Zielarski piec ogrodowy

IMG_1034

Każdy, kto pracuje z roślinami, a szczególnie zielarki i zielarze, mają do czynienia z pewnymi ilościami pozostałości po cennych roślinach. Czasem pozostaje sporo łodyg, liści, kwiatów, owoców, żywic, kory  i nie wiadomo co z nimi zrobić. W sytuacji gdy mamy własny ogród, sprawa jest prosta, bo zazwyczaj prowadzimy kompostowanie i wszelkie organiczne resztki wracają po tym procesie do ziemi. Jeżeli nie mamy takiego systemu, lub, co często trapi dobrych zielarzy, nie chcemy wszystkich pozostałości roślin kompostować, pozostaje stara tradycja spalania ziół w piecach ofiarnych. Piece takie, o znaczeniu religijnym znamy z kultury Tybetu. Wielkie piece stawiane są zazwyczaj na podwórkach klasztorów, a mniejsze, rodzinne, na… płaskich dachach domów zbudowanych z kamienia, ale istnieje też bardzo stara fotografia kamiennego pieca otwartego od góry, który służył ofiarowaniu wonnego dymu na Magurze Spiskiej (Karpaty, Słowacja) co miało być częścią kultury nomadycznych pasterzy, którzy ciągnęli przez Karpaty kilkoma falami. Fotografia, a szczególnie opis do niej, bywają kwestionowane, ale zasada (i potrzeba) istnieje od czasu „odkrycia” ognia i nie ma co się spierać. Piece tego rodzaju mają za zadanie wytworzenie aromatycznego dymu i jestem przekonany, że wiele tradycyjnych pieców chlebowych, stawianych poza domami, na wspólnej ziemi, miało tego rodzaju głęboką funkcję.

Bliska praca z roślinami wymaga spokoju, cierpliwości i dobrego nastawienia, co można podtrzymywać poprzez regularne celebracje, niezależnie od naszych osobistych zapatrywań religijnych. Stałe miejsce jest ważne i w prosty sposób można stworzyć warunki do tych spokojnych czynności, przez zbudowanie lub zastosowanie pieca ogrodowego. Istnieje cała rodzina pieców ceramicznych (dostępne w Europie najczęściej  wykonywane są z kamionki… w Chinach), których sztandarowym przykładem jest meksykański piec ogrodowy. Służy on do ogrzewania miejsc odpoczynku, a czasem też do ogrzewania węglem drzewnym pomieszczeń typu weranda, ganek lub taras. To nie są piece do grillowania! Tu wyraźnie trzeba zaznaczyć, że piece nasycone wszystkim tym, co spływa i wypływa z kiełbas, steków, a nawet wędzonych serków, nie nadają się do spalania wonnych ziół z przyczyn oczywistych, ale i tych mniej oczywistych.

Pierwszy raz meksykański piec ogrodowy zobaczyłem w ogrodzie pewnego domu w Kalifornii i był to ceramiczny (czerwona glina wypalana jak donice) piec wysokości około 1,5 m, który stał w wypoczynkowym rogu ogrodu i budował tam wraz z roślinami rewelacyjne mikro środowisko. Poza funkcją ogrzewania, o ile dobrze pamiętam, od czasu do czasu przypiekano tam kaczany kukurydzy, a myślę, że i kasztany jadalne lub „orzeszki” bukowe, mieszczą się w dodatkowych funkcjach o ile koniecznie musimy je poszukiwać i sklasyfikować. Od tamtej pory (2001) wiedziałem, że podobny piec stanie kiedyś w moim/naszym ogrodzie. Wcześniej w Nepalu i na pograniczu Mustangu w Himalajach oglądałem wielokrotnie wielkie piece klasztorne (spala się tam zioła, pachnące drewno jałowca i ofiarne ghi), ale bardzo zainteresowały mnie rodzinne, pojedyncze piece ofiarne na dachach domów w górskich wioskach Nepalu. To były proste, wymurowane z kamienia czworoboczne kominy, pobielone wapnem, ozdobione rogami jaków. Wraz z zapasami gałęzi jałowcowych leżących obok budowały bardzo wyrazistą i mocną przestrzeń dla praktyki duchowej. Mieszkańcy tych domów, wczesnym rankiem zaczynali dzień od ofiarowania wonnego dymu. To łagodny i dobry początek dnia. W tamtych wędrówkach po Himalajach, paradoksalnie (?), odkrywałem smaki i zapachy jakie dobrze znałem (tak mi się przynajmniej zdawało) z Karpat. Ileż to razy później, idąc wczesnym rankiem przez górskie wioski w Karpatach, na Bałkanach, na Sycylii i Korsyce lub Grecji z radością chłonąłem aromatyczny dym z żywicznych sosen, jałowców i buków, który dobywał się z domów, po kilku minutach pierwszego rozpalania ognia w domowych kuchniach wygasłych nocą.

Niestety, piec z Kalifornii, piece z Nepalu, a nawet później odkrywane piece meksykańskie, na jakie natrafialiśmy w progresywnym jak zwykle Berlinie, nie nadawały się na zapakowanie do plecaka…

Niżej na kilku fotkach pokażę nasz piec z Biotopu Lechnica. To jeden z pieców ogrodowych jakie bez trudu kupicie w Polsce. Tutejszym firmom ogrodniczym zeszło dobre dziesięć, a niektórym i piętnaście lat od roku 2001, na to aby nie odpowiadać na moje pytania o „meksykański piec ogrodowy” pukaniem w czoło… i odnoszę wrażenie, że dalej nie wiedzą co to za „dziwactwo”, może przyda się więc kilka podpowiedzi. Piece dostępne u nas mają rozmaite wymiary, ale mieszczące się w przedziale 50-85 cm wysokości, czyli są małe i bardzo małe! Czasem do podawanej wysokości pieca, w reklamach doliczana jest wysokość drucianego trójnogu i warto sprawdzić jak to jest w wybranym przez Was modelu. Bywają piece zdobione i czasem nawet dość udanie…a czasem nie. Do naszych celów (a przypominam, że opisuję zastosowanie w postaci spalania szlachetnych, wonnych ziół i ich pozostałości lub żywic itd., poza pomieszczeniami, w ogrodzie) nadaje się właściwie każdy piec ogrodowy, ale szybko musimy poszukać przykrywki komina o ile nie ma jej w zestawie. Doskonale nadaje się do tego ceramiczna podstawka pod donicy, najlepiej 1-2 cm większa niż średnica wylotu komina. Przykrywka chroni wnętrze komina przed zalaniem wodą deszczową i dobrze ją obciążyć dodatkowym, sporym kamieniem, aby wiatr nam nie zrobił niespodzianki. Ważne jest posadowienie pieca, bo według mnie, powinien on mieć swoje stałe miejsce w ogrodzie. Pozostawienie pieca na trójnogu nie wydaje się pewne, a do tego w tej sytuacji piec będzie bardzo nisko, co nie jest wygodne przy naszych celebracjach. Do pieca koniecznie nasypcie suchego piasku na jakieś 2-3 cm aby ogień nie palił się (lub węgiel drzewny) bezpośrednio na dnie „garnka”, bo może to skończyć się pęknięciem. To co nazywam posadowieniem polega nie tylko na wybraniu miejsca i podstawy, ale i zabezpieczenia przed przewróceniem pieca przez silny wiatr.

Reszta, czyli wysokość posadowienia, miejsce na suche zioła, zdobienie i wpasowanie w krajobraz ogrodu… zależy już jedynie od Waszej inwencji. Piec ogrodowy jest bardzo silnym elementem krajobrazu ogrodu i dobrze jest wszystko przemyśleć, sprawdzić i zdecydować się po kilku próbach. Ja to zrobiłem po swojemu, będę wdzięczny za fotki Waszych pieców ogrodowych z funkcją „zielarską”!

Mam nadzieję, że zwolennicy hortiterapii, zaliczą zielarski piec ogrodowy w mojej interpretacji, do stałych technik relaksacyjnych i uzdrawiających. 🙂

Na kilku najbliższych warsztatach w Biotopie Lechnica (maj i czerwiec) będę pokazywał wiele rozmaitych sposobów na stworzenie sfery ogrodu celebracyjnego w permakulturze. Jesienią tego roku i w 2020 roku, to moje doświadczenia z ogrodem celebracyjnym będą jednym z głównych elementów warsztatów.

IMG_1030

IMG_1032

IMG_1033 (1)

 

PLANTLINE

PLANTLINE logo 2 tif kopia

Musiałem się przez chwilę zastanowić, gdzie umieścić opis nowego projektu, który od kilku miesięcy szlifuję, a od kilku tygodni przygotowujemy praktycznie w bliskiej i stałej ekipie współpracowników? Czy odnosi się do przestrzeni dźwięku, za czym przemawia to, że zaproponowaliśmy jego realizację podczas Festiwalu Dźwięki z Korzenia w Wojszynie? Czy raczej do pracy z roślinami, wliczając w nią elementy komunikacji międzygatunkowej? Może jest to projekt z zakresu hortiterapii lub sylvoterapii, czyli leczenia ogrodem, lasem? Może to jakaś aktualna forma sztuki ekologicznej, albo zaawansowanych kulturowo, a przy tym źródłowych bezkamerowych technik fotograficznych z silnie zaakcentowanymi komponentami organicznymi? Być może projekt jest efektem dynamicznego tworzenia permakultury Biotopu Lechnica i bez tego miejsca by nie powstał?

Zazwyczaj korzystam z trzech miejsc w sieci: muzycznego (www.magiccarpathians.com i bieżącego miejsca na FB), „roślinnego” (etnobotanika i permakultura, bioregionalizm…www.etnobotanicznie.pl i bieżące miejsce na FB) oraz z miejsca dla Biotopu Lechnica (www.biotoplechnica.eu i miejsce na FB)… co w jakiś sposób porządkuje tematy i nie naraża odbiorców na zagubienie 🙂 , chociaż ja swojej aktywności nie rozdzielam.

Wybrałem jednak miejsce dotyczące bezpośrednio pracy z roślinami, bo jak sądzę taka jest istota Projektu, ale już jego rezultaty będą mogły być prezentowane jednocześnie we wszystkich opisanych „przegródkach”.

Wstępem do sierpniowej, pełnej realizacji, będzie krótsza, testowa akcja w Biotopie Lechnica. Jest zaplanowana na czerwiec. Jedna z grup warsztatowych, jakie w tym półroczu będę gościł w Biotopie, będzie miała możliwość w niej uczestniczyć i podyskutować o formach jakie zaproponujemy. Ponieważ projekt odnosi się do konkretnego miejsca w sensie geologicznym i glebowym oraz swoistej dla tego miejsca roślinności, to obydwie akcje: w Biotopie Lechnica i w Wojszynie, nazwałem Biochora # 1 i Biochora #2, przy czym warto wiedzieć, że „biochora” jest określeniem fachowym            i w uproszczeniu odnosi się do pewnych całości siedliskowych, możliwych do zidentyfikowania i odróżnienia od innych. Biochora na osuwiskowym stoku w Karpatach różni się znacznie od biochory w dolinie Wisły pod Kazimierzem i sprawdzimy co z tego wyniknie?

PLANTLINE jest wynikiem ewolucji naszego starego projektu o nazwie „fotografia organiczna”, w którym razem z Bogdanem Kiwakiem, testowaliśmy fotograficzne techniki bezkamerowe, wykorzystane do uzyskiwania śladów swoistych zestawów roślin na papierze światłoczułym, chociaż bardziej stawialiśmy na jego reagowanie na chemizm roślin. Tak powstała interesująca seria zakładania „grządek fotograficznych”, która to akcja była realizowana w wielu miejscach: w Polsce wielokrotnie (m. innymi: Kraków, Nowy Sącz, Białystok), a także na Słowacji ( m. innymi: Żylina, Lechnica) oraz w Berlinie, Cluj w Rumunii oraz w Słowenii. Fotografia Organiczna jest realizowana przez nas (Kiwak, Styczyński/Nacher i ostatnio także Sarota) od  17 listopada 2006 roku (fota archiwalna niżej) właściwie nieprzerwanie, udokumentowana bogato i oparta o jasno wyłożoną i opublikowaną teorię, w której po raz pierwszy poza ogrodem, lasem i zadrzewieniem, odniosłem się do efektu styku (bardzo myląco opisywanego czasem jako efekt krawędziowy 🙂 ? ), czyli zjawiska opisanego i zdefiniowanego w naukowej ekologii. W centrum zainteresowania był dla mnie też ekoton (nie ma nic wspólnego z muzyką…) inna kategoria z naukowej ekologii i dlatego pierwsze akcje miały rozbudowaną nazwę: Fotografia organiczna – działanie w ekotonie. Efekt styku i ekoton to także, podstawowe pojęcia dla właściwego zrozumienia permakultury oraz przy jej projektowaniu i inicjowaniu.

IMG_0986

Wyżej: fragment okładki wydawnictwa nt. Projektu – Fotografia organiczna… Niżej: historycznie pierwsza uprawa fotografii organicznej z 2006 roku (fotografie – B.Kiwak)

IMG_0987

Po doświadczeniach ze świadomie prowadzoną pracą z roślinami, a potem zdobywanych od 2014 roku, przy realizowaniu własnej wersji permakultury górskiej, pojawiło się szereg innych inspirujących obserwacji, zjawisk i teorii. Jedno z nich to bezpośrednia, „brudna” praca z żywą glebą. Sprawia tak wiele radości i silnie działa nie tylko na umysł, ale i na ciało. Dotyczy to każdej żywej, nie zabitej i wyjałowionej chemicznie i fizycznie gleby. W odległej kulturze Aborygenów, ważnej, bo jednej z najstarszych na Ziemi jaka trwa nieprzerwanie, znane jest zdanie:  Kiedy wkładasz rękę do ziemi, wtedy do twojej ręki wnika cała moc przodków i ich kumpu. Przypusje się go Ivy Robertson Napangarti, 1997, Australia, a znalazłem je w rewelacyjnej: Estetyka Aborygenów pod redakcją prof. Moniki Bakke i wydanej przez Universitas w Krakowie. Także w tej antologii natrafiłem na ekscytującą fotografię i opis: /…/ usypany z ziemi ojciec wszystkiego DARAMULUN  /…/ Rytuały inicjacyjne bora, Australia. Od mojego muzycznego „zawsze” fascynowało mnie pojęcie: songline   (dreaming track) czyli animistyczne wierzenia/praktyki Aborygenów dotyczące szlaków po ich terytoriach. Może to dziwne, ale w Szwecji na Uniwersytecie Umea, spotkaliśmy (przy okazji jednego z naszych tam koncertów) młodego naukowca z Australii, który badał możliwości przetwarzania cyfrowego oryginalnego pojmowania przestrzeni, a zatem i map/szlaków jakie są częścią kultury Aborygenów. Jako przyrodnik i ogrodnik, a i dyplomowany leśnik, znałem działanie Mycobacterium vaccae i efekt nazywany geosminą, który wykorzystywany bywa poza ogrodnictwem i hortiterapią, także w shinrin-yoku, japońskiej formie sylvoterapii.

IMG_0988 (1)

IMG_0989

Fragmenty fotografii z Estetyki Aborygenów, cytowanej wyżej.

Nie zdziwiło nas więc bardzo, a przeciwnie – bardzo ucieszyło, że koreańska artystka Jiwon Woo, zaproponowała interesujący bioartowy projekt o nazwie – MOTHER’S HAND TASTE ( SON – MAT), a co nasza własna, karpacka kultura zna doskonale z tradycyjnego procesu kiszenia roślin jadalnych i wypieku chleba, a może także w wyrobie wina.

W wielkim uproszczeniu, chodzi o to, że w wielopokoleniowych rodzinach i bliskich sobie społecznościach, nie tylko miejscowe zwyczaje, nazywane tradycją, przechodziły z pokolenia na pokolenie, ale ich biologiczna podstawa czyli swoisty, wyjątkowy zestaw bakterii będący częściom tytułowego „smaku matczynych rąk”. Dla mających z tym faktem kłopot natury estetycznej lub/i higienicznej (a powinniśmy mieć raczej kłopot z pozbawianiem nas wszelkich biologicznych i kulturowych ciągłości), nie mam dobrej wiadomości, bo ludzki mikrobiom (mówiąc obcesowo 🙂 zawartość swoistych, właściwych dla nas bakterii jakie mamy wewnątrz ciała, głównie w jelitach) waży u zdrowego człowieka, którego nie potraktowano jeszcze zbyt mocną dawką „leczących” chemikaliów, do 2 kg! Słynne zawołanie niejakiego Pana Zagłoby – „zginę ja i wszy moje” ma, jak się okazuje drugie dno, a można powiedzieć, że dosłownie ma „głębsze” znaczenie. 🙂 Pewnie nie wierzycie … to proszę poczytać książeczkę pt. Mikrobiom, którą napisał Ed Yong i jest dostępna w Polsce.

Niestety, nie tylko artyści i badacze zajmują się naszym mikrobiomem… Niepokojąco wyglądają badania, prowadzone pod kryptonimami: Human Microbiome Project (HMP), Earth Microbiome Project (EMP), zwłaszcza, że część z nich umieszczono w laboratoriach, gdzie przygotowywano Projekt Manhattan w latach 1939 – 1946. Jego wyniki znamy aż zbyt dobrze ze skutków bombardowania Hiroshimy i Nagasaki. Może trzeba jednak dodać, że w ramach Projektu Manhattan zrealizowano także badania nad pokojowym wykorzystaniem energii jądrowej, co dało pierwszy napęd atomowy dla łodzi podwodnej, niestety, to nie była wycieczkowa łódź podwodna…

Tyle inspiracji… może to nie wszystkie, ale zapewne wystarczy w ramach wprowadzenia w PLANTLINE ?!

Przejdźmy do realizacji, jaka być może czeka nas w Wojszynie.

Projekt polega na wykonaniu fotograficznej uprawy w kształcie leżącej na ziemi postaci człowieka (prarodzica), usypanej na materiale światłoczułym (papier fotograficzny o rozmaitych rozmiarach) z miejscowych i dobranych specjalnie roślin oraz warstwy ziemi naniesionych ręcznie (to konieczny element akcji) przez uczestników akcji. Ten pierwszy etap nazywamy – Inicjacją. Zarówno fizjologiczne płyny roślin jak i mikrobiom ludzi (u Aborygenów to kumpu), a także bakteria Mycobacterium vaccae, odpowiedzialna za swoisty „ziemisty zapach”, ale także działająca euforycznie (!), posiadają własne chemizmy oddziaływujące prawdopodobnie na papier fotograficzny.

Po założeniu uprawy (w towarzystwie specjalnie przygotowanej muzyki rytualnej na przeznaczonych do niej i zbudowanych instrumentach muzycznych) następuje okres Inkubacji (około 24 godzin). Po Inkubacji następuje kolektywne otwarcie uprawy – Zbiór materiału światłoczułego, zatrzymanie (zawieszenie) procesów chemicznych i fizycznych na papierze fotograficznym, dokumentacja i suszenie. Pokaz (obrazy cyfrowe z dokumentacji i oryginalne fotogramy) powstałych artefaktów połączony jest z koncertem – Plantlines (Magic Carpathians/Karpaty Magiczne).

Projekt zakłada udział około 20-30 osób, poboczne mikroakcje soundartowe na uprawie fotograficznej oraz rejestrację filmową i muzyczną,  a także portretowanie chętnych muzyków wraz z ich trąbami didjeridu z pomocą camera obscura (specjalne, zawodowe kamery tego typu). Ważna jest pewnie organizacja i czas realizacji.

Projekt realizuje zespół autorski: Kiwak, Nacher, Sarota, Styczyński oraz około 10 osób uczestniczących w całej akcji (po wprowadzeniu w szczegóły i przeszkoleniu) oraz 20-30 osób uczestniczącej publiczności. Przygotowanie polega na omówieniu akcji z poszerzoną ekipą realizatorską, stworzenie grup inicjalnych, przygotowanie terenu i zgromadzenie substratu roślinnego i glebowego (około 2-3 godzin), założenie uprawy (około 1 godziny).

Inkubacja i mikroakcje (oparte o założenia soundartu) trwać będą około 24 godziny, Zbiór i czynności związane z dokumentacją i utrwalaniem wyników, suszeniem wstępnym fotogramów trwają zazwyczaj około 2-3 godziny, finałowy pokaz i towarzyszący koncert trwają około 1,5 godziny.

Nasz graficzny logotyp (pokazany w wersji roboczej nad tym tekstem) jest złożony z trzech fragmentów dokumentacyjnych, nie przetwarzanych fotografii znakomitego hiropterologa – Rafała Szkudlarka, które wykonał w miejscach gromadzenia się nietoperzy pod Wrocławiem. Nietoperzowe grafiki powstały przez setki zarysowań okopconych ścian przez artystów nie-ludzi, ich nazwiska i imiona są jeszcze ustalane i będą podane w stopce oficjalnego plakatu.

Festiwal w Wojszynie odbędzie się w sierpniu, ale warto zaplanować wyjazd już dzisiaj, a może ktoś z Was chciałby wejść do ekipy realizatorskiej projektu PLANTLINES ? Jeżeli tak, to zapraszam do kontaktu!

Dlaczego właśnie Wojszyn i festiwal z trąbą Aborygenów w tle? Bo …stare inspiracje i nowy dla nas teren (… biochora2), ale głównie myśle o naszych długach, jakie zaciągamy u tradycyjnych społeczności nie dając nic w zamian., Robimy to albo nawykowo i bez wcześniejszego namysłu, albo zwalniając się samowolnie z obowiązku, spłacania kulturowych długów. Wiedza, szacunek, pokazywanie światu uniwersalnych skarbów kultury znalezionych w tradycjach jakie wykorzystujemy , to dobry początek. O tych długach będzie jeszcze osobny tekst.

Poza wszystkim, wyobrażam sobie projekt muzyczny odnoszący się do tradycyjnej kultury Aborygenów, ale wykorzystujący ich aktualnie fascynującą wiedzę o przestrzeni, o Ziemi/ziemi, o naszych organizmach, o geo/fito/zoologicznych źródłach instrumentów i sztuki, o nie-pisanych opowieściach, o nie-rysowanych szlakach i o nie-ludzkich komponentach przestrzeni wyobraźni zwanej u nas sztuką.

 

 

 

FOOD FOREST, FOREST GARDEN, a może KARMIĄCE ZADRZEWIENIA?

IMG_0960

Po długich latach posuchy… przyszedł czas na „food forest” i „forest garden” i jak zwykle w Polsce, prawie wszyscy się na tym znają! Szkoda tylko, że właściwie nic z tego nie wynika, bo nawet z nazwami się nie uporano i najczęściej podawane są w języku angielskim. Tymczasem, nawet w mateczniku permakultury czyli (kiedyś) Zjednoczonym Królestwie (UK, wliczamy rzecz jasna w nie Australię) i Stanach Zjednoczonych (USA), nazwy te ulegają uściślaniu, proponowane są zmiany i pewne przesunięcia akcentów znaczeniowych. Na permakulturowym rynku (czyli nie w Polsce), jest sporo bardzo dobrych i dobrych podręczników na te tematy, a do dwóch głównych zaproponuję nazwy w języku polskim i znacznie bliższe biologicznej prawdy nazwy angielskie: zadrzewionych ogrodów (woodlot garden) oraz karmiących zadrzewień (nourish woodlot), które powinny zastąpić (a wiemy, że nie zastąpią!) bardzo przybliżone: forest garden i food forest. Zaraz wytłumaczę dlaczego właściwe nazwy są ważne. Po pierwsze określenie las nie opisuje każdego terenu, na którym rosną drzewa, a odnosi się do niezwykle złożonej biocenozy leśnej, którą ukształtowały siły natury. Parki, plantacje, zadrzewienia, kępy i aleje… jakkolwiek oparte o obecność drzew nie są lasami. Tak więc dosłownie „nie ma ludzkiej siły”, która by mogła „założyć” las ogrodowy. Z powodzeniem i pożytkiem możemy natomiast zakładać ogrody zadrzewione trwałymi gatunkami roślin (w tym drzew) czyli woodlot garden. Jest natomiast pewna trudna i delikatna ścieżka prowadząca w kierunku przekształcania lasu w prawdziwy ogród leśny i o tym rozmawialiśmy z moim mistrzem Joe Hollisem z USA. Zadrzewienie karmiące, to nic innego niż zbiór roślin trwałych (w tym drzew), dobranych według tego czym nas (albo innych mieszkańców obszaru na jakim żyjemy) karmią lub szerzej, na jakie pożytki możemy liczyć. Wprawny ogrodnik odnoszący się do permakultury dobierze zestaw roślin według zasad bioregionalizmu ze szczyptą odstępstw wynikających z wiedzy etnobotanicznej plus może pokusić się o eksperymentowanie w związku ze zmianami klimatu, ale to dość trudna rzecz, zważywszy na to, że nie bardzo wiemy jak się potoczą.

IMG_0958

W kilku miejscach napisałem – roślin trwałych, a nie jedynie – drzew, bo zadrzewienia ogrodowe i karmiące nie są ograniczone jedynie do roślin drzewiastych, a wykorzystuje się w nich także krzewy (a to bardzo pojemne pojęcie) i inne rośliny wieloletnie. Jedynie to przemawia za nazywaniem zadrzewień ogrodowych – ogrodem zadrzewionym. 🙂

IMG_0959

Jak zwykle istnieją osoby wiodące w danej dziedzinie i całkowitym Mistrzem jest brytyjski permakulturowiec – Patrick Whitefield. Niestety swoje „forest garden” zakłada już w innym świecie, ale podręcznik pt. HOW TO MAKE A FOREST GARDEN z 1996 roku (!) do dzisiaj jest podstawowym i w zasadzie wystarczającym kompedium wiedzy na ten temat. Przez lata bezskutecznie powoływałem się na ten właśnie podręcznik podczas wykładów z etnobotaniki na UR w Krakowie i kilku innych miejscach… aż tu nagle jak grom z jasnego nieba … uruchomiono (?) kierunek „Urban Forest”, cokolwiek by to w praktyce oznaczało!

Whitefield w następnych swoich książkach i praktyce warsztatowej zaczął preferować nazwę zastępującą „forest garden” (którą sam skutecznie wylansował) określeniem: woodland garden. Woodland po polsku oznacza teren zalesiony (czyli zasadzony drzewami, a nie las), ja proponuję aby iść dalej i nazywać sprawy po imieniu: woodlot – zadrzewieniem, do czego mam silne, miejscowe przesłanki, o których za chwilę.

IMG_0957 (4)

Tak więc, skoro już wiemy co naprawdę robimy (i że  nie będzie to las, a wystarczy jak fachowo wykonamy zadrzewienie), to potrzebujemy podpowiedzi jak zaprojektować tego rodzaju pracę, a wielu przyda się także podpowiedź jakie gatunki roślin nadają się do zadrzewień karmiących. Oczywiście, takie książki są bezproblemowo dostępne i kilka z nich pokazuję w formie wycinków okładki. Dokładne omówienie tych podręczników mam zamiar przeprowadzić w Krakowie, podczas spotkania w 21.02.2019 roku w Bonobo – Księgarni i kawiarni, która gości moje otwarte wykłady już kilka lat.

IMG_0961 (1).jpg

Z książkami z mateczników permakultury nie ma problemu… problemem jest zdobycie polskich podręczników dotyczących zadrzewień…. a takie są i bardzo polecam jeden z nich.

Dziełko pt. Zadrzewienia, autorstwa Janusza Waligóry ma już 34 lata, bo zostało wydane w 1985 roku… Nie mogę odmówić sobie zacytowania fragmentu ze słowa wstępnego:

” /…/ Żyjemy bowiem w dziwnej epoce, w której z jednej strony mamy wspaniały rozwój techniki i przemysłu pozwalające na wzrost dobrobytu i podnoszenie na wyższy poziom cywilizacji, z drugiej jesteśmy świadkami bardzo szybkiego pogarszania się warunków sanitarnych środowiska w jakim człowiek żyje i pracuje. A mianowicie oddychamy powietrzem skażonym gazami spalinowymi i dymami. Spożywamy często pokarmy zatrute, stykamy się z substancjami szkodliwymi dla zdrowia, przebywamy w ogromnym hałasie. Ludzie znużeni jednostajnością pracy, która wielokrotnie nie wymaga twórczego wysiłku a ogranicza się do prostych czynności przy obsłudze maszyn, chorują często na nerwice. Ludziom tym należy pokazać piękno przyrody, w otoczeniu której mogą się oderwać od męczących i trudnych spraw, znaleźć odprężenie, świeże powietrze i odpoczynek. Zamiast zażywać lekarstwa na uspokojenie nerwów, powinni patrzeć na ukwiecone łąki, szukać kontaktu z roślinami, cieszyć się bogactwem i pięknem krajobrazu. /…/

Trudno zrozumieć mechanizm psychologiczny i polityczny, który powoduje, że w Polsce tego rodzaju diagnozy są programowo lekceważone i wręcz niszczone (wraz z tym co udało się w ich duchu zrobić dla poprawy sytuacji) nawet wobec dowodów na zagrożenia zdrowia i życia ludzi!? Czy populacja ludzka oszalała? Nawet jeżeli tak (a jest wiele tego symptomów), to nie oznacza, że wszyscy mamy się temu szaleństwu poddać, chociażby ze względu na dzieci.  Cytat jest jedynie zapowiedzią następnych smakowitych części opisywanego podręcznika, które jedynie tu zaanonsuję, aby już tak całkiem nie odwalać roboty za znawców „forest garden”, „food forest”, a może i „urban forest”? 🙂

Anons pierwszy: /…/ Pionier nowoczesnego rolnictwa w Wielkopolsce, w wieku XIX, generał Dezydery Chłapowski z Turwi stwierdził: „Kraj nasz płaski i jest pozbawiony pięknych widoków – starajmy się to wynagrodzić, ozdabiając go roślinnością„/…/ . Można by tylko ironicznie dodać, że generał Chłapowski nie mógł nawet przypuszczać, że obecne rolnictwo stanie się karykaturą rolnictwa jakiego się domagał, a ozdabianie roślinnością skończy się na tujach… Czyż to nie jest szaleństwo i upadek?

Anons drugi: /…/ W swoim dziele „O rolnictwie” Chłapowski starał się przekonać swoich czytelników o korzyściach jakie przynoszą zadrzewienia rolnictwu /…/  Wspomniane dzieło jest dostępne w domenie publicznej, ktoś skorzysta? A warto, bo dzieło to, wydane w 1842 roku !!! zawiera kilka tak trafnych ekologicznie spostrzeżeń, że Patrick Whitefield z pewnością razem z Generałem tworzą wspaniałe zadrzewienia z dala od szaleństwa jakie nas otacza.

Tak jak w wypadku poprzedniego zestawu, tak i w tym wypadku omówienie oferuję darmowo w Krakowie lub na moich warsztatach (ciągle są miejsca na 1-5 maja i ostatnie 2-3 miejsca na termin czerwcowy 20-23.06.2019.

Dobrze przetłumaczona książka pana Janusza Waligóry – Zadrzewienia – z odpowiednim komentarzem wprawnego permakulturowca, może stać się ponownie znakomitym podręcznikiem także i dzisiaj… wiem, wiem…

Podam kilka linków do przedsięwzięć, które powinny uchronić Was od ciężkiej depresji jaka nieuchronnie by siała spustoszenie gdyby nie… Na początek o tym jak na tzw. stare lata można skutecznie, a nawet wręcz rewelacyjnie powalczyć o inny świat wokół nas! Chodzi o Provision Project realizowany w Kolorado, USA. Dla interesujących się tym jaki jest stan zadrzewiania miast na świecie odsyłam do opisu znakomitej treepedii, rewelacyjnego instrumentu do ustalania tzw. green view index oraz świetnego, londyńskiego  Trees for Cities.org.

Te linki pokażą, że może nie wszyscy na świecie oszaleli, a nawet jeżeli, to robią to w znakomitym stylu! No i liczę, że naukowcy uzupełnią listę miast świata w treepedii i znajdzie się tam także Kraków, a pewnie warto, bo poznanie green view index dla Krakowa może być niespodzianką!

Dla bardziej zainteresowanych polecam wciąż otwarte spotkania w Krakowie, udział w warsztatach lub w specjalnych sytuacjach organizację spotkania u Was.

Na koniec zapowiedź, bo nasi dzielni dziennikarze jeszcze tego nie ogarnęli (i jak sądzę raczej nie ogarną) czegoś bardzo ciekawego co dzieje się na świecie w poważnym już wymiarze:

IMG_0962

Użyłem tu fragmentu okładki najnowszego numeru PERMACULTURE, w którym znajdziecie rewelacyjny tekst Ele Waters – From gentle living to Extinction Rebellion. Tytuł brzmi jak program na resztę życia (ja mam taki od dzieciństwa, dzięki ojcu!), a warto wiedzieć, że Ele Waters zrobiła tak wiele dla dobra środowiska, że z pewnością to nie Ona powinna porzucać „gentle living” na rzecz rebelii przeciw zagładzie. Rebelia pewnie się spodoba, oby nie tylko po kawiarniach i dla ciekawych logotypów…

O tym pod koniec tygodnia….

 

SHINRIN-YOKU doktora Qing Li

shinrin-yoku19

Shinrin-Yoku opisywałem już wielokrotnie przywołując nasze własne doświadczenia i recenzując wydaną w Polsce książkę  Czułbym się źle, gdybym nie polecił także innej, znakomitej książki (która także ukazała się w 2018 roku w polskim przekładzie… i także w Krakowie!) – SHINRIN-YOKU Sztuka i teoria kąpieli leśnych Jak dzięki drzewom stać się szczęśliwszym i zdrowszym autorstwa dr Qing Li z Nippon Medical School, a znakomicie wydanej przez Wydawnictwo Insignis

Jest kilka powodów, dla których zachęcam do zapoznania się z tą doskonałą książką, która dla mnie na głowę bije piękny, ale jednak nieco zbyt poetycki, w wielu miejscach nie na temat i niejako podany z drugiej ręki tekst, jaki popełnili zasłużeni „zieloni” celebryci Garcia i Miralles w dziełku Shinrin Yoku Japońska Sztuka Czerpania Mocy z Przyrody

Mój tytuł: Shinrin-Yoku dra Qing Li nie jest przypadkowy i odnosi się do tego, że Autor jest jednym z głównych współtwórców metody i praktyki shinrin-yoku w Japonii. To dla mnie znakomity atut książki i czytelny powód dla jej przełożenia i wydania w Polsce. To jest chyba jasne, że źródła są podstawą, a strumyki, rzeki i sieć wodna to konsekwencja? I nie ma tu założenia, że strumienie i rzeki są „gorsze”! Często są bardziej widoczne, spektakularne i popularne, ale jak w przypadku Dunaju (głównej rzeki Europy oraz tytułu eseju C. Magrisa) warto poszukać także źródeł, co jak udowadnia Magris, nie jest łatwe i nie musi kończyć się sukcesem.

Dr Qing Li określa shinrin-yoku jako: „proces zanurzania się w atmosferze lasu”, co mnie bardzo ucieszyło, bo „kąpiele leśne” po polsku brzmią nieco myląco i trącą glampingiem, o czym już pisałem w przywołanym na początku wpisie z zeszłego roku. Autor przybliża japońskie słowa na opisanie stanów emocjonalnych w rodzaju: yugen (emocje zbyt głębokie by je wyrazić), hanami (świętowanie wiosny poprzez podziwianie kwiatów), tsukimi (święto oglądania księżyca), komorebi (promienie słońca prześwitujące przez liście drzew)Dla mnie, określenia te i wiele innych, jakie przywołuje Autor, są od lat znane i praktykowane, ale osobom czytającym je po raz pierwszy zalecam przyjrzenie się im z uwagą, bo są kluczem do prawidłowego zrozumienia shinrin-yoku. Bardzo mnie ucieszyło, że poza tymi strożytnymi przykładami na specyficzną wrażliwość mieszkańców Japonii na kontakt z Naturą, Autor sięga także po całkiem nowe, w rodzaju: tsukin jigoku (piekło dojeżdżających do pracy) i karoshi (śmierć z przepracowania). Autor, przywołując kulturowe tło shinrin-yoku nie kryje, że poważne badania nad tą metodą trwają zaledwie kilkanaście lat, bo od 2004 roku.

Istotnym fundamentem shinrin-yoku (a stwierdza to sam współautor metody) jest to, iż „obie oficjalne religie Japonii – shinto i buddyzm – uznają las za świętą przestrzeń”. Informacje na temat lasów w Japonii, stopnia zalesienia kraju, gatunków drzew uznanych za święte  (np. pięć świętych drzew Japonii: hinoki, sawara,nezuko, koyamaki, hiba to cyprysiki, żywotniki i sośnica), a także drzew w miastach Japonii, to prawdziwy balsam złożony z rzetelnych i podanych z lekkością znakomitego znawcy danych, ale i inspirujących obserwacji. Miło w naszej rzeczywistości (a moja zawodowa rzeczywistość jest szczególnie trudna) czytać, że: „więcej drzew oznacza więcej szczęścia„, „las jest jak matka„… albo doskonałą analizę oddziaływania lasu na zmysły ludzi (węch, wzrok, dotyk, słuch). Polecam wszystkim leśnikom, drzewiarzom oraz sympatykom parków i ogrodów społecznościowych w miastach.

Ulubionym fragmentem jest dla mnie opis wartości ciszy. Autor podaje, że służby parków narodowych USA objęły ciszę nakazem ochrony. Warto może wyjaśnić, że pisząc cisza, Autor ma na myśli stan audiosfery, bez skażenia dźwiękami mechanicznymi produkowanymi przez wytwory ludzkiej inżynierii. Język japoński ma bardzo ciekawe określenia zbudowane na onomatopejach i np. shito shito obrazuje odgłos lekkiego deszczu, a goro goro to odłos dalekich grzmotów burzowych.

Bardzo inspirujące są u dra Qing Li opisy współczesnych problemów ekologicznych, prób wprowadzania metody shinrin-yoku w innych krajach (np. w Finlandii … dlaczego mnie to nie dziwi), zajmowania się dziećmi ( np. japońskie: mori-no-ie, czyli leśne przedszkola) i rozmaitych aspektów niezbędności bliskiego kontaktu z Naturą, zawsze doskonale umotywowanych. Przykładem niech będzie fragment o działaniu Mycobacterium vaccae, bakterii glebowej odpowiedzialnej za tzw. zapach ziemisty (geosmina), w pewnym zakresie także za tzw. terroir czyli „smak regionu” i doskonałego antydepresantu (hortiterapia też coś tu znajdzie…!). Z książki ucieszą się pewnie także zwolennicy „dzikiej kuchni”, bo zaawansowane formy shinrin-yoku w Japonii sięgają po praktykę jedzenia na łonie Natury i to w sporym stopniu dzikich roślin jadalnych.

Pośród kilku ekscytujących i zadziwiających informacji od doktora Qing Li muszę wyróżnić fakt, że największy obecnie program oparty o shinrin-yoku realizuje się w … Korei Południowej, gdzie działa znakomicie Narodowe Centrum Terapii Leśnej i 37 obszarów lasów rekreacyjnych, realizowane z budżetem 14 milionów dolarów i kształcących aktualnie 500 instruktorów metod leczenia/relaksacji lasem. Wydaje się to dużo pieniędzy, ale gdy przeczytamy, że zaburzenia lękowe i depresje rocznie kosztują UE około 170 miliardów euro, a USA 210 milionów dolarów, to tego rodzaju budżet dla znakomitej profilaktyki i kuracji w postaci shinrin-yoku, już nie wydaje się tak wielką kwotą.

Te wszystkie wiadomości podane przez naukowca, ale i entuzjastycznie nastawionego praktyka (u nas nauka zazwyczaj wyklucza ujawnianie entuzjazmu, a po jakimś czasie skutecznie z niego leczy?) utwierdzają mnie w przekonaniu, że dopuściliśmy do władzy groźnych dla ludzkości nieuków, którzy powinni być oskarżeni o działanie na szkodę zdrowia i życia ludzi, gdyż świadomie i planowo niszczą przyrodę i podstawy naszego dobrostanu. W tym aspekcie książka Qing Li jest wywrotowa i tego typu idee powinniśmy znajdować w proponowanych nam „nowych” programach politycznych, a znajdujemy tam „panu bogu świeczkę i diabłu ogarek”, czyli nic nie warty teatrzyk spryciarzy.

Na uwagę i polecenie zasługuje strona wizualna książki, duża, czytelna czcionka, fotografie… już samo czytanie i przeglądanie tak wydanego dzieła wprowadza nas w dobry nastrój czyli początek każdego procesu leczenia.

shinrin-yoku19b

Jak może niektórzy zauważyli (?) przez cały 2018 rok nie prowadziłem warsztatów z etnobotaniki wspartej permakulturą i bioregionalizmem. Konieczna była przerwa na zastanowienie się nad formami i celami takich spotkań i niełatwej pracy (po obydwu stronach). W tym roku poprowadzę aż trzy warsztaty w pierwszej połowie roku, plus potwierdzam możliwość (ograniczoną, to prawda) uczestniczenia w planowanych wycieczkach w interesujące miejsca na Słowacji.  Dwa terminy warsztatów (1-5 maja i 20-23 czerwca) są ciągle jeszcze aktualne i czekam na zgłoszenia. Jednym z nowych elementów mojej terenowej metody, będzie połączenie jej na trwałe z praktykami shinrin-yoku. Już wcześniej tego rodzaju praktyki wprowadzałem, ale jako osobny element do programu, teraz będzie to bardziej organicznie i naturalnie, a mam też nadzieję, że z większym pożytkiem dla uczestników.

 

 

 

Warsztaty, spotkania, wycieczki w 2019

dsc_1763

Są już rezerwacje noclegów i daty na trzy warsztaty etnobotaniczne z wprowadzeniem do permakultury, które poprowadzę w Biotopie Lechnica, na Zamagurzu i w Pieninach na Słowacji w 2019 roku. Tak się złożyło, że jedna z dat przypadła tak bardzo do gustu pewnej zwartej i zgranej grupie, że już jest zarezerwowana i pozostają dwie do wyboru:

wiosenny warsztat: 1 – 5. 05. 2019 (4 noclegi, jest możliwość zarezerwowania 3 lub 5 noclegów)

letni warsztat: 20 – 23.06. 2019 (3 noclegi, jest możliwość zarezerwowania 4 noclegów)

Zdecydowanie obiecuję małe grupy (do 10 osób), noclegi w pensjonatach w cenie 10-12 EUR za noc, jest pościel, kuchnia, lodówki, łazienki i miejsce do podyskutowania i pokazów prezentacji wieczorem. We wsi Lechnica są trzy sklepy spożywcze, w pobliskim (15 minut pieszo) Czerwonym Klasztorze (wsi) jest kilka sklepów, pięć restauracji, po polskiej stronie Dunajca (25 min. pieszo) są sklepy, restauracje i kioski. Dojazd łatwy z każdej strony Polski: albo w kierunku Szczawnicy i z Krościenka nad Dunajcem (10 minut przed Szczawnicą) busem do Sromowców Niżnych pod kładkę nad Dunajcem i dalej pieszo na Słowację (25-30 minut), albo w kierunku na Nowy Targ (czyli wszystkim co jedzie z Krakowa do Zakopanego) i z NT busem do Sromowców Niżnych… Samochodem podobnie, ja preferuję drogę z Krakowa przez Mszanę, Szczawę, Kamienicę, Krościenko nad Dunajcem, Krośnicę, Sromowce Wyżne, granicę PL/SK w okolicy Niedzicy (Lysa), wieś Czerwony Klasztor i Lechnica. Od strony Szczawnicy są świetne trasy piesze do Czerwonego Klasztoru…

Program warsztatu jest dość mocno zmodyfikowany po rocznej przerwie i oparty jest o praktykę turystyki slow (nie koniecznie powoli, ale bez napięcia i celów koniecznych do osiągnięcia natychmiast, więcej obserwacji, pracy z roślinami, w nurcie shinrin-yoku czyli relaksacji lasem i w osobistym kontakcie z przyrodą). Oczywiście będą podstawy etnobotaniki na konkretnych przykładach krajobrazów kulturowych i naturalnych, spotkania z mniej znanymi roślinami Karpat (lulecznica, pokrzyk, zimowit, goryczki, ciemierzyca… i wiele innych), a także trochę dzikich roślin użytkowych. To raczej na spacerach i wycieczkach naszymi, biotopowymi szlakami i ścieżkami. Sporo zajęć zaplanowałem w samym ogrodzie Biotopu Lechnica, gdzie jest już przegląd inicjalnych środowisk roślinnych, kolekcja roślin, ogród leśny (forest garden) i zbiór przykładów na ogrodowe sanktuaria i prapoczątki ogrodnictwa na świecie,  a głównie projekt NOHH /MNTL (Not Only Human Habitat czyli Matecznik Nie Tylko Ludzki) jaki autorsko realizujemy (i analizujemy teoretycznie) od dwóch lat. Jak zwykle będzie sporo interesującej literatury (w tym książki najnowsze z UK i USA, a także stare i trudno dostępne). Zagadnienia permakulturowe – zgodnie z moją zasadą – raczej pokażę i opiszę na przykładach (a w 2019 wchodzimy w 6 sezon realizacji naszej permakultury) i cytatach z pionierów, a po ustaleniu czym jest, a czym nie jest permakultura, dopiero możemy przejść do konkretnych porad i pomocy w projektowaniu. Permakultura jest czymś więcej niż zbiorem praktyk, tricków i sposobów na ekologiczne ogrodnictwo i o tym porozmawiamy na konkretnych przykładach i w oparciu o nową falę rozumienia permakultury jako sposobu na życie. Sporo będzie ziołoznawstwa z elementami celtyckich i słowiańskich sposobów na mniej znane praktyki. Ustalimy pewnie jeden z kanonów roślin leczniczych Karpat … na łąkach i w lesie! W Lechnicy mamy świetnych zielarzy (bardzo dobrej jakości zioła!), a w okolicy jest słynny zakład – Karpaty, produkujący znakomite mieszanki ziół. W miejscowych sklepach są dostępne maści i olejki ziołowe z ziół zbieranych ze stanu dzikiego…

Jestem z wykształcenia leśnikiem i po trzydziestoletniej praktyce zawodowej (ciągle trwającej) w ochronie przyrody górskiej, nie mogę nie wskazać głównych problemów w ochronie przyrody i prawdziwego zagrożenia ze strony zmiany klimatu. Po fejsowej sieczce, może znajdzie się czas na argumenty i przekonujące przykłady, jakie zobaczymy tuż obok nas.

Z pewnością wrażenie zrobi sam Czerwony Klasztor (Klasztor Lechnicki) – znany jako siedziba słynnego alchemika tzw. Brata Cypriana, autora jednego z najcenniejszych zielników (botanoteki) z 18 wieku oraz legendarnego budowniczego maszyny latającej… zobaczymy Jego ogród ziołowy, pracownię i Klasztor.

Posiłki główne (czyli obiady?) zazwyczaj jemy razem w miejscowych knajpkach ( i jest to znakomita okazja do polecenia kuchni słowackiej i wielu ciekawych miejscowych smaków) na trasie wycieczek, śniadania i kolacje można sobie przygotować w pensjonacie.

Będziemy się poruszali w strefie, gdzie można bez problemu płacić złotówkami i nie trzeba mieć (chociaż warto) koniecznie euro.

Zainteresowanych zapraszam do kontaktu na adres mailowy, są możliwe zniżki przy zgłoszeniu rodziny lub grupki zgranych znajomych: marek.styczynski@gmail.com lub telefonicznie: 605 334923 Pamiętajcie, że na jeden warsztat jest jedynie 8-10 miejsc, a okolice w jakich poprowadzę nasze spotkanie należą do wyjątkowo pięknych i atrakcyjnych!

Osoby zdecydowane do udziału w warsztatach będę prosił o wpłacenie zaliczki do końca marca (na termin majowy) i do końca maja (na termin czerwcowy) w wysokości minimum kosztu 3 noclegów (ok. 36 euro: ok. 150 zł). Do zobaczenia!

tarninasnow5

fot. Piotr Siwek (z jednego z warsztatów w Biotopie Lechnica)

Ścisłe grono sympatyków i przyjaciół Biotopu Lechnica (a jest to grupa ciągle otwarta…) sprawdziła w 2017 i 2018 roku nową formę poznawania Słowacji podczas wypadów samochodowych i z pomocą kluczy: etnobotanicznego, kontrkulturowego i geologicznego… Mamy za sobą dwie wspólne wycieczki w oddalone od Biotopu miejsca na Słowacji: celem jednej była kontrkulturowa inicjatywa Periferne Centra w Dubravicy k. Bańskiej Bystricy, a druga zaprowadziła nas na jedyne w swoim rodzaju święto górnicze – Dni Salamandry (górnicy złota i srebra) w Bańskiej Szczawnicy, ale też do panońskiego lasu pastwiskowego z 300-letnimi dębami i pod Trąbiącą Skałę! Były to tak udane wyprawy, że planujemy w 2019 roku dwie podobne ekspedycje. Cele są fascynujące… Wypady te są przeznaczone dla osób z kręgu przyjaciół i sympatyków Biotopu, a więc tych, którzy brali czynny udział w warsztatach i spodobał się im nasz styl i podejście do poznawania Słowacji. Pierwszy wypad planujemy na lipiec, a następny wczesną jesienią…

Spotkania otwarte w Bonobo w Krakowie (na bieżąco informacja jest już na FB) będą kontynuowane i pierwsze w 2019 roku już jest zaplanowane na 21 lutego, a tematem jest wszystko co oscyluje wokół lasów karmiących (food forest), ogrodów leśnych (forest garden) i innych podejść do sadzenia drzew w nurcie permakultury.

Miejskie Farmy w Londynie (2)

Większość ludzkości mieszka (żyje?) w miastach. Także w Polsce, ponad połowa ludności kraju mieszka w miastach. Tendencje te się utrzymują i pewnie można je uznać za stałe. Szczególnie, że cena ziemi, dostępność pracy i dominujący styl życia, wskazują na trudności jakie czekają ludzi, którzy postanowią iść w przeciwnym kierunku.                Tak więc, mieszkańcy miast mogą w miastach wegetować, albo miasta zmieniać w miejsca przyjazne, zdrowe i stabilne środowiskowo. Wielu wybiera to drugie rozwiązanie. Wielu zastanawia się jak to zrobić. Wielu to już robi ze sporym powodzeniem. Zawodowcy wiedzą jak zmieniać miasto, ale podstawą zmiany służącej społeczności jest aktywność mieszkańców miasta. Muszą oni dostrzegać całą paletę sensów, jakie są podstawą zajmowania się przekształcaniem miasta w dogodne miejsce do życia.

Może być tak:

AsiaPlacA

Może być też tak:

AsiaPalcB

Ale może być tak:

AsiaPlacC

Koncepcja miasta jako pewnego rodzaju nowej formy starego wzoru w postaci zamku, który jest obsługiwany przez okoliczne wsie i może liczyć jedynie na zapasy w kilku piwnicznych składach, jest od dawna nieaktualna. Nawet na dawnych zamkach wiedziano, że podstawą przetrwania w trudnych momentach jest posiadanie wewnątrz murów źródeł wody. Koncepcja ciasnego wprawdzie, ale intensywnie urządzonego zamku, otoczonego ekstensywnym, naturalnym zapleczem upadła, bo współczesny zamek-miasto,  jest tak duży, że pożarł i wchłonął już dużą część zaplecza. Koszty transportu żywności, wody i towarów do miast są tak wielkie, a sam transport, tak utrudniony, że miasto musi przejąć część funkcji dawnego zaplecza. To z tego źrodła biorą się eksperymenty z wertykalnymi ogrodami hydroponicznymi w olbrzymich miastach… bardzo wątpliwe rozwiązania i niezwykle podatne na manipulacje.

Mieszkańcy miast potrzebują kontaktu z przyrodą, bo dłuższe pozbawienie go, prowadzi do poczucia życia w obozie pracy, w łagrze, co kończy się depresją i śmiercią. Miasto potrzebuje także przestrzeni, która jest równie potrzebna wszystkim mieszkańcom, niezależnie od ich pochodzenia i kultury, aby w tej przestrzeni praktykować rozmaite formy współpracy, formy nie wymuszone i dające duże poczucie bezpieczeństwa. Miejskie współzawodnictwo musi być zrównoważone przez miejską, swobodną współpracę. Uczenie się współpracy to wysiłek, który znacznie łatwiej z siebie wydobyć w bezpiecznym, przyjaznym i naturalnym otoczeniu. Miejska przestrzeń przyrody jest pewnego rodzaju azylem, obszarem poza twardą grą o utrzymanie, godność i odrębność kulturową. Ludzie nie są jednowymiarowi. W wielkich miastach żyją obok siebie ludzie z rozmaitych części świata i potrzebują pełnej bioróżnorodności, wiele jej elementów może być wprowadzana przez samych ludzi, o ile znajdą na to miejsce i mądre wsparcie.

Teraz cytat, dość długi i jednocześnie zagadka, polegająca na tym, aby określić z jakich lat (chociaż dekad?) pochodzi? Cytat ten, to w dalszym ciągu także podanie powodów, dla których ludzie szukają możliwości pogodzenia silnej potrzeby kontaktu z organicznym środowiskiem z technicznym i sztucznym, ale niezwykle sprawnym i wygodnym miastem.

” /…/ po raz pierwszy w historii ludzkości pojawił się kryzys o zasięgu ogólnoświatowym, obejmujący zarówno kraje rozwinięte, jak i rozwijające się – kryzys dotyczący stosunku człowieka do środowiska. Oznaki zapowiadające ten kryzys widoczne były już od dawna: eksplozja demograficzna, niedostateczna integracja niezmiernie rozwiniętej techniki z wymogami środowisk, wyniszczanie ziem uprawnych, bezplanowy rozwój stref miejskich, zmniejszanie się wolnych terenów i co raz większe niebezpieczeństwo wyginięcia wielu form życia zwierzęcego i roślinnego. Nie ulega wątpliwości, że jeśli proces ten będzie kontynuowany, przyszłe życie na Ziemi może zostać zagrożone. Jest więc sprawą palącą rozpatrzenie problemów zagrożenia środowiska umożliwiającego człowiekowi realizowanie jego najwyższych aspiracji oraz podjęcie koniecznych kroków dla zapobieżenia temu niebezpieczeństwu”. /…/

Nie, nie, to nie objawienie ze „szczytu klimatycznego” w Katowicach z grudnia 2018 roku… to fragment raportu Sekretarza Generalnego ONZ, U Thanta, opublikowanego 26 maja 1969 r. ! Taka wiedza dostępna była blisko 50 lat temu i część ludzi w tamtym czasie potraktowała ją poważnie i zabrała się do roboty. Niestety, inna część ludzi postanowiła tę wiedzę zignorować i zagrabić dla siebie możliwie szybko, co się da. Nauka, umiejętności, wytrwałość, odpowiedzialność i realizacja wizji służących życiu, są znacznie trudniejsze i – jak dotąd – znacznie mniej atrakcyjne, niż upraszczanie sobie życia, praktykowanie egocentryzmu na wszelkie możliwe sposoby i pogardzanie innymi, w tym głównym „innym”, którym jest przyroda: żywy krajobraz, rośliny i zwierzęta, a także „obcy” ludzie. I tak nam minęło pół wieku… aż nadeszło, to czego się od dawna spodziewano. Warto też wiedzieć, że stan wojenny, stan po klęsce żywiołowej itp. stany wyjątkowe, są obecnie wywoływane specjalnie po to, aby sprawniej i skuteczniej kontrolować społeczeństwem i zarządzać kryzysem w kierunku jaki służy skorumpowanym przez ponadnarodowe koncerny „elitom”. Dlatego zdecydowanie się nie zgadzam na zarzuty, że nie czas na „zajmowanie się ogródkiem” (bo taka jest wiedza wielu o ruchu permakultury) i pora wyjść na ulice. Zarządzający robią wszystko, aby ludzie wyszli na ulice. Nie spodziewajcie się jakiś znaków typu dęcie w trąby lub specjalne iluminacje, które oznajmią, że to teraz…już żyjemy po końcu świata i tak zostanie, o ile nie zabierzemy się za „ogródki”.

Nie ma na co czekać i musimy zacząć liczyć na siebie. W Londynie byli ludzie, którzy zaczęli zmieniać miasto poprzez tworzenie zielonych, swobodnych enklaw, które musieli dosłownie wywalczyć i zrobili to już kilkadziesiąt lat temu. Nazwano te enklawy Miejskimi Gospodarstwami (City Farm). Zobaczcie w internecie czym są dzisiaj! Filmiki jakie nakręciłem w listopadzie 2018 pochodzą z trzech farm:

HACKNEY City Farm (rok założenia 1984)

SPITALFIELDS City Farm (rok założenia 1978)

STEPNEY City Farm (rok założenia 1979)

Miejskie Farmy, to miejsce gdzie ujawniają się rozmaite talenty i pragnienia…

Polecam gorąco przestudiowanie informacji na temat Gandhi Chaplin Memorial Garden, to jeden z nowszych parków (system tzw. „pocket parks„, które tak nas zachwycały kiedyś w Nowym Jorku) o niezwykłym przesłaniu, zbudowany w ramach Breathing London project oraz realizowany nieomal na naszych oczach Park i Meath Garden.

Największym londyńskim projektem, który formalnie zostanie ogłoszony w 2019 roku jest powołanie do życia pierwszego na świecie PARKU NARODOWEGO MIASTO LONDYN.

http://www.nationalparkcity.london/get-more-involved/get-more-involved-2/future-national-park-cities

Bardzo ciekawym stylem pracy może się pochwalić: Core Landscapes

Z kilku lat naszych obserwacji, rozmów i pysznych śniadań, wynika spisany niżej zestaw zasad, jakimi kierują się londyńskie gospodarstwa miejskie. Zasady te tłumaczą także, dlaczego polskich ogródków działkowych nie można uznać za pionierskie ogrody społecznościowe.

ZASADY na jakich zbudowane jest działanie GOSPODARSTW MIEJSKICH w Londynie:

– wstęp dla wszystkich jest bezpłatny przez 6 dni w tygodniu, jeden dzień zazwyczaj jest dniem wewnętrznym (poniedziałek),

– stosowana jest uprawa ziemi metodami organicznymi (bez chemii) plus hodowla zwierząt, pokazywany jest obieg energetyczny, bywa, że gospodarstwa odpowiadają na życzenia lokalnej społeczności co do zestawu upraw i hodowli, farmy są specyficzną, miejską permakulturą, wykorzystywane są proste środki i materiały z odzysku,

– w gospodarstwach dostępny jest stale bogaty program zajęć i współuczestnictwa dla wszystkich grup wiekowych, zwłaszcza dla dzieci i seniorów, a także całych rodzin,

– ważna jest realna produkcja żywności i włączenie jej w organizację stołówki (śniadania, lunch itd.),

– warunkiem działania jest niedochodowość, ale jednocześnie czynne szukanie wsparcia, prowadzenie sprzedaży nadwyżek żywności, ziół, sadzonek, nasion, mięsa itd. jako forma samofinansowania, miasto nie dotuje pracowników gospodarstwa, ale pomaga w szukaniu wsparcia, przygotowywaniu projektów grantowych itp.,

– w gospodarstwach jest obecny duch współpracy z podobnymi miejscami i przedsięwzięciami (festiwale, pokazy, wykłady, warsztaty itd.),

– gospodarstwa realizują stałe programy o charakterze integracyjnym (osoby i społeczności o rozmaitym pochodzeniu kulturowym, ale także osoby samotne, zagubione, seniorzy, dzieci) i dydaktycznym (ekologiczne zasady uprawy roślin i hodowli zwierząt: odpowiedzialność, prawdziwe potrzeby, permakultura, zdrowa produkcja rolna, metody relaksacji w kontakcie z przyrodą, praca w grupie jako wartość i umiejętność podstawowa, wolontariat, organizacja pracy, wydawnictwa),

– istnieje stała współpraca i kontakt z władzami miasta (ziemia jest „wypożyczona” od miasta, pod warunkiem spełniania funkcji społecznych farm), a są to tereny o wysokiej wartości rynkowej,

Poza City Farms, w Londynie jest obecne całe spektrum działań pokrewnych, większych (miejski park narodowy, projekty kieszonkowych parków itp.) i mniejszych, jak zagospodarowywanie drobnych powierzchni osiedlowych (zobaczcie wyżej zamieszczone fotografie), lokalizowanie pasiek na terenie starych, zabytkowych cmentarzy itp., a pośród nich jest wspólne zarządzanie i kształtowanie istniejącymi parkami miejskimi. Doskonałym przykładem jest historia Meath Garden w Londynie, która działa się nieomal na naszych oczach i dosłownie w ostatnich dniach miała kolejne odsłony w postaci pracy i celebracji. Sposób postępowania jaki możemy w syntetyczny sposób przedstawić, jest następujący:

1/ jest takie miejsce… pierwszy krok, to zobaczyć, że może być czymś więcej niż zazielenioną luką w zabudowie, że ma swoją fascynującą historię, że jest to miejsce ważne dla wielu ludzi, czasem ludzi z innych kontynentów…

AsiaPark

2/ drugi krok, pomyśleć i zaplanować … a z roboczym planem odwiedzić „wszystkich świętych” i zaangażować się osobiście,

AsiaParkPlan

3/ trzeci krok, albo raczej początek wielu kroków… to zrobić coś z innymi i to w realu!

AsiaParkNarz

AsiaEkipaPark2

AsiaParkZywop

Trudno uwierzyć, ale podczas akcji zorganizowanej przez miejscową społeczność i wspartej przez Miasto Londyn wysadzono: 10 000 (dziesięć tysięcy!) cebul roślin kwiatowych: głównie hiacyntowca zwanego w UK bluebell oraz hiacyntów, drzewa i krzewy, przebudowano (na powyższej fotografii) część parku, która stwarzała pewnego rodzaju zagrożenie, co zgłosili okoliczni mieszkańcy. A sam Park, odkrył swoją fascynującą historię, którą tu tylko zasygnalizuję reprodukcją tablicy, jaka została umieszczona przy jednej z alejek:

tablicaAboryg

Temat miejskich gospodarstw jest fascynujący i niezwykle bogaty… bo w Londynie są pasieki na cmentarzach, bo wykorzystano gigantyczne środki na Park Olimpijski dla renaturalizacji wielkich obszarów zdewastowanych, bo Londyn ma sieć kanałów, które są szlakami transportowymi, miejscem do mieszkania i bogatymi korytarzami ekologicznymi w wielkim mieście, bo jest tu Królewski Ogród Botaniczny, bo …

Bardzo dziękuję za cierpliwość, nieugiętość i fantazję we wprowadzaniu mnie i AN w fascynujący świat organicznego Londynu, naszej niezrównanej Przyjaciółce – Asi Milewskiej!!! Także fotografie i inne materiały opublikowane w tym wpisie zostały udostępnione przez Asię! Joanna Milewska projektuje i realizuje przedsięwziecia z dziedziny rekultywacji terenów miejskich i terenów zieleni w Londynie, a w wolnych chwilach robi… to samo, regularnie podróżuje po Azji, czasem odwiedza także Biotop Lechnica.

Asiatree

Ten i poprzedni wpis dotyczy materiału jaki zaplanowałem do omówienia (z licznymi rozwinięciami 🙂 ) podczas otwartego spotkania w Księgarni/Kawiarni BONOBO w Krakowie w czwartek – 13 grudnia 2018 roku w ramach moich autorskich spotkań pt. Etnobotanika praktyczna Marka Styczyńskiego/ sezon 2018. Z oczywistych powodów w Bonobo będzie o wiele więcej informacji…

 

Masanobu Fukuoka i jego kule nasienne

Zimową porą jest nieco więcej czasu na przemyślenia i zaplanowanie działań. Warto w takim czasie poszperać za tzw. materiałami źródłowymi, czyli dowiedzieć się bezpośrednio od autorów o tym, co naprawdę mieli na myśli i jak naprawdę zrobili to czy tamto. To ważne aby sprawdzać źródła, bo żyjemy w gęstej zupie medialnych śmieci, odpadów lub fabrykowanych niby-informacji, testowania nowych mód, które pojawią się (lub nie) za jakiś czas. Fotografie i filmy pokazywane w internecie, a przedstawiające gęste od woreczków plastikowych, butelek i odpadków całe obszary oceanów, bardzo plastycznie i przekonywująco pokazują jak wygląda chlew medialny w jakim żyjemy. Do sprzedawania już nie wystarczą jedynie tanie i krótkotrwałe produkty, ale jeszcze dokładna wiedza o potencjalnych klientach, o rodzących się modach i upodobaniach, a także wiedza o zachowaniu się społeczności ludzi jako gatunku. Nikt się już nie kryje z zakusami na modelowanie postaw i podkręcanie nieprawdziwych potrzeb. Każde drgnienie społeczne jest przejmowane i obrabiane do sprzedaży lub manipulacji. Oczywiście, nie jest to sytuacja jakoś specjalnie nowa, nie opisana, zaskakująca czy trzymana w tajemnicy. Niektórzy mówią, że kupujemy to jak gęsi kluski tuczone przed świętami (oczywiście, to nie są święta dla gęsi)…

Jest jednak bardzo pocieszający mechanizm obronny! Wszystko, co opisałem działa bardzo dobrze i na dużych liczbach się sprawdza, ale prawdziwą zaporą jest konieczność wykonania czegoś naprawdę (w sensie zaangażowania intelektu, ale i czasu, środków, cierpliwości, zdolności manualnych, itd.) czyli wysiłku, rozumianego nie tylko jako napinanie mięśni. Jeżeli zaczniemy robić coś realnie, to zaraz w bonusie dostaniemy sporo wolnej przestrzeni wokół nas, Robiąc coś w realu mamy mniej na namiastkowe życie na fejsie, a setki naszych sieciowych przyjaciół z pewnością nie pospieszy nam z pomocą, co więcej, wielu się wykruszy wyczuwając słusznie, że sprawy mogą ich zmusić do wysiłku. Wysiłek nie jest modny (i nie będzie, chyba, że w popkulturowej wersji – wysiłeczek). Nawet życzliwi doradcy się wykruszają z czasem, bo jest tyle innych fantastycznych tematów, a nie jeden i ten sam całymi miesiącami, ba! latami.

W ramach stawiania tam mentalnej konfekcji unoszącej się grubą warstwą w sieci (nazywanej dawno temu: sieć społecznościowa, a obecnie spełniającej odwrotne cele) wypuszczę w świat (w ten zimowy i ciemny czas) kilka namiarów na źródła, może ktoś z Was zada sobie trud aby tam sięgnąć. Na początek kilka hitów ostatnich lat: guerrilla gardening, ogrody społecznościowe, farmy miejskie, parki miejskie o funkcjach społecznościowych.

Wszystko to postaram się przekazać podczas ostatniego spotkania w 2018 roku w Księgarni i Kawiarni Podróżniczej Bonobo w Krakowie, gdzie od kilku już lat wałkujemy tematy z zakresu: etnobotaniki, permakultury, partyzantki ogrodniczej, ogrodnictwa miejskiego i praktyk duchowych z udziałem roślin.

  1. Partyzantka ogrodnicza czyli guerrilla gardening. U podstaw wersji europejskiej jest bestsellerowa książka Richarda Reynoldsa pt. On Guerrilla Gardening. A handbook for gardening without boundaries z 2008 roku. Książka rozpaliła wiele umysłów, ale nigdy nie została przetłumaczona na język polski, w odróżnieniu od opowieści niemieckiego gajowego o tym co robi mama-drzewo, tata-drzewo i ich potomstwo w lesie połączonym ich głuchym telefonem. Książka jest bardzo ciekawa, bo Autor się naprawdę wysilił i zarówno tło (guerrilla to historyczna metoda walki słabszych z silniejszymi, tak skuteczna, że obecnie silniejsi stosują ją z powodzeniem do walki ze słabszymi, a mniej ich to kosztuje i są trudni do namierzenia…) jak i praktyki opisał znakomicie jak na mądrego praktyka przystało. Z całej książki w Polsce przyjęły się jedynie oderwane fragmenty, strawne dla mediów, a pośród nich tzw. bomby nasienne. W podrozdziale pt. Seed Bombs (s.140-143, z fotografiami) opisuje co i jak. Nasienne bomby w kontekście miejskiej walki partyzanckiej (chociaż ogrodniczej) zrobiły karierę. Wiele razy opowiadałem o tych bombach, mimo, że wyobrażenia o ich wytwarzaniu i zastosowaniu oraz skutkach bombardowania, była dość mizerne. Tak więc zamieszczam linki do podstawowych filmów o tzw. seed ball’s czyli kulach (nie bombach!) nasiennych, które wprowadził do swojego specyficznego (i fascynującego!) stylu ogrodnictwa Masanobu Fukuoma. Byłoby bardzo kształcące, aby poczytać nieco na temat tego pana, bo to co zostawił po sobie jest realną ścieżką w nurcie leczenia nas samych i środowisk w jakich żyjemy w zdrowiu i spokoju. Jest to postać słabo u nas znana i raczej niezbyt medialna w obecnych standardach. Pamiętajcie, że to nas skutecznie chroni przed zalewem konfekcji, a nawet przerywa błędne koło; konfekcja – konsumpcja – defekacja – konfekcja przykrojona do standardów defekacji – konsumpcja – defekacja…. Film pierwszy ma ponad 18 minut : Masanobu Fukuoka makes seed balls,  więc … wysiłek jest konieczny, drugi jest na miarę wysiłeczku https://www.youtube.com/watch?v=ibqOeKogiLU bo ma tylko 5 minut, ale doskonale pokazuje jak robi się (i po co!) nasienne kule gliniane!
  2. W następnym odcinku „źródeł” farmy miejskie w Londynie i ogrody społecznościowe.