Cytrus lekarski

kafirowoc

Pewnie wielu czytelników zna doskonale suszone liście kaffiru, które dodają aromatu sosom i zupom kuchni azjatyckiej. Można kupić paczuszki tych liści także u nas i polecam, bo zmieniają kuchnie w jeszcze bardziej aromatyczne miejsce i znajdują natychmiast swe stałe miejsce, tuż obok kardamonu, goździków czy szafranu. Aromat tej przyprawy jest wyczuwalny w każdej potrawie i nie pomylicie go z niczym innym. Od jakiegoś czasu moje zainteresowanie kaffirem przybierało formy uporczywego poszukiwania nasion lub sadzonek tego drzewka. I tak zaczęła się przygoda z kaffirem…

Polska nazwa tego cytrusa to papeda, powszechnie stosowana to kaffir, a w Indonezji nazywają tę limonkę – jeruk obat czyli – cytrus lekarski. Botanicy uznali obecnie jedną nazwę łacińską (chociaż ma wiele synonimów) i brzmi ona: Citrus hystrix. Polska nazwa nijak się ma do powszechnie używanych i możemy sobie ją darować. Także nazwa kaffir czy kafir jest kontekstowa i nie zawsze bywa dobrze odbierana, bo mianem kafir Arabowie nazywali nie-muzułmanów. Angielskie źrodła proponują używanie nazwy – makrut. Mnie osobiscie najbardzie odpowiada (a odpowiada też zastosowaniom rośliny) prosta nazwa – cytrus lekarski. Jak widać (a jest to tylko kilka z wielu stosowanych nazw tej rośliny) limonka ta musiała zajmować wiele nacji i budzić mocne zainteresowanie? Dlaczego?

Najczęściej mamy do czynienia z liśćmi cytrusa lekarskiego i to z liśćmi suszonymi. W paczuszkach znajdziemy niezbyt duże liście o fantastycznym aromacie (ale nie jest on wieczny…) i nie zobaczymy, że liście te w stanie świeżym mają bardzo ciekawy kształt – są „podwójne” bo blaszka liściowa jest ukształtowana w dwa listki połączone ze sobą i rosnące na jednym „ogonku” liściowym. Liście są zielone, błyszczące, pachnące i dość twarde. Na targach od Indii przez Indonezje po Filipiny można kupić świeże liście w pęczkach i te dopiero dają moc potrawom! 🙂  Mniej znanymi są bardzo charaktersytyczne owoce tego cytrusa – przypominające limonki, ale z silnie sfałdowaną skórką. Nie można ich pomylić z innymi limonkami. Podobno trafiają się one czasem w handlu, ale moje poszukiwania w Londynie, we Włoszech, w Sztokholmie, niestety  nie przyniosły rezultatów. A muszę przyznać, że szukałem nie tylko ja, ale spora grupka osób, które z cierpliwością znoszą moje rozmaite dociekania i pilne zazwyczaj 🙂 prośby! Wszystkim zainteresowanym pięknie dziękuję i mam nadzieję, że tym tekstem się trochę wytłumaczę?!

kafirowocnasiona

Szukałem owoców z nadzieją, że znajdę w nich pestki, a te przywiodą mnie do pięknego, własnego gaju makrutowego na balkonie w Krakowie i na werandzie w Biotopie Lechnica… Okazało się, że owoce są tak samo cenne jak liście i służą na wiele sposobów w stanie suszonym (całe lub skórka), soku, oleju i olejków aromatycznych! Dalej i dalej… okazało się szybko, że cytrus lekarski jest jedną z roślin wykorzystywanych w Royal Thai Herbalism czyli systemie leczniczym bardzo bliskim indyjskiej Ayurvedzie. Jak to często bywa, okazało się, że zastosowanie przyprawowe limonki makrut skrywa tylko jej poważne znaczenie i zarazem odkrywa znaczenie nazwy miejscowej – cytrus lekarski. W podręcznikach do Ayurvedy kategoria „cytrus” w znacznym stopniu odnosi się do tej małej limonki, przynajmniej w kilku zastosowaniach. Sami rozumiecie jaki ból rozdziera serce etnobotanika, kiedy natrafia na tego rodzaju roślinę, a nasion i sadzonek jak nie było tak nie ma. No, chyba, że jest to etnobotanik teoretyk, ale to dla mnie wykluczające się określenia.

Jest takie zjawisko (przynajmniej ja go doświadczam od lat, a potwierdza go też moja żona i bliżsi znajomi), że kiedy skupiam się na jakimś temacie i wykaże dostateczną dozę uporu, konsekwencji, ale też i podtrzymywania płomienia entuzjazmu 🙂 , to sprawy w pewnym momencie idą lawinowo! I tak było w tym wypadku…

Mój przyjaciel, stały konsultant i życzliwy dostawca wielu ciekawych sadzonek do Biotopu, a przy tym profesor ogrodnictwa – Piotr Siwek, dał mi cynk, że wybiera się do Tajlandii… Nagle wszystko stało się możliwe, bo dobry znawca roślin użytkowych udaje się do centrum ojczyzny poszukiwanej limonki… 🙂 Kiedy po trzech tygodniach dostałem sms z oczekiwaną treścią – „mam owoce kaffiru! Ale szukam dalej… „ myślałem, że to wszystko… Ale nie, bo jak lawina to lawina… i na drugi dzień, podczas etnobotanicznego spotkania w krakowskiej księgarni Bonobo (a spotykamy się tam raz w miesiącu przez cały najbliższy rok z wakacyjną przerwą) niespodziewanie wyłoniła się miła postać i podarowała mi książkę A Thai Herbal. Traditional Recipes for Health and Harmony, C. Pierce Salguero. Moja kolekcja książek kupowanych w/ lub o Azji, wzbogaciła się pięknie i polecę tylko zainteresowanym np. Plants from the Markets of Thailnad (to dla każdego, kto wybiera się do Tajlandii, aby nie znajdował tam jedynie kapusty…), a dla moich dociekliwych kolegów etnobotaników – Plants and People of the Golden Triangle: Ethnobotany of the Hill Tribes of Northern Thailand, Andersona z kolegami. Książki te pochodzą z lat 90. XX wieku, ale w wielu księgarniach i antykwariatach w Indiach, Tajlandii… znajdziecie te lub inne.

kafirpiotrs

kafirseedskafirbook

 

Owoce i nasiona kupione w sklepie ogrodniczym w Bangkoku dają nadzieję na zrealizowanie planu uprawy gaju kaffirowego w domu… ?! W swej ojczyźnie (ojczyznach?) limonka makrut dorasta sporych rozmiarów, bo sięga nawet około 10 m wysokości, ale zazwyczaj to drzewko, które nie przekracza 2 m. Jest dość mocno „kolczaste”, ale taki rozmiar zmniejszony o cięcie do 1 m daje szansę na uprawę u nas. Według wielu doświadczonych ogrodników cytrus lekarski daje się uprawiać w naszym kilmacie w donicach czy pojemnikach wystawianych na lato do ogrodu, taras lub na balkon. Kluczowe są miesiące zimowe, ale to już inna bajka.

Lecznicze znaczenie naszej limonki, to osobna sprawa i dociekliwi czytelnicy poczytają o nich w internecie, a zainteresowanym jedynie aromatem nie są one potrzebne. W mojej opinii cytrus lekarski warto włączyć na stałe do naszej kuchni i życia. Trochę fotografii robionych „na szybko” telefonem 🙂 przybliży Wam cytrus lekarski…

Jeżeli gdzieś zobaczycie w Polsce limonkę kaffir (ale owoce nie liście!) to dajcie znać! Warto tego cytrusa spopularyzować we wszelkich postaciach!

kafirbookkot-jpg

Reklamy

Szafran dobry na jesień!

szafranTK

Od kilku lat intrygował mnie szafran uprawny i pozyskiwany z jego kwiatów specyfik roślinny o wielu zastosowaniach nazywany szafranem. Jest to znana od tzw. niepamiętnych czasów przyprawa, barwnik, ale i lek ziołowy o działaniu antydepresyjnym. Roślina ta stworzyła jeden z najciekawszych obszarów kulturowych i jest znakomitym tematem badań etnobotanicznych. Szafrany znamy (niby) dobrze, bo to przecież „nasz” krokus, zwiastun wiosny…ale nawet z nim jest kłopot, bo nie wiadomo czy to gatunek rodzimy czy zawleczony, mieszaniec… a jak tak, to pomiędzy jakimi gatunkami? Czy jest roślinnym bonusem migracji wołoskich na tereny Karpat? Jedno wiadomo z całą pewnością, kwitnie wiosną.

Szfran uprawny, dostarczający drogocennego surowca zielarskiego, którego cena dochodziła kiedyś do ceny złota, kwitnie jesienią. Tu zaczynają się schody, bo nasz symbol wiosny sprawił, że długie lata nie zauważano „jesiennych krokusów”, a czasem tylko przypominano, że w jesieni kwitną zimowity jesienne, a nie krokusy. Tymczasem jest inaczej i najcenniejszy dla ludzi krokus to także roślina jesieni.

Od chwili rozpoczęcia prac nad naszym ogrodem permakulturowym i kolekcją roślin w Biotopie Lechnica planowałem uprawę szafranu i rozglądałem się za odpowiednim materiałem w postaci bulwocebuli i miejsca do ich posadzenia. Jestem pod urokiem intensywnych upraw górskich szafranu w marokańskim Atlasie i na wzór stosowanych tam małych poletek otoczonych kamiennymi murkami w sierpniu tego roku przygotowałem podobne stanowisko. Nie udało mi się dotrzeć do najbliższych mi geograficznie upraw na Węgrzech ( pisałem o nich w Zielniku podróżnym na s.65-68 i tam odsyłam dla poszerzenia wiedzy), ale miałem nadzieję, że znajdę szafran podczas jesiennej, sycylisjkiej wyprawy do mandragor i udało się… Pierwsze bulwocebule kupiłem na specjalistycznym targu w Palermo i tam też oglądałem rozmaite zastosowania szfranu.

szafran

DSC_5535

DSC_5534

Bulwocebule szafranu uprawnego kupione w Palermo, szafran -surowiec zielarski z Palermo i ulotka plus opakowania ze specyfikami kosmetycznymi wytwarzanymi z szafranu przez specjalistyczną firmę.

Fot. M.Styczyński

Małe poletko wymaga przygotowania grubej warstwy bogatej w składniki gleby, bo szafran musi być sadzony głęboko i mieć warunki do szybkiego wzrostu, kwitnienia i rozmnażania się. Czym bardziej nawieziona gleba tym szafran mocniej się mnoży, a chodzi nam przecież o bardzo, bardzo wiele kwiatów dla pozyskiwania bardzo lekkiego surowca z ich wnętrza. Szkoła marokańska polega na zrywaniu całych kwiatów i oddzielanie surowca od płatkow w domu, tym bardziej jest potrzebne doskonałe stanowisko dla wytwarzania się nowych bulwocebuli, bo o nasionach musimy zapomnieć, gdyż gatunek ten ich prawdopodobnie nie wytwarza. Podbudowany pierwszym zakupem szafrana uprawnego dotarłem (nie bez trudu) do hurtowni, która zaoferowała mi opakowanie zawierające 100 bulwocebul i rzecz jasna, kupiłem je. Kłopot polegał na tym, że było już bardzo późno, bo sycylijski materiał posadziłem na początku października, ale te wspomniane sto szafranów dotarło do mnie dopiero pod koniec października… Posadziliśmy je jednak (dzięki pomocy Marcina i Ani) aby nie ryzykować przetrzymywania materiału przez długie miesiące, co prawie zawsze kończy się klęską. No i… „polski” materiał dał kilkadziesiąt kwiatów na początku grudnia, a sycylijski w tym czasie wypuścił dopiero pierwsze listki…

szafransadz

szafran

Pierwsze poletko szafranu uprawnego w Biotopie Lechnica i pierwszy kwiat z końca listopada 2015 roku. Fot. M.Styczyński

W czasie gdy pokazały się pierwsze kwiaty szafranu uprawnego w Biotopie, na Południe ruszył niestrudzony badacz Grecji i znakomity botanik, Tomek Kozłowski. No i bingo, trafił na zbiory szafranu!!! Z pierwszego pola pełnego szafranów przysłał mi entuzjastycznego esemesa, a ja, odpisując i dodając sił do eksploracji, zamówiłem natychmiast tekst i fotografie na etnobotanicznie.pl

Zanim jednak zagłębicie się w relacji Tomka, jeszcze tylko mini dodatek do moich opisów mandragory jesiennej z Sycylii. Zapowiadałem mandragorową bombę i są nawet dwie! Pierwszą bombową wiadomością jest mój kontakt z przemiłą ogrodniczką, która z powodzeniem uprawia i rozmnaża mandragorę (tę „wiosenną”) w naszym klimacie i jest pewien plan… o czym napiszę we właściwej chwili, a druga bomba, to zaplanowana już wiosenna wyprawa sycylijska… aby zobaczyć co dzieje się ze wspaniałą mandragorą jesienną … wiosną i czy dobrze owocuje?

Teraz już zapraszam do zapoznania się z relacją Tomka Kozłowskiego i do oglądania Jego świetnych fotografii. Mam nadzieję, że takim sporym materiałem przeproszę czekających już długo na nowości bloga etnobotanicznie.pl ?! Biotop Lechnica i prace jakie tam prowadzimy całkowicie zaskoczyły nas intensywnością, satysfakcją z pracy i inspiracjami. Ostatnie miesiące były także bardzo mocnym czasem ze względu na samodzielne wydanie (super DIY) naszej nowej muzyki w formie płyty winylowej i cd o tytule Biotop. Tytuły utworów i sfera w jakiej zakorzeniona jest muzyka na tej płycie, odpowiada budowie drzewa, alchemicznym specyfikom i słabo rozpoznanym zjawiskom postrzegania bez udziału oczu/wzroku… ale nie musicie tego badać aby słuchać muzyki z Biotopu.

W krainie szafranu

szafranpoleTK

Fot. 1 – Pole kwitnących szafranów pod miastem Kozani, Grecja

Tegoroczny jesienny wyjazd do Grecji zaplanowałem rozmyślnie na początek listopada, aby spróbować zdążyć na sławne „szafranowe żniwa”. O uprawach szafranu pod miastem Kozani w północnej części kraju (w prowincji Macedonia Zachodnia) czytałem od wielu lat a wizja ujrzenia kwitnących szafranowych pól, pobudzała moją wyobraźnię.

Spotkania z szafranem zaczęły się jednak niespodziewanie już wcześniej w tym roku i miały z początku wymiar…archeologiczny. Najpierw kwiaty szafranu znalazły się na jednym z fresków minojskich, podziwianych w kwietniu w Muzeum Archeologicznym w stolicy Krety, Heraklionie; we wrześniu pięknie oddany w swych detalach kwiat szafranu ukazał mi się z kolei na fragmencie fresku z XVII w. p.n.e. z Akrotiri, miasta zasypanego wulkanicznym popiołem na cykladzkiej wyspie Santorini (Thera). Istotnie szafran towarzyszył człowiekowi od niepamiętnych czasów. Sumerowie stosowali go już prawdopodobnie ponad 5000 lat temu, wymienia go słynny staroegipski papirus Ebersa, Fenicjanie składali go w darach ofiarowywanych swojej Królowej Niebios – bogini Astarte. Minojczycy uwieczniali kwiaty szafranu na freskach a w Grecji klasycznej roślinę wymieniali i opisywali, m.in. Homer, Teofrast, Ajschylos, Arystofanes czy Hipokrates. Szafran polubili też Rzymianie, stosować go miała również Kleopatra. Do Europy trafił w XI w., gdy Arabowie wprowadzili go na Półwysep Iberyjski, w XIII w. przybywał natomiast na nasz kontynent wraz z powracającymi ze Wschodu krzyżowcami.

fresk-kwiat szafranu-Santorini

Fot. 2 – Fresk z Akrotiri z kwiatem szafranu, Muzeum Archeologiczne w mieście Fira, Santorini

Szafran uprawny (Crocus sativus L.), blisko spokrewniony z dzikimi przedstawicielami rodzaju szafran (krokus) – Crocus sp., nie jest obecnie znany w stanie naturalnym, podobnie jak niemało innych roślin towarzyszących człowiekowi, pochodzących z Bliskiego oraz Środkowego Wschodu a także ze Śródziemnomorza. Prawdopodobnymi regionami jego pochodzenia są Persja, Azja Mniejsza czy basen Morza Egejskiego. Grecy mają na temat powstania tego kwiatu swoje bardziej poetyckie, mitologiczne wyjaśnienia. Narodziny kwiatu szafranu opisuje kilka mitów. Najpopularniejszy z nich przywołuje boga Hermesa, który ćwicząc rzut dyskiem ze swym przyjacielem Krokosem, niechcący trafił go i zabił. Pogrążony w smutku Hermes postanowił unieśmiertelnić przyjaciela, zamieniając jego ciało w piękny fioletowy kwiat (jego nazwa w języku greckim to do dziś „krokos”/κρόκος) a krew młodzieńca w żywoczerwone trójdzielne znamiona słupków (części znajdujące się w „sercu” kwiatu), stanowiące dziś cenną przyprawę. Inny mit twierdzi, że kwiat szafranu wyrósł z krwi cierpiącego w górach Kaukazu Prometeusza a wyciąg z kwiatu podarowała Argonautom czarodziejka z Kolchidy, Medea, co miało uchronić ich przed ognistym oddechem byków, które mieli ujarzmić w ramach prac zleconych przez króla Ajetesa – było to jednym z warunków otrzymania złotego runa.

Szafran kojarzy się nam obecnie z drogą przyprawą, jednak w starożytności jego sława wiązała się w pierwszej kolejności z właściwościami leczniczymi, olejek eteryczny z kwiatów stosowano też w produkcji pachnideł i kosmetyków. Już Hipokrates polecał szafran do pobudzania menstruacji, wykorzystywano także jego właściwości rozluźniające, rozkurczające, lekko ściągające czy przeciwzapalne. Autorzy starożytni zwracali jednak także uwagę na niebezpieczeństwa związane z pobudzającym działaniem szafranu po jego przedawkowaniu. Być może miało to wpływ na traktowanie szafranu jako jednej z roślin magicznych, która wymieniana była nawet pośród składników maści czarownic. Starożytni uważali go też za dobry środek na leczenie następstw nadmiernego spożycia alkoholu a Pliniusz Starszy zalecał spożycie szafranu przed wypiciem większej ilości wina. Ponadto szafran był uznanym kobiecym afrodyzjakiem. Starożytni Grecy wierzyli, że kwiat wyrastał w miejscach, w których Zeus uprawiał miłość z Herą a Rzymianie poświęcili go bogini Junonie – opiekunce życia kobiet, w tym tego zmysłowego. Wreszcie, szafranowy proszek, barwiący na żółto, był przez tysiąclecia cenionym barwnikiem naturalnym. Jak podawał Pindar, szafranem miały być barwione już pieluszki maleńkiego Heraklesa; od niepamiętnych czasów szafranowe szaty symbolizowały mądrość i dostojeństwo, nic dziwnego, że nosili je też, m.in. mnisi buddyjscy.

szafranTK

Fot. 3 – Kwiaty szafranu uprawnego

Od wieków szafran kojarzy się jednak przede wszystkim ze swego zastosowania w sztuce kulinarnej, jako wykwintna przyprawa, nieodzowny składnik hiszpańskiej paelli, francuskiej zupy rybnej bouillabaisse, włoskiego risotto czy żydowskiego chleba challah. Szafran jest najdroższą przyprawą świata ze względu na pracochłonny proces pozyskiwania i suszenia znamion słupków z jego kwiatów. Szacuje się, że na kilogram przyprawy potrzeba od 120 do 150 tysięcy kwiatów, w zależności od wielkości ich znamion, oraz około 400 godzin pracy. Wysoka cena szafranu prowadziła do wielu prób jego sfałszowania. W Średniowieczu skala procederu była tak znacząca, że np. miasto Norymberga wprowadziło kontrolę autentyczności przyprawy a fałszerzy szafranu czekała surowa kara. W XV w. jednego z nich spalono na stosie, innego zakopano żywcem. Liczne zastosowania szafranu i duże zapotrzebowanie na tę roślinę od tysiącleci, sprawiły, że jej tradycyjne uprawy – zapoczątkowane w systematyczny sposób prawdopodobnie w Grecji – rozciągają się od Kaszmiru po Półwysep Iberyjski. W Europie najważniejsze centra upraw znajdują się w Hiszpanii, Włoszech czy Grecji.

Szafran jest rośliną stosunkowo wymagającą a jego uprawa udaje się najlepiej w miejscach o określonym klimacie: gorącym latem i chłodnym zimą. Gatunek ten nie wydaje nasion, sadzi się więc (na głębokości ok. 20 cm) jego bulwocebule (roślinę rozmnaża się wyłącznie wegetatywnie – stare „bulwki” wytwarzają nowe). Gleba musi być odpowiednio sucha, gdyż bulwocebulom szkodzą grzyby rozwijające się w wilgoci. Pora kwitnienia to czas zbioru znamion, okres wymagający sprawnego działania i skierowania na pola wielu osób: przyszłą przyprawę należy zbierać szybko po rozwinięciu się kwiatów, gdyż po ich dojrzeniu słupki usychają, tracąc swoje cenne właściwości.

W Grecji jedyne, za to bardzo sławne centrum upraw szafranu, znajduje się w prefekturze miasta Kozani, w rejonie wsi o nazwie… Krokos. W czasach Imperium Osmańskiego miasto Kozani znajdowało się na ważnych szlakach handlowych a przedstawiciele tamtejszych bogatych rodów podróżowali po Europie. Szafran przywieźli w rodzinne okolice około 300 lat temu z Austrii, rozpoczynając jego uprawę. Klimat regionu okazał się bardzo sprzyjający i dziś areał upraw to około 300 ha, co przekłada się na produkcję niemal 3 ton przyprawy rocznie. Gdy przyjechaliśmy pod Kozani, powiedziano nam, że powierzchnia obsadzona szafranem nawet zwiększa się w ostatnich latach, co wiąże się z poszukiwaniem nowych źródeł zarobkowania w ogarniętym kryzysem ekonomicznym kraju. Trafiliśmy na szczyt zbiorów: na wielu polach stały z koszami grupki ludzi, charakterystycznie pochylonych nad kwitnącymi „dywanami” fioletowych kwiatów. Jak żmudna i wymagająca to praca, przekonaliśmy się sami, próbując własnych sił w zbiorach. Zadania nie ułatwia także pogoda. „Szafranowe żniwa” zaczynają się w Grecji w II połowie października, gdy nad okolicą przechodzą już dość liczne deszcze a poranki, gdy najlepiej zbierać znamiona, są na płaskowyżu zwykle zimne i niekiedy mgliste. Gdy dotarliśmy na miejsce rano, było zaledwie 6 stopni i wiał przenikliwy wiatr. Rząd zbieraczy przesuwa się zwartym szykiem wzdłuż pola a za nimi pozostają już tylko sterty odrzuconych, pięknych, ale bezwartościowych płatków. Zebrane słupki ze znamionami przenosi się w koszach do suszarni. Odwiedziliśmy jedną z nich. Pan Jorgos, który zapoczątkował swoją uprawę szafranu w latach 90., pokazał nam zaprojektowane przez siebie maszyny, służące w do oddzielania znamion od różnego rodzaju zanieczyszczeń oraz do efektywnego suszenia przyprawy. W suszarni panował bardzo intensywny słodki zapach szafranu, tak silny, że pozostawał na ubraniach do następnego dnia. – Proszę, to dla Was. Posadźcie sobie szafran i Wy – roześmiał się pan Jorgos, ofiarowując nam w prezencie kilka bulwocebul tej niezwykłej rośliny.

szafranzbioryTK

Fot. 4 – Zbiory szafranu pod miastem Kozani

Po zbiorach przyszedł czas na kawę w mieście. Na jednej z kawiarń w Kozani spostrzegłem plakat reklamujący sprzedawany na miejscu szafran i jego produkty. Większość wytwarzanej w okolicy przyprawy trafia na eksport, łatwo kupić ją jednak także w oznaczonych napisem „Krokos Kozanis” pudełkach, sprzedawanych w sklepach na wielu greckich lotniskach. Jeśli wybieracie się zatem do Grecji na wakacje, być może szafran stanie się nieznaną Wam wcześniej a oryginalną i wartościową pamiątką z tego kraju.

Tomasz Kozłowski,

biolog, etnobotanik, etnomuzykolog, popularyzator kultury greckiej, m.in. w ramach działalności Towarzystwa Przyjaciół Grecji

kontakt: tomaszkozlowski1@gmail.com

*** Serdecznie dziękuję Barbarze Bitounis z Metsova za pomoc w zorganizowaniu wyprawy na „szafranowe żniwa”

szafransuszarniaTKFot. 5 Suszące się „nitki” znamion z szafranowych kwiatów – po wysuszeniu i oczyszczeniu stanowić będą właściwą przyprawę

UWAGA: bardzo cieszę się z wykorzystywania treści jakie publikuję na moim blogu, ale przypominam, że umieszczanie ich we własnych opracowaniach bez zaznaczenia cytatu i podania w przypisie źrodła, autora i daty odsłony jest zwykłą kradzieżą i podpada pod plagiat. Będzie mi miło razem budować zasoby wiedzy o roślinach i w przyszłości powoływać się na Wasze dokonania! Profesorowie, dziennikarze, studenci – Was to także dotyczy!

 

 

 

 

 

 

 

 

Karob vel szarańczyn strąkowy

karobfirma1

Jakiś czas temu z entuzjazmem podawałem informację, że jest wreszcie możliwość zamawiania przetworów z karobu czyli szarańczyna strąkowego (Ceratonia siliqua), zwanego także drzewem karobowym albo ceratonią. Chodziło o melasę ze słodkiego miąższu owoców – strąków tego drzewa, ale także carubin czyli mączkę uzyskaną z bielma nasion szarańczyna. Firma Bakra, ta sama, która wprowadziła na rynek susz gojnika pasterskiego („herbaty górskiej”) z upraw w Turcji, a później niezwykle aromatyczne, zdrowe i smaczne kwiatostany dzikiej lawendy, zaskoczyła nowym konkretem czyli paczuszkami ze strąkami szarańczyna. Już po moim anonsie o gojniku odezwały się głosy, że widziano go wcześniej w sprzedaży… tu albo tam, ale mnie ucieszyła stała możliwość regularnego zamawiania w jednym miejscu tego co zaplanuję i dotąd kupowałem na tzw. łut szczęścia.

Słodkie strąki szarańczynu są mi znane od dzieciństwa jako świąteczny rarytas, który czasami pojawiał się (liczony na sztuki!) na świątecznym stole lub był egzotycznym podarunkiem od dorosłych bywałych w świecie… 🙂 Przez kilka lat mój ojciec hodował drzewko szarańczyna w doniczce i przypominało ono trochę akację. Szarańczyn jest drzewem regionu śródziemnomorskiego i uprawiany jest tam i w Azji Mniejszej od ponad 4 tysiecy lat… Strąki zawierające duże ilości cukru (do ok. 50 procent) były i są doskonałą karmą dla zwierząt i posiłkiem w chwilach gdy inna żywność jest trudno dostępna. Karob jest znany z Biblii i Talmudu, bo ratował życie świętym mężom błąkającym się po pustyniach. Jednym z nich był Jan Chrzciciel i znana jest opowieść o tym jak z głodu żywił się szarańczą, co prawdopodobnie jest językowym nieporozumieniem i chodziło wg. wielu autorów o strąki szarańczynu. Ta opowieść była jednak później dementowana na rzecz bogatej w białko szarańczy  🙂 ale weszła w obieg kultury na tyle mocno, że od niej właśnie strąki szarańczynu nazywane są do dzisiaj chlebem świętojańskim i dlatego smakowite strąki pojawiały się na Zachodzie w okresie świąt chrześcijanskich. Poza strąkami, które są doskonałą i zdrową „przegryzką”, wyglądem i zawartością przewyższającą wszelkie wzmacniające batony produkowane dla sportowców i młodzieży, ma karob inne zastosowania. Wspomniałem o syropie (melasie) i proszku z nasion, ale produkuje się z niego także sok o nazwie kaftan stosowany w przetwórstwie owocowym. Dawniej miał jeszcze inne zastosowanie, które pozostawiło trwały ślad w kulturze w postaci jednostki wagi – karat. Karat to waga jednego nasiona karobu (200 mg), które są nieomal identyczne co do wagi i rozmiarów. Jednostka wagi karat powstała od greckiej nazwy szarańczyna, która brzmi keration. Niepozorne drzewko dorastające do ok. 10 m wysokości, ale dość wiotkiej postury i z niewielką ilością konarów poprzez swe owoce dostało się do świętych pism, do obiegu złota i diamentów, do dietetyki, przemysłu spożywczego i hodowli zwierząt… Rośliny mają moc!

Przypominam, że o szarańczynie pisałem w Zielniku podróżnym (na s. 260-61), gdzie zamieściłem też fotografię liści z szarańczynu z uprawy domowej mojego ojca, wspomnianej wcześniej.  Dla uzupełnienia warto dodać, że botanicy zadziwiają świat swoimi odkryciami… bo pod koniec XX wieku (!) odkryto w Somalii i Jemenie inny gatunek szarańczyna i nadano mu nazwę: Ceratonia oreothauma… zdaje się, ze nie ma jeszcze 🙂 polskiej nazwy?!

Przy okazji podaję naszą ulubioną domową mieszankę na znakomity zimowy napar: trzy garstki czarnej herbaty z Libanu, dwa-trzy kwiatostany gojnika pasterskiego i dwa kwiatostany dzikiej lawendy na jeden czajniczek dla dwóch osób.  Czasem dodaję do czajnika trochę (szczyptę) jeżowki i kilka kawałeczków złotego korzenia, czyli różeńca górskiego. Od jakiegoś czasu w zimne i deszczowe dni słodzę melasą z karobu.

Na fotografiach nadesłanych przez Bakra strąki szarańczyna od kilku dni w stałej dystrybucji… na zdrowie!

karobtorebka

Dzika lawenda – uzupełnienie

Dzika lawenda, to bardzo interesujący przykład na roślinę tak znaną w naszym kraju, że aż … nieznaną naprawdę. Jeżeli ktoś ma inne zdanie, to niech sie zastanowi oglądając dwie fotografie dzikiej lawendy udostępnione przez Tomka Kozłowskiego. Na pierwszej widać dobrze kwiaty dzikiej lawendy, a druga pokazuje nieco siedliska jakie roślina ta zajmuje. Obydwie fotografie TK wykonał na wyspie Lesbos. Tomek jest doskonałym znawcą Grecji i etnobotaniki tego regionu Europy i jeszcze nie raz zagości na etnobotanicznie.pl !

Aby nie pisać o właściwościach dzikiej lawendy (trochę napisałem jednak w pierwszym wpisie, opublikowanym także dzisiaj…) pokazuję, dzięki uprzejmości Firmy Bakra, projekty opakowania w jakich Bakra wysyła dobrej jakości suszoną dziką lawendę pochodzącą z Turcji.

lawkozlo2lawkozlo1

lawbakra3lawbakra2lawendbakra1

Dzika lawenda

lawendadzika

Po Karpatach i górskiej tundrze w Skandynawii, obszar występowania oliwki europejskiej czyli tzw. strefa śródziemnomorska, jest mi najbliższym obszarem pod względem etnobotanicznym. W Polsce mamy nieco okrojoną wizję regionu śródziemnomorskiego i mało wiemy na temat jego zasięgu w Afryce i Azji. Ratuje nas pewne rozeznanie we florze Grecji i trochę wiadomości z Korsyki i Sardynii plus abecadło etnobotaniki z Maroka. Te zadziwiające braki są obecnie uzupełniane, ale ciągle mam wrażenie, że szybciej zaradzą im dobrze prosperujące, specjalistyczne firmy sprowadzające zioła użytkowe, niż nasi akademicy. Pierwsze z brzegu przykłady kariery czystka (Cistus sp.) i gojnika pasterskiego (Sideritis scardica), czy braku kariery (a szkoda!) doskonałej rośliny przyprawowej jaką jest kocanka włoska (Helichrysum italicum), która jest jednak od jakiegoś czasu powszechnie dostępna w Polsce, dają do myślenia. Zostawmy dalekie – afrykańskie i azjatyckie krainy 🙂 i skupmy się na Europie, nawet – dla ułatwienia 🙂 – zaryzykuję jeszcze jedno ograniczenie: niech to będzie jedynie Unia Europejska! Europa ma powierzchnię odpowiadającą ok. 7% całej powierzchni Ziemi. Mimo tych małych rozmiarów, nie ma na świecie drugiego takiego obszaru, który mógłby pochwalić się tak dużym zróżnicowaniem przyrody i krajobrazu. W Europie wyodrębniono 11 regionów biogeograficznych (dwa leżą poza obecną UE), a jednym z najciekawszych jest wspomniany region środziemnomorski. W Europie spotyka się go na terytorium siedmiu państw UE. Z ok. 25 000 dotychczas opisanych roślin kwiatowych, stanowiących 10% wszystkich roślin występujących na Ziemi, połowa to gatunki endemiczne strefy śródziemnomorskiej. Nic więc dziwnego w tym, że region śródziemnomorski, uznaje się za jeden z najważniejszych na świecie pod względem różnorodności przyrodniczej.

Poza wspomnianymi gatunkami w regionie śródziemnomorskim rośnie kilka dobrze znanych (jakby się zdawało) roślin użytkowych, o których słyszał każdy. Do takich roślin należy lawenda. Jest tak znanym gatunkiem (poprzez swoje walory zapachowe i zastosowanie w kosmetyce), że wiele osób sądzi iż jest rośliną krajową. Oczywiście – nie jest!

Lawenda (zwykła, prawdziwa, wąskolistna) o łacińskiej nazwie Lavendula angustifolia jest jedną z typowych roślin śródziemnomorskich, która rośnie w formacji roślinnej zwanej garig oraz w murawach naskalnych. Dzika lawenda jest dość okazałą rośliną, której krzewy dorastają do około 1 m wysokości. Lawenda znana jest głównie jako roślina aromatyczna i źródło olejku lawendowego, którego dominującymi składnikami są terpeny o bardzo intensywnym zapachu i psychoaktywnym działaniu. Zapotrzebowanie na olejek było zawsze bardzo duże i wyhodowano wiele odmian uprawnych i ozdobnych tej rośliny, które dały następne krzyżówki i w konsekwencji wiele z nich nie przypomina zbytnio (szczególnie dotyczy to kwiatów) dzikiej lawendy. Z olejkiem lawendowym jest dodatkowy kłopot, bo jest go w roślinach tym mniej im więcej jest wilgotności w powietrzu. Nawet rosa pozbawia rośliny aromatu i hamuje wydzielanie się cennych substancji składających się na tzw. olejek lawendowy. Z tego powodu, szukano bardziej uniwersalnych odmian lawendy, która by nie była aż tak czuła na brak słońca, dużą ilość opadów i regularne występowanie rosy. Jak wiemy, wielkie powierzchnie upraw lawendy znajdują się we Francji… a nawet trafiają się w Polsce! Niestety, prawdziwie aromatyczny olejek z pełnym bukietem zapachów i o poszukiwanych właściwościach, znajdziemy jedynie w lawendzie dziko rosnącej na obszarach pełnych słońca. Jak podają różni autorzy (m.innymi polecam popularny atlas fotograficzny pt. Rośliny śródziemnomorskie, Andreasa Bartelsa  w polskim tłumaczeniu Anny i Stanisława Kłosowskich) ilość olejku lawendowego wytwarzanego z lawendy dzikiej (co nie oznacza, że zbieranej z dzikich stanowisk, a jedynie informuje o tym, że mowimy o podstawowym gatunku dziko występującym) wynosi 50 ton, a uzyskiwanego z upraw mieszańcow hodowlanych wynosi 300 ton.

Dla celów domowych możemy używać lawendy z każdego źródła, ale z oczywistych powodów zalecałbym sięgnięcie po lawendę dziką. Dotąd takie polecenie byłoby zwykłym ironizowaniem przy naszym ciągle ubogim rynku zielarskim, ale od kilku dni mamy dostęp do dostaw suszonych kwiatostanów lawendy dzikiej z Turcji. Na handel tego rodzaju lawendą zdecydowała się firma Bakra, która dotąd zadziwiła mnie skutecznym wprowadzeniem na polski rynek suszonego gojnika. Pisałem o tym wielokrotnie na tym blogu. 🙂

Pewnie tak jak i w przypadku gojnika, zaraz dostanę kilka maili i upomnień na FB, że w Warszawie od dawna leżą dwa opakowania dzikiej lawendy w sklepiku za rogiem lub ktoś wystawił na sprzedaż trzy bukieciki przywiezione z Grecji… To dobre wiadomości, ale dla celów leczniczych i pokrewnych musimy mieć regularny dostęp do sprawdzonego surowca. Taki dostęp gwarantuje jedynie poważnie prowadzony import i dostępność w postaci sprzedaży wysyłkowej.

To bardzo miłe, że etnobotanicznie.pl po raz kolejny jest przy porodzie regualrnych dostaw ważnych surowców ziołowych na naszym rynku… Cieszcie się zapachem i działaniem dzikiej lawendy! 🙂

Ten wpis zostanie wkrótce wzbogacony fotografiami dzikiej lawendy z Grecji i zestawem reprodukcji ulotki i opakowania dzikiej lawendy sprowadzanej przez Firmę Bakra.