We wrześniu o wrześni

Września pobrzeżna Myricaria germanica to naprawdę piękna i bardzo charakterystyczna roślina zaliczana do „półkrzewów” … chociaż dorasta do 2,5 m wysokości (znajdziecie najczęściej, że do 2 m, ale wierzcie mi, że bywa wyższa!).          Przy okazji mała dygresja, pisałem jakiś czas temu tekst o drzewach i przez kilka stron pokazywałem jak ich prawdziwy wygląd (w sensie: spotykany u osobników dzikich, w wieku dorosłym i w starości, a nie w dołach z zaprawioną nawozami ziemią i mających 5-15 lat) nie odpowiada aktualnej definicji drzewa i jego pop-kulturowego wyobrażenia wyniesionego z miast i zieleni urządzonej terenów turystycznych. Po tym wszystkim dostałem uwagi od recenzenta, który zacytował mi „naukową” definicję drzewa i zakwestionował moje wywody… czytał czy nie? Już nie tylko ludzie, ale i drzewa nie mieszczą się w definicjach i pewnie dlatego się je u nas tak masowo wycina. Polska znana jest bowiem powszechnie z ukochania nauki.                                                                 Za chwile zobaczycie te „półkrzewy”, ale warto jeszcze wspomnieć, że września jest bliskim krewniakiem tamaryszku i dawniej nosiła nazwę Tamarix germanica.        Roślina jest niezwykle ciekawa i ekologicznie plastyczna, ale nawet jej zdolności, które czynią z niej gatunek pionierski, nie uchroniły wrześni od masowej zagłady w naszym kraju (ale nie tylko w nim). Różne źródła podają, że występuje od południa Europy aż po Himalaje, w innych podaje się jeszcze Skandynawie (za kręgiem polarnym nigdy jej nie widziałem). Krzew ten rośnie na charakterystycznych nadbrzeżnych kamieńcach czystych, górskich rzek i w Polsce głównym areałem jej występowania są Karpaty. Nie jest długowieczna (żyje ok. 10 lat) i dobrze sobie radzi ze zmiennością koryta rzek górskich, a tam gdzie znajdzie dobre warunki jest jej setki, a nawet tysiące. To może teraz zobaczcie jak wygląda, a opis dodamy jeszcze dalej…

wrzesnia1

wrzesnia2

wrzesnia3

wrzesnia4

wrzesnia5

wrzesnia6

Foty pochodzą z dodatkowej, nie wykorzystywanej w pracy, puli dokumentacji jaką zrobiłem podczas sierpniowego rozpoznania terenowego. Zostało ono zainicjowane doniesieniem o niezwykle licznym stanowisku wrześni. Obecność dużej ilości wrześni pobrzeżnej wskazuje na chronione w UE siedlisko o nazwie: zarośla wrześni na kamieńcach i żwirowiskach górskich potoków ( Salici – Myricarietum – z przewagą wrześni) o specjalnym kodzie 3230. Tego typu stanowiska powinny być chronione jako mało liczne na obszarze UE i dające osłonę wielu innym organizmom, nie tylko roślinnym! Zobaczcie na kilku fotach z jak licznym stanowiskiem mamy do czynienia. Jest ono częścią koryta rzeki Kamienica Nawojowska  (źródlisko znajduje się w rejonie Krzyżówki pod Krynicą, a ujście do Dunajca w Nowym Sączu) na terenie granicznym Beskidu Sądeckiego.

wrzesnia7

wrzesnia10

wrzesnia12

wrzesnia11

Pisałem już, że września jest gatunkiem pionierskim, co oznacza, że w przypadku dobrych (dla niej) warunków siedliskowych, zasiedla szybko nowe połacie czystych i nowych żwirowisk. To zastanawiające jak te wielkie krzewy dają sobie radę na kamieńcach czyli piasku ze żwirem i otoczakami, bez zasobnej gleby, a za to z wielką ilością wody o zmiennej wysokości zalewania terenu! Wszelkie odkrycia żwirowisk powodują, że września (o ile nie jest mechanicznie zniszczona) szybko je opanowuje. Zobaczcie jak tu ekspansywnie wchodzą młode wrześnie i na jak sporym terenie.

wrzesnia15

wrzesnia14

wrzesnia13

Taka piękna roślina, której łanowe występowanie wielu z nas pamięta z dzieciństwa, zasługuje na ochronę, a kamieńce na zachowanie. Niemiecki tamaryszek (pod taką nazwą czasem znajdziecie wrześnię w literaturze i sieci) wraz z właściwym tamaryszkiem i podobnym do nich, ale nie spokrewnionym z nimi – saksaułem, to bardzo interesujące rośliny pionierskie o oryginalnym ulistnieniu, biologii, zastosowaniu i znaczeniu. Zaryzykuje tezę, że to września pobrzeżna z trzech wyżej wymienionych roślin, jest najmniej poznana i zapewne kryje jeszcze wiele tajemnic.

 

 

 

Reklamy

Trędowniki

Te interesujące rośliny mają/miały tak wiele zastosowań i opinii (także dyskusyjnych i to aktualnie!), że nadają się wspaniale do studiowania etnobotaniki. Wszystko zaczyna się już od samej nazwy – podobno od leczenia trądu (a raczej zdolności kojenia wszelkich podrażnień skórnych)… ale przecież nie trĘdu… do tego jest ich wiele gatunków na świecie (w Polsce generalnie jedynie trzy) i jeszcze spokrewnione są z takimi arystokratycznymi roślinami w kulturze jak dziewanny, albo z tak mało znanymi (w sensie wiedzy o nich, a nie rozpoznania) jak np. namulnik. Kto z Was wie coś o namulniku? 🙂

Do typowego dla naszej części świata (a trędowniki występują głównie w Europie i Azji, także w Ameryce Płn.) gatunku zalicza się trędownika bulwiastego Scrophularia nodosa. Jest znany kilku środowiskom przyrodników np. pszczelarzom (bo daje naprawdę dużo pożytków pszczelich !), ale też ziołoznawcom jako roślina lecznicza. Badacze ciem wiedzą, że z trędownikiem jest związana jeden z nocnych motyli poprzez bazę pokarmową i miejsce rozwoju.

Co do leczenia, to jest to główne pole do popisu dla badań etnobotanicznych – po pierwsze roślina trująca (ale poza tym stwierdzeniem niewiele więcej się doczytamy), po drugie leczono nią kiedyś specyficzną odmianę gruźlicy, po trzecie istnieje wiele podejść do leczniczego stosowania rośliny: najczęściej to liście lub ich przetwory, także w starszych opisach występują „kłącza”, a pojawia się czasem także zalecenie stosowania doustnego. Oby to nie było tak jak w przypadku żywokostu…

Jest oczywiście obecna i w tej grupie roślin kulturowa figura specjalnego, niezwykle pomocnego trędownika chińskiego / xuan shen – Scrophularia ningpoensis. W Europie wszelkie rośliny – nawet te same lub bardzo blisko spokrewnione w wydaniu chińskim  uchodzą za fantastyczne lekarstwa. To z tego gatunku wywodzi się (prawdopodobnie) pomysł na stosowanie suszonych korzeni i płynów/tinktur wytwarzanych na sproszkowanych korzeniach. Pewnie dotyczy to trędownika bulwiastego? Troche tracimy jednak na pewności, gdy dowiemy się, że w Chinach występuje 681 gatunków trędowników, w tym 415 endemicznych (czyli takich, które nie występują poza określonym obszarem, czasem niezbyt dużym, w pewnych warunkach także na obszarach rozproszonych).

Informacji jest sporo… Szukajcie, a znajdziecie! Do tego wszystkiego jest spór co do zapachu trędownika bulwiastego: czy to jest „niemiła woń” czy roślina wręcz śmierdzi? No i co z bliskimi krewnymi trędownika bulwiastego, gdybym Wam zacytował opisy dwóch z trzech gatunków z Polski, to są identyczne… a rośliny jednak inne.

Co w takiej sytuacji robić? Jak żyć z takim mętlikiem trędownikiem? 🙂 Pewnie najlepiej sprawdzić samemu. Zacząłem od uprawy, którą nazwałbym pół-dziką, bo raczej wspierałem rośliny, które licznie się pojawiały w różnych miejscach Biotopu niż sadziłem czy rozsiewałem. Trędownik okazał się bardzo piękną, ekologicznie ważną i mocną rośliną. To co się działo na kwiatach w lecie, to nie mieści się w kategorii – „budzi zainteresowanie pszczół”… to była masowa, nieprzerwana pszczela (wielu rozmaitych gatunków) celebracja kwiatów trędownika. Na koniec jeszcze jeden problem, co z bulwami… jakiekolwiek i gdziekolwiek miały by one być?

Po fotografiach jakie zrobiłem w ogrodzie zorientujecie się, że na liściach jednak nie poprzestałem.

tradownik1

tradownik2

tradownik3

tradownik4

tradownik5

 

Valeriana officinalis (radix)

Kończy się sierpień i powoli wracam do pisania blogowych listów o roślinach. Mam kilka bardzo interesujących doswiadczeń, a w Biotopie przybyło nam kilka bardzo ciekawych istot… od wczoraj obserwuje przepiękną ćmę (ale lata także w dzień) o intrygującej nazwie: krasopani hera, dwa dni pod rząd odwiedzał nas (na pewnej wysokości rzecz jasna) klasyczny orzeł przedni, a po sporych opadach w moim ryżowym mini poletku pojawił się kumak górski! Mieliśmy ulewne deszcze, grad i wiele dni po 35-38 stopni C przez pół dnia… górska permakultura się całkiem dobrze wybroniła!

Wiele się dzieje w zielarstwie i ziołolecznictwie, a na FB wydaje się być już wielki ścisk i kolejne fantastyczne ziołowe odkrycia gonią kolejne fantastyczne odkrycia… dziesiątki zielarzy/zielarek spotyka się i rwie, kopie, wyciska i „odkrywa”… co za piękny świat nas czeka, tyle umiejętności, retort i specyfików. Wyszliśmy już nawet poza mydła! Ba, poza kremy na lanolinie! Nie wszystko też zalewa się spirytusem, chociaż ta ścieżka trzyma się mocno.

Pomyślałem, że może i ja coś Wam pokaże, ale tak klasycznie bardziej, powściągliwiej, uspokajająco i bez odkryć… Foty z Biotopu pokażą Wam najlepiej jak wiele pracy potrzeba do sprawnego pozyskania i wysuszenia korzeni kozłka lekarskiego Valeriana officinalis.

Ta roślina to pewnego rodzaju kanon i klasyka, obecnie lekko zapomniana w powodzi „nowinek” 🙂 a warta jest zainteresowania i stosowania w swoim życiu. Jak to bywa z dawno poznanymi roślinami, dobrze opisuje jej moce sama nazwa – valeriana jest od mocnego, twardego zdrowia. Opisy i zastosowania znajdziecie tam gdzie Wam łatwiej będzie czytać. Zielarstwo staje się bardzo ideologiczne w Polsce więc korzystajcie z własnych, ulubionych źrodeł, a to od guru zielarstwa wszelakiego, a to od guru dzikich roślin jadalnych, a to od tych co kiszą wszystko co wpadnie w rece, a to od słowiańskiej tożsamości … co komu w duszy gra, bo to bez znaczenia gdyż roślina pozostaje stale ta sama.

Powolutku uprawiałem (przez dwa lata) obok siebie kozłka „uogrodowionego” na tle wielu kęp dzikich kozłków jakie rosną w Biotopie, bo chcą, a ja im nie przeszkadzam. W jesieni zeszłego roku wykopałem kilka dzikich roślin w kilku miejscach Zamagurza i to dało mi do myślenia. w tym roku, po dwóch latach uprawy udokumentowałem zbiór korzeni w ogrodzie. Fot jest więcej i wiele ciekawych obserwacji i wniosków zostawiam do mojej nowej książki… także o walorach zapachowych kwiatów i korzeni… ale teraz cieszmy się kozłkiem i jego korzeniami czyli surowcem zielarskim – radix valeriana officinalis.

kozlekradixA

kozlekradicB.jpg

kozlekradixC.jpg

kozlekradixD.jpg

kozlekradixE.jpg

kozlekradix1

kozlekradix2

kozlekradix3

Lato albo zbieranie myśli po warsztacie czerwcowym…

madzianot1

Sporo czasu upłynęło od warsztatu czerwcowego, jaki w znakomitym towarzystwie celebrowaliśmy pomiędzy 14 a 18 czerwca! Program obejmował praktyczny wstęp do permakultury górskiej ( budujemy ją od 2014 roku w Biotopie Lechnica) oraz wycieczki etnobotaniczne, które zawsze łączę z elementami bioregionalizmu.

Tym razem poza samym Biotopem, gdzie widać 7 warstw i 4 strefy permakultury wg. Billa Mollisona (zobaczcie na notatki! uczestniczki warsztatu), wybraliśmy się na południowa granicę Zamagurza. Celem było jeziorko górskie tuż pod granią Magury Spiskiej, a prowadziła do niego droga i ścieżka w znakomitym terenie gdzie jak na dłoni widać było zróżnicowanie siedlisk i kolejne strefy górskie: doliny, stoki wzdłuż potoków i strome stoki z lasem typu reglowego. Przy jeziorku złapał nas drobny deszcz, ale nikt się nie przestraszył na tyle aby nie podziwiać pracy bobrów i widoku na Koronę (Trzy Korony), które pięknie oznaczają północną granicę Zamagurza. Z najciekawszych siedlisk warto wymienić interesujący potok niosący wapienny rumosz skalny wypływający ze stoku zbudowanego z fliszu karpackiego! Zwracały uwagę zarośla róży bezkolcowej (alpejskiej), storczyki, podmokłe łąki i owocujące wawrzynki wilcze-łyko… i wiele, wiele innych roślin.

madzianotki3

Osobną wyprawą (na wyraźne prośby warsztatowiczów) poprowadziłem w Beskidzie Sądeckim. Chodziło o wyczekiwane spotkanie z pokrzykiem wilczą jagodą czyli „belladonną” ! To była prawdziwie karpacka wyprawa! Deszczyk, potem mgły, wilgoć i kolejne pięknie kwitnące „belladonny” , znajoma salamandra, a na koniec prawdziwa bacówka z wędzonymi serami z mleka owczego! Oczywiście były bliższe spacery i obiady w miejscowych knajpkach – kofola i vinea lały się strumieniami! :-)))

Sporo mówiliśmy o całkiem nowych i w części moich autorskich koncepcjach etnobotanicznych w rodzaju „super roślin” istniejących (tylko) w kulturze, ale także o sztuce blisko roślin, a nawet o świadomości roślin. Interesujące było także zakończenie warsztatu, bo udało się na krótko (zbyt krótko!) dotrzeć do zachodniej granicy Zamagurza, nad przełom Białki pod Krempachami. Tam znajduje się górach o nazwie Obłazowa, a w niej kilka jaskiń. Znaleziono w nich kości wielkich, wymarłych drapieżników (np. lwa!), a także najstarszy, znany bumerang. Ta broń (ale bywa też instrumentem muzycznym) wykonana jest z ciosu mamuta. W jaskini żyli ludzie potrafiący wykonywać rozmaite przedmioty użyteczne z radiolarytu pienińskiego. Cóż, mnie zainteresowały tam najbardziej kości reniferów… 🙂 To była kolejna nasza wyprawa w to miejsce, a planujemy coś znacznie większego jeszcze w te wakacje!

Skład grupy warsztatowej gwarantował interesujące interakcje i było sporo ciekawych rozmów i planów na przyszłość.

Mój plan jaki ogłosiłem nad jeziorkiem na stokach Magury Spiskiej (spontanicznie wybrane miejsce będzie strażnikiem postanowień) brzmi: KONIEC WARSZTATÓW JAKIE ZNACIE! Tak, to były ostatnie warsztaty z tzw. naborem chętnych i promocją na fejsie. Dla mnie ta formuła się wyczerpała.

Upływa już cztery lata od rozpoczęcia naszej holistycznej pracy pod nazwą Biotop Lechnica i pewnie wszyscy, którzy chcieli się przyłączyć, zrobili to. Praca z roślinami, ze sztuką, z sobą wymaga czasu. Wkrótce opiszę problem czasu jaki jawi mi się jako podstawowy w rozumieniu i badaniu roślin. Mam wrażenie, że zaczynamy kolejny, nowy etap w tym co robimy z Anią w muzyce, w relacjach z innymi, z organizowaniem swojego czasu i teoretycznym namysłem, a głównie z uczeniem się. Mam ciągle entuzjazm do pracy z innymi, do dzielenia się, może czasem do nauczenia czegoś (bo sam popełniałem wiele błędów i zyskałem doświadczenie), ale nie czuję się dobrze z „naborem” do uczestniczenia w świętowaniu bycia w cudownych miejscach. Nie zamierzam się ścigać, zabiegać i oszałamiać programem! 🙂

Tłumacząc moje postanowienia na język praktyki: nie będzie warsztatów majowych w 2018 roku, w czerwcu będę chętnie widział grupy i osoby z konkretnymi propozycjami co do zakresu spotkania (więcej permakultury górskiej, ale i pogłębiona praca z roślinami). Jeżeli będą zainteresowani, to uzgodnimy terminy, sposób rezerwacji noclegów (najlepiej jak to uczynicie sami – podam wszelkie namiary). Bardzo chętnie będę się spotkał na przyjacielskich lub barterowych zasadach z osobami, które przez ostatnie cztery lata znalazły czas aby być z nami, pomagać i wspierać! Zawsze znajdzie się jakaś sensowna praca, a potrzeby znacie, są i będą wielkie (Aga, dzięki wielkie za zestaw organicznych środków kuchennych!). Przez cztery lata wyłoniła się już grupa podstawowa i mam wiele chęci pracować z Wami znacznie więcej!

Czy to się uda? Nie wiem, ale podam fakty: w maju poza „zwykłymi” warsztatami, odbyły się jeszcze dwa inne, specjalnie umówione i bardzo satysfakcjonujące. Od tamtej pory mieliśmy tak dużo ciekawych gości przynoszących tyle nowych pomysłów i energii, a czekamy jeszcze na kilka do końca lipca, że liczymy na odpoczynek dopiero w sierpniu?

W Krakowie mamy w jesieni cykl otwartych spotkań i one przejmą rolę warsztatów, na które możecie przyjść (lub nie), niczego wcześniej nie planować, a nawet nie wiedzieć czy interesują Was rośliny, albo czy warto poświęcać swój cenny czas Markowi Styczyńskiemu ! Planujemy 3 takie spotkania w Bonobo przy Małym Rynku w Krakowie plus jeden koncert sięgający do surowych praktyk z tundry. Sporo piszemy, teksty są zazwyczaj dostępne, przygotowuje książkę i sporo zmian w Biotopie. To co się dzieje wokół nas, to szaleństwo zapowiada głębokie zmiany w świadomości, ale tego rodzaju zmiany nie przychodzą łatwo i bez oporów. Koncepcja Żywej Ziemi powraca, zajmujemy się świadomością roślin, szukamy nowych dźwiękowych ścieżek porozumienia i słów na opisanie ważnych praktyk, budujemy niezależne obiegi i mamy sposoby na leczenie oskalpowanej Ziemi. To nie jest czas na podchody na fejsie, lajfstajl i zabieganie o uwagę ludzi, którzy na niczym uwagi skupić nie potrafią.

madzianotki6

Miejcie oko na wydawnictwo BWA w Katowicach – będzie szybko, a w nim znakomite prace artystów, podsumowanie projektu i teksty, w tym mój i Anny Nacher. Tak, tak o „szamanach i rytuałach” … 🙂

Madzi Podziewskiej jestem bardzo wdzięczny za udostępnienie notatek, ale głównie za to, że te notatki robiła! To buduje chęć uczenia się aby dzielić się czymś istotnym!

my.tujko

Fota Małgosia Tujko, „gejzer” trawertynowy, dzięki!

Radykalny herbalizm i inne czerwcowe aktywności

tarninasnow5

Tegoroczny maj dał mi wiele do myślenia… np. to, że bardzo trudno łączyć systematyczne i terminowe prace w permakulturze Biotopu z aktywnościami w rodzaju pisania teoretycznych tekstów, przygotowywania otwartych, publicznych spotkań, prowadzenie warsztatów terenowych, a dodatkowo zajmowania się muzyką i to w ten, najbardziej wymagający sposób, czyli grania koncertów i sesji w studiu nagraniowym.

Przy tych wszystkich pracach, których kulminacja zdaje się rozciągać także na czerwiec, obserwuję jednocześnie jak media (w tym FB) z sukcesem zagospodarowują ekologiczne problemy w rodzaju polskiej niechęci do drzew (jednym z objawów tego długotrwałego zjawiska jest  „lex Szyszko”), medialny wzrost (?) zainteresowania zielarstwem, tzw. dziką kuchnią i wieloma aspektami życia ludzi z wielkich miast, którzy deklarują niezwykłe przywiązanie do przyrody, a nawet grają (pewnie nieświadomie) nawróconych na „ekologię”. Jak grzyby po deszczu powstaje cały przemysł lajfstajlowy o sugerowanym, zielonym zabarwieniu. Wszystko, (prawie) wszystkim zaczyna się mieszać ze sobą i ekopapka podlana polityką, zaczyna zatykać, jako tako drożne dotąd, kanały informacji i rozmydlać, jasne dotąd, myśli i idee. Wchodzimy w czas społecznej „ekomiażdżycy”, bo miażdżyca to inaczej arterioskleroza. Mamy zatem „wielkie” akcje (stwarzane jako „wielkie” przez media, a nie przez ich odbiorców), akcje małe (omijane przez „oko Saurona”, broniące się uporem i konsekwencją, a głównie oryginalną ideą), akcje w nurcie środowiskowego trendu i te „niszowe”, bo środowisko – jak nigdy przedtem – przypomina stado owiec prowadzonych przez sprytną kozę. Tak, tak, okazało się, że owce bardzo szybko przyjmują, że koza jest hiperowcą i należy się jej kierownicza rola.

To wszystko pestka, niech mają, niech się cieszą, może są w wielkiej potrzebie, może nie potrafią inaczej, egowzdęcia są uciążliwe, więc nie ma czego zazdrościć, niech tam! Szkoda tylko, że tyle emocji, tyle słusznego gniewu, porywów woli i słów, dyskusji, polemik idzie w gwizdek. To, że moi starzy koledzy z tzw. środowiska ekologicznego powielają błędy popełniane z podziwu godną konsekwencją już od 30 lat, można (?) jakoś zrozumieć, ale całe rzesze młodych ludzi dają się wodzić jak na sznurku, a raczej odwodzić od wszystkiego, co ma w tej naszej poważnej grze o życie, jakiekolwiek znaczenie.

Nie specjalnie czuję powołanie, ale przypominam: # rośliny i zwierzęta to nie rzeczy, są żywmymi istotami, # las i łąka, morze i góry, nie są „zielonym marketem” stworzonym do brania darmówek (co zrobiliście dla tych miejsc?), # zabawa w „ekofarmy” na oknie albo trzymanie roślin w butelkach, jest jak obóz koncentracyjny (one też były doskonale zorganizowane) i niewiele się różnią od aktów powolnego uśmiercania drzew, przez ich tzw. ogławianie, # przemysłowe rolnictwo zaczyna gubić określenie „rolnictwo” i dawno nie produkuje dobrej dla zdrowia żywności, a ciągle uczy się tych metod, # tzw. rolnicy w naszym kraju sypią, leją i opylają chemią wszystko co się da i dzielą swoje uprawy na te dla siebie (mniej zatrute) i te na sprzedaż. Karmią nas przy tym także słabymi w smaku bajkami o wysokiej jakości żywności produkowanej przez rodzinne gospodarstwa. # W prawie każdej sprawie związanej z ochroną przyrody jaką nagłaśniają media, ta ochrona jest najmniej ważna i zawsze chodzi o zbudowanie drogi, parkingu, podzielenia na działki itp. sprawy. # Ci co bałamucą w dyskusjach „ekologicznych” pseudoreligijnym „interesem człowieka”, mają na myśli bardzo konkretny własny interes i nie jest trudno go zobaczyć, # podpuszczaczom od „zielonej energii” chodzi głównie o to, aby wreszcie dostać zwrot za wykupione papiery udziałowe, # a mediom chodzi o podbicie sprzedaży reklam za sprawą wzrostu „klikalności”.

I dlatego warto myśleć, sprawdzać, pytać i uczyć się. Staram się ciągle uczyć.

Nauczyłem się w maju, że # sadzonki ze szklarni utrzymywanych w sposób, jaki jest przedmiotem nauczania na studiach ogrodniczych i rolniczych, nie nadają się do obsadzania ogrodu, nauczyłem się, że # hydroponika jest efektownym sposobem na wchodzenie tylnymi drzwiami z przemysłem produkującym tkanki roślinne przeznaczone do produkcji pseudo-pokarmu w sposób całkowicie sztuczny, utwierdziłem się w przekonaniu, że #  5 hektarów ziemi w górach ciasno zasłoniętych „panelami słonecznymi”, to nie „zielona energia”, a 5 hektarów zniszczonej ziemi plus dotacje na sieć dróg, budowli, kablowania i śmietnisko, nauczyłem się, że # „czerwone” róże z kwiaciarni (przepraszam: „od florystów”) są ledwo różowymi kwiatami, chemicznie i krótkotrwale spreparowanymi dla osiągnięcia celu handlowego, zobaczyłem też u siebie na osiedlu, że #  rodzice małych dzieci, którzy nie zgadzali się na podwyższenie czynszu o 1 zł miesięcznie na wzbogacenie zieleni, chętnie zrzucili się (także z mojej kieszeni) na śmierdzącą, plastikową wykładzinę wyłożoną wokół piaskownicy. Ich dzieci będą miały dzieciństwo w „bezpiecznej” odległości od przyrody… i zapewne zaakceptują w przyszłości wycięcie wszystkich lasów jakie jeszcze zostaną (?), a także przerażających i pełnych kleszczy wysokich traw! 🙂

superziolo3

Zmiana wymaga namysłu, analizy sytuacji, otwartości na wymianę myśli, praktycznego dotknięcia czegokolwiek realnego, od zgromadzenia nasion po zaakceptowanie, że jesteśmy ciągle na początku drogi w rozumieniu świata. Ewolucja tworzy nadmiar, aby pula rozwiązań była możliwie szeroka. Nic nie jest dane na zawsze. Drobni szaleńcy, którzy mają władzę na kilka chwil odejdą, a my z czym zostaniemy? Z naszą „racją”? Nie powinniśmy się zbytnio wiązać emocjonalnie z „przeciwnikami”, są inne sprawy, ważniejsze, te, które budują przyszłość. Do nich należy skopanie grządki pod bogate zestawy roślin wspierających nas i siebie: kukurydza z fasolami i dynią, ryż z soją, ziemniaki z bobem… Do tych spraw należy indywidualne odkrycie, że rośliny budują naszą kulturę i nawet najgłubszy minister nie zmieni tego nawet na ułamek sekundy, co gorsza dla niego, podtrzymuje i umocnia ten proces (wzruszenie ramionami czasem jest skuteczniejsze niż ogniste polemiki wygłaszane do ściany).

Osiem roślin zbudowało mityczną, legendarną super-roślinę, a bioaktywność zapewniła jej wejście do dość prymitywnej jeszcze kultury ludzkiej. Czy na tym koniec? Według mnie, jest to dopiero początek nowej historii związków roślin i ludzi. Bo wreszcie przestaliśmy się jałowo śmiać z koncepcji komunikowania się roślin. Rośliny mają zmysły, bywają rozedrgane i można wejść w sferę ich świadomości. Świadomość roślin – koncepcja zbyt radykalna? To może praktyczna strona wiedzy, że tylko powszechna sieć drobnych gospodarstw i upraw ( pierwsza książka Billa Mollisona zaczyna się od cytatu ” możesz podziwiać wielkie posiadłości, ale jeżeli chcesz założyć ogród … to mały”) jest w stanie wyżywić miliardy ludzi. Stale odnawiające się, trwałe rolnictwo (permanent agriculture) jest zaprojektowaniem dobrego życia. Bonusem będzie hortiterapia, leczenie drzewami, kontakt dłoni i stóp z glebą, dobre i budujące organizm jedzenie i kreatywny, uwolniony z medialnych glutów umysł. Taki umysł jest w stanie zrozumieć, że sprzedawane wysyłkowo pudła z nasionami i łopatką nie są „permakulturą”… 🙂 Rożróżnianie spraw istotnych od niepotrzebnych i nieistotnych jest ważne.

Wszyscy się mogą tego nauczyć.

Fotografia/idea (Piotr Siwek/Marek Styczyński) i grafika (Aneta Sitarz/Marek Styczyński) to robocze etapy wizualnie opracowywanego tematu wykładu Radykalny Herbalizm jaki odbędzie się w Bunkrze Sztuki w Krakowie w sobotę 10.06.2017 r. Także w Bunkrze Sztuki – 11.06.2017 r. zagramy koncert Throbbing Plants z muzyką i tekstami z CD o tym samym tytule (zobacz na http://www.magiccarpathians.com) Kuratorką tego projektu jest Karolina Vyšata.

Wszystkie poruszone w tym wpisie problemy będziemy omawiali i praktykowali podczas warsztatu etnobotanicznego/permakulturowego w Biotopie Lechnica 15-18.06.2017 r. Sporo z nich pojawi się w czasie ostatniego przed wakacjami, cyklicznego spotkania w Krakowie w Księgarni/Kawiarni Bonobo 8.06.2017, a tych, którym bliska jest symbiotyczna muzyka zapraszam na koncert 11.06 w Bunkrze Sztuki (Throbbing Plants), 24.06 (Throbbing Plants i utwory z jeszcze nie opublikowanej płyty Closely Knit, Tightly Woven) w Bonobo i 25.06 w ramach cyklu imprez organizowanych przez Teatr Łaźnia Nowa w Nowej Hucie (Karpaty Magiczne – Nacher/Tekiel/Adrjanczyk/Kubek/Styczyński) gdzie zaprezentuję tradycyjne, roślinne rośliny i zagramy nowy program, przygotowywany na nową płytę Karpat Magicznych.

gesi17OM

A do tego dość bogatego programu dochodzi jeszcze Fotograficzne Akcja Górska Plener Fotograficzny w Lechnicy realizowany równolegle z warsztatem w Biotopie w dniach 15-18.06.2017. Gęsi w potoku Havka, tuż pod Biotopem fotografował w ostatnią sobotę Omar Marques.

Wszelkie pytania i rezerwacje w sieci lub na maila: marek.styczynski@gmail.com

Pierwiosnkowy warsztat

warsztatlulecz1

Wiosenny czas upływa szybciej 🙂 i jesteśmy już po pierwszym terenowym warsztacie w Biotopie Lechnica! Pogoda szykowała się na ten „długi weekend” typowo karpacka i słabsi fani prawdziwego spotkania z Naturą odpadli, ale grupa uczestników warsztatu, która dotarła na prawy brzeg Dunajca w Pieninach, okazała się znakomita, radosna, pełna wiedzy, chęci do działania i inspirujących dyskusji. Dziękuję wszystkim za uczestnictwo, były to jedne z najprzyjemniejszych warsztatów jakie prowadziłem!

warsztat1:17AgaPN

warsztat1:17boym

Warsztat1:17PN

Pierwsze dwie osoby dotarły już w piątek 28 kwietnia, a wyjechaliśmy z Biotopu 3 maja, był to więc jeden z najdłuższych warsztatów wiosennych w (mojej) historii! Karpacka pogoda to mgły, wiatr, deszcz dłuższy lub krótszy, a czasem niebieskie niebo i słońce. Nie wiem dlaczego tak wielu ludzi stawia na jednorodną aurę, która w deklaracjach powinna składać się wyłącznie z ostrego słońca, ciepła i suszy. Wspaniała przyroda Spisza (bo warsztat odbywał się na Zamagurzu, specyficznym, mikroregionie Spisza) bierze się jednak wprost z „karpackości”, w tym także karpackiej aury. Warsztat obejmował trzy obszary (zarówno wiedzy jak i topograficznie…) i przygotowałem kilkanaście wariantów wejścia w nie, nie było więc problemu z płynną realizacją zamierzeń i pewnie 🙂 oczekiwań! Etnobotanika terenowa to mój najstarszy sposób na warsztaty, ale do tego w tym roku doszedł skrócony kurs permakultury górskiej, łącznikiem było poznawanie zróżnicowanych siedlisk i środowisk przyrodniczych i form krajobrazu. Te ostatnie, w naszych Górach Smoczych są doskonale zróżnicowane geologicznie. Pierwsze czego uczę na moich warsztatach, to nie szukanie określonych gatunków roślin, a siedlisk i środowisk w jakich najprawdopodobniej je znajdziemy. Mikroklimat, geologia, obiegi wody, środowiska przyrodnicze, ekoton i efekt styku, to podstawy dla zrozumienia projektowania permakultury.

Najbardziej spektakularną częścią warsztatu były prace w Biotopie. Rozumiem, że opory budzi koncepcja wykonywania roboty w ogrodzie, „za którą jeszcze trzeba płacić”, ale przychodzi taki moment, że nawet najprzyjemniejsze dyskusje kawiarniane trzeba porzucić na rzecz konkretnej, dobrze zaplanowanej, ale i wykonanej samodzielnie pracy. Warsztatowicze pracowali przy: 1/ tworzeniu środowiska młaki górskiej / torfowiska, 2/ przebudowie murka kamiennego i poszerzenia grządki o wymiarach ok. 3 x 1,5 m, 3/ budowie stopni na stromej ścieżce ułatwiającej wejście na jeszcze nie uprawianą część ogrodu, 4/ porządkowaniu dwóch starych pryzm kompostowych, przekształcanych od 2016 roku na grzędy wzniesione.

Górskie spacery do określonych roślin jakie mam do pokazania, przyniosły spotkania, o których wielu wytrawnych botaników może jedynie pomarzyć… Motywem przewodnim było kilka wspaniałych roślin, a pośród nich: lulecznica kraińska Scopolia carniolica (kilka licznych stanowisk plus nasze własne w Biotopie, którego genezę można usłyszeć w wersji tekstowo-muzycznej na płycie Throbbing Plants… a kilka osób pytało, czy to TE rośliny!), żywokost sercowaty Symphytum cordatum (okolice Biotopu należą do tych niezwykłych miejsc gdzie znajdziemy trzy gatunki żywokostów!), zimowit jesienny Colchicum autumnale ( wiosenna forma z liśćmi i torebkami nasiennymi w imponujących ilościach!), chryzantema Zawadzkiego Dendranthema zawadskii (rarytas botaniczny, pieniński endemit, roślina jeszcze nie kwitnąca, ale z bardzo bliska!), lilia złotogłów Lilium martagon (bardzo charakterystyczne formy jeszcze bez kwiatów!), czworolist Paris quadrifolia (w tym nasza specjalność czyli formy o 2,3 i 5 liściach… magiczne Wronie Oko !), listera jajowata Listera ovata (storczyk o bardzo charakterystycznym wyglądzie liści), ciemierzyca zielona Veratrum lobelianum (utrwalenie prawidłowej pisowni nazwy tej wspaniałej rośliny, którą uparci botanicy wbrew źródłom i rozsądkowi zapisują „ciemiężyca”… także coś o kichawicy, fajkach pasterzy i wszach…). Z ciemierzycą jest nie tak prosto także i w sferze gatunkowej, bo wielu autorów sklania się do tego, że ciemierzyca zielona jest podgatunkiem ciemierzycy białej Veratrum album… a jest jeszcze ciemierzyca czarna Veratrum nigrum, która należy do grupy roślin ginących w Polsce…

VERATRUM NIGRUM

Podobna przygoda z nazywaniem roślin spotkała pierwiosnkę lekarską Primula veris (officinalis), której zmienia się „płeć” na męską formę – pierwiosnek, wbrew przyjętej zasadzie – „primulka”, a nie „primul”, a także wbrew temu, że pierwiosnek to nazwa pewnego gatunku ptaka! Warsztaty w części terenowej odbywały się pośród łanów pierwiosnek, które zabarwiały odległe hale na piękny, złoto-żółty kolor! Siemiopalecznik błotny Comarum palustre okazał się bardzo intrygujący dla wielu zorientowanych w ziołolecznictwie! W kilku miejscach napotkaliśmy kokorycz pustą Corydalis cava i przepiękną kokoryczkę wielokwiatową Polygonatum multiflorum. Być może, poza łanami lulecznicy, wycieczka do naturalnego drzewostanu cisowego Taxus baccata ( a jest to drzewo o niezwykłych właściwościach… i nie chodzi mi o drewno na łuki, a o antyrakowość substancji czynnych, brak żywicy w drewnie, długowieczność, skłonność do tworzenia „drzewo-lasu”….), była najciekawszym elementem moich spacerów roślinnych. Pośród wielu innych roślin, jeszcze dwie muszę wyróżnić – las z dzikim barwinkiem Vinca minor oraz kilka hektarów olszynki i zniekształconego grądu z czosnkiem niedźwiedzim Allium ursinum! Tam też pokazałem jak robi się etnobotaniczny wywiad terenowy z miejscowymi zbieraczami, którzy potwierdzili nowe zastosowanie czosnku w postaci „pesto” i nawet otrzymaliśmy słowacką wersję znanego także z Polski przepisu na domowe przygotowanie czosnkowego, karpackiego pesto! Na fotce Kasi Lewińskiej „podłączyłem” się razem z Pawlem … do zbioru sympatycznej grupki miejscowych pań… 🙂

czosnek17PN

Wykorzystując dzień bez deszczu, a na przekór obawom z pięknym słońcem i ciepły, wybraliśmy się na nioeco dalszą wyprawę etnobotaniczną z elementami bioregionalizmu i pokazami terenowymi siedlisk, środowisk i ekotonów… ponad halami z pierwiosnkami i zimowitami, weszliśmy na zbocze, a później grzbiet i szczyty dwóch wzniesień pienińskich, które przewyższają znane szczyty – Koronę (Trzy Korony) i Sokolicę! Były to dwa szczyty z pierwszej trójcy – Watrisko (1015 m n.p.m.) i Smerekovec (1012,8 m n.p.m.). ten ostatni zwany jest też Vysoką, ale to bardzo mylące wobec tego, że aż trzy szczyty wznoszące się w pobliżu siebie bywają tak nazywane, w tym Vysokie Skałki – najwyższa góra Pienin (1050 m n.p.m.), na które nie weszliśmy po zobaczeniu jakie mrowie ludzi kłębi się na tym polsko-słowackim szczycie (Watrisko i Smerekovec leży na stronie SK). Wyprawa do trawertynowego jeziorka (nazywanego Kraterem – woda znakomicie relaksująca ciało, temperatura 22 stopnie, jeziorko w trawertynowym gejzerze o średnicy 20 m i głębokości 3 m) to stałe element moich warsztatów! Zwiedzanie plenerowej wystawy rzeźb z trawertynu zapewne utrwaliło garść geologicznych informacji o tej ciekawej skale i zjawiskach jakie trawertyn budują.

Osobnym elementem o stałym charakterze jest wizyta w Czerwonym Klasztorze. Klasztor i dzieje alchemika, botanika, lekarza, poszukiwacza minerałów i jednego z pionierów badań nad Pieninami i Tatrami tzw. Brata Cypriana, a nade wszystko Jego botanoteka (stara forma zielnika z zapiskami) dodaje całkowicie innych wymiarów dla kilkudniowego pobytu na Zamagurzu i w Pieninach.

Dwa małe elementy muzyczne (celebracja specjalnego miejsca na przełęczy nad Havką z pomocą koncovki z drewna bzu czarnego oraz z inicjatywy Pawła gra na drewnianym gongu/dzwonie han (z rejestracją w stylu field recordings), jest zapowiedzią trzeciego filaru warsztatów w Biotopie – etnobotanika i permakultura wspierana będzie przez eksperymentowanie z dźwiękami i krajobrazem dźwiękowym, a także tzw. sound walk-ami. Ruszamy z tym od jesieni!

Fotografii z warsztatu jest już bardzo wiele, a oczekuję jeszcze zapowiedzianych… i całkiem sporo z nich, to naprawdę doskonałe ujęcia, ale będę je pokazywał osobno, a w tym sprawozdaniu pokazałem te, które spłynęły do mnie jako pierwsze od Kasi Lewińskiej i Pawła Nowickiego (poza pierwszą fotą lulecznicy). Bardzo Wam dziękuję (Kasia także ubiegła mnie robiąc wpis o warsztatach na swoim blogu… !) !!!!!

Następny, otwarty dla wszystkich chętnych, warsztat organizuję w czerwcu – od 15 do 18 czerwca (czwartek wolny od pracy i szykuje się „długi weekend”) i lista jest już prawie pełna… przemyślane zgłoszenia proszę kierować mailem: marek.styczynski@gmail.com

 

 

 

 

 

Góra cisów

gruszaJa

Według Patrice Bouchardon nastawienie ludzi do drzew wiąże się z 7. typami podejścia do natury. ROLNIK traktuje drzewa jako zasoby możliwe do eksploatacji, BIOLOG w drzewach widzi przedmiot badań, ROMANTYK upatruje w drzewach twory odzwierciedlające jego własne cierpienia, OGRODNIK traktuje je jako coś, o co trzeba dbać, SZAMAN ma w drzewach swoje źródło siły, EKOLOG traktuje je jako żywe istoty, a MISTYK widzi w drzewach części kosmicznej całości. Pewnie już przypisaliście siebie do jednej z tych kategorii (a może dwóch lub więcej?) i czas na uzupełniające cechy charakterystyczne dla nich – te kiepskie i te dające możliwość rozwoju w pozytywnym kierunku.

Rolnik interesuje się tylko sobą i swoimi własnymi potrzebami. Nie specjalnie jest tu pole popisu ku rozwojowi i dźwiganiu się na wyższy poziom świadomości… chociaż rolnik może to czynić dzieląc się z innymi własnymi zasobami (w permakulturze jest to jedna z podstawowych zasad – dzielenie się nadwyżkami). Biolog jest według Bouchardon zazwyczaj nadaktywny i chce wprowadzać zmiany. Może jednak rozwijać się pielęgnując swój szacunek dla natury. Romantyk, przenosi swoje uczucia na naturę, ale może budować się przez rozwijanie swojej potrzeby poznania, zrozumienia i pokochania natury. Ogrodnika obciąża skłonność do działania z miłości do siebie, którą to skłonność może i powinien przekształcać w działanie z miłości do natury, która jest w nim zawsze obecna. Szaman, jak zwykle jest dość dwuznaczną personą, bo z jednej strony chce poznać i manipulować siłami natury, a z drugiej strony traktuje to poznanie i władanie siłami natury jako katalizator kreatywności i inspiracji dla rozwoju własnej osobowości. Bardziej jeszcze pokrętną postacią jest ekolog – cechuje go dogmatyzm (w permakulturze Billa Mollisona – brak dogmatyzmu jest podstawowym „przykazaniem”) i skoncentrowanie na sobie, a jakąś ścieżką ratunku może być mistyczny pogląd na życie jako rzeczy ostatecznej. Mistyka gubi litość wobec siebie, ale może zbudować gotowość do poświęcaniu się służbie życiu. Rozumiem, że sporo „szamanów”, „rolników”, a szczególnie „ekologów”, zmienia teraz szybko swe przekonanie o przypisanym sobie typie… Na pociechę dodam tylko, że kategorie przynależności nie są sztywne i mogą łączyć kilka skłonności… Nie ma co się dziwić, że w kraju „rolników” i nie rozwijających się „biologów”, drzewa mają się tak marnie (bo leśnictwo jest osobliwym działem rolnictwa), a „ekolodzy” muszą być w mocnym konflikcie z „rolnikami”, a „mistycy” i „szamani” im wiele nie pomogą… 🙂

Po tym świątecznym wstępie pod rozwagę (jest „lany poniedzialek”) podzielę się z Wami całkowicie czarodziejkim spacerem na górę pełną dzikich cisów…

Wszystko zaczynało się bardzo typowo – jakieś informacje zawodowe, jakieś opisy w przewodniku, jakieś plany poprowadzenia grupy warsztatowej własnymi szlakami i ten dzień, w którym wszystko się kumuluje; świetni towarzysze wycieczki (w tym wypadku dwoje znakomitych leśników), wolny czas, auto do skrócenia dojazdu i potrzebne rozeznanie terenowe, poczynione tej wiosny prawie na miejscu. Kawa i z ciasteczkiem z Biotopowej kuchni i po niespełna pół godzinnej drodze pustymi drogami… jesteśmy na ulubionej przełęczy (ta kategoria obejmuje wiele bliskich nam przełęczy…), dobrze znanej z wypraw jesiennych i czerwcowych do setek, a może tysięcy zimowitów – kwitnących jesienią, a owocujących w czerwcu! Tym razem jednak już po przejściu stu metrów szeroką ścieżką, schodzimy od tak, po hali do potoku i wolno, krok za krokiem wspinamy się stromymi polanami ku skalnej wieży, która – niby latarnia morska – od dawna nas przyciągała o różnych porach roku.

Szlak, z którego właśnie zeszliśmy, wiedzie na najwyższy w Pieninach szczyt, a dzika droga, na którą weszliśmy może być dojściem do drugiego co do wysokości szczytu Pienin… Nasze spacery od dawna nie koncetrują się na masywie tzw. Pienin Centralnych (wystarczy nam piękny widok na Koronę z okna naszej kuchni), a prowadzą do mniej znanych, pełnych zagadkowych miejsc Pasa Skałkowego. Tworzy on naprawdę tajemnicze i pełne zaskakujących miejsc i znalezisk obszary na południe, zachód i wschód od masywu Korony z sąsiadującą Sokolicą.

Po kilku stromych podejściach i intuicyjnych, prawie pionowych zejściach do ciemnych wąwozów wyoranych w białych skałach przez zimne, bystre potoki, spotykamy pierwszego cisa. Drzewo jakby przywoływało wzrok swoim odrębnym światem. Podłużnie złuszczająca się, lekko różowo-fioletowa kora, wiotkie końcówki gałęzi z jaśniejszą zielenią, niż u wszechpanującej tu jodły, igieł i ten nieuchwytny rodzaj rozproszenia światła, już przefiltrowanego przez korony jodeł. Dotykamy to pierwsze na naszej drodze cisowe drzewo jakbyśmy dotykali wazy z epoki Ming… ale jest przecież cenniejsze i na szczęście silne, żylaste, twarde, sprężyste. Po nauczeniu oczu i umysłu rozpoznawania sfery „cis”, nie czekamy na długo na następne… i nigdy nie wiem, czy było ich więcej, czy my łatwiej rozpoznajemy po pierwszym spotkaniu, to co zawsze tam rosło? Jeszcze chwila wspinaczki (jak dobrze idzie się stromym skrajem lasu, jak smakuje każdy następny krok i przybliżająca się plama słońca obiecująca odpoczynek i ciepło) i wchodzimy w prawdziwe cisowe sanktuarium. Pnie grube i cienkie, pochylone i wystrzelające ku chroniących je koronom starych jodeł, pnie podwójne, jakiś pień ścięty przed laty, ale zalany kallusem i może cały czas żywy, utajonym życiem drzew, którego nie znamy i może nigdy nie poznamy.

Obchodzimy wielką skalną wieżę z laskiem sosnowych ostańców na szczycie, drzew wczepionych w niewielkie kamienne rynny wypełnione rumoszem wapiennym, igłami i liśćmi powoli zamienianymi na próchnicę. Pod niektorymi cisami znajdujemy małe i duże siewki, ale, ale… wiele z nich to nie siewki, a odrosty od sieci płytko rosnących korzeni poprzedniego pokolenia tej samej rośliny. Tyle, że my zauważamy tylko jedno ze stadiów, może dwa, a wszystko po czym tu chodzimy jest jest być może jednym, prastarym cisem zachowanym tu z epok jakie poznajemy jedynie przez nieliczne świadectwa.

Nie zatrzymujemy się tu na dłużej, chociaż przeciągamy do granic rozsądku decyzję o powrocie.

Stare wierzenia i praktyki (nie całkiem zapomniane) uznają cisa za bardzo mocne drzewo. Pewne ryty związane ze specyficznym stosowaniem dymu z cisa uznawane były za skuteczne odganianie stanów depresyjnych, ale i lek na oskrzela. Cis jednak miał zawsze coś z krainy nieśmiertelności, a ta ściśle powiązana jest ze śmiercią i żałobą pogrzebową. Pierwszy Druid Hu-Ar-Bras zasiadał podczas rytualnych zajęć na kole z drewna cisowego, a samo drzewo zajęło miejsce mocnego drzewa cmentarnego. Tajemnicze, pełne specyficznego cienia i ciszy stare drzewa cisowe zawsze uchodziły za miejsce pełne tajemnic i schronienie emanacji sił, z którymi nie zawsze chcielibyśmy obcować. Cały cis jest rośliną trującą i tylko osnówki (miąższ) jego owoców – bez pestek! – można bezkarnie zjadać. Pamiętam swe zachwycenia starymi cisami na wzgórzach jakie udało mi się kiedyś zobaczyć w Anglii, wiele cisów oglądałem w czasie swych zawodowych zajęć, jedna z gór cisowych wznosiła się nieopodal miasta mojego dzieciństwa, ale, nie przypuszczałem nigdy, że będę miał możliwość odwiedzania cisów tak blisko Biotopu!

Osadnictwo „celtyckie” na terenie Pienin i Zamagurza jest pewnym faktem historycznym, ale nie są znane przyczyny pozostawania tu tego interesującego „drzewnego” ludu? W okolicach Biotopu widoczne są wielkie ilości tarniny i głogu, są pozostałości dzikich jabłoni i gruszy (na fotce stoję pod dziką gruszą jakieś 7-8 km od opisywanej cisowej góry), są jodły i resztki dębów, sosna rośnie w miejscowych ekotypach zwracających uwagę nawet niezbyt uważnych obserwatorów, lipa i brzozy nie brakuje, a korony wielu wiekowych jodeł porastają jemioły… dla Druidów potrzeba było jeszcze tylko cisów, aby chcieli tu pozostać na dłużej. Trochę taka świąteczna etnobotanika… ale czy aż taka nieprawdopodobna?