Korzenie kryją się za początkami

ksiązki2covery

Polecałem już wiele książek o roślinach i zawsze wybieram te, które niosą ze sobą coś więcej niż opis gatunków i informacje o przydatności dla człowieka. To „coś więcej”, to kultura, a w niej rozważania nad tym jak potoczą się dalej nasze wspólne z roślinami losy? Historia życia na Ziemi uświadamia nam, że pierwsze były rośliny…ale „pierwsze” jest określeniem mało precyzyjnym! Jeżeli całą znaną historię powstawania życia na Ziemi odnieść do jednego roku, to rośliny żyły bez nas ludzi przez ponad 11 miesięcy…a wiele wskazuje, że przetrwają ludzi – „ostatnią z wielkich katastrof, jakie nawiedziły zarówno świat zwierząt, jak i roślin”. Cytat pochodzi z niezwykłej książki pt. Najpiękniejsza historia świata. Korzenie naszego życia, która została napisana w konwencji interesującej rozmowy trzech nietuzinkowych osobistości świata przyrodoznawstwa, pytanych o historię roślin i wspólną historię roślin i ludzi. Chwała Wydawnictwu Cyklady z Warszawy, które książkę wydało w polskim tłumaczeniu Krystyny i Krzysztofa Pruskich w 2001 roku! Jej autorzy to: Jean-Marie Pelt, Marcel Mazoyer, Theodore Mond oraz narrator i pytający, a – jak sądzę – także pomysłodawca książki, Jacques Girardon. O autorach i ich rozmowie Girardon napisał: ” Botanik i rolnik spotkali się z wiekowym podróżnikiem wśród książek, skamieniałości, dziwnych kamieni i zasuszonych roślin z ostatniej wyprawy na pustynię, żeby z nim porozmawiać o przyszłości. Urbanizacja i inwazja pustyni, ginięcie gatunków i manipulacje genetyczne – wszystko to sprawia, że przyszłość ziemskiej flory może rysować się w ciemnych barwach. A jednak przyroda ma jeszcze rezerwy. Na szczęście, bo życie roślin to także nasze życie.”

Botanik to Jean-Marie Pelt, emerytowany profesor botaniki i szef Europejskiego Instytutu Ekologii oraz „jeden z ostatnich prawdziwych francuskich botaników, w czasach, gdy ta dziedzina nauki jest dramatycznie zaniedbywana na rzecz czystej biologii, której sukcesy sprawiają, iż czasem zapominamy o najważniejszym, o tym mianowicie, że istota życia nie sprowadza się do kombinacji genów„. Brawo! Brawo! Brawo! Pelt jest autorem wielu książek, opracowań naukowych i filmów… Rolnik  to Marcel Mazoyer, agronom i leśnik, autor „Historii rolnictwa na świecie” i kierownik katedry w Państwowym Instytucie Rolnictwa… i wreszcie najbarwniejsza postać – Theodore Monod, urodzony w 1902 roku (niestety zmarł w 2000 roku, w rok po ukazaniu się pierwszego francuskiego wydania i na rok przed wydaniem polskim). Podróżnik, ” botanik, zoolog, geolog, archeolog, antropolog – nie uznaje granic pomiędzy dziedzinami nauki„. Pisał, że „historia roślin rozpoczęła się na długo przed naszą własną i na szczęście daleko jej do końca„. Najpiękniejsza historia roślin daje uzasadnienie dla tego, co Jacques Girardon nazywa „powszechnym kodeksem poszanowania życia. Wszystkich form życia, bez których życie gatunku ludzkiego nie ma przed sobą przyszłości„.

Dla kogo ważna jest ta książka? Obok znakomitego omówienia historii roślin, która zainteresuje wszystkich ludzi widzących dalej niż koniec swego nosa książka oferuje dwa bardzo dobrze omówione tematy: zagadnienia modyfikacji genetycznych (tzw. GMO) oraz historię roślin użytkowych i zabiegów wielkich korporacji wokół ich zawłaszczenia. Drugi temat to przemieszczanie się i zmienność roślin. Bardzo się ucieszyłem ze znalezienia tak utytułowanych i doświadczonych sprzymierzeńców w mojej misji wykazywania, że krucjata wymierzona w tzw. rośliny inwazyjne jest pozbawiona sensu i ma bardzo słabe podstawy naukowe, a także ignoruje prawdziwą historię roślin. Krucjata ta ma znaczenie wyłącznie jako źrodło finansowania tematów badawczych oraz temat zastępczy. Odwraca także uwagę od planowego zubożenia listy gatunków roślin użytkowych i opanowania ich dystrybucji przez kilka zaledwie globalnych koncernów. Jeżeli chcecie rozumieć, o co naprawdę chodzi, a nie jedynie skandować precz z GMO… 🙂 to kilka rozdziałów tej książki jest dla Was! Wydawnictwo Cyklady ciągle istnieje, ale chyba już nie ma Najpiękniejszej historii roślin na składzie… pozostaje więc poszukać w bibliotekach oraz antykwariatach w realu i sieci! „Najpiękniejsza historia roślin” jest książką z biblioteki mojego ojca – Zbigniewa Styczyńskiego, którą powoli porządkujemy i planujemy udostępnić dla zainteresowanych w Biotopie Lechnica.

Druga z polecanych książek to stosunkowo nowe wydawnictwo brytyjskiego Permanent Publications z 2009 roku. Efektowny tytuł i dobra cena – The Alternative Kitchen Garden an A-Z – cena to zaledwie kilka funtów (bo końcówka nakładu?), a autorką tego interesującego leksykonu jest Emma Cooper. To jedna z tych książek, które zaświadczają, że Jean-Marie Pelt (jeden z autorów Najpiękniejszej historii roślin) miał rację wskazując na to, że „popatrzcie, jaki fantastyczny nawrót do uprawiania ogrodów jako hobby obserwujemy w  krajach rozwiniętych. To ważny fakt kulturowy.”

„Alternatywny ogród kuchenny” to autorski leksykon roślin, pojęć, technik, refleksji na temat roślin w naszym otoczeniu i przyczyn, dla których są dla nas ważne. Najbardziej podoba mi się w książce Cooper jej bezkompromisowy dobór haseł. U nas sami autorzy (ale zapewne również wydawcy i promotorzy) założyliby z pewnością, że leksykon musi zawierać przydatne i popularne hasła, a indywidualistyczne podejście ograniczane byłoby do zera. Emma Cooper nie przejmuje się tym, co popularne, książka zyskuje walor prawdziwie autorskiego traktowania ogrodu z roślinami, jakie znamy i tych, które dopiero poznamy. Książka jest ilustrowana kolorowymi fotografiami, ma aż 370 stron i podam tylko kilka z zadziwiających haseł: na A jest m. in. achocha, czyli cyklandera, dziki ogórek… ale też Allotments, czyli kawałek ziemi (działka), na B jest m. in.: bees, bokashi, borage, birds. Na C: cats (źle o kotach!), climate change, na D – decomposers, digging, dead-heading, …. na N jest interesujące hasło: native, a na O znajdziemy opis szczawiku bulwiastego Oxalis tuberosa z Peru i Boliwi… :-), nie może nas zdziwić kolejne hasło na O: oriental vegetables czyli osteopath :-), ale na P jest oczekiwane: permaculture, ale i Ph, a nawet phosphorus! Skończę wyliczankę na Q, bo jest tam hasło quamash (to kamasja – Cammasia leichtlinii), za które pani Emma Cooper ma u mnie świetny, autorski napar z kilku ziół! Jednak nie mogę się powstrzymać, aby nie pokazać, co jest pod U: undercover (guerrilla gardening i to co nazywam w cyklu Bio::Flow – ekopunkturą miasta)… Leksykon Emmy Cooper jest nie tylko książką ogrodniczą, jest zapisem mód kulturowych, obaw i szukania alternatywnych sposobów życia w mieście.

Nie wiem czy dostatecznie zachęciłem do sięgniecia po książki, które kryją w sobie to „coś”, za co kochamy rośliny?

Z radością dziękuję Asi Milewskiej z Londynu, która pomogła w/w książkę sprowadzić do Polski! Książka także znajdzie się w udostępnianej bibliotece w Biotopie Lechnica.

Korzenie kryją się za początkami to cytat z Martina Heideggera użyty w „Najpiękniejszej historii roślin”.

Reklamy

Zioła z Pamiru

pamirpudlo1

W grudniu zeszłego roku w Biotopie Lechnica pojawiła się na krótko Asia Milewska. Uczestnicy warsztatów poznali Asię podczas naszych zajęc górskich i wiedzą, że poza zainteresowaniem roślinami i etnobotaniką, Asia zajmuje się zawodowo projektowaniem krajobrazu i rewitalizacją terenów miejskich (w Londynie), co sprowadza wiele spraw do poziomu konkretnego działania i doskonałego wykorzystania wiedzy z zakresu etnobotaniki. Sporo interesujących realizacji i działań społecznościowych podejmowanych w Londynie opisałem w relacjach z wypadów do tego niezwykłego miasta w krótkich relacjach na etnobotanicznie.pl w 2014 roku.

Asia, w trakcie ogrzewania się naparem z gojnika górskiego i kwiatostanów dzikiej lawendy z dodatkiem czystka (specjalność Biotopu) wypakowała z plecaka wielkie pudło kartonowe i otwarła je ze swoim skromnym uśmiechem (a wiemy już, że zapowiada niezwykłe rzeczy…). Na stół wysypało się blisko trzydzieści opakowań z ziołami prosto z Pamiru i targów Tadżykistanu! Przypomnę tylko, o jakim rejonie świata mówimy: góry Pamir to gniazdo górskie o pow. około 100 tys. km2, z którego rozchodzą się takie legendarne łańcuchy górskie, jak Hindukusz, Karakorum, Kunkun czy góry przechodzące w Tienszan. Najwyższy szczyt Pamiru to słynna góra Ismaila Samaniego (7495 m n.p.m.), który nosił kiedyś bardziej znane nam nazwy: Pik Stalina i Pik Komunizmu… Jak to bywa w tego typu górach, niektórzy autorzy zaliczają do Pamiru kilka szczytów, pośród których jest Kongur Tagh o wys. 7719 m n.p.m. i w takim układzie to on byłby najwyższym szczytem tego regionu. Tak czy siak, średnia wysokość Tadżikistanu to 4 000 m n.p.m., więc jest tam wysoko… 🙂 Podaję Tadżikistan jako kraj, w którym leży znaczna część Pamiru, ale góry te sięgają też terytorium Chin i Afganistanu. Pamir powstał w wyniku zjawisk geologicznych określanych jako orogeneza alpejska i dlatego w jakimś sensie można traktować go z naszego punktu widzenia jako „super Tatry”, co dodaje smaku przyrodniczej eksploracji. Znam trochę te tereny z wypraw do Azji Centralnej (część opisałem w książce Ucho Jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe z 2003 roku, dostępnej teraz w formatach cyfrowych w krakowskim Wydawnictwie Bezdroża), ale relacja o tych terenach widzianych kilka dni przed przylotem Asi do Europy była bardzo ciekawa. Już w tamtych moich wyprawach zwracałem uwagę na kilka interesujących gatunków roślin (morwy, saksauł, pigwa, pustynne baldaszkowe, dzikie jabłonie, interesujące odmiany moreli, topole…), jakie spotkać można w tej części Azji. Dogłębna eksploracja etnobotaniczna nie wchodziła jednak w grę, w tamtym czasie pochłaniała mnie głównie muzyka. Targu w Duszanbe i wypadu w góry na przedpolu Pamiru właściwego nie zapomina się jednak nigdy…

Po latach, na stole w naszym Biotopie na Słowacji rozpakowywaliśmy woreczki z leczniczymi ziołami, jakie Asia dostała i kupiła na targach, ale też od lokalnych zielarzy i zwykłych użytkowników. Z opowieści wyłoniła się ciekawa taktyka medyczna, polegająca na tym, że po diagnozę idzie się do wykształconego na zachodnią modłę lekarza, a z diagnozą udaje się do zielarzy, którzy dobierają odpowiednie gatunki roślin i mieszanki oraz sposób stosowania. Czyżby mieszkańcy Pamiru stosowali stare i zapominane u nas (albo ośmieszane przez grupy interesu) powiedzenie: medicus curat, natura sanat…?! W górach Pamiru (a można tak powiedzieć, bo Pamir jest nazwą regionu, który może kiedyś stać się niezależnym krajem) bogactwo dzikich ziół jest jeszcze stale ogromne – ich zbieranie i suszenie należy do praktyk powszechnych. Do powszechnych należy też wiedza o tradycyjnych zastosowaniach poszczególnych gatunków. Nie będę relacjonował opowieści Asi, bo liczę, że usłyszymy je z pierwszej ręki na jednym z tegorocznych warsztatów etnobotanicznych. Skupię się na tym kartonowym pudle jakie pozostało w Biotopie jako zbiór do archiwum, ale i spore wyzwanie.

Część torebek z ziołami (a przypomnę, że torebki zawierają surowiec zielarski, a więc mniej czy bardziej rozdrobnione części roślin, a nie zbiory zielnikowe 🙂 😦   ) została podpisana nazwami lokalnie stosowanymi w zapisie cyrylicą (ja akurat czytam, ale dla wielu młodych botaników może to być wyzwanie…) i oczywiście bez nazw łacińskich. Zapis nazw cyrylicą nie musi oznaczać, że są to obowiązujące w akademickiej botanice nazwy rosyjskie… mogą to być zrusyfikowane nazwy lokalne…? No i tu zaczyna się powód, dla którego warto się ze zbiorami Asi pomęczyć na publicznej platformie mojego bloga! Wszyscy gdzieś jeździmy i wszyscy zainteresowani coś przywożą do kraju… po większości zbiorów nie ma najmniejszego śladu, bo jeżeli przegapimy spisanie możliwie wszystkiego, co się da na temat roślin, których części kupujemy jako lekarstwa czy dodatki do potraw, to w Polsce niewiele da się z tym zrobić. Nie chodzi jedynie o zapisanie wszystkich wersji nazw, a najlepiej jednej chociaż nazwy oficjalnej (nie mówiąc o łacińskiej, która załatwia wszystko jednoznacznie), ale o zapisanie, jak roślina wygląda i gdzie rośnie. Poza doskonaleniem swojego warsztatu etnobotanicznego, warto wiedzieć co się pije, pali czy dodaje do jedzenia i nie polegać jedynie na opowieściach sprzedawców czy dobrych ludzi spotkanych w czasie wędrówki. Dzięki tradycyjnej na tym blogu, fachowej pomocy fotografika Bogdana Kiwaka prześledzimy część pracy nad zbiorem roślin użytkowych z Pamiru przywiezionym przez Asię. Całość tego procesu omówię jako jeden z tematów zajęć etnobotanicznych w maju tego roku.

Pierwszym krokiem jest zebranie informacji botanicznych jakimi dysponujemy poza „światową siecią internet” 🙂 bo w niej nie znajdziecie wielu specjalistycznych wątków potrzebnych do oznaczenia rośliny i jej zastosowania bez wcześniejszego wsparcia książek. W innym przypadku w internecie znajdziecie firmę Pamir… handlującą przyprawami w rodzaju przecieru pomidorowego i tzw. ziela angielskiego… Ja mam na stole wstępnie trzy książki: Lecznicze rośliny Związku Radzieckiegi. Uprawiane i dzikie rośliny lecznicze, bogato ilustrowana książka wydana w Moskwie w 1987 roku, Zielona apteka w weterynarii, książka wydana w Mińsku, także w 1987 roku, oraz A checklist on medicinal&aromatic plants of Trans-Himalayan cold desert wydana w Lehu (Ladakh) w 2003 roku. Dwie pierwsze należą do opracowywanej obecnie w Biotopie Lechnica biblioteki Zbigniewa Styczyńskiego i są bardzo przydatne!

Bardzo ciekawą rośliną jest przęśl  (Ephedra sp.). W torebkach z roślinami z Pamiru znajdują się prawdopodobnie dwa gatunki przęśli i według mojego oznaczenia jest to: przęśl skrzypowata (Ephedra equisetina) i prawdopodobnie przęśl chińska (E. sinica) czyli Ma Hung, ziele znane od 5 tys. lat. We wspomnianych książkach wymienia się E. equisetinę (w Rośliny lecznicze CCCP w rozdziale: Rośliny lecznicze Średniej Azji), w Zielonej aptece… na s.261, ale w pomocniczej liście z Ladakhu jest podana jako zagrożony gatunek występujący w pobliżu – Ephedra gerardina (zwana tam Somakalpa, Somlata). Przęśle są niezwykle ciekawymi gatunkami pod każdym względem: wyglądu, zajmowanych środowisk, zastosowania, mitologii i oddziaływania chemicznego. Podczas warsztatu w Czerwonym Klasztorze w maju 2014 roku próbowałem opowiedzieć o części mitologii przęśli jako składowej mitycznego napoju bogów – Somy… wspominanej już w Rygwedzie, świętych tekstach Hinduizmu pochodzących z XIV wieku przed tzw. naszą erą. Zamiast tego, 🙂 wysłuchaliśmy niezwykle interesującej relacji terenowej z Indii o innej praktyce i poglądzie na istotę Somy. Może dobrze się stało, bo klimaty bajkowych i przyznam, że niezwykle atrakcyjnych literacko wywodów Terence’a Mc Kenny nie leżą mi zbytnio… 🙂 Wracając do przęśli, to znana jest głównie jako naturalne źródło efedryny, substancji siostrzanej do produkowanej przez ludzki organizm adrenaliny. Efedryna jest traktowana jako zabroniony doping w sporcie, ale też jako lekarstwo i stymulant. Z wielu bardzo interesujących od strony etnobotanicznej historii przęśli w kulturze, warto może podać, że znani z powściągliwości Mormoni, którzy nie piją napojów zawierających kofeinę/teinę, chętnie i zwyczajowo popijają napar z przęśli zielonej (Ephedra vidridis), jednego z gatunków tej rośliny występującego w Ameryce. W Polsce przęśl nie rośnie dziko (ale widziałem piękne stanowiska uprawiane przez botaników uniwersyteckich), a najdalej na północ wysunięte stanowisko naturalne tej rośliny (chodzi tu o przęśl dwukłosową – Ephedra distachya) znajduje się w pięknym miejscu na Słowacji. Do czego służy ziele przęśli w Pamirze? Pewnie do łagodzenia astmy i chorób dróg oddechowych oraz dodawania energii i siły?

efedra1napisefedra2

W następnych dwóch torebkach znalazłem starego, dobrego znajomego: różeńca górskiego (Rhodiola sp.), z czego się bardzo ucieszyłem, bo jest to roślina z pierwszej piątki na mojej liście etnobotanicznych rarytasów! Tu pewne ciekawostki z cytowanych wcześniej książek! W Leczniczych roślinach CCCP… znalazłem różeńca, ale jedynie r. górskiego (Rhodiola rosea), czyli znany nam także z Karpat (ale i Gór Skandynawskich) gatunek i to w rozdziale omawiającym gatunki uprawnych roślin leczniczych! Wspomina się tam, że zbiór następuje po 4-5 latach uprawy! No, nie wiem… Może ja źle uprawiam… ale po dwóch latach pojawiają się jedynie kilkucentymetrowe gałązki… Zobaczymy w ogrodzie w Lechnicy, może tam moje różeńce znajdą dogodniejsze warunki? W Zielonej aptece… różeniec nie został uwzględniony, a w A Checklist… jak zwykle jest nad czym myśleć… bo opracowanie wspomina kilka gatunków: Rhodiola heterodonta, R. imbricata, R. quadrifidia, R. sinuata, R. tibetica, R. Wallichiana, a jednocześnie nie umieszczono tam różeńca w szczegółowych listach roślin leczniczych zagrożonych i będących w handlowym obrocie. Wygląda na to, że w Ladhaku i okolicach różeniec jest jedynie miejscowo znanym lekarstwem roślinnym? To, co jest w zbiorach Asi wygląda mi na R. imbricata albo R. rosea? Być może uda się oznaczyć jeden z przywiezionych złotych korzeni, bo w jednej z torebek był specjalnie duży okaz korzenia i wydaje się, że tli się w nim jeszcze życie. W Biotopie Lechnica ma już swoje miejsce i czekamy… bo pączki na nim wyglądają całkiem obiecująco!

pamirróżeniecrozeniecpamir1

W pudle z Pamiru jest wiele wspaniałych roślin, ale i minerały o lokalnym zastosowaniu… Pewnie jeszcze opiszę tu ze dwa -trzy okazy, a reszta na warsztatach!

Żywe architektury

architektury

Żywe architektury, to tytuł książki dr Lidii Klein, młodej badaczki architektury i wykładowczyni uniwersyteckiej. Książka jest wersją rozprawy doktorskiej autorki i ukazała się w tym roku (2014) nakładem Fundacji Kultury Miejsca z Warszawy. Autorka analizuje nowe podejście do projektowania architektury i już we wstępie cytuje Johna Frazera: Najprościej mówiąc, rozwijamy raczej zasady generowania formy niż same formy. Opisujemy procesy, nie komponenty: nasze podejście można opisać jako pakiet nasion przeciwstawiony workowi cegieł.  Cytat pochodzi z książki Frazera pt. An Evolutionary Architecture, opublikowanej w Londynie w 1995 roku, w której autor określa nową architekturę jako tworzenie „sztucznego życia”, możliwe dzięki wykorzystaniu programów komputerowych. Tak więc, nie wdając się w szczegóły i odnosząc się do obiegowego wyobrażenia o architekturze wzorowanej na biologii jaki panuje u nas, można by do tego „worka cegieł” z cytatu, dodać kupę gliny, kostki słomy i domki na drzewach. Bo niestety na hasło: architektura biologiczna wyświetla się nam obraz domków w kształcie grzybków, okrągłe okiennice i malownicze ziemianki pokryte darnią. Klein na szczęście już od pierwszej strony wstępu opisuje eksperymentalne projektowanie biologicznej architektury skupiające się nie na formie, a na uruchomieniu procesów biologicznych, życiowych w celu osiągnięcia, żywych, rozwijających się (samobudujących się) form architektonicznych. To rozróżnienie pomiędzy naśladownictwem formy, a próbą użycia procesów, które te (ale i inne) formy generują, wydaje się zrozumiałe i jasne, a jednak… Całe moje muzyczne życie borykam się z oczekiwaniem, że używając akustycznych instrumentów pochodzących z określonych miejsc na świecie, wiernie skopiuję jakieś „źródłowe formy” muzyczne, a mnie interesuje jedynie to, co wynika z uruchomienia procesów, dzięki którym rodzi się oryginalna muzyka tu i teraz. Wielu ludzi mówi nieustannie o wolności kreacji po czym, niewolniczo i kurczowo trzyma się wzorców, które są jedynie ulotnym i dawno nieaktualnym zapisem jednej z wielu emanacji wolności innych, zrealizowanej w innym miejscu i czasie. Niby to inny temat, ale związki architektury i muzyki są ścisłe i badane od zawsze. 🙂 Można by zapytać w tym miejscu, to o co chodzi z tym projektowaniem, jeżeli nie ma ono za wzór grubych pni drzew z drzwiami wstawionymi w dziuplę… Otóż chodzi o to, że od dawna już wiadomo, że organizmy rosną i przybierają rozmaite kształty na podstawie tzw. kodu genetycznego i zarówno drzewo, jak i ulubiony eko-domek współczesnych Niziołków (z grzyba lub pnia) także powstaje na tej zasadzie. Nowi projektanci nurtu digital botanic-architecture zmierzają do tego, aby domy nam raczej urosły wg. zbioru informacji jaki dostarczymy materii żywej, niż aby budować je na drzewach lub pięknie wznosić według prawideł dyktowanych przez handlujących „ekologicznymi” materiałami i systemami utrzymywania temperatury, obiegu powietrza i dostępu światła. Autorka dla wyjaśnienia tej samej kwestii, przywołuje prace teoretyczne Dennisa Dollensa, w których interpretuje on budynki jako kody genetyczne, co pozwoliło mu na wprowadzenie koncepcji architektury cyfrowo-botanicznej wspomnianej wyżej. Zanim zaśmiejecie się szyderczo i ruszycie ubijać nogami glinę ze słomą, przypomnę, że nie tak dawno śmialiśmy się z wizji drukarki, która drukuje formy przestrzenne…a dzisiaj są już technologie do drukowania szkieletu brakujących kości dla wszczepiania w nie sztucznie hodowanych tkanek. Uzyskiwane w ten sposób „części zamienne” dla ludzkich organizmów już nikogo nie śmieszą, a raczej są nadzieją i wybawieniem dla wielu! Oczywiście wszystko to, co dotyczy żywej architektury, nie jest ani proste, ani też nie rodzi się bez refleksji teoretycznej, która stanowi poważne wyzwanie także dla biologów. Przytoczę cytat: algorytm genetyczny naśladuje więc mechanizm ewolucji biologicznej, symulując procesy ewolucyjne, które w przyrodzie ożywionej zachodzą w ciągu milionów lat. W przestrzeni komputera są one przeprowadzane za pomocą uproszczonych modeli i „kompresowane” do paru godzin czy dni. /…/ Dzięki algorytmom genetycznym budynki mają powstawać w wyniku obiektywnych, naturalnych procesów, a nie arbitralnych estetycznych decyzji projektanta. Jeżeli to jasne, to może inny i bardzo dla mnie ważny cytat, a chodzi o pojęcie tzw. fałdy? Mimo, że pojęcie to (ale też wnikliwa obserwacja fałdy w przyrodzie) wywodzi się z lat osiemdziesiątych XX wieku, to dopiero książka The Fold – Leibniz and the Baroque Giles’a Deleuze’a przynosi propozycję teorii fałdy. Fałda znajduje się jednocześnie na zewnątrz i wewnątrz materii, a Deleuze opisując fałdę, posługuje się takimi przykładami jak rozwój jaja czy „motyla zwiniętego /folded/ w gąsienicę, która wkrótce się rozwinie /unfold/.” Myślenie w kategoriach fałdy ma charakter nieliniowy, wiąże się z ruchem, zmianą i płynną przemianą jednych form w drugie. Już nie tak jasne? A to co widzimy w ogrodzie jest takie jasne?

Architektura cyfrowo-botaniczna ma już swoich bohaterów, ma swoje utopie, głębie, mielizny i bardzo, ale to bardzo słabe punkty. Pomijając koncepcję „kompresowania” ewolucji w kilka godzin pracy zaawansowanego komputera (a same komputery zaczynają ewoluować i niczego już nie można wykluczyć od kiedy pojawił się prototyp komputera kwantowego), bo zachodzi obawa, że materialne produkty tej kompresji będą musiały być testowane przez trudny do oszacowania czas… (coś analogicznego do powiedzenia: tanio kupować, to dwa razy kupować), to najbardziej niepokoi niedorozwój etyki związanej z tworzeniem i posługiwaniem się żywymi organizmami, tkankami i komórkami. Eksperymenty z biotechnologiami są tak kontrowersyjne jak „żywe instalacje” bio-artu. Niestety, wydaje się, że biotechnologie rozwijane pod sztandarem biologii i ekologii, mogą mieć znacznie większe niszczące oddziaływanie na środowisko naturalne niż to się zazwyczaj przewiduje. Co ciekawe i wieszczące poważne kłopoty, to projektanci cyfrowo-botanicznych bytów architektonicznych mają gdzieś etyczne dyskusje czując presję koncernów, rynku i zapach wielkich pieniędzy. Paradoksalnie to biotechnologie zaczynają przywracać do życia, odkładany do muzeum arogancji gatunku ludzkiego, paradygmat ludzi jako „korony stworzenia”  i służebnej roli przyrody. Autorka wskazuje na wiele innych zagrożeń płynących z bezrefleksyjnego zastosowania koncepcji cyfrowego projektowania żywej architektury, co prowadzi do przekonania, że to sama natura, dzięki wykorzystaniu biotechnologii czy odkryć genetyki, jest projektowana i można ją widzieć jako jedną z dziedzin designu. Już słyszę jak politycy na służbie tzw. wielkich inwestorów, uzasadniają „konieczność” wycięcia lasu i zniszczenia kolejnej góry: wynajmie się firmę i zaprojektuje i wytworzy taki sam las i górę, tyle, że w innym miejscu…

Pomijając wiele fascynujących wątków pracy Klein (książka jest dostępna i warta uważnego czytania) moje wątpliwości budzi także pomijanie lub bagatelizowanie pewnych zjawisk i mechanizmów, które towarzyszą życiu każdego organizmu, nawet gdyby miał to być żywy dom. Organizmy pobierają energię, rozrastają się, rozmanażają się (tak czy siak) i umierają, ale też wydalają produkty przemiany materii… W książce Klein przewija się koncepcja (jeżeli można tak nazwać tę niemoc intelektualną) śmietnika dla części niepotrzebnej żywej materii, ale co z efektami obiegu materii i energii… co będą produkowały żywe domy, żywe osiedla i miasta i czy ludzie nie zostaną uznani za pasożyty wykorzystujące zakamarki tych budowli… Wiem, wiem… już tyle filmów, już tyle książek na ten temat, ale czy znamy odpowiedź. A my? Czy ludzie będą chcieli mieszkać w tego rodzaju budynkach? Czy architektura cyfrowo-botaniczna ma być rozwiązaniem na dobre ZAMIESZKANIE, czy to wstęp do architektury obozowej, przymusowej? Bo jeżeli nie będzie przymusu, to może okaże się, że domy w wielkich pniach drzew i wnętrzu torfowych wzgórz z dachami z liści łopianu, staną się jeszcze bardziej upragnione i jeszcze bardziej nam bliskie.

Biologia wydaje się być wykorzystywana do budowania dość pokrętnych wizji i słusznie zauważa się w książce, że: biologia umożliwia spotkanie dwóch wielkich autorytetów: natury i nauki, obok religii najczęściej chyba występujących w roli usprawiedliwienia bądź wyjaśnienia słuszności wybranych działań czy teorii. Może by pomogło wejście kilku biologów w środek tej dyskusji, która rozgrywa się gdzieś daleko…?

Aby zachęcić do lektury książki podam jeszcze tytuły rodziałów: Pakiet nasion kontra worek cegieł. Koputer i analogia biologiczna / Wokół fałdy. Koncepcja Gilles’a Deleuze’a i Felixa Guattariego jako podstawa analogii biologicznej / Architektoniczny genocentryzm: architektura jako fenotyp / Nowe ciała: architektoniczna teratologia / Poza metaforą: architektura mokrych mediów / Utopia sztucznego życia.Podsumowanie.

Na koniec jeszcze refleksja natury ogólniejszej 🙂 … po każdej takiej książce traktującej o nowym (ale czy naprawdę nowym czy raczej tylko nie pochodzącym ze ślepego zaułka „nowoczesności” ?) oglądzie natury, życia, przestrzeni i naszego, ludzkiego miejsca w żywym, symbiotycznym układzie, dziwię się jeszcze bardziej temu co widzę ze strony tuzów akademickiego przyrodoznawstwa 🙂 Biologię rozumianą szerzej niż tylko użytkowanie roślin i zwierząt bądź ćwiczenie konferencyjnej erudycji, przejmują artyści, technicy i humaniści… bo ktoś musi?! Przyrodnicy mają nieustający kłopot z listą roślin występujących w Polsce (!), a tu zaczyna być potrzebna koncepcja kluczy do oznaczania żywych materiałów budowlanych…