Wielkie pożary jako skutek zmian klimatu

IMG_1227 (1)

Wygląda na to, że z uporem brnę w pokazywanie problemów i ważnych książek, ale obawiam się, że „eko konfekcja” zręcznie podsycana przez media i korporacje, całkowicie przysłoni nam obraz tego co się dzieje naprawdę. Zanim jeszcze słynna Greta napisze cokolwiek, stare, winne wszystkiemu pokolenie, stara się jak może w rozpoznaniu i ostrzeganiu przed skutkami zmian klimatu.

W 2017 roku, bardzo interesujący, kanadyjski autor – Edward Struzik, napisał książkę FIRESTORM. How Wildfire will Shape Our Future. Książka ta powinna stać się obowiązkową lekturą na wydziałach leśnych… przynajmniej tam, poza oczywistym szkoleniem służb pożarniczych i samorządów.

Książka zawiera 10 części i podsumowanie (257 stron i sporo bardzo interesujących fotografii), a jej osią jest opis przyczyn, przebiegu i skutków wielkiego pożaru nazywanego przez kanadyjskich strażaków – Bestią (The Beast). Pożar ten, nawiedził prowincję Alberta w Kanadzie i zamienił w zgliszcza 566,168 ha, zniszczył 2,800 budynków, zabił setki, a może tysiące ludzi, których zwęglone ciała znajdowano potem w ich własnych samochodach, domach i lasach, a całkowity koszt strat oszacowano na blisko 9 miliardów dolarów. Przyczyny i przebieg tego pożaru, a także jego gwałtowność (… Bestia) zwróciły uwagę na nowy typ wielkich pożarów, jakie wybuchają raz za razem z pozornie trudnych do rozpoznania przyczyn. Także skutki tych pożarów, wykraczają poza ramy znanych dotąd kataklizmów i nie kończą się wraz z wygaśnięciem ognia. Najbardziej widocznym, zabójczym i długotrwałym skutkiem tego typu pożarów jest wielomiesięczne, a nawet wieloletnie skażenie powietrza.

W związku z opisywanym pożarem, przyjęto określenie megafire, na pożary naturalne (wildfire), które dotykają powierzchni około 40 tys. ha i większych. Zajęto się historią tego typu pożarów, częstotliwością, przyczynami i sposobami walki z nimi. Jest się czym zajmować, bo tylko w 2004 roku spaliło się na Alasce 2,7 milionów ha, a na pobliskim Terytorium Yukonu spaliło się 1, 5 milionów ha… oczywiście dzieje się to także i w pobliskiej Rosji, ale zwyczajowo nie znamy dokładnych danych…  To zimne, północne obszary, które są najbardziej podatne na zmiany klimatu, które wytwarzają zupełnie nowe sytuacje ekologiczne.

Trzy z 10 części książki wydają się kluczowe i noszą także znamienne tytuły: The Beast Awakens, Visions of the Pyrocene i The Big Smoke. Mimo, że Autor nie popada w emocjonalne rozedrganie, to jednak obraz jaki wyłania się z tego przeglądu faktów, układających się w wizję życia wśród wielkich pożarów, nie napawa optymizmem…

Pisałem wyżej o tym, że książka Edwarda Struzika powinna stać się pozycją obowiązkową w ramach nauki o wyzwaniach jakim będziemy musieli sprostać (chyba, że Polska nie musi?) w wyniku zmian klimatycznych. Podtrzymuję tę opinię, bo pożary opisane przez Struzika nie są zagrożeniem jedynie dla (niby) dalekiej Kanady. Warunki w jakich powstają, rozmiary jakie osiągają i aktualna częstość ich pojawiania się, dotyka już nie tylko Kanadę, USA czy Australię. Tego typu pożary bywały już i w Polsce, a są stałym elementem w Strefie Śródziemnomorskiej, gdzie wspomagane są celowymi podpaleniami. Niestety, naszą „klasę” dziennikarską nie interesują zupełnie tego typu problemy, a przez lata pewnie i nie ma już w tym środowisku ludzi dysponujących wiedzą podobną do tej jaką dysponuje Autor FIRESTORM… Bo książka Struzika jest przykładem znakomitej roboty dziennikarskiej o jakiej już prawie w Polsce zapomnieliśmy, mimo znakomitych postaci w historii.

Struzik przytacza opinię, że do wystąpienia ogniowych nawałnic na skalę Bestii, potrzeba spełnienia trzech czynników: przesuszenia lasów i łąk, wzrostu średniej temperatury i pojawiania się gwałtownych, porywistych wiatrów. Na terenach leśnych, potwierdzeniem tego typu konfiguracji ekologicznej, a w konsekwencji Wielkiego Ognia, są masowe pojawy szkodników drzew i drewna.

Według moich obserwacji i wiedzy, wszystkie trzy elementy są już obecne w Polsce, a i zapowiedzi kataklizmu mamy przed oczyma. Bardzo chciałbym się mylić, ale wielkie obszary stale odwadnianych lasów i torfowisk, także olbrzymie powierzchnie rachitycznych sośnin jakie utrzymujemy w 2/3 Polski, to pierwsze miejsca, gdzie wystąpią pożary nowego typu. Mamy za sobą ich zwiastun w postaci olbrzymiego pożaru w Kuźni Raciborskiej i obecnego pożaru jaki właściwie mało kogo obchodzi. Także Puszcza Białowieska, została w sporej części doskonale przygotowana do wywołania pożarowej Bestii i miał tam miejsce masowy pojaw kornika… Kilka innych obszarów szykuje się do tej roli starannie i z dużym wysiłkiem ekonomicznym. Trudno jest pojąć ten rodzaj szaleństwa i braku wiedzy.

Dla tych, którzy zazwyczaj zwalają wszystko na „emocje” i „ekologiczną histerię”, a programowo nie wyciągają wniosków z tego co można zobaczyć i przeczytać, Struzik przytacza interesujący aspekt skutków nawalnych pożarów (nazywając je częścią nowego pożarowego paradygmatu) w postaci zauważalnej migracji poważnie zaniepokojonych ludzi. Od lat 90. XX wieku przewidujący mieszkańcy Kalifornii uciekają przed pożarami i przenoszą się na północ i w góry. Podaje się, że migracja ta osiąga już setki tysięcy osób, a to co działo się w Kalifornii w ubiegłym roku, potwierdziło słuszność ich decyzji. Najwyraźniej żarty się już skończyły.

IMG_1228

Reklamy

Skarbiec nasion: Svalbard Global Seed Vault

svalbard3Od czasu do czasu natrafić można na krótkie doniesienia o intrygującym projekcie polegającym na gromadzeniu i przechowywaniu nasion roślin uprawnych w spektakularnym obiekcie, zwanym Svalbard Global Seed Vault. Zazwyczaj informacje są krótkie, ogólnikowe i okraszone jedynie widoczkiem wejścia do SGSV, tym samym lub podobnym do tego nad wpisem. Intrygujące w projekcie jest wszystko… od wielowątkowej idei głównej, czyli próby przechowania nasion roślin użytkowych (próby obliczonej na setki lat i traktującej groźbę globalnej wojny atomowej bardzo poważnie), po światową kooperację dla ratowania zasobów, od których zależy przetrwanie ludzkości. Zasoby nasion ubożeją w zastraszającym tempie i są realnie zagrożone, o czym świadczy np. depozyt nasion z Syrii… Najważniejsze jest jednak sięgnięcie po proste, mądre i sprawdzone siły natury. Dobrze jest obudzić się z cyfrowego letargu na czas, bo wizualizacje nas nie nakarmią.

Projekt SGSV i jego realizacja jest dla mnie czymś w rodzaju hiper-permakulturowej matrycy o globalnym znaczeniu. Ważna dla mnie jest prosta – i jakże „skandynawska” w stylu – odpowiedź na jedną z wielu prób systemowego rozmycia permakulturowej rewolucji. To rozmycie polega na zamianie spójnego, systemowego, krytycznego wobec dominującego nurtu i ulotnych mód podejścia w przegląd starych i nowych technik ogrodniczych, spirali z kapusty i gadżetów, całej tej eko-konfekcji, która pozwala spać (nieco) spokojniej.

Bardzo się ucieszyłem, że ktoś tak kompetentny, jak legendarny Cary Fowler, nazywany „ojcem” SGSV, zdecydował się na opracowanie, napisanie i wydanie znakomitej książki o tym, czym jest Svalbard Global Seed Vault. Książka nosi tytuł SEEDS ON ICE Svalbard and The Global Seed Vault. Fowlera i jego pomysł na wyjątkowe wydawnictwo (książkę / album), wsparli: Mari Tefre – fotograficzka, aktorka, wokalistka i producentka filmowa (pełni rolę „nadwornej” dokumentalistki SGSV od 2007 roku, czyli od początku jego budowy!), fotografik Jim Richardson (National Geographic, Traveler, który prowadzi własną galerię Small World w Kansas, USA), oraz „ciężka jazda” w postaci Sir Petera Crane (o którym nawet nie zaczynam pisać, bo wszyscy, którzy wiedzą kim trzeba być, aby podpisywać się „president of Oak Spring Garden” … pojmują powagę sprawy). Wszystkie (!!!) fotografie z opisywanej książki są REWELACYJNE, ale Mari Tefre została moją faworytką i Jej foty w niezamierzony sposób (jedynie poprzez zestawienie z pozostałymi) pokazują wszystko to, czego nie lubię (ale doceniam) w stylu National Geographic.

Książka jest wydana ze swobodą, która rodzi się jedynie w tym mało znanym u nas przypadku, gdy autor, a nie wydawca rządzi jej kształtem. Opiszę tylko obwolutę, aby się nie pastwić bezproduktywnie nad tym, co nas otacza. Otóż obwoluta z tytułem i obowiązkowym widoczkiem Skarbca tylko pozornie powiela schemat wydawniczy… bo jest nieco ponad 2 cm krótsza niż twarda okładka książki z wyklejką pokazującą setki rozmaitych nasion… Efekt jest bardzo inspirujący… bo spod skał pokrytych lodem i śniegiem widać rozmaite nasiona. Już widzę jak  toczy się moja rozmowa z wydawcą o takiej „przykrótkiej” obwolucie… 🙂

svalbard4

svalbardbook1

Obwoluta i okładka, to tutaj jedynie smakowity i sensowny wstęp do całkowicie wizyjnej, mądrej i niezwykle inspirującej treści. Wliczając w to także znakomite pokazanie samego Svalbardu i warunków życia w najbliższej Skarbcowi stałej osadzie – Longyearbyen. Osada – sama w sobie niezwykle specyficzna, osobna, intrygująca pod wieloma względami – „zagrala” w pierwszej serii mocnego serialu telewizyjnego, Fortitutde (2013-2015), traktującej o przedziwnych wypadkach, jakie miały miejsce po uwolnieniu mrocznej epidemii z lodów Svalbardu…

Skarbiec został wykuty w litej skale pokrytej lodem w 2008 roku, a uzyskany tą metodą tunel ma 130  m długości. Jak zaznacza Autor, to nie jest laboratorium, to goły, suchy, zimny, chroniący przed wpływami z zewnątrz skarbiec. Tu warto byłoby chyba użyć innego znaczenia słowa „vault”: skarbiec, ale także krypta… To ważna definicja, bo koncepcja SGSV nie odpowiada instalacjom o nazwie zbiorczej w jęz. angielskim phytotron (specjalne komory do badania wpływu na rośliny czynników takich jak tempertura, wilgotność itd. itd., a dzisiaj komercyjne instalacje do mnożenia wszystkiego), ale także nie jest tym samym, co np. Bank Nasion i Tkanek w Powsinie. Dlatego napisałem wcześniej o jego znaczeniu jako „hiper-permakultury”.

Lekceważenie ruchów opartych o permakulturę i budowanie całkiem nowych sposobów na życie z Ziemią (a nie na Ziemi, jakbyśmy tu wylądowali miesiąc temu i „musieli” zrabować jeszcze trochę, bo zaraz odlatujemy…), polega na rozmaitych zabiegach. Jednym z nich jest „oswajanie” mocnych przekazów… bo z popularnych notatek nie dowiecie się, że Skarbiec Nasion ma znaczenie, bo „te zasoby stoją pomiędzy nami, a katastroficznym głodem o niewyobrażalnej skali. Całkiem realnie, właśnie od nich zależy przetrwanie ludzi” (Jack Harlan). Dowiecie się raczej, że na Svalbardzie zbudowano Arkę Noego, co niby oznacza to samo, ale jednak jakże te przekazy się różnią! Inny fragment książki mówi, że: „Każdego dnia, więcej i więcej ludzi przenosi się do miast i szybko zapędza się w objęcia technologii, która stanowić zaczyna centralny element każdego aspektu codziennego życia. Bardzo łatwo przy tym zapomnieć o kilku fundamentach spajających nas wszystkich: podstawą ludzkości jest wymaganie żywności. Nie ma innych opcji wobec tej na pozór prostej ludzkiej potrzeby” …

Formalnie SGSV jest niekomercyjnym obiektem współpracy pomiędzy Royal Norwegian Ministry of Agriculture and Food, a Nordic Genetic Resource Center (Szwecja) i Global Crop Diversity Trust (Niemcy) i nie jest otwarty dla publiczności. Na jednej z fot w książce Fowler otwiera stalowe, oszronione drzwi do Skarbca, zwanego też „doomsday vault” … czyli „skarbcem (kryptą?) dnia sądu ostatecznego”!

Każdy, kto rozumie na czym polega permakultura, wie, że dywersyfikacja, różnorodność i rozproszenie zasobów jest prawdziwym i najprawdopodobniej najskuteczniejszym sposobem zabezpieczenia się przed tym, co szybko nadchodzi. Zmiany klimatu dotykają wszystkich, a korporacje ponadnarodowe z rozmysłem nas trują i ograniczają swobodny dostęp do normalnej żywności nazywanej „zdrową”, swobodnej uprawy roślin i zróżnicowania diet. Szokujące jest zapoznanie się z danymi o tym, jak wiele odmian roślin uprawnych już straciliśmy! Zestawienie przytoczone w książce daje do myślenia: np. przepadło 80,6 procent odmian pomidorów w latach od 1903 do 1983… marchwi ubyło nam 92, 7 procent (z 287 odmian w 1903 zostało 21 w 1983…), cebuli ubyło 94,1 procent (z 357 w 1903 do 21 w 1983…), itd. itd. (a może są tylko zaginione (?) i uprawiane w ukryciu, izolacji – oby…). Autor nie przytacza aktualnych danych i może to lepiej dla czytelników.

Zasoby nasion tradycyjnych odmian roślin uprawnych są w centrum zainteresowania wszystkich rozumnych społeczności lokalnych i dzieje się tu wiele dobrego. Zaczynają się też i procesy sądowe o prawa autorskie dotyczące nasion… to jest logika korporacji  – do czasu gdy zdolni prawnicy społeczności jednej z First Nations wytoczą taki proces samej korporacji, tej czy innej, która przywłaszczyła sobie ich tradycyjne zasoby. Wszystko to, co obecnie najdziwniejsze i najbardziej niebezpieczne przyszło wraz z przemysłowym rolnictwem, tym wymysłem demonów zachłanności.  Scenariusz jest już jasny: zubożenie listy roślin pokarmowych, ograniczenie obrotu nasionami poza kontrolą korporacji, patenty i prawa autorskie… sądy, a drukarnie palą się do druku dowolnej ilości nalepek „bio” i „organic”. To jak dodrukowywanie pieniędzy bez pokrycia. Smog i śmieci, wszelkie odpady toksyczne mogą uniemożliwić uprawę zdrowych roślin i „dzień sądu ostatecznego” osiągniemy szybciej, niż się to wydaje i to bez ingerencji sił nadprzyrodzonych.

Jeżeli brać projekt Svalbard Global Seed Vault za jeden z rozmaitych przejawów troski o przyszłość, który pokazuje realność zagrożenia swobodnego i zdrowego życia ludzi, to warto uważnie przeczytać książkę Fowlera i dobrze zapamiętać fotografie Mari Tefre!

Książka ma 161 stron, format 28 x 23, a tekst i fotografie są sobie równe, co do poziomu i wartości!

Wszystkie reprodukcje fragmentów fotografii pochodzą z opisywanej książki, za co bardzo przepraszam, ale wydawnictwo to uznałem za warte ryzyka i odstępstwa od moich zasad blogowania.

 

 

Pieniny etnobotanicznie – dwa miejsca!

czerwklaszmaj14.jpg

Jak to zwykle bywa, a wiem co mówię, dwie osoby na skutek splotu rozmaitych życiowych sytuacji zawiadomiły mnie, że nie mogą przyjechać na mój warsztat 1-5 maja 2019 roku. Tak więc jest szansa dla Tych z Was, którzy mają ochotę i czas aby trochę pospacerować po dzikich i tradycyjnych ścieżkach w słowackich Pieninach i na Zamagurzu. Program warsztatu i wiadomości ogólne o co w nim chodzi znajdziecie tu:

https://etnobotanicznie.pl/2019/01/28/warsztaty-spotkania-wycieczki-w-2019/

Pozostałe osoby z grupy, która zebrała się już w lutym, potwierdziły swój udział i jak obiecywałem, to będzie mała i sympatyczna ekipa. W sam raz na spotkania z ciekawymi roślinami i krajobrazem kulturowym, dobre jedzenie i wiele ciekawych słowackich specjalności. Oczywiście będzie i permakultura, bo wszystko oparte jest o nasze miejsce na Zamagurzu czyli Biotop Lechnica. Majowy czas, to także Wasz urlop i dobrze się składa, bo preferujemy w naszych zajęciach styl SLOW, o którym także porozmawiamy.

Jest jeszcze trochę czasu, ale zapraszam do szybkich (a także przemyślanych) decyzji! Dwa wolne miejsca (gdyby chodziło o rodzinę lub bliską sobie ekipę, to może być i trzy osoby) czekają! Piszcie na adres mailowy: marek.styczynski@gmail.com

tarninasnow5

biotopnocaOmar

 

Zielarski piec ogrodowy

IMG_1034

Każdy, kto pracuje z roślinami, a szczególnie zielarki i zielarze, mają do czynienia z pewnymi ilościami pozostałości po cennych roślinach. Czasem pozostaje sporo łodyg, liści, kwiatów, owoców, żywic, kory  i nie wiadomo co z nimi zrobić. W sytuacji gdy mamy własny ogród, sprawa jest prosta, bo zazwyczaj prowadzimy kompostowanie i wszelkie organiczne resztki wracają po tym procesie do ziemi. Jeżeli nie mamy takiego systemu, lub, co często trapi dobrych zielarzy, nie chcemy wszystkich pozostałości roślin kompostować, pozostaje stara tradycja spalania ziół w piecach ofiarnych. Piece takie, o znaczeniu religijnym znamy z kultury Tybetu. Wielkie piece stawiane są zazwyczaj na podwórkach klasztorów, a mniejsze, rodzinne, na… płaskich dachach domów zbudowanych z kamienia, ale istnieje też bardzo stara fotografia kamiennego pieca otwartego od góry, który służył ofiarowaniu wonnego dymu na Magurze Spiskiej (Karpaty, Słowacja) co miało być częścią kultury nomadycznych pasterzy, którzy ciągnęli przez Karpaty kilkoma falami. Fotografia, a szczególnie opis do niej, bywają kwestionowane, ale zasada (i potrzeba) istnieje od czasu „odkrycia” ognia i nie ma co się spierać. Piece tego rodzaju mają za zadanie wytworzenie aromatycznego dymu i jestem przekonany, że wiele tradycyjnych pieców chlebowych, stawianych poza domami, na wspólnej ziemi, miało tego rodzaju głęboką funkcję.

Bliska praca z roślinami wymaga spokoju, cierpliwości i dobrego nastawienia, co można podtrzymywać poprzez regularne celebracje, niezależnie od naszych osobistych zapatrywań religijnych. Stałe miejsce jest ważne i w prosty sposób można stworzyć warunki do tych spokojnych czynności, przez zbudowanie lub zastosowanie pieca ogrodowego. Istnieje cała rodzina pieców ceramicznych (dostępne w Europie najczęściej  wykonywane są z kamionki… w Chinach), których sztandarowym przykładem jest meksykański piec ogrodowy. Służy on do ogrzewania miejsc odpoczynku, a czasem też do ogrzewania węglem drzewnym pomieszczeń typu weranda, ganek lub taras. To nie są piece do grillowania! Tu wyraźnie trzeba zaznaczyć, że piece nasycone wszystkim tym, co spływa i wypływa z kiełbas, steków, a nawet wędzonych serków, nie nadają się do spalania wonnych ziół z przyczyn oczywistych, ale i tych mniej oczywistych.

Pierwszy raz meksykański piec ogrodowy zobaczyłem w ogrodzie pewnego domu w Kalifornii i był to ceramiczny (czerwona glina wypalana jak donice) piec wysokości około 1,5 m, który stał w wypoczynkowym rogu ogrodu i budował tam wraz z roślinami rewelacyjne mikro środowisko. Poza funkcją ogrzewania, o ile dobrze pamiętam, od czasu do czasu przypiekano tam kaczany kukurydzy, a myślę, że i kasztany jadalne lub „orzeszki” bukowe, mieszczą się w dodatkowych funkcjach o ile koniecznie musimy je poszukiwać i sklasyfikować. Od tamtej pory (2001) wiedziałem, że podobny piec stanie kiedyś w moim/naszym ogrodzie. Wcześniej w Nepalu i na pograniczu Mustangu w Himalajach oglądałem wielokrotnie wielkie piece klasztorne (spala się tam zioła, pachnące drewno jałowca i ofiarne ghi), ale bardzo zainteresowały mnie rodzinne, pojedyncze piece ofiarne na dachach domów w górskich wioskach Nepalu. To były proste, wymurowane z kamienia czworoboczne kominy, pobielone wapnem, ozdobione rogami jaków. Wraz z zapasami gałęzi jałowcowych leżących obok budowały bardzo wyrazistą i mocną przestrzeń dla praktyki duchowej. Mieszkańcy tych domów, wczesnym rankiem zaczynali dzień od ofiarowania wonnego dymu. To łagodny i dobry początek dnia. W tamtych wędrówkach po Himalajach, paradoksalnie (?), odkrywałem smaki i zapachy jakie dobrze znałem (tak mi się przynajmniej zdawało) z Karpat. Ileż to razy później, idąc wczesnym rankiem przez górskie wioski w Karpatach, na Bałkanach, na Sycylii i Korsyce lub Grecji z radością chłonąłem aromatyczny dym z żywicznych sosen, jałowców i buków, który dobywał się z domów, po kilku minutach pierwszego rozpalania ognia w domowych kuchniach wygasłych nocą.

Niestety, piec z Kalifornii, piece z Nepalu, a nawet później odkrywane piece meksykańskie, na jakie natrafialiśmy w progresywnym jak zwykle Berlinie, nie nadawały się na zapakowanie do plecaka…

Niżej na kilku fotkach pokażę nasz piec z Biotopu Lechnica. To jeden z pieców ogrodowych jakie bez trudu kupicie w Polsce. Tutejszym firmom ogrodniczym zeszło dobre dziesięć, a niektórym i piętnaście lat od roku 2001, na to aby nie odpowiadać na moje pytania o „meksykański piec ogrodowy” pukaniem w czoło… i odnoszę wrażenie, że dalej nie wiedzą co to za „dziwactwo”, może przyda się więc kilka podpowiedzi. Piece dostępne u nas mają rozmaite wymiary, ale mieszczące się w przedziale 50-85 cm wysokości, czyli są małe i bardzo małe! Czasem do podawanej wysokości pieca, w reklamach doliczana jest wysokość drucianego trójnogu i warto sprawdzić jak to jest w wybranym przez Was modelu. Bywają piece zdobione i czasem nawet dość udanie…a czasem nie. Do naszych celów (a przypominam, że opisuję zastosowanie w postaci spalania szlachetnych, wonnych ziół i ich pozostałości lub żywic itd., poza pomieszczeniami, w ogrodzie) nadaje się właściwie każdy piec ogrodowy, ale szybko musimy poszukać przykrywki komina o ile nie ma jej w zestawie. Doskonale nadaje się do tego ceramiczna podstawka pod donicy, najlepiej 1-2 cm większa niż średnica wylotu komina. Przykrywka chroni wnętrze komina przed zalaniem wodą deszczową i dobrze ją obciążyć dodatkowym, sporym kamieniem, aby wiatr nam nie zrobił niespodzianki. Ważne jest posadowienie pieca, bo według mnie, powinien on mieć swoje stałe miejsce w ogrodzie. Pozostawienie pieca na trójnogu nie wydaje się pewne, a do tego w tej sytuacji piec będzie bardzo nisko, co nie jest wygodne przy naszych celebracjach. Do pieca koniecznie nasypcie suchego piasku na jakieś 2-3 cm aby ogień nie palił się (lub węgiel drzewny) bezpośrednio na dnie „garnka”, bo może to skończyć się pęknięciem. To co nazywam posadowieniem polega nie tylko na wybraniu miejsca i podstawy, ale i zabezpieczenia przed przewróceniem pieca przez silny wiatr.

Reszta, czyli wysokość posadowienia, miejsce na suche zioła, zdobienie i wpasowanie w krajobraz ogrodu… zależy już jedynie od Waszej inwencji. Piec ogrodowy jest bardzo silnym elementem krajobrazu ogrodu i dobrze jest wszystko przemyśleć, sprawdzić i zdecydować się po kilku próbach. Ja to zrobiłem po swojemu, będę wdzięczny za fotki Waszych pieców ogrodowych z funkcją „zielarską”!

Mam nadzieję, że zwolennicy hortiterapii, zaliczą zielarski piec ogrodowy w mojej interpretacji, do stałych technik relaksacyjnych i uzdrawiających. 🙂

Na kilku najbliższych warsztatach w Biotopie Lechnica (maj i czerwiec) będę pokazywał wiele rozmaitych sposobów na stworzenie sfery ogrodu celebracyjnego w permakulturze. Jesienią tego roku i w 2020 roku, to moje doświadczenia z ogrodem celebracyjnym będą jednym z głównych elementów warsztatów.

IMG_1030

IMG_1032

IMG_1033 (1)

 

PLANTLINE

PLANTLINE logo 2 tif kopia

Musiałem się przez chwilę zastanowić, gdzie umieścić opis nowego projektu, który od kilku miesięcy szlifuję, a od kilku tygodni przygotowujemy praktycznie w bliskiej i stałej ekipie współpracowników? Czy odnosi się do przestrzeni dźwięku, za czym przemawia to, że zaproponowaliśmy jego realizację podczas Festiwalu Dźwięki z Korzenia w Wojszynie? Czy raczej do pracy z roślinami, wliczając w nią elementy komunikacji międzygatunkowej? Może jest to projekt z zakresu hortiterapii lub sylvoterapii, czyli leczenia ogrodem, lasem? Może to jakaś aktualna forma sztuki ekologicznej, albo zaawansowanych kulturowo, a przy tym źródłowych bezkamerowych technik fotograficznych z silnie zaakcentowanymi komponentami organicznymi? Być może projekt jest efektem dynamicznego tworzenia permakultury Biotopu Lechnica i bez tego miejsca by nie powstał?

Zazwyczaj korzystam z trzech miejsc w sieci: muzycznego (www.magiccarpathians.com i bieżącego miejsca na FB), „roślinnego” (etnobotanika i permakultura, bioregionalizm…www.etnobotanicznie.pl i bieżące miejsce na FB) oraz z miejsca dla Biotopu Lechnica (www.biotoplechnica.eu i miejsce na FB)… co w jakiś sposób porządkuje tematy i nie naraża odbiorców na zagubienie 🙂 , chociaż ja swojej aktywności nie rozdzielam.

Wybrałem jednak miejsce dotyczące bezpośrednio pracy z roślinami, bo jak sądzę taka jest istota Projektu, ale już jego rezultaty będą mogły być prezentowane jednocześnie we wszystkich opisanych „przegródkach”.

Wstępem do sierpniowej, pełnej realizacji, będzie krótsza, testowa akcja w Biotopie Lechnica. Jest zaplanowana na czerwiec. Jedna z grup warsztatowych, jakie w tym półroczu będę gościł w Biotopie, będzie miała możliwość w niej uczestniczyć i podyskutować o formach jakie zaproponujemy. Ponieważ projekt odnosi się do konkretnego miejsca w sensie geologicznym i glebowym oraz swoistej dla tego miejsca roślinności, to obydwie akcje: w Biotopie Lechnica i w Wojszynie, nazwałem Biochora # 1 i Biochora #2, przy czym warto wiedzieć, że „biochora” jest określeniem fachowym            i w uproszczeniu odnosi się do pewnych całości siedliskowych, możliwych do zidentyfikowania i odróżnienia od innych. Biochora na osuwiskowym stoku w Karpatach różni się znacznie od biochory w dolinie Wisły pod Kazimierzem i sprawdzimy co z tego wyniknie?

PLANTLINE jest wynikiem ewolucji naszego starego projektu o nazwie „fotografia organiczna”, w którym razem z Bogdanem Kiwakiem, testowaliśmy fotograficzne techniki bezkamerowe, wykorzystane do uzyskiwania śladów swoistych zestawów roślin na papierze światłoczułym, chociaż bardziej stawialiśmy na jego reagowanie na chemizm roślin. Tak powstała interesująca seria zakładania „grządek fotograficznych”, która to akcja była realizowana w wielu miejscach: w Polsce wielokrotnie (m. innymi: Kraków, Nowy Sącz, Białystok), a także na Słowacji ( m. innymi: Żylina, Lechnica) oraz w Berlinie, Cluj w Rumunii oraz w Słowenii. Fotografia Organiczna jest realizowana przez nas (Kiwak, Styczyński/Nacher i ostatnio także Sarota) od  17 listopada 2006 roku (fota archiwalna niżej) właściwie nieprzerwanie, udokumentowana bogato i oparta o jasno wyłożoną i opublikowaną teorię, w której po raz pierwszy poza ogrodem, lasem i zadrzewieniem, odniosłem się do efektu styku (bardzo myląco opisywanego czasem jako efekt krawędziowy 🙂 ? ), czyli zjawiska opisanego i zdefiniowanego w naukowej ekologii. W centrum zainteresowania był dla mnie też ekoton (nie ma nic wspólnego z muzyką…) inna kategoria z naukowej ekologii i dlatego pierwsze akcje miały rozbudowaną nazwę: Fotografia organiczna – działanie w ekotonie. Efekt styku i ekoton to także, podstawowe pojęcia dla właściwego zrozumienia permakultury oraz przy jej projektowaniu i inicjowaniu.

IMG_0986

Wyżej: fragment okładki wydawnictwa nt. Projektu – Fotografia organiczna… Niżej: historycznie pierwsza uprawa fotografii organicznej z 2006 roku (fotografie – B.Kiwak)

IMG_0987

Po doświadczeniach ze świadomie prowadzoną pracą z roślinami, a potem zdobywanych od 2014 roku, przy realizowaniu własnej wersji permakultury górskiej, pojawiło się szereg innych inspirujących obserwacji, zjawisk i teorii. Jedno z nich to bezpośrednia, „brudna” praca z żywą glebą. Sprawia tak wiele radości i silnie działa nie tylko na umysł, ale i na ciało. Dotyczy to każdej żywej, nie zabitej i wyjałowionej chemicznie i fizycznie gleby. W odległej kulturze Aborygenów, ważnej, bo jednej z najstarszych na Ziemi jaka trwa nieprzerwanie, znane jest zdanie:  Kiedy wkładasz rękę do ziemi, wtedy do twojej ręki wnika cała moc przodków i ich kumpu. Przypusje się go Ivy Robertson Napangarti, 1997, Australia, a znalazłem je w rewelacyjnej: Estetyka Aborygenów pod redakcją prof. Moniki Bakke i wydanej przez Universitas w Krakowie. Także w tej antologii natrafiłem na ekscytującą fotografię i opis: /…/ usypany z ziemi ojciec wszystkiego DARAMULUN  /…/ Rytuały inicjacyjne bora, Australia. Od mojego muzycznego „zawsze” fascynowało mnie pojęcie: songline   (dreaming track) czyli animistyczne wierzenia/praktyki Aborygenów dotyczące szlaków po ich terytoriach. Może to dziwne, ale w Szwecji na Uniwersytecie Umea, spotkaliśmy (przy okazji jednego z naszych tam koncertów) młodego naukowca z Australii, który badał możliwości przetwarzania cyfrowego oryginalnego pojmowania przestrzeni, a zatem i map/szlaków jakie są częścią kultury Aborygenów. Jako przyrodnik i ogrodnik, a i dyplomowany leśnik, znałem działanie Mycobacterium vaccae i efekt nazywany geosminą, który wykorzystywany bywa poza ogrodnictwem i hortiterapią, także w shinrin-yoku, japońskiej formie sylvoterapii.

IMG_0988 (1)

IMG_0989

Fragmenty fotografii z Estetyki Aborygenów, cytowanej wyżej.

Nie zdziwiło nas więc bardzo, a przeciwnie – bardzo ucieszyło, że koreańska artystka Jiwon Woo, zaproponowała interesujący bioartowy projekt o nazwie – MOTHER’S HAND TASTE ( SON – MAT), a co nasza własna, karpacka kultura zna doskonale z tradycyjnego procesu kiszenia roślin jadalnych i wypieku chleba, a może także w wyrobie wina.

W wielkim uproszczeniu, chodzi o to, że w wielopokoleniowych rodzinach i bliskich sobie społecznościach, nie tylko miejscowe zwyczaje, nazywane tradycją, przechodziły z pokolenia na pokolenie, ale ich biologiczna podstawa czyli swoisty, wyjątkowy zestaw bakterii będący częściom tytułowego „smaku matczynych rąk”. Dla mających z tym faktem kłopot natury estetycznej lub/i higienicznej (a powinniśmy mieć raczej kłopot z pozbawianiem nas wszelkich biologicznych i kulturowych ciągłości), nie mam dobrej wiadomości, bo ludzki mikrobiom (mówiąc obcesowo 🙂 zawartość swoistych, właściwych dla nas bakterii jakie mamy wewnątrz ciała, głównie w jelitach) waży u zdrowego człowieka, którego nie potraktowano jeszcze zbyt mocną dawką „leczących” chemikaliów, do 2 kg! Słynne zawołanie niejakiego Pana Zagłoby – „zginę ja i wszy moje” ma, jak się okazuje drugie dno, a można powiedzieć, że dosłownie ma „głębsze” znaczenie. 🙂 Pewnie nie wierzycie … to proszę poczytać książeczkę pt. Mikrobiom, którą napisał Ed Yong i jest dostępna w Polsce.

Niestety, nie tylko artyści i badacze zajmują się naszym mikrobiomem… Niepokojąco wyglądają badania, prowadzone pod kryptonimami: Human Microbiome Project (HMP), Earth Microbiome Project (EMP), zwłaszcza, że część z nich umieszczono w laboratoriach, gdzie przygotowywano Projekt Manhattan w latach 1939 – 1946. Jego wyniki znamy aż zbyt dobrze ze skutków bombardowania Hiroshimy i Nagasaki. Może trzeba jednak dodać, że w ramach Projektu Manhattan zrealizowano także badania nad pokojowym wykorzystaniem energii jądrowej, co dało pierwszy napęd atomowy dla łodzi podwodnej, niestety, to nie była wycieczkowa łódź podwodna…

Tyle inspiracji… może to nie wszystkie, ale zapewne wystarczy w ramach wprowadzenia w PLANTLINE ?!

Przejdźmy do realizacji, jaka być może czeka nas w Wojszynie.

Projekt polega na wykonaniu fotograficznej uprawy w kształcie leżącej na ziemi postaci człowieka (prarodzica), usypanej na materiale światłoczułym (papier fotograficzny o rozmaitych rozmiarach) z miejscowych i dobranych specjalnie roślin oraz warstwy ziemi naniesionych ręcznie (to konieczny element akcji) przez uczestników akcji. Ten pierwszy etap nazywamy – Inicjacją. Zarówno fizjologiczne płyny roślin jak i mikrobiom ludzi (u Aborygenów to kumpu), a także bakteria Mycobacterium vaccae, odpowiedzialna za swoisty „ziemisty zapach”, ale także działająca euforycznie (!), posiadają własne chemizmy oddziaływujące prawdopodobnie na papier fotograficzny.

Po założeniu uprawy (w towarzystwie specjalnie przygotowanej muzyki rytualnej na przeznaczonych do niej i zbudowanych instrumentach muzycznych) następuje okres Inkubacji (około 24 godzin). Po Inkubacji następuje kolektywne otwarcie uprawy – Zbiór materiału światłoczułego, zatrzymanie (zawieszenie) procesów chemicznych i fizycznych na papierze fotograficznym, dokumentacja i suszenie. Pokaz (obrazy cyfrowe z dokumentacji i oryginalne fotogramy) powstałych artefaktów połączony jest z koncertem – Plantlines (Magic Carpathians/Karpaty Magiczne).

Projekt zakłada udział około 20-30 osób, poboczne mikroakcje soundartowe na uprawie fotograficznej oraz rejestrację filmową i muzyczną,  a także portretowanie chętnych muzyków wraz z ich trąbami didjeridu z pomocą camera obscura (specjalne, zawodowe kamery tego typu). Ważna jest pewnie organizacja i czas realizacji.

Projekt realizuje zespół autorski: Kiwak, Nacher, Sarota, Styczyński oraz około 10 osób uczestniczących w całej akcji (po wprowadzeniu w szczegóły i przeszkoleniu) oraz 20-30 osób uczestniczącej publiczności. Przygotowanie polega na omówieniu akcji z poszerzoną ekipą realizatorską, stworzenie grup inicjalnych, przygotowanie terenu i zgromadzenie substratu roślinnego i glebowego (około 2-3 godzin), założenie uprawy (około 1 godziny).

Inkubacja i mikroakcje (oparte o założenia soundartu) trwać będą około 24 godziny, Zbiór i czynności związane z dokumentacją i utrwalaniem wyników, suszeniem wstępnym fotogramów trwają zazwyczaj około 2-3 godziny, finałowy pokaz i towarzyszący koncert trwają około 1,5 godziny.

Nasz graficzny logotyp (pokazany w wersji roboczej nad tym tekstem) jest złożony z trzech fragmentów dokumentacyjnych, nie przetwarzanych fotografii znakomitego hiropterologa – Rafała Szkudlarka, które wykonał w miejscach gromadzenia się nietoperzy pod Wrocławiem. Nietoperzowe grafiki powstały przez setki zarysowań okopconych ścian przez artystów nie-ludzi, ich nazwiska i imiona są jeszcze ustalane i będą podane w stopce oficjalnego plakatu.

Festiwal w Wojszynie odbędzie się w sierpniu, ale warto zaplanować wyjazd już dzisiaj, a może ktoś z Was chciałby wejść do ekipy realizatorskiej projektu PLANTLINES ? Jeżeli tak, to zapraszam do kontaktu!

Dlaczego właśnie Wojszyn i festiwal z trąbą Aborygenów w tle? Bo …stare inspiracje i nowy dla nas teren (… biochora2), ale głównie myśle o naszych długach, jakie zaciągamy u tradycyjnych społeczności nie dając nic w zamian., Robimy to albo nawykowo i bez wcześniejszego namysłu, albo zwalniając się samowolnie z obowiązku, spłacania kulturowych długów. Wiedza, szacunek, pokazywanie światu uniwersalnych skarbów kultury znalezionych w tradycjach jakie wykorzystujemy , to dobry początek. O tych długach będzie jeszcze osobny tekst.

Poza wszystkim, wyobrażam sobie projekt muzyczny odnoszący się do tradycyjnej kultury Aborygenów, ale wykorzystujący ich aktualnie fascynującą wiedzę o przestrzeni, o Ziemi/ziemi, o naszych organizmach, o geo/fito/zoologicznych źródłach instrumentów i sztuki, o nie-pisanych opowieściach, o nie-rysowanych szlakach i o nie-ludzkich komponentach przestrzeni wyobraźni zwanej u nas sztuką.

 

 

 

FOOD FOREST, FOREST GARDEN, a może KARMIĄCE ZADRZEWIENIA?

IMG_0960

Po długich latach posuchy… przyszedł czas na „food forest” i „forest garden” i jak zwykle w Polsce, prawie wszyscy się na tym znają! Szkoda tylko, że właściwie nic z tego nie wynika, bo nawet z nazwami się nie uporano i najczęściej podawane są w języku angielskim. Tymczasem, nawet w mateczniku permakultury czyli (kiedyś) Zjednoczonym Królestwie (UK, wliczamy rzecz jasna w nie Australię) i Stanach Zjednoczonych (USA), nazwy te ulegają uściślaniu, proponowane są zmiany i pewne przesunięcia akcentów znaczeniowych. Na permakulturowym rynku (czyli nie w Polsce), jest sporo bardzo dobrych i dobrych podręczników na te tematy, a do dwóch głównych zaproponuję nazwy w języku polskim i znacznie bliższe biologicznej prawdy nazwy angielskie: zadrzewionych ogrodów (woodlot garden) oraz karmiących zadrzewień (nourish woodlot), które powinny zastąpić (a wiemy, że nie zastąpią!) bardzo przybliżone: forest garden i food forest. Zaraz wytłumaczę dlaczego właściwe nazwy są ważne. Po pierwsze określenie las nie opisuje każdego terenu, na którym rosną drzewa, a odnosi się do niezwykle złożonej biocenozy leśnej, którą ukształtowały siły natury. Parki, plantacje, zadrzewienia, kępy i aleje… jakkolwiek oparte o obecność drzew nie są lasami. Tak więc dosłownie „nie ma ludzkiej siły”, która by mogła „założyć” las ogrodowy. Z powodzeniem i pożytkiem możemy natomiast zakładać ogrody zadrzewione trwałymi gatunkami roślin (w tym drzew) czyli woodlot garden. Jest natomiast pewna trudna i delikatna ścieżka prowadząca w kierunku przekształcania lasu w prawdziwy ogród leśny i o tym rozmawialiśmy z moim mistrzem Joe Hollisem z USA. Zadrzewienie karmiące, to nic innego niż zbiór roślin trwałych (w tym drzew), dobranych według tego czym nas (albo innych mieszkańców obszaru na jakim żyjemy) karmią lub szerzej, na jakie pożytki możemy liczyć. Wprawny ogrodnik odnoszący się do permakultury dobierze zestaw roślin według zasad bioregionalizmu ze szczyptą odstępstw wynikających z wiedzy etnobotanicznej plus może pokusić się o eksperymentowanie w związku ze zmianami klimatu, ale to dość trudna rzecz, zważywszy na to, że nie bardzo wiemy jak się potoczą.

IMG_0958

W kilku miejscach napisałem – roślin trwałych, a nie jedynie – drzew, bo zadrzewienia ogrodowe i karmiące nie są ograniczone jedynie do roślin drzewiastych, a wykorzystuje się w nich także krzewy (a to bardzo pojemne pojęcie) i inne rośliny wieloletnie. Jedynie to przemawia za nazywaniem zadrzewień ogrodowych – ogrodem zadrzewionym. 🙂

IMG_0959

Jak zwykle istnieją osoby wiodące w danej dziedzinie i całkowitym Mistrzem jest brytyjski permakulturowiec – Patrick Whitefield. Niestety swoje „forest garden” zakłada już w innym świecie, ale podręcznik pt. HOW TO MAKE A FOREST GARDEN z 1996 roku (!) do dzisiaj jest podstawowym i w zasadzie wystarczającym kompedium wiedzy na ten temat. Przez lata bezskutecznie powoływałem się na ten właśnie podręcznik podczas wykładów z etnobotaniki na UR w Krakowie i kilku innych miejscach… aż tu nagle jak grom z jasnego nieba … uruchomiono (?) kierunek „Urban Forest”, cokolwiek by to w praktyce oznaczało!

Whitefield w następnych swoich książkach i praktyce warsztatowej zaczął preferować nazwę zastępującą „forest garden” (którą sam skutecznie wylansował) określeniem: woodland garden. Woodland po polsku oznacza teren zalesiony (czyli zasadzony drzewami, a nie las), ja proponuję aby iść dalej i nazywać sprawy po imieniu: woodlot – zadrzewieniem, do czego mam silne, miejscowe przesłanki, o których za chwilę.

IMG_0957 (4)

Tak więc, skoro już wiemy co naprawdę robimy (i że  nie będzie to las, a wystarczy jak fachowo wykonamy zadrzewienie), to potrzebujemy podpowiedzi jak zaprojektować tego rodzaju pracę, a wielu przyda się także podpowiedź jakie gatunki roślin nadają się do zadrzewień karmiących. Oczywiście, takie książki są bezproblemowo dostępne i kilka z nich pokazuję w formie wycinków okładki. Dokładne omówienie tych podręczników mam zamiar przeprowadzić w Krakowie, podczas spotkania w 21.02.2019 roku w Bonobo – Księgarni i kawiarni, która gości moje otwarte wykłady już kilka lat.

IMG_0961 (1).jpg

Z książkami z mateczników permakultury nie ma problemu… problemem jest zdobycie polskich podręczników dotyczących zadrzewień…. a takie są i bardzo polecam jeden z nich.

Dziełko pt. Zadrzewienia, autorstwa Janusza Waligóry ma już 34 lata, bo zostało wydane w 1985 roku… Nie mogę odmówić sobie zacytowania fragmentu ze słowa wstępnego:

” /…/ Żyjemy bowiem w dziwnej epoce, w której z jednej strony mamy wspaniały rozwój techniki i przemysłu pozwalające na wzrost dobrobytu i podnoszenie na wyższy poziom cywilizacji, z drugiej jesteśmy świadkami bardzo szybkiego pogarszania się warunków sanitarnych środowiska w jakim człowiek żyje i pracuje. A mianowicie oddychamy powietrzem skażonym gazami spalinowymi i dymami. Spożywamy często pokarmy zatrute, stykamy się z substancjami szkodliwymi dla zdrowia, przebywamy w ogromnym hałasie. Ludzie znużeni jednostajnością pracy, która wielokrotnie nie wymaga twórczego wysiłku a ogranicza się do prostych czynności przy obsłudze maszyn, chorują często na nerwice. Ludziom tym należy pokazać piękno przyrody, w otoczeniu której mogą się oderwać od męczących i trudnych spraw, znaleźć odprężenie, świeże powietrze i odpoczynek. Zamiast zażywać lekarstwa na uspokojenie nerwów, powinni patrzeć na ukwiecone łąki, szukać kontaktu z roślinami, cieszyć się bogactwem i pięknem krajobrazu. /…/

Trudno zrozumieć mechanizm psychologiczny i polityczny, który powoduje, że w Polsce tego rodzaju diagnozy są programowo lekceważone i wręcz niszczone (wraz z tym co udało się w ich duchu zrobić dla poprawy sytuacji) nawet wobec dowodów na zagrożenia zdrowia i życia ludzi!? Czy populacja ludzka oszalała? Nawet jeżeli tak (a jest wiele tego symptomów), to nie oznacza, że wszyscy mamy się temu szaleństwu poddać, chociażby ze względu na dzieci.  Cytat jest jedynie zapowiedzią następnych smakowitych części opisywanego podręcznika, które jedynie tu zaanonsuję, aby już tak całkiem nie odwalać roboty za znawców „forest garden”, „food forest”, a może i „urban forest”? 🙂

Anons pierwszy: /…/ Pionier nowoczesnego rolnictwa w Wielkopolsce, w wieku XIX, generał Dezydery Chłapowski z Turwi stwierdził: „Kraj nasz płaski i jest pozbawiony pięknych widoków – starajmy się to wynagrodzić, ozdabiając go roślinnością„/…/ . Można by tylko ironicznie dodać, że generał Chłapowski nie mógł nawet przypuszczać, że obecne rolnictwo stanie się karykaturą rolnictwa jakiego się domagał, a ozdabianie roślinnością skończy się na tujach… Czyż to nie jest szaleństwo i upadek?

Anons drugi: /…/ W swoim dziele „O rolnictwie” Chłapowski starał się przekonać swoich czytelników o korzyściach jakie przynoszą zadrzewienia rolnictwu /…/  Wspomniane dzieło jest dostępne w domenie publicznej, ktoś skorzysta? A warto, bo dzieło to, wydane w 1842 roku !!! zawiera kilka tak trafnych ekologicznie spostrzeżeń, że Patrick Whitefield z pewnością razem z Generałem tworzą wspaniałe zadrzewienia z dala od szaleństwa jakie nas otacza.

Tak jak w wypadku poprzedniego zestawu, tak i w tym wypadku omówienie oferuję darmowo w Krakowie lub na moich warsztatach (ciągle są miejsca na 1-5 maja i ostatnie 2-3 miejsca na termin czerwcowy 20-23.06.2019.

Dobrze przetłumaczona książka pana Janusza Waligóry – Zadrzewienia – z odpowiednim komentarzem wprawnego permakulturowca, może stać się ponownie znakomitym podręcznikiem także i dzisiaj… wiem, wiem…

Podam kilka linków do przedsięwzięć, które powinny uchronić Was od ciężkiej depresji jaka nieuchronnie by siała spustoszenie gdyby nie… Na początek o tym jak na tzw. stare lata można skutecznie, a nawet wręcz rewelacyjnie powalczyć o inny świat wokół nas! Chodzi o Provision Project realizowany w Kolorado, USA. Dla interesujących się tym jaki jest stan zadrzewiania miast na świecie odsyłam do opisu znakomitej treepedii, rewelacyjnego instrumentu do ustalania tzw. green view index oraz świetnego, londyńskiego  Trees for Cities.org.

Te linki pokażą, że może nie wszyscy na świecie oszaleli, a nawet jeżeli, to robią to w znakomitym stylu! No i liczę, że naukowcy uzupełnią listę miast świata w treepedii i znajdzie się tam także Kraków, a pewnie warto, bo poznanie green view index dla Krakowa może być niespodzianką!

Dla bardziej zainteresowanych polecam wciąż otwarte spotkania w Krakowie, udział w warsztatach lub w specjalnych sytuacjach organizację spotkania u Was.

Na koniec zapowiedź, bo nasi dzielni dziennikarze jeszcze tego nie ogarnęli (i jak sądzę raczej nie ogarną) czegoś bardzo ciekawego co dzieje się na świecie w poważnym już wymiarze:

IMG_0962

Użyłem tu fragmentu okładki najnowszego numeru PERMACULTURE, w którym znajdziecie rewelacyjny tekst Ele Waters – From gentle living to Extinction Rebellion. Tytuł brzmi jak program na resztę życia (ja mam taki od dzieciństwa, dzięki ojcu!), a warto wiedzieć, że Ele Waters zrobiła tak wiele dla dobra środowiska, że z pewnością to nie Ona powinna porzucać „gentle living” na rzecz rebelii przeciw zagładzie. Rebelia pewnie się spodoba, oby nie tylko po kawiarniach i dla ciekawych logotypów…

O tym pod koniec tygodnia….

 

SHINRIN-YOKU doktora Qing Li

shinrin-yoku19

Shinrin-Yoku opisywałem już wielokrotnie przywołując nasze własne doświadczenia i recenzując wydaną w Polsce książkę  Czułbym się źle, gdybym nie polecił także innej, znakomitej książki (która także ukazała się w 2018 roku w polskim przekładzie… i także w Krakowie!) – SHINRIN-YOKU Sztuka i teoria kąpieli leśnych Jak dzięki drzewom stać się szczęśliwszym i zdrowszym autorstwa dr Qing Li z Nippon Medical School, a znakomicie wydanej przez Wydawnictwo Insignis

Jest kilka powodów, dla których zachęcam do zapoznania się z tą doskonałą książką, która dla mnie na głowę bije piękny, ale jednak nieco zbyt poetycki, w wielu miejscach nie na temat i niejako podany z drugiej ręki tekst, jaki popełnili zasłużeni „zieloni” celebryci Garcia i Miralles w dziełku Shinrin Yoku Japońska Sztuka Czerpania Mocy z Przyrody

Mój tytuł: Shinrin-Yoku dra Qing Li nie jest przypadkowy i odnosi się do tego, że Autor jest jednym z głównych współtwórców metody i praktyki shinrin-yoku w Japonii. To dla mnie znakomity atut książki i czytelny powód dla jej przełożenia i wydania w Polsce. To jest chyba jasne, że źródła są podstawą, a strumyki, rzeki i sieć wodna to konsekwencja? I nie ma tu założenia, że strumienie i rzeki są „gorsze”! Często są bardziej widoczne, spektakularne i popularne, ale jak w przypadku Dunaju (głównej rzeki Europy oraz tytułu eseju C. Magrisa) warto poszukać także źródeł, co jak udowadnia Magris, nie jest łatwe i nie musi kończyć się sukcesem.

Dr Qing Li określa shinrin-yoku jako: „proces zanurzania się w atmosferze lasu”, co mnie bardzo ucieszyło, bo „kąpiele leśne” po polsku brzmią nieco myląco i trącą glampingiem, o czym już pisałem w przywołanym na początku wpisie z zeszłego roku. Autor przybliża japońskie słowa na opisanie stanów emocjonalnych w rodzaju: yugen (emocje zbyt głębokie by je wyrazić), hanami (świętowanie wiosny poprzez podziwianie kwiatów), tsukimi (święto oglądania księżyca), komorebi (promienie słońca prześwitujące przez liście drzew)Dla mnie, określenia te i wiele innych, jakie przywołuje Autor, są od lat znane i praktykowane, ale osobom czytającym je po raz pierwszy zalecam przyjrzenie się im z uwagą, bo są kluczem do prawidłowego zrozumienia shinrin-yoku. Bardzo mnie ucieszyło, że poza tymi strożytnymi przykładami na specyficzną wrażliwość mieszkańców Japonii na kontakt z Naturą, Autor sięga także po całkiem nowe, w rodzaju: tsukin jigoku (piekło dojeżdżających do pracy) i karoshi (śmierć z przepracowania). Autor, przywołując kulturowe tło shinrin-yoku nie kryje, że poważne badania nad tą metodą trwają zaledwie kilkanaście lat, bo od 2004 roku.

Istotnym fundamentem shinrin-yoku (a stwierdza to sam współautor metody) jest to, iż „obie oficjalne religie Japonii – shinto i buddyzm – uznają las za świętą przestrzeń”. Informacje na temat lasów w Japonii, stopnia zalesienia kraju, gatunków drzew uznanych za święte  (np. pięć świętych drzew Japonii: hinoki, sawara,nezuko, koyamaki, hiba to cyprysiki, żywotniki i sośnica), a także drzew w miastach Japonii, to prawdziwy balsam złożony z rzetelnych i podanych z lekkością znakomitego znawcy danych, ale i inspirujących obserwacji. Miło w naszej rzeczywistości (a moja zawodowa rzeczywistość jest szczególnie trudna) czytać, że: „więcej drzew oznacza więcej szczęścia„, „las jest jak matka„… albo doskonałą analizę oddziaływania lasu na zmysły ludzi (węch, wzrok, dotyk, słuch). Polecam wszystkim leśnikom, drzewiarzom oraz sympatykom parków i ogrodów społecznościowych w miastach.

Ulubionym fragmentem jest dla mnie opis wartości ciszy. Autor podaje, że służby parków narodowych USA objęły ciszę nakazem ochrony. Warto może wyjaśnić, że pisząc cisza, Autor ma na myśli stan audiosfery, bez skażenia dźwiękami mechanicznymi produkowanymi przez wytwory ludzkiej inżynierii. Język japoński ma bardzo ciekawe określenia zbudowane na onomatopejach i np. shito shito obrazuje odgłos lekkiego deszczu, a goro goro to odłos dalekich grzmotów burzowych.

Bardzo inspirujące są u dra Qing Li opisy współczesnych problemów ekologicznych, prób wprowadzania metody shinrin-yoku w innych krajach (np. w Finlandii … dlaczego mnie to nie dziwi), zajmowania się dziećmi ( np. japońskie: mori-no-ie, czyli leśne przedszkola) i rozmaitych aspektów niezbędności bliskiego kontaktu z Naturą, zawsze doskonale umotywowanych. Przykładem niech będzie fragment o działaniu Mycobacterium vaccae, bakterii glebowej odpowiedzialnej za tzw. zapach ziemisty (geosmina), w pewnym zakresie także za tzw. terroir czyli „smak regionu” i doskonałego antydepresantu (hortiterapia też coś tu znajdzie…!). Z książki ucieszą się pewnie także zwolennicy „dzikiej kuchni”, bo zaawansowane formy shinrin-yoku w Japonii sięgają po praktykę jedzenia na łonie Natury i to w sporym stopniu dzikich roślin jadalnych.

Pośród kilku ekscytujących i zadziwiających informacji od doktora Qing Li muszę wyróżnić fakt, że największy obecnie program oparty o shinrin-yoku realizuje się w … Korei Południowej, gdzie działa znakomicie Narodowe Centrum Terapii Leśnej i 37 obszarów lasów rekreacyjnych, realizowane z budżetem 14 milionów dolarów i kształcących aktualnie 500 instruktorów metod leczenia/relaksacji lasem. Wydaje się to dużo pieniędzy, ale gdy przeczytamy, że zaburzenia lękowe i depresje rocznie kosztują UE około 170 miliardów euro, a USA 210 milionów dolarów, to tego rodzaju budżet dla znakomitej profilaktyki i kuracji w postaci shinrin-yoku, już nie wydaje się tak wielką kwotą.

Te wszystkie wiadomości podane przez naukowca, ale i entuzjastycznie nastawionego praktyka (u nas nauka zazwyczaj wyklucza ujawnianie entuzjazmu, a po jakimś czasie skutecznie z niego leczy?) utwierdzają mnie w przekonaniu, że dopuściliśmy do władzy groźnych dla ludzkości nieuków, którzy powinni być oskarżeni o działanie na szkodę zdrowia i życia ludzi, gdyż świadomie i planowo niszczą przyrodę i podstawy naszego dobrostanu. W tym aspekcie książka Qing Li jest wywrotowa i tego typu idee powinniśmy znajdować w proponowanych nam „nowych” programach politycznych, a znajdujemy tam „panu bogu świeczkę i diabłu ogarek”, czyli nic nie warty teatrzyk spryciarzy.

Na uwagę i polecenie zasługuje strona wizualna książki, duża, czytelna czcionka, fotografie… już samo czytanie i przeglądanie tak wydanego dzieła wprowadza nas w dobry nastrój czyli początek każdego procesu leczenia.

shinrin-yoku19b

Jak może niektórzy zauważyli (?) przez cały 2018 rok nie prowadziłem warsztatów z etnobotaniki wspartej permakulturą i bioregionalizmem. Konieczna była przerwa na zastanowienie się nad formami i celami takich spotkań i niełatwej pracy (po obydwu stronach). W tym roku poprowadzę aż trzy warsztaty w pierwszej połowie roku, plus potwierdzam możliwość (ograniczoną, to prawda) uczestniczenia w planowanych wycieczkach w interesujące miejsca na Słowacji.  Dwa terminy warsztatów (1-5 maja i 20-23 czerwca) są ciągle jeszcze aktualne i czekam na zgłoszenia. Jednym z nowych elementów mojej terenowej metody, będzie połączenie jej na trwałe z praktykami shinrin-yoku. Już wcześniej tego rodzaju praktyki wprowadzałem, ale jako osobny element do programu, teraz będzie to bardziej organicznie i naturalnie, a mam też nadzieję, że z większym pożytkiem dla uczestników.