Permakultura

petwiatraczki

Powoli zamawiam rozmaite nasiona i sadzonki roślin do ogrodu w Biotopie Lechnica. Kilka dni temu opłaciłem kolejny pakiet złożony z nasion arcydzięgla Aneglica archangelica (zestawie go z arcydzięglem z Sapmi), achochy zwanej też caiqua lub kai-wa czyli Cyclanthera pedata – boliwijskiego ogórka, sadzonki morwy białej i czarnej (Morus sp. … bo zobaczymy czy to faktycznie dwa gatunki czy tylko odmiany barwne owoców morwy białej) i sadzonki pigwowca (nie pigwy!) Chaenomeles japonica. Oferta internetowa jest bardzo bogata, a ilość gospodarstw szkółkarskich robi wrażenie! Pewnie robiłaby jeszcze większe, ale od lat obserwuję jedną z największych firm tego rodzaju w Małopolsce i fakty są takie, że jednej rośliny sami nie wyhodowali i jedynie wkopują w ziemię setki sadzonek przywożonych z Holandii. To nie krytyka, to stan faktyczny i nie wszyscy zajmują się rozmnażaniem sprzedawanych roślin. Warto o tym wiedzieć i nie spodziewać się cudów po kontaktach z tego typu hurtownikami. Wracajmy jednak do zestawu roślin… nie jest „rodzimy” i ma cechy eksperymentu, zważywszy, że rośliny są przeznaczone do ogrodu położonego około 500 m n.p.m. w górach.

Zadziwiają mnie i czasem irytują zwielokratniane w sieci rady, jak zakładać ogród, jak być ekologicznym, jak produkować kompost i w jaki sposób (zwykle to bardzo proste i szybkie w realizacji 🙂  stać się niezależnym od korporacji, państwa, a nawet od sąsiadów… 🙂 Rady zaczynają się od pokazania prostokąta równego terenu (symulacje zazwyczaj zbliżają się do pokrycia terenu, jak z pola golfowego… zielona, niska i dobrze utrzymana trawka…) i pokazują właściwie wszystko tak, jak NIGDY się nie trafia w rzeczywistości, a jeżeli tak się trafia to współczuję, bo oznacza to zakupienie jednej z wielu „działeczek” do odsprzedania miastowym. W świecie rzeczywistym mamy do czynienia z a/ zastanami elementami b/ bogactwem ukształtowania terenu i obiegu wody c/ konkretnym (a nie idealnym) usytuowaniem działki względem dróg, mediów i energii… Tu już nie jest łatwo wyznaczyć linię pomiędzy ekologicznym i nie-ekologicznym… bo działki nie leżą zazwyczaj na pokładach świetnej gliny i nie produkują słomy, a na granicy nie leżą zwały świetnego kamienia i pryzmy sezonowanego drewna gotowego do użycia za pocałowanie ręki. W wielu przypadkach budowa „ekologicznych instalacji” jest mocno energochłonna i zdecydowanie nieekologiczna ze względu na transport, koszty i zużycie energii. Ktoś, kto bryluje w stołecznych salonach i mieszka w partyjnym mieszkanku na wielkim osiedlu nie jest dla mnie wiarygodnym źródłem wiedzy o ekologicznych sposobach budowy domu i gospodarowania. Taka „ekologiczność” zaczyna być niezwykle dogmatyczna. Prawdziwe życie zaczyna się, gdy odpuścimy sobie ludzkość i zajmiemy się sobą w sposób, który sami sprawdzimy i uznamy za dobry. Uznawanie za dobre nie jest jednak naszym pozbawionym uzasadnienia uznaniem, a raczej odniesieniem się do konkretnej sytuacji, w tym do klimatu, stron świata, ukształtowania terenu i zasad fizyki. Nie ma to wiele wspólnego z realizacją dogmatu. Jeżeli nie możesz wybudować dobrej lepianki dla siebie, to nie potrafisz zaprojektować dobrej lepianki dla Afryki. Jeżeli znasz głębokiego ekologa, ktory jest filozofem, jeździ samochodem, kupuje gazety i nie ma swojego warzywaniaka, to nie jest to prawdziwy głęboki ekolog. To Twój wróg. W projektowaniu swojego własnego ogrodu nie warto kierować się „zdobyczami rolnictwa” nauczanego na uniwersyteteach pomiędzy 1930 a 1980 rokiem. Ta nauka uczyniła wiecej szkody Ziemi niż jakikolwiek inny czynnik. A co z dzikością? Powinna być pozostawiona samej sobie, a do starych, naturalnych lasów warto zaglądać jak na lekcje tego, co możesz sam starać się kształtować, albo przynajmniej nie zepsuć.

I tak mógłbym dalej, ale wyróżnione zdania zwracają pewnie już Waszą uwagę i pora napisać o co w tym chodzi? Chodzi o wytłumaczenie, czym jest permakultura w praktyce (i teorii wywiedzionej z praktyki) autora pierwszej książki na temat tego sposobu życia w środowisku – Billa Mollisona. Oczywiście byli przed nim inni, którzy stosowali te same idee pod zbliżoną nazwą: permanent agriculture i są także najnowsi autorzy, którzy interpretują permakulturę nie jako ciągłe (stałe, zrównoważone, bez końca) rolnictwo (ogrodnictwo), ale jako ciągłą kulturę, co podkreśla tzw. czynnik ludzki. Masanobu Fukuoka, Sepp Holzer i wielu innych ludzi (np. Joe Hollis o jakim pisałem na tym blogu w 2014 roku) prowadzą fantastyczne projekty, które realizują w praktyce (i często nieco innymi metodami niż dogmat „ekologiczności” poleca) zrównoważone sposoby bycia na tej Planecie.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, zawsze się znajdą mądrale, którzy zaczynają wprowadzać zasady i definicje. Nie obchodzi ich to, że Mollison sam przyznaje (i czyni z tego ważny punkt metody permakulturowej), że nie wie dokładnie, czym jest permakultura. Zawsze się znajdą mądrale, którzy permakulturę sprowadzą do efektownych spiralnych nasadzeń wszystkiego, co wpadnie im w ręce na odwróconej darni… plus założenie wzorcowego kompostownika. Bill Mollison w jednym z wywiadów opowiedział o początkach swojej wersji permakultury… i była to opowieść nie o zakładaniu grządek czy sianiu zboża… ale o tym, jak skończyły się jego badania zachowania ludzi. Obserwując ludzi i analizując osobno gesty, mimikę i czynności, a osobno treść rozmów i wypowiedzi, doszedł do wniosku, że nie ma związku pomiędzy tym, co ludzie robią, a tym o czym ludzie mówią. Poradził nawet czytelnikom, aby szukać sobie przyjaciół analizując tylko to, co ludzie robią i co akceptujemy, nawet jeżeli ci sami ludzie mówią coś, co się nam niezbyt podoba. Permakultura jest fascynującym spotkaniem z rzeczywistością, nie z gąszczem idei produkowanych przez umysły stroniące od wszelkiej pracy i odpowiedzialności. Permakulturę znacznie latwiej jest realizować w praktyce niż o niej teoretyzować. W szerszym rozumieniu (które odpowiada mi, bo praktykuję ten styl życia od jakiś 30 lat) permakultura jest realizowaniem sposobów życia, które przybliżyć by można kilkoma opisami wyborów (uznawanymi czasem za zasady permakultury): obserwuj – wyciągaj wnioski i bierz udział – eksperymentuj, a nie małpuj / naucz się pracować z energią / bądź konsekwentny i zaakceptuj skutki swoich działań / wybieraj i stosuj zasoby i usługi odnawialne / nie wytwarzaj odpadów / projektuj od ogółu do szczegółu – miej jasny cel i dobieraj środki, bo środki nie są celem / staraj się łączyć, scalać nie dzielić / stosuj powolne i małe rozwiązania swoich problemów i planów / doceniaj różnorodność, zawsze / zauważaj i doceniaj elementy granic, ekotonów, przejść i obszary peryferyjne / zauważaj i reaguj na zmiany… Do tego dochodzą strefy działania permakultury (w tym strefa dzikości, w której nie stosuje się działania…), grupy środowisk, ekotony i efekty styku, warstwy i techniki w rodzaju agroforestry, uprawy roślin bez orki, wzbogacania gleb bez nawozów sztucznych i zwalczania (czy raczej ograniczania ich oddziaływania) tzw. szkodników bez chemii i krwawych jatek, wykorzystywania zwierząt wiodących nieomal dziki żywot na terenach prowadzonych permakulturą. Jeżeli przełożycie wspomniane zasady czy też zestaw decyzji leżących u podstaw permakultury na uprawianie sztuki, rękodzieło czy coś innego, to permakultura okaże się najbardziej wywrotowym ze sposobów życia. Ale to się nie spodoba wielu… bo jak zaobserwował Mollison – związek pomiędzy tym, co ludzie robią, a tym, o czym mówią jest nikły lub nie ma go wcale… 🙂

Tak na marginesie, gdyby nie technika permakulturowa kuli nasiennych stosowana przez pioniera Masanobu Fukuoka, nie było by „bomb nasiennych” stosowanych w guerrilla gardeningu …

W naszym Biotopie Lechnica – cokolwiek byśmy mówili 🙂 – prawdziwe rozwiązania ekonomicznego obiegu energii, prowadzenia ogrodu i wykorzystaniu zasobów bardzo trudnego kawałka ziemi prowadzą do permakultury. W tym sensie, siedlisko z trzema domami i zabudowaniami gospodarczymi (starymi i nowymi) plus kawałki ziemi na stoku opadającym stromo do strumienia gorskiego – aby przetrwać, musi mieć cechy zrównoważonego systemu. W system ten wliczyć należy także nas i wszystkich, którzy się w Biotopie będą pojawiali.

Wywiady, autorski opis permakultury Seppa Holzera, sporo materiałów filmowych i portali internetowych jakie pokaże się Wam po wpisaniu słowa: permaculture … pozwoli zweryfikować to co napisałem, albo obalić… 🙂 Jedyne, co się liczy, to ogród, kultura, sieci przyjacielskie, sztuka uprawiana jak permakultura… reszta to gesty.

Ten wpis jest trochę inny niż ostatnie, ale żyję obecnie realizacją Biotopu Lechnica i chwila teorii nie przeszkodzi w następnych, bardziej praktycznych informacjach, jakie na etnobotanicznie.pl znajdziecie…

Aby zakonczyć czymś na czasie… to podam tylko, że wiosną wszystkie „zielone” miejsca w internecie i pismach laifstajlowych odkrywają uroki „rzeżuchy”… rozpisują się o „prostych metodach” uprawy, zastosowaniach kulinarnych i dobrodziejstwach „rzeżuchy”… a to wcale nie jest rzeżucha, tylko pieprzyca siewna Lepidium sativum. Ot, taka drobna obserwacja kulturowa… czyli etnobotaniczna, o tym, że rzeczywistość swoje, a kulturowa potoczność i nawyki swoje i mimo, że rzeżuchy rosnące w Polsce w stanie dzikim doskonale nadają się na sałatki, to azjatycka pieprzyca (rośnie też w Afryce) zagarnęła ich nazwę i odebrała sałatkowe zastosowania.

Na mojej fotce ze Słowacji – „ekologiczne” odstraszacze kretów i nornic z nie-ekologicznego materiału… plastikowych butelek.

Reklamy

Zioła z Pamiru, cz. 2

pamirmorwa1

W pudle ze zbiorami z Pamiru (z obszaru leżącego w Tadżykistanie), jakie podarowała Biotopowi Lechnica Asia Milewska, znalazłem coś nie przypominającego rośliny, a raczej kawał jakiegoś minerału…?! Kremowa buła wielkości pięści okazała się być bryłą uformowaną z mąki… otrzymanej z wysuszonych i zmielonych owocostanów morwy białej! Tu należy się kilka słów o samej morwie (Morus sp.), bo jest z nią (z nimi) pewien kłopot. Morwa biała (Morus alba), którą znamy z nasadzeń sztucznych w Polsce pochodzi z Azji (wymienia się Chiny jako region pochodzenia, ale co to oznacza dokładnie?) i czasem sieje się i rośnie w cieplejszych miejscach Europy. Znamy jej owocostany traktowane jako pojedyncze owoce, wiemy coś niecoś o jedwabnikach, które żywią się w stanie larwalnym liśćmi tego drzewa i to tyle? W Polsce jada się czasem owocostany morwy, ale nie słyszałem aby produkowano z nich jakieś przetwory, a o znakomitych właściwościach liści raczej wiedzą tylko najbardziej zainteresowani. Przy tak wielkiej ilości diabetyków może warto byłoby spopularyzować morwę mocniej. Poza owocami i liśćmi (jako lekarstwo i pokarm dla gąsienic jedwabnika w naturalnym cyklu uzyskiwania jedwabiu) także i drewno jest cenione jako interesujący materiał do wyrobu mebli i drobnych przedmotów domowych i ozdobnych. Warto wiedzieć, że owocostany morwy białej mogą być różowe, bordowe, a nawet prawie czarne i dalej mamy do czynienia z morwą białą… 🙂 Prawdziwa morwa czarna (Morus nigra), a nie biała udająca czarną przez zmienny kolor owocostanów… także wywodzi się z Azji, ale raczej z rejonów leżących w Afganistanie, Pakistanie, Iranie aż po Kazachstan, rośnie ponadto w ciepłych rejonach Europy. Podobno w Polsce jest trudna do spotkania. Nieporozumienia dotyczące ciemnych owocostanów morwy białej nie pomagają w rozsupłaniu, do którego to gatunku odnoszą się zapisy biblijne i wzmianki u starożytnych badaczy? Na dodatek ilość gatunków morw sięga od kilkunastu do kilkudziesięciu… i poza Azją, mamy podobno morwy afrykańskie, a nawet teksańskie… 🙂 Tak czy siak, morwa jest niedoceniana u nas i dopiero od jakiegoś czasu są w krajowym handlu dostępne suszone owocostany morwy białej. W listopadzie 2014 roku zrobiłem niewinne doświadczenie: włączyłem suszoną morwę do poczęstunku, jaki przygotowałem wraz z rewelacyjnym Straganem Ekologicznym przy Placu na Stawach w Krakowie, przy okazji seminarium naukowego na temat ochrony czynnej pierwiosnki omączonej Primula farinosa. W seminarium uczestniczył kwiat botaników z różnych instytucji badawczych i uczelni i … nikt nie rozpoznał suszonej morwy. Przypuszczam, że zadziałało też zaskoczenie, bo najczęściej przy takich okazjach oferowane są kanapki z szynką… a nie warzywna tarta i morwa… ale jednak?! Tym bardziej ekscytująca stała się dla mnie buła z morwy. Według informacji Asi, sucha i twarda masa jest stosowana do wielu różnych potraw po… starciu na metalowej tarce na drobny proszek. W literaturze rosyjskiej spotkałem opis mówiący o tym, że w niektórych rejonach Azji wytwarza się mąkę z wysuszonych owocostanów morwy. Czyżby nasza „buła” była bryłą takiej wysuszonej mąki? Najwidoczniej tak, a do tego raczej to białe (a nie czerwone czy bordowe) owoce morwy białej, bo ciemny barwnik z owoców morwy czarnej (ktore na szczęście nie są czasem białe) byłby chyba widoczny w mące? Tak spreparowaną morwę warto byłoby poddać badaniom i ewentualnie spopularyzować jako doskonały element leczniczej diety!

pamirszafran1pamirszafran2

W niewielkim pojemniku zdeponowanym w pudle znalazłem szafran – dobrej jakości i smaku, ale jakby nieco grubszy niż spotykany w handlu i pochodzenia tureckiego. Z szafranem niby wszystko wiadomo, a wcale nie! Do tego stopnia, że nawet toczy się dyskusja o jakich gatunkach krokusów (szafranów) mówimy w kontekście produkcji barwnika, antydepresanta i przyprawy o tej nazwie. Sporo pisałem o tym w Zielniku… więc tu tylko tyle plus fotografie, może ktoś przywiezie z Pamiru kwiaty szafranów i sprawę wyjaśnimy? Zamierzam też tej wiosny zacząć wyjaśnianie w postaci założenia małej uprawy krokusów w Biotopie Lechnica na wzór małych poletek, jakie uprawia się tradycyjnie w górach Atlas w Maroku, gdzie produkuje się doskonałej jakości szafran.

pamirgrafit1

Przy okazji zbioru ziół Asia przywiozła w prezencie dla A. intrygujący zestaw kosmetyczny do czernienia brwi i okolic oczu. Dla dobra nauki 🙂 zestaw został na kilka dni wypożyczony i jest włączony w postaci dokumentacji fotograficznej do zbioru pt. Pamir 2014… 🙂 Po konsultacjach z geologami i znakomitymi znawcami minerałów wydaje się, że jest to naturalny grafit, którego złoża są znane z Tadżykistanu i Pamiru. Specjalnie włączam do omówienia zbiorów zielarskich także interesujący minerał (a pominę w opisie kryształy soli z Pamiru ), gdyż istnieje ścisły związek pomiędzy składem chemicznym i siłą oddzialywania roślin a minerałami i glebą, na jakich rosną. Można też powiedzieć, że wiele roślin zostało uznanych za „zioła” bo zawierają pewne mało znane lub występujące śladowo pierwiastki, które były dostępne do naszych czasów jedynie poprzez rośliny. Rośliny bowiem znają sposoby na pozyskiwanie wielu pierwiastków z gleby, wody i powietrza. W tym sensie, niestety, zbieranie dzikich roślin jadalnych ze znakomitej większości miejskich stanowisk jest szukaniem guza i nie powinno się tego robić (poza sytuacjami, w których występuje zagrożenie życia widmem głodu). Bardzo przepraszam za rozczarowanie, ale ucząc o zjawisku fitoremediacji nie mogę udawać, że nie wiem gdzie i w jakich ilościach kumulują się szkodliwe lub śmiertelnie szkodliwe substancje z powietrza, wody i gleby. Nic nie zastąpi terenów czystych ekologicznie, a nawet najbardziej zielone miejsca w dużych miastach i aglomeracjach typu Śląsk wymagają wielu lat (wersja optymistyczna) odzyskiwania dla uprawy zdrowych (dla ludzi) roślin. Argument, że w takich miejscach oddychamy i pijemy wodę jest raczej cyniczny…

Fotografie – Bogdan Kiwak.

Zioła z Pamiru

pamirpudlo1

W grudniu zeszłego roku w Biotopie Lechnica pojawiła się na krótko Asia Milewska. Uczestnicy warsztatów poznali Asię podczas naszych zajęc górskich i wiedzą, że poza zainteresowaniem roślinami i etnobotaniką, Asia zajmuje się zawodowo projektowaniem krajobrazu i rewitalizacją terenów miejskich (w Londynie), co sprowadza wiele spraw do poziomu konkretnego działania i doskonałego wykorzystania wiedzy z zakresu etnobotaniki. Sporo interesujących realizacji i działań społecznościowych podejmowanych w Londynie opisałem w relacjach z wypadów do tego niezwykłego miasta w krótkich relacjach na etnobotanicznie.pl w 2014 roku.

Asia, w trakcie ogrzewania się naparem z gojnika górskiego i kwiatostanów dzikiej lawendy z dodatkiem czystka (specjalność Biotopu) wypakowała z plecaka wielkie pudło kartonowe i otwarła je ze swoim skromnym uśmiechem (a wiemy już, że zapowiada niezwykłe rzeczy…). Na stół wysypało się blisko trzydzieści opakowań z ziołami prosto z Pamiru i targów Tadżykistanu! Przypomnę tylko, o jakim rejonie świata mówimy: góry Pamir to gniazdo górskie o pow. około 100 tys. km2, z którego rozchodzą się takie legendarne łańcuchy górskie, jak Hindukusz, Karakorum, Kunkun czy góry przechodzące w Tienszan. Najwyższy szczyt Pamiru to słynna góra Ismaila Samaniego (7495 m n.p.m.), który nosił kiedyś bardziej znane nam nazwy: Pik Stalina i Pik Komunizmu… Jak to bywa w tego typu górach, niektórzy autorzy zaliczają do Pamiru kilka szczytów, pośród których jest Kongur Tagh o wys. 7719 m n.p.m. i w takim układzie to on byłby najwyższym szczytem tego regionu. Tak czy siak, średnia wysokość Tadżikistanu to 4 000 m n.p.m., więc jest tam wysoko… 🙂 Podaję Tadżikistan jako kraj, w którym leży znaczna część Pamiru, ale góry te sięgają też terytorium Chin i Afganistanu. Pamir powstał w wyniku zjawisk geologicznych określanych jako orogeneza alpejska i dlatego w jakimś sensie można traktować go z naszego punktu widzenia jako „super Tatry”, co dodaje smaku przyrodniczej eksploracji. Znam trochę te tereny z wypraw do Azji Centralnej (część opisałem w książce Ucho Jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe z 2003 roku, dostępnej teraz w formatach cyfrowych w krakowskim Wydawnictwie Bezdroża), ale relacja o tych terenach widzianych kilka dni przed przylotem Asi do Europy była bardzo ciekawa. Już w tamtych moich wyprawach zwracałem uwagę na kilka interesujących gatunków roślin (morwy, saksauł, pigwa, pustynne baldaszkowe, dzikie jabłonie, interesujące odmiany moreli, topole…), jakie spotkać można w tej części Azji. Dogłębna eksploracja etnobotaniczna nie wchodziła jednak w grę, w tamtym czasie pochłaniała mnie głównie muzyka. Targu w Duszanbe i wypadu w góry na przedpolu Pamiru właściwego nie zapomina się jednak nigdy…

Po latach, na stole w naszym Biotopie na Słowacji rozpakowywaliśmy woreczki z leczniczymi ziołami, jakie Asia dostała i kupiła na targach, ale też od lokalnych zielarzy i zwykłych użytkowników. Z opowieści wyłoniła się ciekawa taktyka medyczna, polegająca na tym, że po diagnozę idzie się do wykształconego na zachodnią modłę lekarza, a z diagnozą udaje się do zielarzy, którzy dobierają odpowiednie gatunki roślin i mieszanki oraz sposób stosowania. Czyżby mieszkańcy Pamiru stosowali stare i zapominane u nas (albo ośmieszane przez grupy interesu) powiedzenie: medicus curat, natura sanat…?! W górach Pamiru (a można tak powiedzieć, bo Pamir jest nazwą regionu, który może kiedyś stać się niezależnym krajem) bogactwo dzikich ziół jest jeszcze stale ogromne – ich zbieranie i suszenie należy do praktyk powszechnych. Do powszechnych należy też wiedza o tradycyjnych zastosowaniach poszczególnych gatunków. Nie będę relacjonował opowieści Asi, bo liczę, że usłyszymy je z pierwszej ręki na jednym z tegorocznych warsztatów etnobotanicznych. Skupię się na tym kartonowym pudle jakie pozostało w Biotopie jako zbiór do archiwum, ale i spore wyzwanie.

Część torebek z ziołami (a przypomnę, że torebki zawierają surowiec zielarski, a więc mniej czy bardziej rozdrobnione części roślin, a nie zbiory zielnikowe 🙂 😦   ) została podpisana nazwami lokalnie stosowanymi w zapisie cyrylicą (ja akurat czytam, ale dla wielu młodych botaników może to być wyzwanie…) i oczywiście bez nazw łacińskich. Zapis nazw cyrylicą nie musi oznaczać, że są to obowiązujące w akademickiej botanice nazwy rosyjskie… mogą to być zrusyfikowane nazwy lokalne…? No i tu zaczyna się powód, dla którego warto się ze zbiorami Asi pomęczyć na publicznej platformie mojego bloga! Wszyscy gdzieś jeździmy i wszyscy zainteresowani coś przywożą do kraju… po większości zbiorów nie ma najmniejszego śladu, bo jeżeli przegapimy spisanie możliwie wszystkiego, co się da na temat roślin, których części kupujemy jako lekarstwa czy dodatki do potraw, to w Polsce niewiele da się z tym zrobić. Nie chodzi jedynie o zapisanie wszystkich wersji nazw, a najlepiej jednej chociaż nazwy oficjalnej (nie mówiąc o łacińskiej, która załatwia wszystko jednoznacznie), ale o zapisanie, jak roślina wygląda i gdzie rośnie. Poza doskonaleniem swojego warsztatu etnobotanicznego, warto wiedzieć co się pije, pali czy dodaje do jedzenia i nie polegać jedynie na opowieściach sprzedawców czy dobrych ludzi spotkanych w czasie wędrówki. Dzięki tradycyjnej na tym blogu, fachowej pomocy fotografika Bogdana Kiwaka prześledzimy część pracy nad zbiorem roślin użytkowych z Pamiru przywiezionym przez Asię. Całość tego procesu omówię jako jeden z tematów zajęć etnobotanicznych w maju tego roku.

Pierwszym krokiem jest zebranie informacji botanicznych jakimi dysponujemy poza „światową siecią internet” 🙂 bo w niej nie znajdziecie wielu specjalistycznych wątków potrzebnych do oznaczenia rośliny i jej zastosowania bez wcześniejszego wsparcia książek. W innym przypadku w internecie znajdziecie firmę Pamir… handlującą przyprawami w rodzaju przecieru pomidorowego i tzw. ziela angielskiego… Ja mam na stole wstępnie trzy książki: Lecznicze rośliny Związku Radzieckiegi. Uprawiane i dzikie rośliny lecznicze, bogato ilustrowana książka wydana w Moskwie w 1987 roku, Zielona apteka w weterynarii, książka wydana w Mińsku, także w 1987 roku, oraz A checklist on medicinal&aromatic plants of Trans-Himalayan cold desert wydana w Lehu (Ladakh) w 2003 roku. Dwie pierwsze należą do opracowywanej obecnie w Biotopie Lechnica biblioteki Zbigniewa Styczyńskiego i są bardzo przydatne!

Bardzo ciekawą rośliną jest przęśl  (Ephedra sp.). W torebkach z roślinami z Pamiru znajdują się prawdopodobnie dwa gatunki przęśli i według mojego oznaczenia jest to: przęśl skrzypowata (Ephedra equisetina) i prawdopodobnie przęśl chińska (E. sinica) czyli Ma Hung, ziele znane od 5 tys. lat. We wspomnianych książkach wymienia się E. equisetinę (w Rośliny lecznicze CCCP w rozdziale: Rośliny lecznicze Średniej Azji), w Zielonej aptece… na s.261, ale w pomocniczej liście z Ladakhu jest podana jako zagrożony gatunek występujący w pobliżu – Ephedra gerardina (zwana tam Somakalpa, Somlata). Przęśle są niezwykle ciekawymi gatunkami pod każdym względem: wyglądu, zajmowanych środowisk, zastosowania, mitologii i oddziaływania chemicznego. Podczas warsztatu w Czerwonym Klasztorze w maju 2014 roku próbowałem opowiedzieć o części mitologii przęśli jako składowej mitycznego napoju bogów – Somy… wspominanej już w Rygwedzie, świętych tekstach Hinduizmu pochodzących z XIV wieku przed tzw. naszą erą. Zamiast tego, 🙂 wysłuchaliśmy niezwykle interesującej relacji terenowej z Indii o innej praktyce i poglądzie na istotę Somy. Może dobrze się stało, bo klimaty bajkowych i przyznam, że niezwykle atrakcyjnych literacko wywodów Terence’a Mc Kenny nie leżą mi zbytnio… 🙂 Wracając do przęśli, to znana jest głównie jako naturalne źródło efedryny, substancji siostrzanej do produkowanej przez ludzki organizm adrenaliny. Efedryna jest traktowana jako zabroniony doping w sporcie, ale też jako lekarstwo i stymulant. Z wielu bardzo interesujących od strony etnobotanicznej historii przęśli w kulturze, warto może podać, że znani z powściągliwości Mormoni, którzy nie piją napojów zawierających kofeinę/teinę, chętnie i zwyczajowo popijają napar z przęśli zielonej (Ephedra vidridis), jednego z gatunków tej rośliny występującego w Ameryce. W Polsce przęśl nie rośnie dziko (ale widziałem piękne stanowiska uprawiane przez botaników uniwersyteckich), a najdalej na północ wysunięte stanowisko naturalne tej rośliny (chodzi tu o przęśl dwukłosową – Ephedra distachya) znajduje się w pięknym miejscu na Słowacji. Do czego służy ziele przęśli w Pamirze? Pewnie do łagodzenia astmy i chorób dróg oddechowych oraz dodawania energii i siły?

efedra1napisefedra2

W następnych dwóch torebkach znalazłem starego, dobrego znajomego: różeńca górskiego (Rhodiola sp.), z czego się bardzo ucieszyłem, bo jest to roślina z pierwszej piątki na mojej liście etnobotanicznych rarytasów! Tu pewne ciekawostki z cytowanych wcześniej książek! W Leczniczych roślinach CCCP… znalazłem różeńca, ale jedynie r. górskiego (Rhodiola rosea), czyli znany nam także z Karpat (ale i Gór Skandynawskich) gatunek i to w rozdziale omawiającym gatunki uprawnych roślin leczniczych! Wspomina się tam, że zbiór następuje po 4-5 latach uprawy! No, nie wiem… Może ja źle uprawiam… ale po dwóch latach pojawiają się jedynie kilkucentymetrowe gałązki… Zobaczymy w ogrodzie w Lechnicy, może tam moje różeńce znajdą dogodniejsze warunki? W Zielonej aptece… różeniec nie został uwzględniony, a w A Checklist… jak zwykle jest nad czym myśleć… bo opracowanie wspomina kilka gatunków: Rhodiola heterodonta, R. imbricata, R. quadrifidia, R. sinuata, R. tibetica, R. Wallichiana, a jednocześnie nie umieszczono tam różeńca w szczegółowych listach roślin leczniczych zagrożonych i będących w handlowym obrocie. Wygląda na to, że w Ladhaku i okolicach różeniec jest jedynie miejscowo znanym lekarstwem roślinnym? To, co jest w zbiorach Asi wygląda mi na R. imbricata albo R. rosea? Być może uda się oznaczyć jeden z przywiezionych złotych korzeni, bo w jednej z torebek był specjalnie duży okaz korzenia i wydaje się, że tli się w nim jeszcze życie. W Biotopie Lechnica ma już swoje miejsce i czekamy… bo pączki na nim wyglądają całkiem obiecująco!

pamirróżeniecrozeniecpamir1

W pudle z Pamiru jest wiele wspaniałych roślin, ale i minerały o lokalnym zastosowaniu… Pewnie jeszcze opiszę tu ze dwa -trzy okazy, a reszta na warsztatach!

Warsztaty etnobotaniczne i staże w Biotopie Lechnica

czerwklaszmaj14.jpg

Udało się ustalić konkretne daty spotkań warsztatowych w pierwszej połowie 2015 roku! Podaję je już dzisiaj, bo po pierwszym orientacyjnym anonsie mam już pierwsze zgłoszenia i połowę listy na majowy „długi weekend”, a wiem, że wszyscy chcą sobie zaplanować wyjazdy możliwie wcześnie.

Termin Wiosennego warsztatu etnobotanicznego w Pieninach i Zamagurzu (Czerwony Klasztor/Biotop Lechnica, Słowacja) to:

1-3.05.2015 z możliwością wcześniejszego przyjazdu lub późniejszego wyjazdu po uzgodnieniu indywidualnym.

Termin warsztatu etnobotanicznego – Noc Letniego Przesilenia w Górach Lewockich, Brutovce, Słowacja – to: 19-22.06.2015

Termin spaceru etnobotanicznego i wycieczki na jeden z najciekawszych festiwali i targów rzemiosła ludowego  25. Europske L’udove Remeslo w Kezmarku, Słowacja to: 10-11.07.2015

Jest także możliwość odbycia indywidualnego stażu w Biotopie Lechnica po uzgodnieniu terminu i programu składającego się z trzech aktywności: spaceru etnobotanicznego, pracy w ogrodzie, zajęć w bibliotece. Zgłoszenia indywidualne lub małych grup (do 5 osób) muszą być uzgodnione i potwierdzone korespondencją: marek.styczynski@gmail.com

Wszystkie środki uzyskane z podanych zajęć będą traktowane jako pomoc w budowie Ośrodka Praktyk Bioregionalnych Biotop Lechnica http://www.biotoplechnica.eu

Zapraszam!

brutdrogablisko

Biotop Lechnica z lotu ptaka (drona)

Pierwsze spotkanie w Biotopie Lechnica przyniosło zadziwiająco wiele interesujących efektów! Fantastyczne fotografie kilkorga autorów, w tym niesamowite czarno-białe fotogramy Bogdana Kiwaka, wytyczenie nowej trasy turystycznej na południowy-wschód, ważne informacje co do występowania barwinka (Vinca minor), identyfikacja zasobów roślinnych wokół BL, kilka znakomitych planów na najbliższą przyszłość… a do tego znakomite rozpoznanie miejsca poprzez film wykonany przy użyciu czterośmigłowego drona z podwieszaną kamerą filmową.

Film nakręcił i opracował Jarek Mierzwa z firmy ERI.pl (Nowy Sącz) i mam nadzieje, że to dopiero początek współpracy! Może pamiętacie wpis na tym blogu pt. Dron zamiast buta ? Firma ERI.pl