Etnobotaniczny klucz do bioregionalizmu

 

Etnobotaniczny klucz do bioregionalizmu

Mój pomysł jest prosty i opiera się na dobrze opisanych i funkcjonujących w praktyce przesłankach. Jego istotą jest możliwość / okazja / potrzeba kształtowania składu gatunkowego upraw / hodowli / produkcji ogrodniczej przez świadomy popyt, własne doświadczenia z uprawą roślin i świadome kształtowanie diety.

Świadomy popyt sprowadza się do wyboru takich gatunków roślin, produktów zwierzęcych i przetworów, które odpowiadają miejscowym warunkom naturalnym i sprzyjają utrzymaniu równowagi biologicznej regionu. Jest wiele możliwości negocjacji rodzaju upraw, z jakich będziemy korzystać w ramach rozmaitych form kooperatyw, a najskuteczniejsza z nich to zastosowanie listy produktów preferowanych i zamawianych przy porozumieniach długofalowych. Kooperatywy spożywcze nie muszą polegać jedynie na odbiorze / zakupie wyprodukowanych dóbr, ale mogą być czynnikiem kształtującym skład upraw / produkcji na długie lata.

Aby wybory były świadome i służyły równowadze biologicznej w skali pojedynczego odbiorcy, jego rodziny i grupy przyjaciół (a także w skali regionu, w jakim kooperatywa zaczyna działać), powinny być rozpoznane: bioregion oraz jego zasoby naturalne: tradycyjne i nowe gatunki roślin i zwierząt, w oparciu o które wytwarza się żywność oraz naturalne (dzikie) zasoby pokarmowe i podstawowe dla życia: zasoby wody, stan powietrza oraz źródła energii.

Bioregionalizm jest pojęciem stosunkowo nowym, pojawiło się wraz z rozwojem kontrkultury w latach 70. XX wieku i za jego autora uważa się Allana van Newkirka, który w 1973 roku do znanego pojęcia: region (o zabarwieniu antropocentrycznym) dodał bio dla zaznaczenia podejścia biocentrycznego.

W przybliżeniu bioregion można zdefiniować jako: spójny obszar wyznaczony przez naturalne siedliska i przyrodnicze granice, który cechuje swoista budowa geologiczna, flora, fauna, rzeźba terenu i szerzej krajobraz, klimat – w połączeniu z tradycyjnymi formami kultury ludzi zamieszkującymi bioregion, wraz z ich zwyczajami, stylem życia i sztuką. W żywym, nie zniekształconym bioregionie, mamy do czynienia z silną więzią pomiędzy kulturą ludzką a przyrodą, która jest głęboko zapisana i praktykowana w duchowści, sposobach użytkowania ziemi i stylu życia, a nawet w mentalności. Można powiedzieć, że kiedy ludzie zamieszkujący jakiś region traktują go poważnie jako swój dom, a nie dekorację do czasowego przebywania czy miejsce eksploatacji zasobów aż do ich wyczerpania, mamy przesłanki do wyodrębnienia bioregionu.

Bioregionalizm zyskał nowe, prawne oblicze w wyniku przyjęcia w dużym stopniu biocentrycznego sposobu myślenia w kształtowaniu Unii Europejskiej i właściwie nigdzie poza Europą nie jest w takim stopniu wprowadzony w życie na poziomie regulacji międzynarodowych. Jedną z form prawnych i szansą na administracyjną oraz gospodarczą realizację idei bioregionalizmu jest europejska sieć Natura 2000. Nie znaczy to, że wszyscy powołani do zarządzania bioregionami w Polsce rozumieją podstawową ideę bioregionalizmu. Istnieje wręcz pilna potrzeba przypominania o niej i prowadzenia dyskusji podczas podejmowania decyzji gospodarczych na każdym poziomie. Bioregionalizm był ważnym elementem tzw. ekologii radykalnej, podstawami tego podejścia są: ekologia głęboka, ekofeminizm i ekologia społeczna.

Dzisiaj, rzecz jasna, nieco inaczej rozumiemy podstawy bioregionalizmu i zasady ekologii radykalnej, ale warto przypomnieć (w kontekście kooperatyw spożywczych i wszelkich działań mających wpływ na bioregion, w jakim żyjemy) kilka historycznych, ważnych zasad, które przyświecały w tworzeniu ich teoretycznego zaplecza.

Sześć funkcji bioregionalizmu wg wskazówek Thomasa Berry’ego:

  1. Uznajemy, że wszystkie gatunki na obszarze mają takie samo prawo do życia i korzystania z niego jak my, zachowujemy ich środowisko naturalne i korytarze migracyjne;

  2. Wzajemna opieka: oznacza, że wzrost, rozwój, użycie środków są limitowane dobrem pozostałych uczestników wspólnoty życia na tym obszarze, nie możemy przekraczać granic ani zajmować życiowych obszarów innych gatunków;

  3. Edukacja od bioregionu: na poziomie fizycznym, chemicznym, biologicznym i kulturowym bioregion dostarcza wzorów edukacyjnych, ważnym aspektem tej edukacji jest doświadczenie, a nie tylko przekaz informacji;

  4. Samozarządzanie: każdy bioregion cechuje pewien wewnętrzny porządek, powstały w wyniku procesu ewolucji, naruszanie tego porządku odbije się na niszczeniu bioregionu i jego „zewnętrznych” związków, zarządzanie powinno odbywać się „oddolnie” – powinny być reprezentowane interesy każdego mieszkańca bioregionu (nie tylko ludzi);

  5. Samouzdrawianie: każdy bioregion wyposażony jest w siły, które pozwalają mu na regenerację, nawet zniszczenie jakiegoś obszaru w ramach bioregionu może być „zagojone” dzięki tym potencjalnym możliwościom – odnoszą się one nie tylko do świata przyrody, ale także i do człowieka;

  6. Własna ekspresja i samowystarczalność: każdy bioregion jest do pewnego stopnia samowystarczalny; jego istota wyraża się w różnych formach przyrodniczych i kulturowych, to z nich właśnie pochodzi kulturowa różnorodność regionalna.

Po zbadaniu sytuacji i rodzaju własnego bioregionu, do świadomego kształtowania popytu na żywność potrzebujemy określenia swojego stylu odżywiania i interesującym (a także spełniającym postulat sprzyjania utrzymaniu równowagi naturalnej, zapewnienia zdrowia i różnorodności pokarmowej) wydaje się być makrobiotyka. Ten styl odżywiania opiera się na poglądzie, że ludzie są częścią środowiska w którym żyją i w sposób stały poddawani są jego wpływom poprzez pożywienie, społeczne interakcje, klimat i obszar geograficzny, w jakim żyją. Można powiedzieć, że makrobiotyka jest żywieniową formą bioregionalizmu. Przyjęty w makrobiotyce udział preferowanych rodzajów pożywienia jest istotną przesłanką do podejmowania decyzji co do popytu (oraz kształtowania w rozmaity sposób w ramach kooperatyw spożywczych) na konkretne grupy i rodzaje pokarmu. Podstawą żywienia makrobiotycznego jest kształtowanie diety w oparciu o następujące wskazania: 50% naszej diety powinny stanowić pełne ziarna różnych zbóż, 20-30 % to warzywa, 5-10% to rozmaite zupy, 5-10 % to fasola i produkty z fasoli, a jedynie okazjonalnie: ryby, owoce morza, orzechy i naturalne przekąski. Ważne jest, że makrobiotyka nie musi oznaczać radykalnego wegetarianizmu, ale także zdecydowanie jest odejściem od ciężkiej, mięsnej diety, która jest przyczyną wielu chorób ludzi i środowiska naturalnego. Dobrze pojęta makrobiotyka odpowiada właściwie idei slow, która słusznie jest obecnie popularna w wielu środowiskach.

W sytuacji gdy mamy świadomość własnego bioregionu, zasad odżywiania dla zdrowia i równowagi, potrzeba nam już jedynie wiedzy na temat odpowiadających tym podstawom roślin jakie można (i trzeba) uprawiać i zbierać ze stanu dzikiego. Taką wiedzę daje nam etnobotanika.

Etnobotanika jest badaniem dynamicznych powiązań pomiędzy roślinami i ludźmi, które od zawsze kształtowały ludzką kulturę oraz losy samych roślin. Samo pojęcie ma blisko 120 lat, a użył go po raz pierwszy botanik z Uniwersytetu Pensylwania w USA– prof. John W. Harshberger w 1895 roku. Chociaż etnobotanika nie zajmuje się jedynie roślinami użytkowymi w sensie roślin jadalnych, to daje informacje o tym, jak kształtowały się losy wielu gatunków, które wpływały na przeżycie, rozwój i możliwości ludzi, także w sensie duchowym. Pojęcie o rozległości etnobotaniki daje klasyczna książka Henry’ego Hobhouse’a – Ziarna zmian. Sześć roślin, które zmieniły oblicze świata (wydana w Polsce w 2001, 2010 roku przez Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, a znana na Zachodzie od 1985 roku). Autor przedstawił w niej fascynujące losy roślinnych źrodeł takich specyfików jak: chinina, trzcina cukrowa, herbata, bawełna, ziemniak i kokaina, które ukształtowały świat współczesny.

Etnobotanika bywa ukazywana jako zbiór wiadomości na temat roślin i ich możliwych zastosowań lub jako nauka pomocna do analizowania historycznych zmian w biogeografii, a bywa użyteczna we właściwym rozumieniu przyczyn zmian w kulturze i polityce na skalę społeczną. Najciekawszą i najistotniejszą częścią etnobotaniki jest jednak próba zrozumienia, na czym właściwie polega odwieczny, organiczny i silny związek pomiędzy roślinami a ludźmi, Aktualne badania naukowe potwierdzają wiele subtelnych sposobów komunikowania się roślin oraz ich niezwykłą plastyczność biologiczną wywodzącą się z komórkowych źródeł życia, co w pewnym stopniu może być pomocne przy określaniu, dlaczego rośliny są tak ważne dla ludzi i jak się z nami komunikują?

Wyżej podana, klasyczna podstawa diety makrobiotycznej, przeanalizowana za pomocą klucza etnobotanicznego dla bioregionów Małopolski już na samym wstępie wskazuje na to, że fasola winna być zastąpiona przez groch (bo fasola jest całkiem nowym nabytkiem na terenach Małopolski, a groch należy do tradycyjnych i miejscowych upraw) oraz w pewnym stopniu przez bób. Przyjmując pewną plastyczność w doborze składników diety po preferowanym grochu i bobie, można zalecać miejscowe odmiany fasoli (np. jaś), albo ze względów sentymentalnych i historycznych fasolkę patriotyczną (!) i dopiero potem inne, dostępne w ogrodnictwie i na rynku. Taka sama pobieżna analiza kategorii makrobiotycznej: całe ziarna zbóż, w Małopolsce wskazuje na jęczmień, owies, żyto, może proso – dopiero później zaś na pszenicę, nie mówiąc już o ryżu! Zamiast niego zdecydowanie w naszych bioregionach winna być wykorzystywana gryka w postaci kaszy gryczanej. Tak można byłoby przeanalizować wszystkie produkty, jakie rolnicy i ogrodnicy nam proponują kierując się modą, opłacalnością, przyzwyczajeniem, ale też sygnałami płynącymi od odbiorców. Istnieje wiele interesujących miejscowych (bioregionalnych) rozwiązań opartych na zdrowych komponentach, czasem dostępnych także ze stanu dzikiego. Klasyczny przykład sprzecznego z bioregionalizmem wykorzystaniem aronii ( Tymbark musi się poprawić!) zamiast miescowego, tradycyjnego i ważnego także w tradycyjnej kulturze bzu czarnego. To postawienie na aronię ma ciekawe podstawy, których źródłem jest jeszcze niegdysiejsza wiodąca rola rolnictwa z ZSRR i walory antyradiacyjne (bo przecież nie smakowe!). Roślina nie wytrzymuje konkurencji z bzem czarnym, o znacznie większych możliwościach, bo wykrzystuje się u tego gatunku: kwiaty, owoce, korę i rosnące na niej grzyby, a także drewno, bedące podstawą produkcji rodzimych – bioregionalnych – isntrumentów muzycznych. Bez czarny z pewnością ograniczy w najbliższych latach rolę aronii poprzez wydajne kultywary wprowadzone już do upraw. Podobnym nieporozumieniem żywieniowym w aspekcie bioregionalizmu jest zanik całego szeregu innych zapomnianych lub tylko zaniedbanych roślin w rodzaju brukwi(w bioregionach Małopolski nazywanej karpielem), czy pasternaku, nie mówiąc o wielu interesujących zastosowaniach kłokoczki południowej czy arcydzięgla. Przeglądając stare wydawnictwa w rodzaju książeczki Warzywa mało znane (H.Fajkowska K.Wolfowa, PWRiL, Warszawa 1978), możemy się dowiedzieć, że w Polsce stosunkowo niedawno do mało znanych warzyw należała sałata krucha i salata pekińska, a w reklamówce, jaką otrzymałem wczoraj w sklepie sieci Tesco reklamuje się kilkanaście mieszanek sałat i roślin sałatkowych jak rukola, roszponka, sałata batawska, sałaty czerwone, lodowe, escarole, radicchio, frise… Brukiew zanikła prawie całkowicie, ale pasternak jest czasem dostępny na giełdach spożywczych w opakowaniach po 5 kg, albo bywa sprzedawany jako duży korzeń pietruszki przez nieuczciwych i zdesperowanych sprzedawców.

Całkowicie fascynujący jest obszar badania i zachowywania starych, tradycyjnych odmian drzew owocowych. Na tym polu wiele w Polsce zrobiono, ale także wiele pozostaje do zrobienia. Być może świadome formy kooperacji z rolnikami pomogą w powrocie do rodzimych, zdrowych i smacznych odmian roślin, nie tylko jadalnych.

Pozostaje jeszcze świadome wspieranie takich rodzajów uprawy i produkcji żywności, które nie są sprzeczne z zasadami bioregionalizmu. Tu polecam manifest ogrodniczy Joe Hollisa (opublikowałem go w całości na www.etnobotanicznie.pl we wpisie: Joe Hollis i Jego Paradise Garden z 28.02.2014 r., za zgodą i ze wsparciem autora https://etnobotanicznie.pl/2014/02/28/joe-hollis-i-jego-paradise-garden/ ). Jego istone przesłanie mówi o tym, że ogrodnictwo jest zdecydowanie bardziej ekologiczną formą pracy z roślinami niż rolnictwo i daje świadomym ogrodnikom coś więcej niż tylko korzyści ekonomiczne. Rajski Ogród Joe Hollisa położony w USA nie jest koncepcją ortodoksyjną. Rosną w nim, poza gatunkami rodzimymi, rośliny lecznicze pochodzące z Chin, ale ma to swoje uzasadnienie i dobrze się sprawdza w praktyce. Wszelka ortodoksja jest przeciw różnorodności życia.

Jest wiele przykładów na etnobotaniczne odkrycia przekładające się szybko na praktykę. Tak jest z zapomnianym, niedocenianym i mało poznanym różeńcem górskim. To dobrze znana tradycyjnej medycynie i w pewnej mierze magiczna roślina Hucułów z Karpat, Samów ze Skandynawii, Tybetańczyków z Himalajów, mieszkańców Ałtaju i Mongolii, której właściwości dorównują słynnemu żeń-szeniowi! Co więcej, to różeniec (zwany także złotym korzeniem) pełnił rolę żeń-szenia dla mniej obeznanych odbiorców! Roślina ta rośnie w Polsce, m.in. w Tatrach i na Babiej Górze. Co z naszym bioregionalizmem jest nie tak, że lepiej znamy rośliny z Chin niż własne? A przy tej okazji warto wspomnieć jeszcze jedno znamienne nieporozumienie dotyczące tzw. tybetańskich jagód goji. Są to jagody kolcowoju, który spokojnie i od dawna rośnie w całej Polsce, ale też i innych krajach Europy, a bywa uprawiany w ogrodach, gdzie daje obfite plony. Jego jagody mają faktycznie wiele wartościowych i mocnych składników, ale nie w wersji gdy pochodzą z intensywnych upraw chińskich, w których nie stosuje się norm co do nawozów sztucznych. Trzeba było sporych nacisków ze strony Unii Europejskiej ,aby setki ton jagód z Chin przynajmniej opisać co do kraju pochodzenia. Niech Was nie zmyli napis na opakowaniu: wyprodukowano w Polsce, bo chodzi jedynie o paczkowanie suszonych jagód wyprodukowanych bez przestrzegania jakichkolwiek norm. Zapytani o to „producenci” z Polski – milczą uparcie. Jagody goji warte są sprawdzonych upraw i uczciwych dostawców, a kolcowoje są tak u nas zadomowione, że bez problemów należy je włączyć do miejscowych upraw, albo odszukać na półnaturalnych stanowiskach.

W analizowaniu bioregionów Małopolski pod względem żywieniowym i zielarskim, będzie pomocna także moja książka Zielnik podróżny. Rośliny w tradycji Karpat i Bałkanów (2012) oraz wiele wpisów na wspomnianej wyżej blogu: etnobotanicznie.pl

Tekst wystąpienia przygotowanego na zaproszenie Wawelskiej Kooperatywy Spożywczej i zaplanowany do wygłoszenia 8.06.2014 r. o godzinie 15.00 podczas Zjazdu Kooperatyw Spożywczych.

Marek Styczyński, Kraków, 8.06.2014r.

pasternakarpiel

 

Nieużytki sztuki

 

Czy twój umysł jest pełen dobroci?

Atiśa

atisa

Rozmowa etnobotanicznie.pl z dr Elżbietą Jabłońską, autorką i kuratorką rewelacyjnego projektu Nieużytki sztuki, który znakomicie wpisuje się w kilka nurtów miejskiego ogrodnictwa i jak to bywa w tej materii, dotyka wielu innych, bardzo istotnych spraw. Elżbieta Jabłońska studiowała grafikę i malarstwo na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (1990-1995) i uzyskała dyplom z grafiki warsztatowej plus aneks z malarstwa. Także na UMK w Toruniu obroniła doktorat w zakresie sztuk pięknych (2004) i jest asystentką w Zakładzie Rysunku na tym samym Uniwersytecie.

Więcej o autorce projektu Nieużytki sztuki i Jej znakomitych projektach artystycznych znajdziecie na: http://www.culture.pl/pl/tworca/elzbieta-jablonska

Nieużytki sztuki to projekt aktualnie realizowany, a więc stale się rozwijający i dokumentowany na bieżąco na stronie: http://www.nieuzytkisztuki.pl

Tytuł rozmowy zaczerpnąłem z pracy Elżbiety Jabłońskiej Czy twój umysł jest pełen dobroci? z 2005 roku (cytat w formie neonu, pismo dziecka). Cytat pochodzi od buddyjskiego uczonego, mistrza i reformatora religijnego Atiśa Dipamkara Srijnana (982-1054)

Rozmowa

1.Marek Styczyński: Dlaczego ogrodniczy, w swej praktycznej istocie projekt, adresowałaś do środowisk związanych z upowszechnianiem sztuki? A może jest on adresowany raczej do stałych odbiorców działalności galerii sztuki? Nie jest chyba adresowany do artystów? Czy tytułowe „nieużytki” są wskazaniem na jakieś niezagospodarowane obszary działalności instytucji kultury, na ich zbyt słabe ugruntowanie w środowisku?

Elżbieta Jabłońska: Idea dzierżawy niezagospodarowanych terenów przyległych do galerii, muzeów i innych instytucji sztuki pojawiła się rok temu przy okazji opracowywania koncepcji mojego udziału w Zielonym Jazdowie. Teren parku przy warszawskim CSW, gdzie odbywały się wszystkie wydarzenia, jak również czas na nie zaplanowany, a więc okres między czerwcem a połową września stały się moją zasadniczą inspiracją. Planowałam 10 podwyższonych grządek usytuowanych przy ławach Jenny Holzer. To miejsce wydawało mi się idealne ze względu na cały szeroki kontekst. Jednak z dwóch przedstawionych przez mnie propozycji została wybrana ta druga, ta która nie wymagała zaangażowania widza, trwała krótko i nie budziła wątpliwości, a „nieużytki” siłą rzeczy musiały poczekać na następny sezon.

Jednak już jesienią zeszłego roku rozpowszechniłam ideę wśród kilku instytucji i jako zwrotną informację otrzymałam akceptację projektu.

Nieużytki wydają się być projektem przede wszystkim ogrodniczym, lecz jak większość moich realizacji kryją w sobie dodatkowe wątki. To co uważam za najistotniejsze w sztuce to kontakt z drugim człowiekiem, specyficzny rodzaj spotkania rozumianego bardzo szeroko, energia z niego wynikająca, a czasem potencjalna możliwość pewnego zdarzenia. To spotkanie jest w „Nieużytkach sztuki” bardzo ważne i rozgrywa się na wielu poziomach. Jest więc relacja odbiorcy z przedstawicielami instytucji, pracownikami, którzy są niejako „zmuszeni” do wyjścia poza znaną i przewidywalną przestrzeń biur czy ekspozycji na grunt najbardziej podstawowy, na ziemię i wobec ziemi. Pojawia się również rodzaj współpracy między osobami, które decydują się na dzierżawę, wspólnie pielęgnują swoje rośliny, bywa, że się nawzajem wspomagają radami, a czasem po prostu wspólnie przebywają w przygaleryjnych ogródkach.

Ten obszar bezpośredniego kontaktu, w zdecydowanie innym otoczeniu, wobec konieczności rozładowania ciężarówki z ziemią, przeniesienia drewnianych elementów, rozwiązania problemów z wodą, wreszcie złożenia przygrządkowej ławki to właśnie sugestia niezagospodarowanych obszarów działalności instytucji kultury. To realne problemy, które trzeba rozwiązać wspólnie z uczestnikiem ogrodniczych działań, tu i teraz.

2.MS: Dlaczego grządki i rośliny, a nie miejsca spotkań, parasole, leżaki, piaskownice i budki z kawą i lemoniadą?

EJ: Od kilku lat mieszkam na wsi. Chłonę rozległy nadwiślański krajobraz, próbuję nasycić się zielenią, powietrzem i głębią błękitu. Wiosną sadzę rośliny, doglądam te, które przetrwały zimę i znów zaczynają kiełkować. Grzebię rękami w ziemi, wyjątkowo u nas gliniastej, i co roku w kwietniu nie mogę się nadziwić że spod hałdy śniegu wypełzają maleńkie zielone źdźbła. Obserwowanie kiełkowania i wzrostu roślin jest dla mnie aktualnie niezwykle fascynujące, a czasem terapeutyczne. Dlatego rośliny i grządki.

Poza tym przy grządkach stoją stabilne i wygodne, drewniane ławki, a kawę i lemoniadę również można wypić. Tyle, że wobec konkretnej sytuacji, wobec własnych zasiewów, które trzeba podlewać, pielić, obserwować. I wówczas ta kawa o wiele lepiej smakuje, a my przywiązujemy się do miejsca, zaczynamy je postrzegać jako własne, czujemy się za nie współodpowiedzialni.

3.MS: Jaki zakładałaś zasięg Projektu, jaki jest obecnie; na wiosnę 2014 roku? Czy jego aktualna geografia jest dla Ciebie zaskoczeniem, czy raczej realizacją założonego w projekcie planu?

EJ: Tak jak wspominałam wcześniej, Nieużytki były pierwotnie opracowane jako realizacja na terenie parku przy Zamku Ujazdowskim. Nie doszło do tych działań i bardzo mnie to cieszy, bo ich zasięg tegoroczny jest nieporównywalnie większy, a zapał ogrodników i instytucji tylko to potwierdza. Mamy grządki przy 10 instytucjach, w 9 miastach. Oczywiście są to niewielkie tereny,

ale to jest początek i wiele może się jeszcze wydarzyć. Zgłaszają się do nas kolejni chętni, czas pokaże co z tego wyniknie. Oprócz osób zaprzyjaźnionych z galeriami w projekcie uczestniczą również mieszkańcy sąsiadujący z instytucjami, z tej samej ulicy, czy osiedla. Nie jest ich może wielu, ale trudno jest przełamać utarte schematy i przyzwyczajenia. Myślę jednak, że warto podejmować różne kroki by oswoić ludzi z „przestrzenią” sztuki i nieużytki są jednym z nich.

4.MS: Z moich obserwacji wynika, że słabym punktem instalacji, obiektów i w dużym stopniu także myślenia o przestrzeni na styku biologii i sztuki jest etyka postępowania z żywymi organizmami. Te wszystkie paprotki podłączone do prądu, padłe papugi, świecące króliki i zamknięte w klatkach koguty… to jakby radosna wystawa rozmaitych ponurych tortur stosowanych przez służby specjalne… Czy nie boisz się, że zazielenione „nieużytki sztuki” skończą jako „pustynie sztuki (ogrodniczej)” z braku uwagi, troski i podlewania? Kto bierze odpowiedzialność za te uprawy, czy w Twoim projekcie przewidziałaś przyszłość czy jedynie pierwsze dwa wspaniałe, wiosenne miesiące po wysianiu i wysadzeniu roślin?

EJ: Każda z osób, która zdecydowała się wziąć udział w projekcie podpisała specjalnie na tą okazję przygotowaną umowę dzierżawy. Termin rozpoczęcia działań był uzależniony od konkretnych instytucji i kalendarza ich działań, w większości był to kwiecień, natomiast koniec umowy jest wyznaczony na początek października. Średni okres trwania projektu to ok 7 miesięcy. A to z perspektywy dzierżawcy naprawdę dużo czasu. Wsparcie instytucji jest tu elementem zasadniczym, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy planujemy wyjazdy wakacyjne.

Ryzyko porażki jest wpisane we wszystkie działania do których zapraszamy publiczność, reżyseria nie ma tu żadnych szans. Mam jednak do porażki swój indywidualny stosunek, pełen ciekawości, akceptacji i pokory. Wiem, że to specyficzna propozycja i zrozumiem również tych, którzy mimo chęci nie dotrwają do jesieni przy swoich roślinach.

5.MS: Czy miałaś wcześniej (lub zauważasz w miarę realizacji projektu) jakieś preferencje co do sadzonych gatunków roślin? Czy są jakieś gatunki roślin, które wydają się już dzisiaj lekiem na „nieużytki sztuki”. Mam na myśli zagadnienia etnobotaniki, którą się od lat zajmuję i w tym kontekście interesuje mnie, jakie rośliny pokonają „nieużytki sztuki” : stare, tradycyjne, nowinki na rynku ogrodniczym, a może szpalery tujowe w imię łączności z ludowymi trendami w polskim ogrodnictwie? Pytanie wiąże się też z metodą relaksacji, a nawet leczenia i wpływania na możliwości intelektualne nazywaną hortiterapią. Może drugim etapem Twojego Projektu mogło by być leczenie szeroko pojętego środowiska artystycznego z pomocą odpowiednio dobranych roślin i sposobów ich uprawy?

EJ: Jakiś czas temu zostałam zaproszona do wystawy w Wigierskim Domu Pracy Twórczej, która nosiła tytuł Flower Power. To była jedna z ostatnich wystaw w tym miejscu. W ramach tego wydarzenia rozesłałam z Wigier pocztę kwiatową, było to ponad sto przesyłek zawierających nasiona lub cebulki kwiatów wyhodowanych przez gospodynie z okolicy oraz podłoże do ich wysiania/wysadzenia. Te przesyłki dotarły również do osób z kręgu sztuki, myślę, że to mógł być początek ogrodniczej terapii. Reakcje adresatów były różne, byli tacy, którzy według otrzymanej instrukcji wyhodowali roślinkę na parapecie okna, a jako potwierdzenie przesłali mi dokumentację fotograficzną. Nie zawsze jednak trafia się na podatny „grunt”.

Wracając do uprawianych roślin, każda z instytucji otrzymała tzw pakiet aktywizujący składający się między innymi z nasion. Były to podstawowe i bardzo klasyczne propozycje, głównie warzywne, ale z moich obserwacji wpisów na naszej stronie internetowej wynika, że każdy z uczestników ma inne pomysły i preferencje. Na grządkach pojawiają się również kwiaty i zioła, wszystko w rękach właścicieli.

6.MS: Rośliny, uprawy, grządki i problem nieużytków to przestrzeń karmiąca się czasem. Pozostaje to w pewnej sprzeczności z działalnością galerii sztuki, które ścigają się w ilości i atrakcyjności proponowanych wystaw i akcji artystycznych, zazwyczaj krótkotrwałych. Czy Twój projekt ma być lekiem na tę pogoń za medialnym i środowiskowym uznaniem, czy może także jest krótkodystansowym wskazaniem na trendy, zainteresowania i możliwości starej, dobrej metody DIY?

EJ: Trudno mi przewidzieć jakie będą skutki Nieużytków sztuki. Aktualnie jestem pod wielkim wrażeniem, że to naprawdę się dzieje, że instytucje wykazały chęć współpracy, znając długoterminowość przedsięwzięcia i jego mało spektakularny charakter. Cieszy mnie liczba uczestników, ich aktywność ogrodnicza, którą czasem prezentują na stronie projektu. Wiele zależy teraz od relacji jaka nawiąże się między instytucjami i uczestnikami ogrodniczych działań.

Po cichu liczę, że galeryjne grządki przetrwają sezon w dobrej kondycji i wpiszą się na dłużej w krajobraz działań instytucji kultury.

MS: Bardzo dziękuję za świetny projekt i znalezienie czasu na naszą rozmowę!

Fotografie (wyżej i niżej) dzięki uprzejmości Eli Jabłońskiej, dziękuję!

nieuzytki1nieuzytki2

 

Relacja z Czerwonego Klasztoru 2014

 

ewagklasztlaka

Andrzej Chlebicki nadesłał własną relację z przebiegu warsztatów w Czerwonym Klasztorze jakie odbyły się na początku maja 2014 roku. Relacje Andrzeja to już powoli tradycja… w 2013 roku opublikowałem tekst jaki napisał po naszym jesiennym spotkaniu w Górach Lewockich… Zamieszczam tekst plus możliwość otwarcia tekstu z zamieszczonymi przez autora fotografiami. Przy okazji miło mi donieść, że mamy pełną listę uczestników kolejnego warsztatu: Letnie przesilenie w Górach Lewockich – 19-22 czerwca 2014 r. Polecam tekst, fotografie i nowe spotkanie warsztatowe! Fotografie, które zamieściłem nad relacją i pod tekstem są autorstwa Ewy Grzeszczuk, a użyte przez Andrzeja Chlebickiego autor opisał pod koniec swojego opracowania.

Robótki Brata Cypriana

Pełny tekst ze zdjęciami:

 Robotki Brata Cypriana (3)

Brat Cyprian był kamedułą (naprawdę pochodził z Polkowic na Dolnym Śląsku, ochrzczony jako Franz Ignatz Jäschke). Jak się okazuje nazwisko rodowe Jäschke jest dobrze znane. Są wśród nich muzycy, wojskowi, misjonarze, sportowcy. Franz Jaschke był nadwornym malarzem Habsburgów; Heinrich August Jäschke był znanym tybetologiem, opisywał misje morawskiego kościoła w Tybecie. Osobiście zetknąłem się z taką misją w dolinie Nubry pomiędzy Karakorum i Himalajami. Brat Cyprian pracował w kuchni zakonnej, zbierał zioła, sporządzał leki, opiekował się chorymi, był cyrulikiem, alchemikiem, założył przyklasztorny ogródek, malował i pisał, założył słynny zielnik w którym oprócz nazw łacińskich i niemieckich dodawał alchemiczne znaki. W czasach postu przemalowywał na czarno nogi białych gęsi, wtedy mogły uchodzić za dzikie (w czasie postu nie wolno było jeść mięsa domowych zwierząt, ale mięso dzikich zwierząt można było spożywać). Łowił ryby a nawet produkował zwierciadła. Był też nazywany doktorem tysiąca nauk. To wszystko działo się w Czerwonym Klasztorze Eremus Rubri Claustri in Valle Lechnitz, później Eremus Conventus Montis Coronae. Tu od razu uświadamiamy sobie, że Montis Coronae to dzisiejsze „Trzy Korony”. A więc dawna nazwa to była „Korona”. W takie szacowne miejsce przyjechaliśmy, a zakwaterowano nas w Smerdžonce. Tak się nazywa miejsce gdzie znajduje się uzdrowisko z siarczanowymi wodami. Wyczuwaliśmy jedynie zapach piwa Staropramen i unoszące się opary z gotowanych bryndzowych haluszków. Zebrało się 27 osób z całej Polski. Z pewnością dla Słowaków byliśmy bardzo nietypową grupą. Dużo śpiewaliśmy i dyskutowaliśmy, natomiast nie piliśmy mocnych trunków. Personel początkowo odnosił się do nas z rezerwą ale wkrótce wyczuliśmy dużą sympatię. Dostawaliśmy pyszne regionalne przysmaki, a przede wszystkim udostępniono nam salę konferencyjną. Tak więc był to sielski pobyt. Nawet deszcze i mgły pojawiały się zazwyczaj po naszych powrotach z wycieczek. Odwiedził nas dyrektor Pienińskiego Parku Narodowego w Słowacji dr inż. Vladimír Kĺč. Opowiadał nam o początkach utworzenia parku, o pracach nad przywróceniem populacji niepylaka Parnassius apollo, pomagał nam oznaczać storczyki, odpowiadał na nasze pytania.

Botanizowaliśmy. Robiliśmy to w szczególny sposób, ponieważ nie zbieraliśmy roślin. Natomiast wyszukiwaliśmy je, później następował wyczerpujący wykład Marka o charakterze etnobotanicznym. Fotografowaliśmy kwiaty i całe rośliny, odbywało się takie paparazzi botaniczne. Staraliśmy sobie wyobrazić jak wyglądały góry w czasach Brata Cypriana i jakie trudności musiał pokonywać chcąc zebrać rośliny do swego zielnika. Marek omawiał po kolei spotykane rośliny, najwięcej czasu poświęcił pokrzykowi wilczej jagodzie (Atropa belladonna), oznaczonej właściwie przez Cypriana jako Solanum mortiferi. W zielniku Cypriana znajduje się na karcie 61. Inne nazwy to psia wiśnia, wilcza wiśnia, caryczka, matraguna, nimycia i psinki. Jak wiemy jest to silnie trująca roślina. Drugi człon nazwy belladonna oznacza po łacinie „piękna pani”. Ma to związek z wykorzystywaniem tej rośliny do zwiększania powabu niewieścich wdzięków (czasy rzymskie). Na szczęście żadna z botanizujących uczestniczek nie wpadła na taki pomysł!

Na łąkach usłyszeliśmy śpiew pierwiosnka (Phylloscopus collybita) i to dało powód do omówienia nazwy pierwiosnka i pierwiosnki. Zdaniem Marka Primula elatior to pierwiosnka wyniosła a nie pierwiosnek, bo ta ostatnia nazwa odnosi się do ptaka. Jest w tym dużo racji wszak Primula jest rodzaju żeńskiego. Popatrzcie jak piękne nazwy dla tej rośliny wymienia Majewski: boża ruczka, bukwica, bukwica biała, bukwice bila, klucze św. Piotra, kluczyki, kukawka, kurza stopa, paraliżowe ziele, piżmowe ziele. Marek opowiadał nam o krajobrazie kulturowym w Pieninach, o konkretnych roślinach ważnych z punktu widzenia kultury. I właśnie w tym momencie zobaczyliśmy jak orzeł przedni ucieka przed wojowniczą pustułką. Kołował wyniośle a pustułka wznosząc się szybko nad nim co chwilę pikowała na niego zajadle. Mijaliśmy kolejne tarasy na zboczach a Wojtek Puchalski opisał nam sens tworzenia tarasów przez dawnych rolników. Okazuje się, że była to archaiczna wersja modnej obecnie elektrokultury. W innym miejscu na grzbiecie górskim Wojtek pokazał nam zgrupowania drzew, które miały pnie poskręcane, czy równoległe podwójne. Jego zdaniem świadczyło to o lokalnych anomaliach magnetycznych w podłożu. Zabrakło nam jednak magnetometru, żeby rozwiać wątpliwości, ale za to Wojtek pokazał nam inny elektryczny miernik – pośrednio mierzący coś, co jedni nazywają energią życiową, inni praną, inni jeszcze orgonem. Zbliżaliśmy się do czujnika, a ten już na odległość reagował na naszą obecność, czy na coś, co wokół siebie chyba mamy, na jednych silniej, na innych słabiej, a nawet na rośliny.

Pierwszy wieczór wypełnił nam pistalkar Michał Smetanka. Przywiózł instrumenty karpackie różne końcówki, gajdicę, dzwonki, drumlę i inne drobne instrumenty. Najnowsze opracowanie piosenki rusnackiej o dziewczynie która stojała pod sosną (kedra, borovice) było bardzo poruszające. Ale Michał szybko zmienił nastrój opowiadając o spotkaniu z osiłkami w jednej z knajp Sarisa. Był wtedy z kilkoma kolegami. Zaczepieni przez miejscowych junaków odpowiedzieli im: my się nie bijemy, my zabijamy, mysme z Vychodu! Michał opowiadał o muzycznych wrażeniach z dawnych lat, gdy przysłuchiwał się śpiewom starszych ludzi ze Spisza. Półtony były w powszechnym użyciu. Zaraz potem razem z Anią Nacher zaśpiewali piosenkę o wodzie pt. „Medži kedrami”. To najpiękniejsza karpacka pieśń jaką znam. Niespodzianie pojawił się Edo (Eduard Fertál), akustyk z Kieżmarka, siadł z tyłu i przysłuchiwał się naszemu koncertowi. Dzięki niemu mógł powstać piękny karpacki album „Skadzi Tadzi”.

Następnego dnia odwiedziliśmy Czerwony Klasztor. A więc to tu tyle lat przebywał słynny doktor tysiąca nauk. Mnisi musieli być w dużym stopniu samowystarczalni. Cyprian łowił ryby w Dunajcu. Zestaw sieci i różnej wielkości czerpaków do wyławiania ryb znajdował się w jednym z pomieszczeń, a ryby? Tak jak najbardziej, jeszcze były, przemykały się omijając tratwy flisaków. Jeden z wielkich kleni dał się nawet sfotografować. Wojtek Puchalski wyciągnął z Dunajca piękny wodny mech Fontinalis antipiretica, opisał jego ekologię a potem…. ten mech posłużył jako obiekt do wykonania zdjęcia w technice cyjanotypii, którą nam przedstawił Marek. Kładzie się roślinę na papierze z żelazicjankiem potasu i cytrynianem amonowo-żelazowym i wystawia na parę minut na słońce. Potem trzeba papier wypłukać w zimnej wodzie i po chwili uzyskuje się biały kontur rośliny na niebieskim tle. To jedna z najstarszych technik odwzorowania przedmiotów. Nieuszkodzony mech został ponownie zwrócony Dunajcowi.

Wzdłuż dawnego koryta Dunajca rozciągały się lasy łęgowe z masowo kwitnącymi miesięcznicami (Lunaria rediviva) a bliżej skał rosły kępy żywokosta sercowatego (Symphytum cordatum). Tej ostatniej rośliny brak w zielniku Cypriana, co prawdopodobnie oznacza, że jej jeszcze tu nie było. Spotykaliśmy też goryczki wiosenne i fiołki polne. Użycie typowo linneuszowskich nazw w zielniku może świadczyć, że Cyprian mógł mieć kontakt z Species Plantarum Linneusza wydanym w 1753 roku. Przypomnijmy, brat Cyprian przybył do klasztoru w 1756 roku, zmarł w 1775. Zielnik powstał w latach 1766-1768. Cyprian był jak na swoje czasy dobrym florystą, zapisał też sporo nazw roślin używanych przez słowackich i polskich górali. Użycie linneuszowskich nazw świadczy o kontaktach Cypriana i jego możliwościach, choć przypomnijmy, był zwykłym bratem do posługi dla ojców tzw. patres. Niemniej Cyprian kąśliwie się czasem o nich wyrażał: w jednej z recept zalecał delikwentowi picie piwa – „rozumiem przez to dobrze odstałe piwo, nie z osadem i fuzlem, jakie się daje familijnie w Czerwonym klasztorze”, nie aprobował też jedzenia przesolonych, suchych i śmierdzących ryb jakie zazwyczaj spożywają Kameduli.

Wieczorem zebraliśmy się w sali wykładowej. Wykład Marka był poświęcony etnobotanicznym aspektom muzyki. Bardzo pouczające były informacje wykładu pt. „Co kryje botanoteka Brata Cypriana”. Marek podzielił rośliny na kilka grup, jak np. rośliny które są w zielniku brata Cypriana a już są nieobecne w Pieninach; rośliny które są w Pieninach w okolicy Czerwonego Klasztoru (jak np. Symphytum cordatum) a nie ma ich w zielniku Cypriana. Później Basia Wojnar z Gorlic opowiedziała nam o pozytywnych skutkach terapii żywokostowej. Mnie natomiast przyszło wygłosić wykład o pochodzeniu życia i teori endosymbiozy SET Lynn Margulis. Jednak najwięcej czasu poświeciłem mitochondrialnej Ewie. Wojtek Puchalski miał inspirujący wykład z unikalnymi fotografiami z rytuału Somy w Indiach. Soma to był napój sporządzany z zielonych gałązek miażdżonych w twardym, granitowym moździerzu tak, że iskry przy tym miały lecieć. W ten sposób powstawał napój, który mogli spożywać tylko bogowie. Oznaczało to spalenie wywaru w rytualny sposób. A więc inne interpretacje, że były to konopie lub haszysz są błędne. Ale co to było? Spodziewamy się jakiegoś jednego, określonego gatunku rośliny, a tu okazuje się, że mogła to być przęśl (Ephedra), albo zupełnie z nią niespokrewniona Sarcostemma – byle było to twarde, zielone i miało w sobie… nie, nic psychoaktywnego, a mocny elektrolit po prostu. U nas hinduscy jogini do produkcji somy użyliby pewnie… jemioły.

Kolejny dzień zaczął się deszczem, w związku z tym podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza, znacznie większa, udała się na polską stronę w masyw Trzech Koron pod opieką Małgosi Braun z PPN, a druga wybrała Lewoczę. Deszcz siąpił, lało się z nieba, potem mżyło i znowu lało. Maja Głowacka i Bogdan Ogrodnik próbowali zapoznać nas z sposobem nawiązywania kontaktu z roślinami. Jednak deszcz to uniemożliwił. Wieczorem zebraliśmy się aby wysłuchać kolejnych wykładów. Bardzo ciekawy był wykład Marka pt. „Pierwsze opisanie flory Tatr Georga Wahlenberga z 1814 roku”. I tu dowiedzieliśmy się, że Flora Carpatorum principalum nie jest pierwszym opisaniem flory Tatr. Wcześniejsi badacze to właśnie Brat Cyprian i Samuel Generisch z Lewoczy. O tym można sporo przeczytać na stronie Marka pt. „Etnobotanicznie”. Następnie Ania Nacher opowiadała o trekingu w północnych obszarach Skandynawii poza kręgiem polarnym. Wspaniałe zdjęcia dużych przestrzeni, zbliżenia reniferów i unikatowych formacji skalnych przesuwały się przed naszymi oczyma. Marek dodał jeszcze sporo informacji o rożeńcu górskim (Rhodiola rosea) poczynając od Azji przez środkową Europę aż do dalekiej północy w Skandynawii. Lonia zrobiła piękna fotkę smardza rosnącego niedaleko Czerwonego Klasztoru.

Na koniec odbył się koncert w wykonaniu Macieja Harny i Kasi Hnat. Maciej jest znanym lirnikiem w zespole „Orkiestra Jednej Góry”. Opisał nam dokładnie budowę instrumentu, jego historię i to co się Z nim działo i dzieje w Polsce i na świecie. Potem nastąpiły wykonania pieśni, ballad i tańców z Francji, Hiszpanii, Ukrainy, Polski i Węgier. Była to wspaniała muzyka. Kasia Hnat grała na flecie prostym i śpiewała ponurą balladę o siostrze która zamordowała brata. Dołączyliśmy się do refrenu zachęceni przez Macieja. Śpiew połączył nas a przed oczyma zamajaczyły obrazy dawnych lirników opisywanych przez Syrokomlę. Maciejowi udało się wytworzyć niebywałą atmosferę, a przypomnijmy, że była to sala wykładowa z jarzeniowym światłem. Koncert zakończył się tańcami węgierskimi. Zaczęły się rozmowy i wspomnienia. Marek przypomniał o swoim koncercie w „Kolanku” na Kazimierzu w Krakowie, gdzie została użyta podobna technika jaka jest zastosowana w lirze korbowej. Zmiana polegała na tym, że zamiast koła drewnianego (jak jest w lirze) zostało użyte koło roweru, a strunami była przymocowana do słupów gitara (nie dająca się nastroić, zakupiona za 5 zł). Taki instrument został podłączony do wzmacniaczy. Efekt był nieziemski! Wytwórcą liry korbowej na której grał Maciej jest Stanisław Wyżykowski z Haczowa koło Krosna. Ten niezwykły człowiek latał na motolotni….razem z lirą. I w tym momencie uznaliśmy, ze Brat Cyprian, który latał nad Dunajcem na paralotni i Pan Wyżykowski z lirą korbową spinają łuk Karpat swoim nadzwyczajnymi osiągnięciami (ktoś inny pewnie by powiedział: wariactwami). Legenda głosi, że Brat Cyprian doleciał do Morskiego Oka w Tatrach i tam się rozbił, Panu Wyżykowskiemu zgasł motor ale na szczęście udało mu się wylądować.

Ostatni wieczór spędziliśmy razem popijając od czasu do czasu złoty płyn Staropramena. „Kuflografia” to zdjęcia Ewy Goral robione przez szkło kufla do piwa.

Zawiązała się sieć połączeń pomiędzy nami, nawet taka sięgająca w głąb historii aż do Brata Cypriana. Ewa Goral pokazała nam niezwykły rysunek wykonany w czasie wykładów: E t n o b o t a n i k a! Właściwie to były dwie Ewy: Ewa Grzeszczuk i Ewa Goral, dwie cudowne dziewczyny o niebywałych talentach plastycznych. Wracaliśmy pełni wrażeń, pomysłów i planów. Może coś z tego wyjdzie?

Długo można wspominać nasze spotkania i żałować że nie można zatrzymać tak pięknego czasu.

Tekst: Andrzej Chlebicki z uzupełnieniami Wojtka Puchalskiego

Rysunki: Ewa Goral

Fotografie: Lonia Dohojda, Ewa Grzeszczuk, Ewa Goral, Andrzej Chlebicki

ewagcarplandscape

 

Letnie przesilenie w Górach Lewockich – program

 

brutbaldwies

Warsztat Letniego Przesilenia w Brutowcach, Góry Lewockie, Słowacja

19-22.06.2014  Program:

19.06.2014 (czwartek, świąteczny i wolny od pracy!)

Dojazd do Lewoczy i zbiórka o godzinie 17.00 pod Informacją Turystyczną (spory lokal, mapy, ulotki informacyjne itd.) na Rynku 58 (Namestie Majstra Pavla) w Lewoczy. Z Lewoczy pojedziemy bezpośrednio do Brutowców (przejazd około 40 minut, na północny wschód od Lewoczy) na spotkanie organizacyjne, zakwaterowanie i ciepłą kolację w ośrodku Pod Skałą.

Lewocza to piękne, około 15-tysięczne miasteczko leżące we wschodniej części Spisza (leży w kraju preszowskim) wypełnione zabytkowymi budowlami wpisanymi na listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Od północy Lewoczę otaczają Góry Lewockie, a Tatry, Rudawy i Słowacki Raj dopełniają oprawy tego bajkowego miejsca. Polecamy przewodnik: Stary Sącz i Lewocza. Karpackie miasteczka z klimatem. Gabriela Hudakova / Dana Kristekowa / Marek Styczyński, Polska Turystyczna.pl

Osoby dysponujące samochodem są proszone także o przybycie do Lewoczy i stawienie się na zbiórce, aby ew. zabrać pojedyncze osoby bez środka transportu i pojechać jedną grupą do Brutowców. Do Lewoczy najlepiej dostać się z Popradu autobusem – przejazd około 35 minut. Samochodem można dojechać do Lewoczy z Popradu, z Kezmarku i ze Starej Lubovni (generalnie: dojazd do Starej Lubowni z Piwnicznej i Muszyny, do Popradu z Zakopanego).

Uwaga: wszyscy uczestnicy warsztatu proszeni są o zgłoszenie w jaki sposób i kiedy dotrą do Lewoczy, tak aby ew. zmodyfikować plan spotkania i dojazdu do Brutowców i wykorzystać wolne miejsca w samochodach: marek.styczynski@gmail.com tel. 0048 605 334923 Marek Styczyński

20.06.2014 (piątek)

Śniadanie Pod Skałą w Brutowcach. Pieszy, górski spacer etnobotaniczny na hale wypasowe w Górach Lewockich – zbiór zestawu ziół do celebracji nocy przesilenia, pierwsze elementy warsztatu głosowego. Wykonanie fotogramów ziół celebracyjnych metodą cyjanotypii.

Obiad w ośrodku Pod Skałą. Warsztat przygotowania celebracji nocy przesilenia: zebranie i przygotowanie 9 rodzajów drewna, zestawu ziół, akcesoriów, budowa kukły i płonącego koła… (zobaczcie na www.etnobotanicznie.pl wpis z 6 maja pt.: rośliny letniego przesilenia) wykład na temat tradycji celebracji najkrótszej nocy w roku… nauka archaicznej pieśni rusińskiej…

Kolacja / muzyka (koncert) / celebracja nocy przesilenia od 22.00…

21.06.2014 (sobota)

Śniadanie Pod Skałą. Pieszy spacer do Spisskiego Podhradia i na ruiny wielkiego Zamku Spisskiego. Zwiedzanie ruin zamku i okolicy z dalszym ciągiem warsztatu głosowego, informacje etnobotaniczne o regionie… Lunch (suchy prowiant) w okolicy ruin Zamku.

Powrót autobusem do Brutowców (przejazd około 30 min.) na ciepłą kolację. Dalszy ciąg warsztatu głosowego i pokaz – etnobiologiczne aspekty muzyki tradycyjnej: instrumentarium pasterskie.

22.06.2014 (niedziela)

Śniadanie Pod Skałą. Podsumowanie warsztatu głosowego i etnobotanicznego, odsłuchanie nagrań. Dla chętnych zapewnimy także wczesny ciepły posiłek (obiad). Rozwiązanie spotkania, powrót do domów z możliwością podwiezienia do Lewoczy osób bez samochodu.

Gospodarzami spotkania warsztatowego w Brutowcach są Michal i Lenka Smetankowie www.smetankovo.sk

Warsztaty prowadzą: Michal Smetanka, Anna Nacher i Marek Styczyński. Spotkanie nie ma charakteru wycieczki turystycznej, a jest seminarium warsztatowym odbywającym się w prywatnym domu Pod Skałą w Brutowcach na zasadach wolnego uczestnictwa i indywidualnej odpowiedzialności własnej uczestników podczas spacerów terenowych. Sugerowane opłaty pokrywają koszty noclegów, wyżywienia i programu. Dojazd uczestników odbywa się na własny koszt. Konieczny jest ubiór turystyczny i wygodne buty.

Koszt całkowity to 100 EUR lub 430 złotych.

Uczestnictwo w warsztacie należy potwierdzić wpłatą zadatku w wysokości 110 złotych do 31 maja 2014 roku.

Kontakt i informacje: marek.styczynski@gmail.com

Na moich fotografiach ze spotkania warsztatowego w Brutowcach w 2013 roku: wioska Brutowce, ostrożeń głowacz w Górach Lewockich, wołoskie – tradycyjne miejsca wypasu i składowania siana „senniki” w okolicy Brutowców i łąki brutowskie z dziewannami!

brutglowacznik1brutsennikinik

brutdziew3

Po warsztatach, przed warsztatami…

etnobotgrafika

Wiosenne warsztaty etnobotaniczne w Czerwonym Klasztorze są już za nami… Program z niewielkimi modyfikacjami i niespodziewanymi rozwinięciami 🙂 został zrealizowany. O ile wiem… wszyscy wrócili lub wracają (Londyn, Warszawa, Grudziądz…) do domu! Udało się zobaczyć wiele interesujących roślin, w tym: lulecznicę kraińską, języczniki, pokrzyk, pszonaka Wittmanna, smagliczkę, lilie złotogłów, kilka gatunków storczyków, żywokost sercowaty, ostrożenie lepkie, goryczki wiosenne, czworolist, stokrotnica górska … i wiele innych podczas spacerów po masywie Haligowskich Skał, w przełomie Dunajca, w okolicach Czerwonego Klasztoru i w samym Klasztorze!, w Wąwozie Szopczańskim i nad Lesnicą. Wiele osób fotografowało spotkane rośliny i mam nadzieję, że sukcesywnie podeślą co bardziej interesujące ujęcia!? Wymiana uwag, wspomnień i fotografii będzie ułatwiona dzięki temu, że wczoraj (!) zaraz po powrocie do domu utworzyliśmy na FB grupę dyskusyjną dla uczestników warsztatów.

W moich warsztatach nie chodzi oczywiście jedynie o maksymalnie długą listę rzadkich gatunków roślin jakie uda się spotkać, ale raczej o uświadomienie/doświadczenie jak rozległy i fascynujący jest świat naszych relacji z roślinami. Uważam, że pod tym względem warsztaty były całkowicie niezwykłe. Stało się tak za sprawą gości oraz świetnej aktywności samych uczestników zajęć. Goście to: Vladimir Klc – dyrektor słowackiego Pienińskiego Parku Krajobrazowego (był z nami na początku ekspedycji w Haligowskie Skały), Michal Smetanka (zagrał recital na wielu instrumentach akustycznych, ale pokazał nam też co oznacza pasja i prawdziwe „zajmowanie się” muzyką tradycyjną), a uczestnicy, którzy fantastycznie wzbogacili warsztaty to: Basia Wojnar (terapia żywokostowa), Andrzej Chlebicki (wiele cennych uwag i objaśnień w terenie, ale także wykład o pochodzeniu życia na Ziemi), Wojtek Puchalski (bardzo cenne terenowe uwagi na temat roślin wodnych i samej wody oraz inspirujący wykład z unikalnymi fotografiami z rytuału Somy w Indiach z pokazem pewnego urządzenia…), Maciek Harna (muzyk Orkiestry Jednej Góry zaprezentował nam lirę korbową, a po wejściu „do gry” Kasi Hnat… mogliśmy doświadczyć etnobotanicznych pieśni dawnych lirników i ich przyjaciół 🙂  ), Anna Nacher (która zaprezentowała relację fotograficzną z trekkingu za kręgiem polarnym), Małgosia Braun (zaprezentowała Pieniński Park Narodowy gdzie pracuje i od Dyrekcji, którego otrzymaliśmy piękne materiały informacyjne!), Maja Głowacka i Bogdan Ogrodnik – postarali się abyśmy pomyśleli o edukacji i zauważyli zjawisko Syndromu Deficytu Kontaktu z Naturą … plus wszyscy inni uczestnicy warsztatu, którzy wspierali mnie/się wiedzą botaniczną i dociekliwymi pytaniami. Cieszę się, że udało się także i mnie zaprezentować wszystkie zapowiedziane tematy i przywołać postać Brata Cypriana, a właściwie Franciszka Ignacego Jaschke z Polkowic, który mieszkał i pracował z roślinami w Czerwonym Klasztorze blisko 20 lat (!) aż do śmierci w 1775 roku. Klucz etnobotaniczny okazał się niezwykle inspirujący, bo tak wielkiej różnorodności zainteresowań, postaw, wiedzy, doświadczeń życiowych i osiągnięć jakie zaprezentowali uczestnicy spotkania jeszcze na terenowych warsztatach nie doświadczałem! co może wskazywać, że czuwał nad nami Mistrz Tysiąca Nauk  (Tausendkunstler – tak nazywali tzw. Brata Cypriana Jego współcześni)… Cieszę się, że znalazły się osoby, które fantastycznie rysowały (Ewa Goral! Jej robocza grafika z wykładów nad wpisem!), zainteresowały się fotograficznym eksperymentem z cyjanotypią w całkiem niebanalnych „okolicznościach przyrody”, dokumentowały warsztat w fotografii cyfrowej 🙂 (Ewa Grzeszczuk – znakomita fotograficzka!) i rozmowach na potrzeby radia (Kasia Hnat)… 🙂 Najważniejsze było to, że studenci, profesorowie, doktorzy, inżynierowie, technicy, artyści, dziennikarze, kulturowi alternatywni aktywiści… stali się sobie bliscy i na kilka dni ustanowliśmy przyjazną, mądrą, pełną wiedzy i inspiracji Tymczasową Autonomiczną Strefę (Etnobotaniczną) 🙂 Nie da się przecenić ilość mikrorelacji, inspirujących rozmów, spotkań i nawiązanych nici współpracy jakie w otoczeniu roślin udało się nam doświadczyć i zapoczątkować… Bardzo wszystkim uczestnikom warsztatu dziękuję za świetne dni!!! Mogę jedynie (dla zilustrowania rozległości kontaktów i tematów) wspomnieć, że jednym z efektów warsztowych spotkań będzie CD z oryginalnymi nagraniami z… Papui Nowej Gwinei w naszej dokumentacyjnej serii World Flag Records http://worldflagrecords.blogspot.com

To niezwykłe, że to wszystko miało miejsce podczas niespełna czterech dni naszego spotkania… a jednak!

Wiele dla doskonałego klimatu naszego spotkania w Pieninach zrobiła ekipa Dunajec Village! To miejsce wygodne, ciepłe, ciekawe i starające się aby dobrze zaprezentować ścieżkę kulinarną z aspektami etnobotanicznymi. Bez trudu 🙂 namówiliśmy na spróbowanie potraw regionalnych: bryndzowe haluszki, „wyprażany” encian z brusznicami i „opekanymi” ziemniakami… czy napojów: vinei, kofoli, oraz miejscowego piwa i wina.

Jednak najbardziej wdzięczny jestem niezwykłej, całkowicie magicznej przyrodzie Pienin i Zamagurza, która otoczyła nas zieloną mgiełką rozwijających się liści, napełniła żywą miksturą wprost ze słońca i chlorofilu i pokazała nieskończone bogactwo form i intrygujących znaków/kodów, które powoli zaczynamy rozumieć i szanować.

Do następnego spotkania!

czerwklaszmaj14.jpg

Pszonak, urdzik, lulecznica…

pszonakwitt1

Aby dobrze przygotować warsztaty w Pieninach, wraz z A. zrobiliśmy rekonesans po słowackiej stronie Dunajca: od Lesnicy do Czerwonego Klasztoru. To klasyczna droga biegnąca brzegiem Dunajca przez jego zadziwiający przełom, tuż pod masywami Sokolicy i Korony (Trzech Koron). Naszym celem było sprawdzenie na jakie rośliny możemy liczyć w czasie warsztatu (a wiosna nie jest specjalnie typowa i wydawała się bardzo wczesna) i gdzie warto poprowadzić naszą znakomitą grupę!? Poza wpadającymi w oko kępami smagliczki skalnejAurinia saxatilis (żółto kwitnące kępy na białych, wapiennych skałach i ścianach, a opisanych na tym blogu z powodu kwitnienia w lutym i marcu!!!), zwanej dawniej smagliczką Arduina, rośliny, która występuje w Polsce jedynie w Pieninach, szybko spotkaliśmy skupiska kilku innych, wybitnie pienińskich roślin. Pierwsza z nich to okazały pszonak WittmannaErysimum wittmanni, endemit karpacki, który w Polsce rośnie prawie wyłącznie w Pieninach. Po kilkunastu minutach marszu napotkaliśmy spore skupisko urdzika karpackiego (jaślinka) – Soldanella carpatica, który rośnie głównie w Tatrach i na Babiej Górze, ale trafia się także w Pieninach. Blisko Czerwonego Klasztoru wypatrywałem licznych tam skupisk lulecznicy kraińskiejScopolia carnicola, która jest w centrum moich etnobotanicznych zainteresowań (ale nie ze względu na znane właściwości), ale z uwagi na jej wędrówki wraz z ludźmi i nurtem rzek… Poza zmieniającym się rozmieszczeniem i właściwościami, roślina ta ma także inne, interesujące aspekty i np. jej nazwa nadana przez Mr Flower Power – jak Szwedzi nazwali swego słynnego botanika Karola Linneusza w jego 300-lecie urodzin – wskazuje na włoskiego botanika G.A. Scopoliego… który pracował najwyraźniej… w Bańskiej Szczawnicy na Słowacji. Banska Stiavnica jest bardzo piękną, interesującą i owianą legendami miejscowością, o której sporo pisaliśmy w naszym przewodniku po Słowacji (Słowacja. Karpackie serce Europy, A.Nacher i M.Styczyński oraz B.Cisowski, P.Klimek, Wyd. Bezdroża, wyd.I z 2004 r., s.207-2012) i może tu wystarczy wspomnieć, że miasteczko jak z bajki (alchemików) położone jest w starym kraterze wulkanu, odbywa się tam Święto Salamandry (procesja z fugurą złotej salamandry… etnobiologia Karpat ma tu piękny obszar badań) i można zobaczyć i usłyszeń archaiczny drewniany (jesionowy) dzwon/bęben szczelinowy/gong nazwany na Słowacji: klopacka. Klopacka w Bańskiej Szczawnicy była kiedyś instrumentem sygnałowym i kołatanie (klekotanie…) informowało o końcu szychty (bania to kopalnia, a w BS można zwiedzać m. innymi starą kopalnię złota!), obecnie informuje o końcu życiowej szychty starych górników i stała się instrumentem pogrzebowym, a więc rytualnym, powracając w ten sposób po wiekach do swej pierwotnej funkcji jaką spełnia w klasztorach prawosławnych (widziałem i dokumentowałem tą grupę arcyciekawych instrumentów w Rumunii, Bułgarii, Grecji) gdzie znalazły się wg. mojej teorii wprost z tradycyji i praktyki monastycznej Azji. Tego rodzaju instrumenty w Azji nazywają się chan (dzwon) i są atrybutami buddyjskich sal medytacyjnych (np. zendo) w Chinach i Japonii. To wciągający temat, który zaprowadził nas daleko poza Pieniny… a dość dobrze opisałem go w naszej z A. pierwszej wspólnej książce: Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe z 2003 roku, ale dostępne od kilku miesięcy jako eBook w Wydawnictwie Bezdroża (s.163-167).

Poza tymi interesującymi gatunkami wybitnie związanymi z Pieninami zauważyłem sporo rozwijających się lilii złotogłów – Lilium martagon i ostrożenia lepkiegoCirsium erisithales, wcale nie tak częstego gatunku okazałej, kwitnącej żółtymi kwiatami rośliny branej za oset, która przy Czerwonym Klasztorze rośnie w dużej ilości, a także wpadała w oko kokorycz wonnaPolygonatum odoratum, mocna roślina lecznicza o wielu zastosowaniach (!) oraz rozpoczynający kwitnienie żywokost sercowatySymphytum cordatum, który jest w rejonie Pienin rośliną obcą (przybyszem) i gdyby pojawił się dzisiaj, to zaraz byłby wpisany na listę roślin zagrażających tzw. rodzimym gatunkom (może nawet inwazyjną!), a tak jest chlubą polskiej, górskiej przyrody! 🙂 W przypadku żywokostu sercowatego (wydaje się, że tworzy on w rejonie Czerwonego Klasztoru mieszańce z żywokostem bulwiastym) i lulecznicy kraińskiej mam dość zaskakujące dane… ale to wyjaśni się podczas warsztatu i będą dopiero po nim publikowane, także poza tym blogiem, ale nie w obiegu tzw. naukowym. 🙂 O żywokoście jako leku powie nam po swoich własnych doświadczeniach p. Barbara, nasza stała warsztatowiczka.

Mam nadzieję, że wymienione pewniaki są już wystarczającym powodem aby się w Pieniny wybrać, ale zapewniam także spotkanie z pokrzykiem wilczą-jagodą – Atropa belladonna i setką innych interesujących gatunków… bo samo wejście w Haligovskie Skały to osobna botaniczna droga marzeń 🙂 !!!

Do zobaczenia na szlaku etnobotanicznym i zaraz po powrocie opublikuję fotograficzne sprawozdanie z naszych zajęć terenowych i wykładów. Jeszcze w pierwszej dekadzie maja zapowiadam wyczerpujące tło etnobiologiczne i program warsztatu w Górach Lewockich 19-20-21 czerwca 2014r.

Na moich fotografiach z 19 kwietnia 2014 roku, kolejno od góry: pszonak, urdzik, lulecznica i autor z lulecznica na fot. AN

urdzik2lulecznica2014clulecznica14ja

Bio::Flow #4 i inne ogłoszenia…

 

SĘDZIWÓJ 1

Cykl spotkań Bio::Flow w Bunkrze Sztuki w Krakowie zbliża się ku końcowi; pozostały nam już jedynie dwa spotkania. Najbliższe odbędzie się za dwa tygodnie, a oto jego program:

Bio:Flow #4 – wtorek, 29 kwietnia 2014, Bunkier Sztuki w Krakowie od godz. 18.00

 Ogrodnictwo jako taktyka obronna: mikroogrodnictwo, slow zasoby, drzewa i fitomelioracje miejskie a zasoby pokarmowe w miastach. Fitobunkier – co planujemy i co robimy? Pierwsza akcja sadzenia roślin wokół Bunkra Sztuki. Spotkanie poprowadzi Marek Styczyński, a jego gośćmi będą:

Prof. Piotr Siwek (Uniwersytet Rolniczy w Krakowie) – Dyniowate: rośliny użytkowe i kulturowe.                                                                                               Dr Maja Głowacka i dr Bogdan Ogrodnik (Fundacja Pracownia Edukacji Żywej, Mikołów) – Ziele topolowego szumu. Wstęp do psychoedukacji roślinnej.

Najbliższe spotkanie w połowie odbędzie się w sali, a w połowie wokół Bunkra Sztuki podczas pokazu co i gdzie chcemy posadzić 🙂 oraz sadzeniu kilku gatunków mięty i cebul różnych odmian lilii. Następny etap sadzenia i tworzenia Fitobunkra 🙂 to wprowadzenie sadzonek kilku gatunków dyniowatych (w tym tykw – Lagenaria) około połowy maja oraz zakończenie cyklu spotkań pod koniec maja. Mamy już wstępne zapewnienie co do włączenia się Bunkra do opublikowania wydawnictwa omawiającego tematy przewijające się podczas Bio::Flow.

Dzień po Bio::Flow #4, 30 kwietnia, ruszamy na warsztaty w Czerwonym Klasztorze i po powrocie postaram się zdać sprawę z ich przebiegu!                      Dla warsztatowiczów mam jeszcze jedną miłą niespodziankę w postaci wizyty dr Michala Smetanki, który w sobotę (3.04.2014) zaprezentuje nam instrumenty pasterskie i zagra kilka własnych kompozycji zainspirowanych tradycyjną muzyką Karpat.

Ostatnia ważna informacja dotyczy warsztatów w Górach Lewockich na Słowacji! Odbędą się one w połowie czerwca (19-22.06.2014) we wsi Brutowce w pobliży Lewoczy. Te warsztaty połączą karpackie tradycje muzyczne z wycieczkami etnobotanicznymi oraz celebracją Watry z okazji letniego przesilenia. Przypominam, że to nie całkiem to samo co Noc Świętojańska i obejmuje kilka archaicznych rytów: palenie wielkiego ogniska, spalenie kukły wykonanej z witek wierzbowych i słomy, milcząca kontemplacja wody oraz muzyka i śpiew… nie mówiąc już o tak etnobotanicznym rycie jak szukanie kwiatu paproci! Część muzyczną poprowadzi Michał Smetanka i Anna Nacher, a część etnobotaniczną i terenową – Marek Styczyński. Mam już pierwsze zgłoszenia, ale zapisy przyjmuję do końca maja. Zapraszam! Chętni są proszeni o zgłoszenie się mailem na adres: marek.styczynski@gmail.com

Na fotografii Bogdana Kiwaka wykonanej metodą camera obscura przy okazji realizacji projektu przypominającego wielkich ludzi Małopolski – ja sam 🙂 w roli wielkiego alchemika Michała Sędziwoja (1566-1630) zwanego w Europie Sendiviciusem. Pochodził z okolic Nowego Sącza, studiował jakiś czas w Krakowie i przebywał potem wiele lat w Czechach i Niemczech. Ten interesujący pan odkrył tlen (!, tak!) przy okazji zaawansowanych i eksperymentalnych studiów nad spalaniem i oddychaniem. Jego metoda i to co odkrył wyprzedzały o 170 lat oficjalne naukowe odkrycie tlenu (nazwanego oxygenem) i były rozpracowywane na Oxfordzie! W Krakowie spotkał się m.innymi z słynnymi alchemikami Johnem Dee i Edwardem Kelly… a jego ścieżki są bardzo ciekawe, także w kontekście mojego wielkiego bohatera jakim jest patron naszych warsztatów w Czerwonym Klasztorze – tzw. Brat Cyprian. Z własnej inicjatywy do scenografii dodałem tykwę jako wskazanie na botanikę…