny w książce Marii Immacolata Macioti, Mity i magie ziół, wydaną przez Universitas w Krakowie w 1989 roku (przekład: Ireneusz Kania). Jest także nowsze wydanie z 2006 roku, pisałem o tej pozycji już wcześniej.

Permakultura

petwiatraczki

Powoli zamawiam rozmaite nasiona i sadzonki roślin do ogrodu w Biotopie Lechnica. Kilka dni temu opłaciłem kolejny pakiet złożony z nasion arcydzięgla Aneglica archangelica (zestawie go z arcydzięglem z Sapmi), achochy zwanej też caiqua lub kai-wa czyli Cyclanthera pedata – boliwijskiego ogórka, sadzonki morwy białej i czarnej (Morus sp. … bo zobaczymy czy to faktycznie dwa gatunki czy tylko odmiany barwne owoców morwy białej) i sadzonki pigwowca (nie pigwy!) Chaenomeles japonica. Oferta internetowa jest bardzo bogata, a ilość gospodarstw szkółkarskich robi wrażenie! Pewnie robiłaby jeszcze większe, ale od lat obserwuję jedną z największych firm tego rodzaju w Małopolsce i fakty są takie, że jednej rośliny sami nie wyhodowali i jedynie wkopują w ziemię setki sadzonek przywożonych z Holandii. To nie krytyka, to stan faktyczny i nie wszyscy zajmują się rozmnażaniem sprzedawanych roślin. Warto o tym wiedzieć i nie spodziewać się cudów po kontaktach z tego typu hurtownikami. Wracajmy jednak do zestawu roślin… nie jest „rodzimy” i ma cechy eksperymentu, zważywszy, że rośliny są przeznaczone do ogrodu położonego około 500 m n.p.m. w górach.

Zadziwiają mnie i czasem irytują zwielokratniane w sieci rady, jak zakładać ogród, jak być ekologicznym, jak produkować kompost i w jaki sposób (zwykle to bardzo proste i szybkie w realizacji 🙂  stać się niezależnym od korporacji, państwa, a nawet od sąsiadów… 🙂 Rady zaczynają się od pokazania prostokąta równego terenu (symulacje zazwyczaj zbliżają się do pokrycia terenu, jak z pola golfowego… zielona, niska i dobrze utrzymana trawka…) i pokazują właściwie wszystko tak, jak NIGDY się nie trafia w rzeczywistości, a jeżeli tak się trafia to współczuję, bo oznacza to zakupienie jednej z wielu „działeczek” do odsprzedania miastowym. W świecie rzeczywistym mamy do czynienia z a/ zastanami elementami b/ bogactwem ukształtowania terenu i obiegu wody c/ konkretnym (a nie idealnym) usytuowaniem działki względem dróg, mediów i energii… Tu już nie jest łatwo wyznaczyć linię pomiędzy ekologicznym i nie-ekologicznym… bo działki nie leżą zazwyczaj na pokładach świetnej gliny i nie produkują słomy, a na granicy nie leżą zwały świetnego kamienia i pryzmy sezonowanego drewna gotowego do użycia za pocałowanie ręki. W wielu przypadkach budowa „ekologicznych instalacji” jest mocno energochłonna i zdecydowanie nieekologiczna ze względu na transport, koszty i zużycie energii. Ktoś, kto bryluje w stołecznych salonach i mieszka w partyjnym mieszkanku na wielkim osiedlu nie jest dla mnie wiarygodnym źródłem wiedzy o ekologicznych sposobach budowy domu i gospodarowania. Taka „ekologiczność” zaczyna być niezwykle dogmatyczna. Prawdziwe życie zaczyna się, gdy odpuścimy sobie ludzkość i zajmiemy się sobą w sposób, który sami sprawdzimy i uznamy za dobry. Uznawanie za dobre nie jest jednak naszym pozbawionym uzasadnienia uznaniem, a raczej odniesieniem się do konkretnej sytuacji, w tym do klimatu, stron świata, ukształtowania terenu i zasad fizyki. Nie ma to wiele wspólnego z realizacją dogmatu. Jeżeli nie możesz wybudować dobrej lepianki dla siebie, to nie potrafisz zaprojektować dobrej lepianki dla Afryki. Jeżeli znasz głębokiego ekologa, ktory jest filozofem, jeździ samochodem, kupuje gazety i nie ma swojego warzywaniaka, to nie jest to prawdziwy głęboki ekolog. To Twój wróg. W projektowaniu swojego własnego ogrodu nie warto kierować się „zdobyczami rolnictwa” nauczanego na uniwersyteteach pomiędzy 1930 a 1980 rokiem. Ta nauka uczyniła wiecej szkody Ziemi niż jakikolwiek inny czynnik. A co z dzikością? Powinna być pozostawiona samej sobie, a do starych, naturalnych lasów warto zaglądać jak na lekcje tego, co możesz sam starać się kształtować, albo przynajmniej nie zepsuć.

I tak mógłbym dalej, ale wyróżnione zdania zwracają pewnie już Waszą uwagę i pora napisać o co w tym chodzi? Chodzi o wytłumaczenie, czym jest permakultura w praktyce (i teorii wywiedzionej z praktyki) autora pierwszej książki na temat tego sposobu życia w środowisku – Billa Mollisona. Oczywiście byli przed nim inni, którzy stosowali te same idee pod zbliżoną nazwą: permanent agriculture i są także najnowsi autorzy, którzy interpretują permakulturę nie jako ciągłe (stałe, zrównoważone, bez końca) rolnictwo (ogrodnictwo), ale jako ciągłą kulturę, co podkreśla tzw. czynnik ludzki. Masanobu Fukuoka, Sepp Holzer i wielu innych ludzi (np. Joe Hollis o jakim pisałem na tym blogu w 2014 roku) prowadzą fantastyczne projekty, które realizują w praktyce (i często nieco innymi metodami niż dogmat „ekologiczności” poleca) zrównoważone sposoby bycia na tej Planecie.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, zawsze się znajdą mądrale, którzy zaczynają wprowadzać zasady i definicje. Nie obchodzi ich to, że Mollison sam przyznaje (i czyni z tego ważny punkt metody permakulturowej), że nie wie dokładnie, czym jest permakultura. Zawsze się znajdą mądrale, którzy permakulturę sprowadzą do efektownych spiralnych nasadzeń wszystkiego, co wpadnie im w ręce na odwróconej darni… plus założenie wzorcowego kompostownika. Bill Mollison w jednym z wywiadów opowiedział o początkach swojej wersji permakultury… i była to opowieść nie o zakładaniu grządek czy sianiu zboża… ale o tym, jak skończyły się jego badania zachowania ludzi. Obserwując ludzi i analizując osobno gesty, mimikę i czynności, a osobno treść rozmów i wypowiedzi, doszedł do wniosku, że nie ma związku pomiędzy tym, co ludzie robią, a tym o czym ludzie mówią. Poradził nawet czytelnikom, aby szukać sobie przyjaciół analizując tylko to, co ludzie robią i co akceptujemy, nawet jeżeli ci sami ludzie mówią coś, co się nam niezbyt podoba. Permakultura jest fascynującym spotkaniem z rzeczywistością, nie z gąszczem idei produkowanych przez umysły stroniące od wszelkiej pracy i odpowiedzialności. Permakulturę znacznie latwiej jest realizować w praktyce niż o niej teoretyzować. W szerszym rozumieniu (które odpowiada mi, bo praktykuję ten styl życia od jakiś 30 lat) permakultura jest realizowaniem sposobów życia, które przybliżyć by można kilkoma opisami wyborów (uznawanymi czasem za zasady permakultury): obserwuj – wyciągaj wnioski i bierz udział – eksperymentuj, a nie małpuj / naucz się pracować z energią / bądź konsekwentny i zaakceptuj skutki swoich działań / wybieraj i stosuj zasoby i usługi odnawialne / nie wytwarzaj odpadów / projektuj od ogółu do szczegółu – miej jasny cel i dobieraj środki, bo środki nie są celem / staraj się łączyć, scalać nie dzielić / stosuj powolne i małe rozwiązania swoich problemów i planów / doceniaj różnorodność, zawsze / zauważaj i doceniaj elementy granic, ekotonów, przejść i obszary peryferyjne / zauważaj i reaguj na zmiany… Do tego dochodzą strefy działania permakultury (w tym strefa dzikości, w której nie stosuje się działania…), grupy środowisk, ekotony i efekty styku, warstwy i techniki w rodzaju agroforestry, uprawy roślin bez orki, wzbogacania gleb bez nawozów sztucznych i zwalczania (czy raczej ograniczania ich oddziaływania) tzw. szkodników bez chemii i krwawych jatek, wykorzystywania zwierząt wiodących nieomal dziki żywot na terenach prowadzonych permakulturą. Jeżeli przełożycie wspomniane zasady czy też zestaw decyzji leżących u podstaw permakultury na uprawianie sztuki, rękodzieło czy coś innego, to permakultura okaże się najbardziej wywrotowym ze sposobów życia. Ale to się nie spodoba wielu… bo jak zaobserwował Mollison – związek pomiędzy tym, co ludzie robią, a tym, o czym mówią jest nikły lub nie ma go wcale… 🙂

Tak na marginesie, gdyby nie technika permakulturowa kuli nasiennych stosowana przez pioniera Masanobu Fukuoka, nie było by „bomb nasiennych” stosowanych w guerrilla gardeningu …

W naszym Biotopie Lechnica – cokolwiek byśmy mówili 🙂 – prawdziwe rozwiązania ekonomicznego obiegu energii, prowadzenia ogrodu i wykorzystaniu zasobów bardzo trudnego kawałka ziemi prowadzą do permakultury. W tym sensie, siedlisko z trzema domami i zabudowaniami gospodarczymi (starymi i nowymi) plus kawałki ziemi na stoku opadającym stromo do strumienia gorskiego – aby przetrwać, musi mieć cechy zrównoważonego systemu. W system ten wliczyć należy także nas i wszystkich, którzy się w Biotopie będą pojawiali.

Wywiady, autorski opis permakultury Seppa Holzera, sporo materiałów filmowych i portali internetowych jakie pokaże się Wam po wpisaniu słowa: permaculture … pozwoli zweryfikować to co napisałem, albo obalić… 🙂 Jedyne, co się liczy, to ogród, kultura, sieci przyjacielskie, sztuka uprawiana jak permakultura… reszta to gesty.

Ten wpis jest trochę inny niż ostatnie, ale żyję obecnie realizacją Biotopu Lechnica i chwila teorii nie przeszkodzi w następnych, bardziej praktycznych informacjach, jakie na etnobotanicznie.pl znajdziecie…

Aby zakonczyć czymś na czasie… to podam tylko, że wiosną wszystkie „zielone” miejsca w internecie i pismach laifstajlowych odkrywają uroki „rzeżuchy”… rozpisują się o „prostych metodach” uprawy, zastosowaniach kulinarnych i dobrodziejstwach „rzeżuchy”… a to wcale nie jest rzeżucha, tylko pieprzyca siewna Lepidium sativum. Ot, taka drobna obserwacja kulturowa… czyli etnobotaniczna, o tym, że rzeczywistość swoje, a kulturowa potoczność i nawyki swoje i mimo, że rzeżuchy rosnące w Polsce w stanie dzikim doskonale nadają się na sałatki, to azjatycka pieprzyca (rośnie też w Afryce) zagarnęła ich nazwę i odebrała sałatkowe zastosowania.

Na mojej fotce ze Słowacji – „ekologiczne” odstraszacze kretów i nornic z nie-ekologicznego materiału… plastikowych butelek.

Barwinki, a nawet góra barwinków!

barwinekslonogonDSC_7995DSC_7934DSC_7985

Na moich fotografiach ze Szczawnicy (1) i słowackiej Osturni (2-4) barwinek w formie dosłownej i symbolicznej.

Podczas spotkania w Biotopie Lechnica pojawiło się kilka nowych kontekstów etnobotanicznych dotyczących barwinka (Vinca minor), który rośnie dziko w naszej części Europy i przynależy do bardzo interesującej kulturowo grupy roślin karpackich. O barwinku pisałem w Zielniku… na s.145, ale nowe publikacje i nowe obserwacje pozwalają zamieścić poszerzenie opracowane przez Andrzeja Chlebickiego. Zapraszam z wielką przyjemnością do lektury!

Góra Barwinków

Góra barwinków w Białej Wodzie w Beskidzie Sądeckim

Ziemia – ta panna młoda / barwnikowe wieńce wije / pogubione po lasach / po wsze czasy/ zaślubia / zapomnienie / błękitem barwinka / zarasta / kapliczki łemkowskie / cmentarze / krzyże

(wiersz Alicji Mojko, 23 listopada 2014)

W czasach Apulejusza uznawano barwinek (najprawdopodobniej zarówno Vinca major jak i Vinca minor) za ziele magiczne, sądzono, że ziele barwinka przeciwdziała opętaniu przez diabła, chorobom wywoływanym przez demony, ukąszeniom jadowitych węży i dzikich bestii a także przeciwko zazdrości i rzucaniu uroków. Albert Wielki znany z zamiłowania do botaniki i alchemii sądził, że starty na proszek barwinek z dodatkiem dżdżownic i ziela rojnika Sempervivum tectorum powinien wzbudzać miłość pomiędzy kobietą i mężczyzną (The Boke of Secrets of Albertus Magnus of the Vertues of Herbs, Stones and certain Beastes). A jak jest naprawdę? Cała roślina jest trująca, ziele barwinka ma znaczenie lecznicze. Już w czasach Dioskurydesa i Galena używano naparów z ziela (Infusum Vincae). Ostatnio z barwinka wyizolowano ponad 50 alkaloidów a wśród nich winkaminę obniżającą poziom glukozy we krwi. Alkaloidy barwinka aktywują układ immunologiczny oraz poprawiają krążenie mózgowe. Winkrystyna i winblastyna wyizolowane z barwinka różowego (katarantusa) mają działanie cytotoksyczne, utrudniają rozrost tkanek nowotworowych np. w leczeniu raka piersi, białaczki limfoblastycznej, chłoniaków, mięśniaków i raka jądra. Pędy barwinka większego (V. major) były używane do plecenia koszy w Europie Zachodniej.

chlebvincaflos

ryc. 1. Barwinki: A – Vinca minor z dawnej łemkowskiej wsi Biała Woda; B – Vinca major L. z Półwyspu Chalcydyckiego w Grecji

Rodzaj barwinek Vinca opisany przez Linneusza składa się obecnie z pięciu gatunków. U nas najczęściej występuje Vinca minor L., w obszarze śródziemnomorskim rośnie Vinca major L., a w obszarach pontyjskich Vinca herbacea Waldst. et Kitan. Spokrewniony z nim jest rodzaj katarantus (Lochnera) występujący na Madagaskarze. Vinca i Lochnera należą do toinowatych (Apocynaceae). W obrębie toinowatych jest dużo trujących tropikalnych drzew a wśród nich np. śródziemnomorski oleander (Nerium L.). Dość łatwo można rozróżnić dwa najpospolitsze gatunki europejskie Vinca minor i Vinca major. Ten ostatni ma dwa razy większe kwiaty i owłosione brzegi liści, podczas gdy Vinca minor ma liście nagie. W Polsce barwinek mniejszy rośnie w dużym rozproszeniu w cienistych lasach, często sadzono go na cmentarzach już od czasów średniowiecza tak jak i bluszcz oraz kopytnik. Na mapie naturalnego rozmieszczenia V. minor w Polsce (Zając A. i Zając M. 2001) widać, że barwinek nie występuje w północno-wschodniej części kraju. Na Ukrainie występują oba gatunki barwinka (V. minor i V. major), choć Bojkowie i Łemkowie używali w swoich obrzędach głównie barwnika mniejszego. Naturalne rozmieszczenie Vinca major obejmuje Europę na zachód od Austrii a także Skandynawię i Grecję. Poza tym występuje w Anatolii i Północnej Afryce. Oba gatunki barwinka zostały rozprzestrzenione przez człowieka na wszystkich kontynentach oprócz Antarktydy.

Barwinek jest rośliną płożącą się, długość zdrewniałych łodyg dochodzi do 1 metra. Liście są skórzaste i błyszczące. Ta cecha najprawdopodobniej spowodowała zainteresowanie się człowieka w przeszłości tą rośliną. Barwinek ma kwiaty herkogamiczne. Pomimo że znamiona i pylniki dojrzewają równocześnie, są od siebie oddzielone (w przypadku barwinka, małym talerzykiem na słupku), co zapobiega samozapyleniu.

Polska nazwa to barwinek, barwin, ale też lubistek, po łemkowsku barwinok, po czesku zelenec, brčal menši, po bułgarsku buruvinka, po chorwacku palenka, po serbsku barwjenc i zimzelen, po słowacku zimozeleň menši. Włosi nazywają barwinek „Centocchio” (sto oczu), ale także „kwiat śmierci”, ponieważ z barwinka robiono wianki i kładziono na zwłokach zmarłych dzieci. Z kolei Germanie nazywali barwinek „kwiatem nieśmiertelności”. Na Słowacji dodawano kwiaty barwinka do weselnego kołacza. Każdy weselnik, który tańczył z panną młodą dostawał od niej kawałek kołacza z kwiatem barwinka. Żywe kwiaty barwinka umieszczano w grobie zmarłej młodej dziewczyny. Uważano barwinek z symbol nieśmiertelności. Przyśniony żywy barwinek oznaczał długie i bezpieczne życie. Dla Francuzów barwinek jest symbolem przyjaźni. Vinca major w mowie potocznej to pervenche. Ta ostatnia nazwa pochodzi od Vincapervinca nadana tej roślinie przez Pliniusza. Również Włosi używają podobnego określenia dla V. major – perivinca, a Anglicy perivinkle.

Wianek

Już od lat chodzę po łemkowskich ścieżkach, rozumiem smutek i rozpacz Łemków za tym co odeszło. Jeszcze gdzieniegdzie udało im się powrócić po akcji Wisła. Pozbyłem sie też bezkrytycznego spojrzenia. Są ludźmi z wadami jak i my. Nostalgia unosi się nad łąkami a mimo to są piękne i pełne radości. Kraina pasterska, pełna niskich gór i rozległych łąk. Jeszcze nowobogaccy nie są tutaj elementem dominującym. Beskid jest szczodry i bogaty. Lasy i rzeki jeszcze radzą sobie z ludzką zachłannością. Przyroda stale powtarza prawie te same wzory nie zważając na nasze ludzkie tragedie. Byliśmy w Białej Wodzie, dawnej wsi łemkowskiej, gdzie zostało trochę fundamentów, piwniczki i barwinki. W tomiku Harasymowicza pt. „Cała góra barwinków” znajduje się przejmujący wiersz:

Pusto w cerkwi tu tylko słońce i księżyc leżą na posadzce krzyżem. 

Drogą zamiast wiernych dziś mrówki idą do cerkwi 

I rosną świętym w rękach kwiaty prawdziwe.

Jesienią dach cerkwi na wielkim wietrze

Zakotłował i jak jastrząb uleciał

Dziś strugi łez płyną świętym

Gdy błyskawica przyświeca.

Taką „górę barwinków” znaleźliśmy w Białej Wodzie. Harasymowicz pięknie to ujmuje: „Niebieskim śniegiem padają barwinki na suknię Paraskewy”. Natomiast Marek Styczyński w „Zielniku podróżnym” pisze: Barwinek (Vinca minor) jest w tradycji Ukrainy jednym z najważniejszych elementów roślinnych  ślubnego wianka panny młodej. Jest też tom eposu „Na wysokiej połoninie” Vincenza pt. „Barwinkowy wianek”. Niestety poza informacją, że do pokoju panny młodej wniesiono trzy wianki nic więcej o barwinku Vincenz nie pisze. Oznacza to, że barwinkowe wianki były czymś zwyczajnym, niemal pospolitym w tamtych czasach. W polskich zbiorach etnograficznych zachował się tylko jeden wianek weselny z liśćmi barwinka. Znajduje się w zbiorach kultury łemkowskiej w Olchowcu, pod opieką Tadeusza Kiełbasińskiego. Wianek został ofiarowany opiekunowi przez Łemkinię tuż przed jej śmiercią. Wisiał w jej domu na wbitym w ścianę haku z brony. Zarówno w weselnych obrzędach Łemków jak i Bojków wianek z barwinka był obowiązkowo używany. Wicie wianka było skomplikowanym procesem odbywającym się zarówno w domu panny młodej jak i pana młodego. Pierwszą garść barwinka ścinał sierpem młody 8-10 letni chłopiec a swaszka po wniesieniu go do domu chowała go w skrzyni. Drugi wariant był bardziej skomplikowany. Starosta i starościna trzymali za rogi białą chustę. Matka panny młodej stawiała swaszce miskę z owsem na głowie, a na nim leżał bochenek chleba i barwinek. Matka zarzucała na to białą chustę. Następnie starosta i swaszka zasiadali do stołu, swaszka zdejmowała załadowaną misę, przywołany młody chłopiec (brat któregoś z nowożeńców) wybierał kilka pęczków barwinka i podawał swaszce, wtedy starosta błogosławił barwinek a swaszka wraz z kobietami rozpoczynały wić wianki z owsa i barwinka dodając cztery główki czosnku. Taki łemkowski wianek z owsa i barwinka udało mi się sfotografować w Olchowcu (ryc. 2). Łemkowskie kobiety z Krempnej smutno śpiewały w czasie wicia wianka:

Daj się wianku pięknie wić

Bo już niedługo tobie tu chodzić.

Tę tylko jedną niedzieleczkę

I w poniedziałek godzineczkę

chlebvincawianek

Ryc. 2. Łemkowski wianek weselny z owsa i barwinka w zbiorach Tadeusza Kiełbasińskiego z Olchowca, fot. A.Ch

We wsi Haligowce po słowackiej stronie Pienin znalazłem płat barwinka V. minor który uciekł z ogródka. Starsza kobieta powiedziała mi w języku zamagórskim, że znalazła barwinek w lesie (wymieniła trzy stanowiska) i przyniosła go do ogrodu. Barwinek jednak przedostał się z ogródka przez płot i zaczął rosnąć na nasłonecznionym zboczu. Jest to przykład rośliny którą można zaliczyć do apohemerofitów (dziczejące rośliny uprawiane w przeszłości i współcześnie). Łemkowie często sadzili barwinek mniejszy w ogródkach.

chlebvinca1

Ryc. 3. Pozostałości po łemkowskie chyży w Białej Wodzie, fot. Lonia D.

Opuszczone wsie łemkowskie a zwłaszcza cmentarze w Świerzawie Ruskiej, Żydowskiem, Radocynie i Lipnej są pełne barwinków. Całe kobierce są rozesłane na zarysach grobów i ścieżkach (ryc. 4). Mogliśmy to wszystko zobaczyć dzięki naszemu przyjacielowi Leszkowi Rawło.

Ryc. 4. Łemkowski cmentarz w Świerzowej Ruskiej, fot. Lonia D.

Ale nie tylko u nas barwinki rosną w dawno zapomnianych wsiach. U nasady Półwyspu Chalcydyckiego leży miasto Olint dobrze znane już w VII wieku przed naszą erą. Zamieszkiwali je Bottiajowie, których znad Zatoki Termajskiej przesiedlili tu Macedończycy. Artabazos (jeden z wodzów Kserksesa, mający około sześćdziesięciu tysięcy żołnierzy) w 479 BC zdobył miasto, ludzi wywiódł nad jezioro i wyrżnął, miasto zaś oddał w zarząd Kritobulowi z Torone i plemieniu chalkidijskiemu (Herodot str. 491). Ostatecznie miasto zostało zniszczone przez Filipa II Macedońskiego w 348 roku. Olint został odkopany w latach 1928-1938 przez amerykańskich archeologów (ryc. 5). Odnaleziono wówczas jedne z najstarszych mozaik antycznego świata w Willi Szczęśliwego Losu. Z całego miasta zachowały się zarysy murowanych domów, kamień młyński, znaczna ilość sarkofagów, wyrzeźbiona głowa kobiety przechowywana w Archeologicznym Muzeum w Salonikach. Idąc drogą prowadzącą na szczyt wzgórza, gdzie leży miasto, zdawałem sobie sprawę, że tędy właśnie przemieszczało się wojsko perskie. Wzdłuż drogi rosły kwitnące krzewy perukowców, żółte żarnowce, szałwie, dziewanny i barwinki o wyjątkowo dużych kwiatach (Vinca major L. ryc. 1B).

chlebvincatokozl

Ryc. 5. Ruiny miasta Olint na Półwyspie Chalcydyckim, fot. A. Ch

Komentarz Marka Styczyńskiego:

Przy analizowaniu miejsca barwinka w kulturze warto pamiętać, że w Europie występują dwa gatunki zasiedlające naturalnie dwa różne obszary: Vinca minor – jest gatunkiem rodzimym dla Europy Wschodniej, a V. major dla strefy Śródziemnomorskiej. W przeglądach kulturowych znaczeń często nakłada się i miesza te dwa gatunki. Generalnie niektóre konotacje kulturowe są zbliżone, ale znaczenie i zwyczaje w poszczególnych krajach Europy odnoszą się jednak do różnych gatunków tej rośliny i dobrze jest o tym pamiętać, zwłaszcza, że znamy ogółem 6 gatunków barwinków występujących w Europie, Azji i Afryce. Barwinki uprawia się w ogrodach i często dziczeją… musimy uważać przy oznaczaniu gatunku, bo np. na Ukrainie spotyka się V. minor i V. major, chociaż zwyczaje i konotacje kulturowe Bojków, Łemkówmi Hucułów odnoszą się do V. minor. W Grecji barwinek był łączony z Dionizosem (Bacchusem) i bachanaliami. W Danii nazywano b. Maagden palm (palmą dziewic) i był znakiem śmierci młodych, niezamężnych kobiet. We Włoszech nazywano b. Fiore di Morte (kwiatem śmierci) i sadzono go na grobach dzieci. Podobne konotacje ma b. w Anglii i Walii. W procesie chrystianizacji został kwiatem Matki Boskiej dzięki błękitnym kwiatom.

W europejskiej tradycji zachodniej jest b. kwiatem magów i poetów. W tzw. mowie kwiatów (sekretny kod kwiatowy) oznacza „słodką pamięć”. W magii z b. sporządzano amulety broniące przed czarami.

W Belgii był ciekawy zwyczaj (podobny był kultywowany we Francji): w Nowy Rok (w dniu imienin Adama i Ewy) wrzucano na węgle zerwany b. i gdy pod wpływem gorąca zwinął się i „podskoczył” to oznaczało dobry, szczęśliwy rok… ale gdy tylko się spalił, wróżyło to śmierć jednej osoby w nadchodzącym roku. Na Ukrainie (w Karpatach) b. wpleciony w wieniec na głowie panny młodej oznaczał dziewictwo. Sir Francis Bacon polecał kurację liśćmi b., a słynny starożytny zielarz Dioscorides uważał b. za antidotum na jadowite zwierzęta. Informacje z Compendium of Symbolic and Ritual Plants in Europe: Vol I. Trees and shrubs.

Literatura:

De Clene M., Lejeune M. C. 2003. Compendium of Symbolic and Ritual Plants in Europe: Vol I.

Długaszek R. 2001. U źródeł Wisłoki. Stowarzyszenie Miłośników Nieznajowej

Harasymowicz J. 1983. Cała góra barwinków. Seria małych wyborów poetyckich.

Karczmarzewski A. 2014. Świat Łemków. Etnograficzna podróż po Łemkowszczyźnie. Libra

Karczmarzewski A. 2014. Świat Bojków. Etnograficzna podróż po Bojkowszczyźnie. Libra

Piecuch A., Harkawy A., Jankowska-Harkawy M. 2013. Opuszczone wsie ziemi gorlickiej. Gondwana

Stelmaszczuk G. 2009. Obrzędowe nakrycia głowy w Karpatach Ukraińskich (w oparciu o materiały dotyczące nakryć głowy Hucułów, Bojków, Łemków) [w:] red. A. Haratyk. Huculszczyzna. Kultura i edukacja. Wyd. Adam Marszałek.

Styczyński M. 2012. Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i Bałkanów.

Zając A. & Zając M. 2001. Atlas rozmieszczenia roślin naczyniowych w Polsce. UJ, Kraków.

Tekst: Andrzej Chlebicki, wiersz Alicja Mojko, zdjęcia Leonia Dohojda i A Ch., komentarz: Marek Styczyński, informacje ze Słowacji: Michal Smetanka.