Rośliny w uprawie

gojnik18sam

Już początek czerwca, a wiosna upływa pod znakiem ciepła (a nawet gorąca, bo kilkakrotnie zanotowałem temperatury dzienne powyżej 30 stopni C w cieniu!) i suszy. Tym bardziej cieszą udane uprawy, zwłaszcza te kilkuletnie. Powyżej gojnik Sideritis scardica pochodzący z małej uprawy w Biotopie Lechnica, która w 2017 roku wyglądała tak:

gojnik2

Gojnik jest mi bliski, bo była to pierwsza roślina (po bzie czarnym), którą zająłem się w sposób systematyczny i doświadczalny. Oczywiście dzisiaj już wszyscy zainteresowani wiedzą, że jest wiele gatunków i kultywarów gojnika, ale o ile pamiętam 🙂 to 15 lat temu nie było to takie jasne. 🙂 Pierwszy zbiór z własnej uprawy miał miejsce ze cztery lata temu, ale była to uprawa balkonowa (trwała cztery sezony) w Krakowie. Pierwszy zbiór  ziela z tworzonego przez dwa lata mikro środowiska w górach, to zupełnie coś innego. Pewnie dlatego mam tyle radości. Jeszcze więcej radości dała nam degustacja naparu gojnika prosto z uprawy. Ten żywiczny posmak, który tak lubię, jest w świeżym zielu jeszcze mocniejszy!

gojnikBiot18

Szałwia lekarska Salvia officinalis rozrosła się pięknie i kwitnie rewelacyjnie, co zwabia setki błonkówek, a także fruczaki gołąbki Macroglossum stellatarum, pojawił się także zmrocznik pazik Deilephila porcellus. Szałwia na fotce ma trzy lata.

szałwia18

Nowym nabytkiem w Biotopowych środowiskach tundrowych (w budowie, a budowa to mozolna!) jest bagno grenlandzkie Ledum groenlandicum, fascynująca roślina ceniona przez Inuitów i z rozmaitymi zastosowaniami. Pech chciał, że posadziłem kilka roślin tej wiosny, niezwykle suchej i gorącej… rok wcześniej miała by mokro, zimno, a drobny deszczyk padający tygodniami przypominał by jej 🙂 o tundrze. Staram się jej pomóc, ale w Biotopie nie przekraczam pewnych brzegowych warunków, za którymi jest już sztuczna uprawa.

bagnoGR18

W innym miejscu, które pewnie pamiętają uczestnicy warsztatów z 2016 i 2017 roku, powoli ustalają się obiegi właściwe dla inicjalnego torfowiska górskiego o charakterze młaki. Bardzo ładnie zadomowiła się tam kępa delikatnych kosaćców Iris sp., ale jest kilka innych gatunków.

kosaciecsyb18

Po tym jak we wrześniu 2017 roku przymrozek zniszczył nam plon pomidorów, które z wielkim wysiłkiem uprawiałem w kilku najcieplejszych miejscach Biotopu, postanowiłem, że pomidory, papryki i kilka innych ciepłolubnych roślin będę w części podstawowej uprawiał w szklarence / folii. No i to była dobra decyzja, bo pierwszego pomidora zjedliśmy wczoraj, a to jeszcze pierwsza dekada czerwca! 🙂

pomidor18

Cały czas docierają do nas transporty interesujących roślin, przetworów i skał z Armenii. Tu na fotce zobaczycie fantastyczny smakołyk – zielone, młode orzechy włoskie (nazywane w Armenii „greckimi”) w słodkim syropie… 🙂 Miejcie oko na tego rodzaju oryginalne przetwory w swoich wakacyjnych podróżach!

orzechArmenia

Nabardziej zaskoczyła mnie tej wiosny bylica luizjańska Artemisia ludoviciana. W 2017 roku miałem kilkanaście sadzonek, które ładnie wyrosły, zakwitły i zanikły jesienią. Z tej kępy na wiosnę tego roku wyrósł prawdziwy las silnych roślin, a rozłogi (?) i korzenie przenoszą nowe rośliny bardzo daleko od miejsca gdzie się pierwotnie pojawiła. Kilka rdzennych plemion z Ameryki Północnej zna i stosuje tę roślinę i przyglądnę się jej w tym roku bliżej! 🙂

bylicaluizjan18

To jedynie część gatunków roślin w uprawie i pewnie powrócę jeszcze do tego przeglądu!

Reklamy

SHINRIN YOKU Japońska sztuka czerpania mocy z przyrody

shinrinBook

Z ciekawością rozpakowywałem przesyłkę z Wydawnictwa Znak bo wiedziałem już, że kryje interesującą książkę o bardzo mi bliskiej praktyce shinrin-yoku.

Od dłuższego czasu czytałem o niej i praktykowałem jej elementy sam lub z A., a nawet wybraliśmy wyjątkowo dogodny dla shinrin-yoku szlak leśny wokół naszego Biotopu Lechnica. Wstępnie testowaliśmy go także razem z uczestnikami moich warsztatów etnobotanicznych na słowackim Zamagurzu w 2015, 2016 i 2017 roku. Od początku mojego spotkania z shinrin-yoku przedkładałem określenie „zanurzanie się w lesie” niż „kąpiel w lesie”, bo lepiej oddaje istotę tej praktyki i nie pozostawia wyobrażenia, także nęcącego, wanny ustawionej w lesie, albo niektórych basenów termalnych usytuowanych pośród tatrzańskich lasów.

Opis metody i moje doświadczenia i źródła wiedzy o shinrin-yoku opisałem dość dokładnie trzy lata temu we wpisie : https://etnobotanicznie.pl/2015/04/28/shinrin-yoku-leczenie-lasem/ co czyni mnie pionierem 🙂 wobec książki Garci i Mirallesa wydanej w 2018 roku. Pewnie dlatego polski Wydawca wysłał do mnie piękną książkę, za co bardzo dziękuję!

Ponieważ shinrin-yoku opisałem w dostępnym ciągle tekście na moim blogu to skupić się tu mogę wyłącznie na polskim wydaniu książki poczytnych Autorów – H. Garci i F. Mirallesa. Początkowo książka sprawia wrażenie dość przypadkowego zbioru wrażeń, wspomnień, opowieści i inspirujących Autorów cytatów, opisów postaci odległych (a jednak bliskich…) shinrin-yoku jak Thoreau, albo twórca neopoganizmu wicca. Jednak po tym pierwszym wrażeniu odkryłem, że układ książki i zawarte w niej przykłady, ulotne impresje i dalekie porównania są rzetelnie przemyślane i tworzą bestsellerową (zapewne), jakość.

Moje trudności w zakochaniu od pierwszego wrażenia, biorą się zapewne z poszukiwania czegoś poza emocjami, poza uniesieniami i poza apelami do porzucenia szkodliwych dla zdrowia praktyk na rzecz uzdrawiającego stylu życia jaki czeka tuż za rogatakami miasta. Autorzy podają poruszający przykład oferowania w jednym z japońskich miast, betonowych rur (o wymiarach 5 m długości i 2 m średnicy) jako ekonomicznych mieszkań i sugerują, że proste życie w lesie (we własnej skromnej chatce) byłoby zdrowsze. Wypominają 🙂 Thoreau, że nie zbudował swojej słynnej chaty nad stawem Walden własnoręcznie, a jedynie wyremontował istniejącą szopę, co ja zdecydowanie pochwalam w myśl hasla : recycling i restoring! W innych miejscach Autorzy ubolewają nad skutkami mieszkania, pracy i przebywania pośród wieżowców, ale opisują Tokio jako przykład równowagi uzyskiwanej poprzez pracę w wysokościowcach, a mieszkanie w domkach pośród zieleni na dalekich granicach miasta. Znam wielu autorów, którzy to zjawisko postrzegają odwrotnie i akcentują rozlewanie się suburbii, wytwarzanych przez wielkie organizmy miejskie na tereny rolnicze i cenne przyrodniczo. Czy to jest kwestia optyki? Nie całkiem jak przypuszczam, według mnie raczej taktyki, bo ludzie zazwyczaj wolą dobre wiadomości. Obawiam się, że przy liczbie ludności świata zbliżającej się już do 8 miliardów, będzie z każdym dniem trudniej utrzymać rownowagę pośród wieżowcow i znaleźć sobie domek pośród zieleni. Spieszcie się z tym, jeżeli tylko możecie! 🙂

Ucieszyło mnie, że Autorzy oparli swoją książkę na tym samym i jedynym źródle jakim ja sam dysponowałem w 2014 i 2015 roku, czyli inicjatywie japońskich lasów państwowych i badaniach Miyazaki Yoshifumi (którego książka o shinrin-joku jest już w zapowiedziach wydawniczych!). Nie są prawdziwe powtarzające się sugestie Autorów, że shinrin-yoku jest nowością (fakt, że Autorzy łagodzą to stwierdzenie dodając „dla zachodniego odbiorcy”), bo inicjatywa szefa lasów w Japonii ma 36 lat, a o fitoncydach rosyjski badacz B.P. Tokin (a poza nim Niłow i kilkoro innych) pisał jakieś 80 lat temu.

Niestety, podobnie jak w moich doświadczeniach z shinrin-yoku, które tak uwiodło niektórych uczestników warsztatów, że już po paru miesiącach ogłaszali własne zajęcia z leczenia lasem (ciśnie się tu słynne zawołanie : lekarzu, ulecz się sam! 🙂 ) tak i w omawianej książce nie napotykam właściwego zrozumienia czym jest dzisiaj fenomen shinri-yoku w Japonii. A nie są nim leczące ducha i ciało właściwości naturalnych lasów, znane od zawsze i praktykowane indywidualnie przez wszystkich poważnie starających się pracować ze swoją duchowością i zdrowiem ciała w tradycjach Azji, Afryki, Europy, Australii i Ameryk plus paru dużych wysp. Ten fenomen polega na tym, że w Japonii opracowano cały system leczenia lasem, poczynając od wyznaczenia specjalnych obszarów i rodzaju lasów, dostępnych i wygodnych ścieżek (co zakłada ich ochronę, pielęgnację i informację o nich), po prawny fakt możliwości wypisania swoistej „recepty” ( a w praktyce pokrycia kosztów skorzystania z systemu przez ubezpieczyciela pracowniczego). Garcia i Miralles odnotowują część działania tego systemu, ale skupiają się na odkrywaniu dawno odkrytego. Lasy na świecie pełne są frików, joginów, adeptów zen, taoistow, zwolenników ścieżki wicca, neodruidów i muzyków robiących sobie zdjecia, które mają sugerować głęboki wgląd w mroczną i dziką Naturę. Lasy w Polsce pełne są strażnikow leśnych, fotopułapek, nielegalnych urządzeń sportowych, niepotrzebnycb dróg, śmieci i złodziei drewna. Jaka szkoda, że poza Japonią w lasach nie ma lekarzy. To pewnie dlatego, że nie chodzi o zdrowie, a o sprzedaż możliwie dużej ilości leków. W tym kontekście jest jeszcze bardziej widoczna istota fenomenu japońskiego wydania shinrin-yoku, bo stanowi on badany, sprawdzalny, zalecany i skuteczny sposób profilaktyki i leczenia bez wciskania leków i zabiegów w prywatnych gabinetach. Dlatego nie sądzę, aby ta metoda się w Polsce przyjęła, a zważywszy na ubywanie względnie naturalnych lasów, to nawet gdyby kiedyś tak, to nie będzie gdzie jej praktykować w sposób właściwy. Shinrin-yoku pozostanie raczej w sferze wiedzy alternatywnej i indywidulanych praktyk wąskiego grona świadomych ludzi. I z tego powodu polecam wszystkim książkę Shinrin Yoku Japońska sztuka czerpania mocy z natury. Mimo niedoskonałości, jest poruszającym wezwaniem na ścieżkę świadomego życia, a tego nam bardzo potrzeba!

Książka ma 6 głównych rodziałów, ale wprowadzenie i epilog zasługuje na specjalną uwagę. Praktyczne wskazówki przydatne do wstępnego praktykowania shinrin-yoku zawiera podrozdział – Pięć kroków do shinrin-yoku.

Moim ulubionym od kilku dni cytatem,pochodzącym z omawianej książki, jest fragment wiersza Ruan Ji, taoistycznego poety z III wieku:

/ … / Ach, ci młodzieńcy z pustymi głowami, próżniacy, / niewolnicy mód i kaprysów, / ciągle szukający drogi na skróty, / co wiedzie ku uciechom, / Nikt nie chce wstawać wcześniej niż w pełnym słońcu / … /

P.S. Odcień zieleni z okładki książki jest w oryginale znacznie bardziej subtelny, nie udało mi się go należycie uchwycić, za co przepraszam Wydawce.

 

 

 

 

 

Skobelek

skobelszklarenka

Koniec kwietnia i maj, to decydujące miesiące w ogrodnictwie i nie ma co tracić czasu, bo kto nie sieje ten nie zbiera… Tegoroczny, bardzo długi weekend majowy w całości przeznaczyłem na prace w Biotopie Lechnica i zdałem sobie nagle sprawę, że po raz pierwszy od kilkunastu lat (!) nie prowadzę w tym czasie warsztatów terenowych. To było ciekawe uczucie i nie powiem, że mi się nie podobało. Inna rzecz, że mieliśmy trochę zapowiedzianych gości, a i najbliższy miesiąc, to bardzo interesujące spotkania. Podkreśliłem -zapowiedzianych – bo, tylko tak można nas zastać i mieć z nami jakiś czas na rozmowę i spotkanie. To nie jakieś wymysły i niegościnność, ale konieczność rozsądnego planowania czasu, energii i zaangażowania. Pamiętajcie, że prowadzimy intensywne życie zawodowe, często gdzieś lecimy lub jedziemy, gramy koncerty i nagrywamy płyty, a do tego piszemy sporo (teraz np. siedzę nad nową książką, bo Wydawca naciska na termin, a A. jest w samolocie do Danii, kilka godzin temu zarejestrowaliśmy kilkanaście minut nowej muzyki na płytę, a ja jutro wstaje o 5.05 rano i jadę w Beskid Sądecki do roboty….), a do tego remontujemy i budujemy permakulture leżącą o 150 km od naszego stałego miejsca zamieszkania… i to bez samochodu.  Proszę jednak, nie radźcie nam zwolnić, wyluzować i odpuścić. Cały ten kraj chyba zwolnił, odpuścił i wyluzował jeszcze w średniowieczu i do dzisiaj nie może się pozbierać bo luzuje, odpuszcza i zwalnia kiedy coś się zaczyna jako tako kleić, ale to nie musi dotyczyć wszystkich. A poza tym, czy jest przyjemnie stać pod zamkniętą bramką? Tak więc, nie ma warsztatów, ale są (bo były umówione) bardzo interesujace grupy i osoby, ciągle też istnieje mój telefon, adres mailowy i wszystkowidzący, ale nieco cieknący (bo ciągle mu coś „wycieka”) fejsbuk.

Tymczasem w Biotopie wiele roślin odsłania nam swoje sekrety, albo zwyczajnie zachwyca nas wiosennym wyglądem. Do odnotowania nadaje się przezimowanie w gruncie dwóch sadzonek mandragor Mandragora sp. ( a było około minus 20 stopni w zimie), pięknie rozrósł się zeszłoroczny różeniec górski Rhodiola rosea i zaskoczyła nas bylica luizjańska Artemisia ludoviciana, która w poprzednim roku była taka sobie, a teraz wypuściła ze dwie setki nowych pędów i rośnie bardzo szybko! Ta piękna bylica była/jest znana dobrze przynajmniej pięciu rdzennym plemionom w Ameryce Północnej, jako roślina o różnym zastosowaniu. Wielką przyjemność mam z małego poletka gojnika Sideritis scardica, który zawiązuje piękne kwiaty. Poletko posadzone w 2017 roku zostało całkowicie zatopione jesienią przy okazji nawałnic i już straciłem nadzieje na napar z własnego gojnika i sukces w jego karpackiej uprawie

Czasem podczas pracy w ogrodzie lub z kubkiem herbaty w ręku, zerkam na „naszą” lulecznice Scopolia carniolica, jest tej wiosny dwa razy bujniesza niż w zeszłym roku, a i kłokoczka południowa Staphylea pinnata pnie się w górę doskonale. Cieszy mnie bardzo nowość w Biotopie, czyli kilka sztuk bagna grenlandzkiego Ledum groenlandicum , które znane jest w tradycyjnej medycynie Inuitów. Nie wyliczam dalej, bo pewnie już jesteście przekonani, że wiosna 2018 jest udana, chciaż przypomina nieco lato około połowy lipca…

szklarenkaszkic

Pomocne w pracy ogrodowej jest (szczególnie w górach) ciepłe i jasne miejsce, osłonięte od wiatru i zabezpieczone przed ulewnym deszczem. Wczesną wiosną opracowałem szkicowy projekt, dokonałem pomiarów, przygotowałem miejsce, odwodnienie, wybrałem i kupiłem materiały, sprowadziłem je z Polski do Biotopu… i ruszyła budowa szklarenki, która w tym roku jest pokryta jedynie folią ze względów ekonomicznych. Budowa tej szklarenki jest dobrą ilustracją aktywności w Biotopie, bo finalna konstrukcja powstała z pomocą przyjaciół. Pierwszym i kluczowym dla tej nowej w Biotopie budowli był Artur, który jako doskonały fachowiec, poskręcał co miało być poskręcane, a wcześniej poucinał co miało być przycięte (i to na odcinki o właściwej długości!). Szklarenka jest dobudowana do ściany tzw. Dolnego Domu, tworzy jego ocieplenie na zimę, co sprawia, że naciąganie folii okazało się nie całkiem proste… Umówione posiłki w postaci dwóch rosłych kolegów nie nadeszły (nic tak dobrze nie chroni przed wielką falą odwiedzin jak ogłoszenie, że jest potrzebna pomoc…szczególnie pomoc w formie pracy fizycznej), ale jak to teraz bywa dość często, zamiast nich, drobna kobieta zajmująca się raczej lekkimi nasionami niż pracą na drabinach (i na pewnej wysokości) okazała się cierpliwa i skuteczna. Aga, Ania i ja, przy niemiłósiernie mocnym słońcu (zanotowałem 33 stopnie na termometrze umieszczonym w cieniu!), dokonaliśmy niemożliwego 🙂 i folia została naciągnięta na drewnianą konstrukcję. Tym aktem tworzenia, zakończyliśmy budowę zrębów jednego z kilkunastu cząstkowych projektów realizowanych w Biotopie : Ciepła Strona Dolnego Domu. Na ten ciąg rozmaitych mikrośrodowisk przy południowej ścianie domu składa się teraz : szklarenka, dwie grzędy suche i ciepłe (szałwia, mandragora, pokrzyk, donice z szarańczynem i wysadzony do gruntu laur, róża pienna, cytryniec chiński, akebia, a także belki i pnie oraz stosik pustych muszli ślimaków dla jaszczurek i błonkówek … a to jeszcze nie koniec.

Na drugi dzień rano, w miłym chłodzie poranka przykręciłem blaszane okucie i z pomocą starej, ale markowej maczety z Hiszpanii (! 🙂 tak!) wystrugałem skobelek i zabezpieczyłem drzwi szklarenki przed przypadkowym otwarciem. Tak się to robi.

 

 

 

Etnobotaniczny weekend marzeń!

lulecz18:2

lulecz18:3

Ostatni weekend (12-15.04.2018) w Biotopie Lechnica mogę zaliczyć do wyjątkowych dni, pełnych istotnych rozmów (istotne rozmowy to wymiana wiedzy, intuicji i energii o inspirującym znaczeniu dla rozmawiających), ale także pracy, a nawet znaczącego, botanicznego znaleziska. Rozmowy odbywały się w rozmaitych konfiguracjach, bo „jakoś tak się złożyło”, że odwiedziło nas aż siedmioro miłych osób!

Zaplanowana rozmowa (istotna) i dawno zapowiedziany gość specjalny to Kamila Piazza, artystka, która mieszka w Alpach (F) i zajmuje się głównie rzeźbą. Tematem rozmowy były drzewa, ale okazało się szybko, że istnieje wiele wspólnych obszarów zainteresowań i  …poszło! Do tych rozmów i pojawiających się inspiracji jeszcze pewnie wrócimy tu, lub na blogu Biotopu.

MyKamila18:1

Także z Francji przybyła do nas Ania, dobra dusza Biotopu, doradczyni, osoba, którą zawsze z uwagą słuchamy, bo wykazuje się rozsądkiem – w Polsce chyba nieco zapomnianym. Ania namówiła na wycieczkę do Biotopu mamę, a obie panie przywiozły znakomite domowe (i fachowe!) wypieki! 🙂 Inspirujące rozmowy nie wymagają wcale rezygnacji z dobrej kawy i czegoś do kawy… 🙂 Następni goście to Aga z mamą… aż z Mielca! Niespodziewane, acz doskonale znane w Biotopie osoby, relacjonowały nam swoje postępy w poszukiwaniu własnego miejsca w naszej okolicy… no i postępy są!

Rozmowy, szczególnie te istotne, nie wykluczają pracy (a nawet mam przekonanie, że wręcz rodzą się z pracy…) i wymienione wyżej osoby od niej nie stroniły, za co pięknie dziękujemy!

Równolegle do rozmów istotnych i odrobiny pracy, odbywała się praca i rozmowy istotne  🙂 za sprawą Nataszy, Artura i naszą. Z Nataszą przywieźliśmy w czwartek wieczorem kilkadziesiąt sadzonek drzew od naszych wspaniałych przyjaciół leśników Marty i Janka: graby, brzozy, lipy, świerki i jodły. W piątek do południa wszystkie sadzonki przeznaczone do Biotopu (bo podzieliliśmy się nimi z innymi ogrodnikami, a nawet partyzantami ogrodniczymi w Krakowie!) były już posadzone! Tym samym, dopełniłem tworzone od 2014 roku, dwie podstawowe biogrupy budujące przyszły „laso-ogród„. To ważne, bo trzeba lat, aby takie środowisko zaczęło dobrze funkcjonować, a jest ono dla mnie podstawą permakultury.

Praca w trio (Ania, Natasza i ja) szła nam tak dobrze, że posadziliśmy także kolekcje lilii (6 odmian) i wiele innych roślin. Odnotować muszę także zmiany w założonym w 2017 roku torfowisku, gdzie dosadziłem następną partię żurawin i bardzo piękną kępę bażyny.

Natasza solo, a za jakiś czas z moją pomocą, brawurowo potraktowała podziemne zasieki pokrzywy, która skutecznie tłumiła wszelkie moje uprawy „forest-gardeningowe” na tzw. „skarpie syberyjskiej”. Na koniec dnia, z pomocą Kamili, udało się to dzieło doprowadzić do znakomitego stanu, otwierającego nowy rozdział w tzw. „górnym ogrodzie” Biotopu.

Ten opis prac jest konieczny, bo etnobotanika i permakultura brana z wyobrażeń, nijak się ma do tego czego uczymy się działając w terenie, a zwłaszcza przy pracy w ogrodzie i w interiorze.Także sam proces uczenia się i rozumienia tego co robimy musi być oparty na pracy czyli udziale ciała.

Pierwsze dwie foty, to kolejne stadia rozwojowe „legendarnej” już lulecznicy z naszego ogrodu (legendarnej, bo utwór o Niej z z naszej płyty Throbbing Plants, wszedł na dobre do krwioobiegu muzycznego). Nie da się prześledzić szybko następującego cyklu rozwojowego lulecznicy, inaczej niż w będąc blisko tych roślin. Poza lulecznicą, naszym faworytem jest złoty korzeń / korzeń arktyczny Rhodiola rosea i on także pięknie się rozwija.

rhodiola18:1

Osobno muszę potraktować pracę jaką wykonał Artur, uczestnik moich warsztatów, a od roku stały współpracownik Biotopu. Artur fachowo zbudował podstawową konstrukcje szklarenki, spełniającej (w moim zamyśle) rolę ocieplenia ściany domu, miejsca do uprawy sadzonek i przechowywania niektórych roślin przez zimę. Szklarenkę zaprojektowałem późną jesienią i mieści się ona w szczegółowym projekcie o nazwie: Ciepła Strona Domu, do którego wrócę na tym blogu dość szybko, bo łączy wiele wątków: etnobotanicznych, bioregionalnych, wspierających dzikich mieszkańców Biotopu i testowanie prostych konstrukcji energetycznych.

Na przygotowanie podstawy pod drewnianą konstrukcję, musiałem poświęcić cały dzień, a Artur z minimalną pomocą, budował konstrukcje jeszcze pełne dwa dni. Doliczając zamawianie i transport drewnianych elementów oraz prace wykończeniowe i naciąganie folii, jakie jeszcze przed nami, to budowa tego typu obiektu trwa znacznie dłużej niż myślałem. Szklarenka, która w tym roku będzie pokryta jedynie folią, to konieczny krok (ale i kompromis) w stronę skutecznego ogrodnictwa w sytuacji krótkiego sezonu wegetacyjnego i długotrwałych okresów deszczowych.

Kluczem do dobrego samopoczucia, samonagrodzenia się za ciężką pracę 🙂 i zyskania warunków dla zobaczenia wielu interesujących roślin w czasie wiosennej wegetacji jest u nas tzw. spacer etnobotaniczny, który przeradza się w naszą specjalność czyli bio-flow. 🙂 Ze względu na drzewa – obszar zainteresowań Kamili, a także wielkie zasoby kwitnącej właśnie pierwiosnki lekarskiej jakie czekały w tej okolicy, wybraliśmy się na klasyczny już, kwietniowy spacer „na cisy”.

cis18:1

cis18:2

„Nasze” dzikie i stare cisy, rosną w naturalnym drzewostanie jodłowym (bo jest to gatunek, który preferuje zacienione piętro pod koronami wyższych drzew) i zajmują spory obszar na południowych stokach Pienińskiego Pasa Skałkowego nad wsią Kamienka (wieś leży przy drodze Stara Lubovnia – Czerwony Klasztor). Las ten jest rezerwatem, ale także nowym obszarem Natura 2000. W tym niezwykłym miejscu wznosi się kilka skał – ostańców wapiennych, a jedna z nich to wieżyca przypominająca Sokolicę w Pieninkach  nad Dunajcem… i to zarówno wysokością n.p.m. (ma około 830 m, a Sokolica 747 m, a najbliższe szczyty to: Watrisko 1015 m i Vysoka 1012 m) jak i wiekowymi sosnami porastającymi szczyt. Z roboczych oględzin (na szczyt tej wieżycy nie da się wejść bez asekuracji) wynika, że sosny te mogą mieć 300-500 lat!

Pod skałami spotkaliśmy wiele ciekawych roślin, ale wczesne formy ciemierzycy (CIEMIERZYCY) wydawały się nam szczególnie piękne.

ciemierz18:2

W drodze powrotnej ze spaceru, znalazłem to czego od lat szukałem… Tu jest konieczne aby przypomnieć zainteresowanym, że w słynnym zielniku (botanotece tzw. Brata Cypriana z Czerwonego Klasztoru gdzie mieszkał od 1756 do 1775 r.) znajduje się kwiat zimowita jesiennego z adnotacją, że znaleziony został … na wiosnę. Zauważyła to znawczyni pracy Brata Cypriana, ale głównie znakomita botaniczka – Zofia Radwańska-Paryska (1901-2001) i poszukiwała wiosennych kwiatów zimowita jesiennego w miejscach gdzie działał Cyprian. Nie udało się jednak tego dokonać. Oczywiście i ja, zainspirowany tymi informacjami, od wielu lat poszukiwałem tej wiosennej wersji tajemniczej rośliny jaką jest zimowit jesienny… i proszę, wczoraj ją znalazłem!

Zimowit jesienny Colchicum autumnale znany jest jako silnie trująca roślina o ukrytym trybie życia z kwitnieniem jesienią, a owocowaniem wiosną (!) i silnymi właściwościami (alkaloid kolchicyna!) mutagennymi. Pora kwitnienia i wygląd napotkanego wczoraj kwiatu wskazuje na to iż roślina wywołuje mutacje także we własnym organiźmie. Gdybyście myśleli, że opisuję jakieś nieistotne obecnie „ziółko” to przeczytajcie to doniesienie.

zimowit18wiosna

Bardzo proszę o wiadomość, gdyby były potwierdzone znaleziska wiosennego kwitnienia zimowita jesiennego z rejonu Pienin i okolic (Zamagurze, Tatry).

To był bardzo udany weekend, a znalezienie kwiatu zimowita wiosną i to dokładnie 15 kwietnia… uznałem za dobry omen i znaczący prezent z okazji moich urodzin. 🙂

Fotografie zawdzięczamy AN, fotkę z Kamilą zrobił Artur, Rhodioli ja.

 

 

 

Primula farinosa – jedna z najrzadszych roślin w Polsce

primulaf18rozet

Na fotce z dzisiaj (11.04.2018) widać kilka rozetek pierwiosnki omączonej Primula farinosa, którą zajmuję się zawodowo od wielu lat. Pierwiosnka ta należy do najrzadszych roślin w Polsce, bo występuje już jedynie na jednym i to całkiem niewielkim stanowisku w Beskidzie Sądeckim. Od strony etnobotanicznej jest kilka problemów z tym gatunkiem (a od strony wymagań ekologicznych cała lista problemów i zagadek) i mnie osobiście najmocniej razi na siłę wciskana błędna forma nazwy: pierwiosnek, zamiast: pierwiosnka. Po pierwsze „pierwiosnek” to w jeden z gatunków ptaków, po drugie nigdy się nie mówiło „primul”, a wyłącznie „primula”, a czasem „primulka” … itd. podobnie jak niechlujstwo językowe (także bardzo popularne pośród botaników z Akademii), które z ciemierzycy uczyniło ciemiężyce, wbrew wszelkim prawidłom języka i tradycji, a nawet wbrew dobrej praktyce szanowanych (podobno) botaników i botaniczek. Wracając do pierwiosnki omączonej, to zagadkowe jest np. to, co stało się od lat 60. XX wieku z (podobno) 9. ostatnimi stanowiskami tej rośliny w Polsce, że na początek XXI wieku, zostało jedno jedyne. Próbowałem to ustalić, ale udało mi się to jedynie w przypadku stanowiska podawanego z Gdańska (Gdańsk – Zaspa). Tam jest sprawa jasna, bo na stanowisku najpierw wybudowano pas startowy dla samolotów wojskowych, a potem wielkie osiedle Zaspa. Co z pozostałymi 7 stanowiskami, nikt nie wie?! Główną zagadką jest to, że po badaniach genetycznych można sądzić iż stanowisko dzisiaj ostatnie i oddalone od granicy ze Słowacją o 2-3 km, nie jest częścią populacji słowackiej, a najdalej na południe wysuniętą enklawką populacji nadbałtyckich! Jest znacznie więcej tego typu rewelacji i tyleż samo powodów aby to stanowisko utrzymać przy życiu. Doglądanie pierwiosnki omączonej każdego roku w bardzo określonych porach, a nawet i dniach (!), daje po kilkunastu latach (a 7. bardzo intensywnych) interesujące obserwacje i samorefleksje. Mam wielką przyjemność i zaszczyt, że mogę pracować zawodowo w tak interesujący sposób z oddaną sprawie grupą znakomitych specjalistów, znawców subtelności ekologii gór, a i nie boimy się w tym gronie przyznać, że i entuzjastów czynnej (włączam w to określenie także myślenie) ochrony przyrody.

primula16waucie

Dla tych, którzy nie wiedzą jak wygląda kwitnąca pierwiosnka omączona dodaje roboczy portret, który pochodzi z jednego z ubiegłych sezonów…

primula15

W poprzednim wpisie, najwyraźniej spodobała się Czytelnikom AJA, święte źródło żywej wody… Byłem dzisiaj przy nim i woda w zapachu, smaku, delikatności dotyku, temperaturze nie ma sobie równych… Do tego w źródle zauważyłem neoteniczne larwy salamandry, czyli larwy, które urodzone w zeszłym roku przeżyły zimę w źródle i przeobrażą się najprawdopodobniej w dorosłe płazy dopiero tego lata. To jeszcze jedna przesłanka za tym, że źródło jest stabilne i ma stałą temperaturę przez cały rok. Zapewnia to możliwość przetrwania zimy tak wrażliwym istotom jakimi są młode salamandry. Zobaczcie sami jak niezwykłe jest to źródło, a fotografia nie oddaje ruchu wody i regularnego bulgotania i falowania piaszczystego dna. Ten ruch skłania do uważnej obserwacji, która przynosi wyjątkową i wyrafinowaną przyjemność obcowania z czymś prawdziwym i nie pochodzącym od człowieka.

ajaKarp18B

aja18:2

 

 

Czas podagrycznika nadchodzi…

ajaKarpaty

Cykliczność pór roku powoli zaczyna zawodzić, po prawie dwóch dniach opadów śniegu i mrozu na minus kilkanaście stopni, przychodzi w kwietniu kilka dni z nocami jak w lipcu, a dniami jak w czerwcu… Z zimy w lato… a za kilka dni pewnie mocne oziębienie i śnieg…  Klimatolodzy na swoim światowym spotkaniu potwierdzają, że pozostaje nam jeszcze około 20 lat w miarę rozpoznawalnych pór roku i dających się przyżyć kataklizmów pogodowych. Przekazują też coś jeszcze, co jest kolejnym dowodem na to, że populacja ludzka w swej masie oszalała i kroczy ku zagładzie. Klimatolodzy przyznają, że ręce im już opadły i nie wiedzą jak poruszyć opinię publiczną, która ma w głębokim poważaniu zmiany klimatu, tak jakby miała jakąś alternatywę w układzie słonecznym. Wiem, wiem…, że to straszenie, jakoś przeżyjemy, bo bywało już kiedyś różnie. Tu jest tylko „mała” zmiana w sytuacji – nigdy wcześniej nie było nas tak dużo na tej Planecie i nigdy nie produkowaliśmy tak wiele uciążliwych zanieczyszczeń. No i wszyscy chcą wszystkiego i to dużo wszystkiego!

Przy okazji fejsowania, jeden z moich krytyków, napisał mi z przyganą „bo pewnie permakultura jest lekiem na wszystko”… No i mnie złapał, bo jak się dobrze zastanowiłem, to lekiem na „wszystko” nie jest przemysłowe rolnictwo z cybernetycznymi pszczołami, opanowane przez korporacje, które prą z sukcesami ku opanowaniu całości produkcji żywności (kolejne kroki ku temu to: zniszczenie    swobodnego rynku nasion roślin, oderwanie produkcji roślin od gleby w postaci tak uwielbianych przez publikę upraw hydroponicznych i podobnych, zniszczenie biologicznych zapylaczy roślin, narzucenie ujednoliconej listy roślin pokarmowych dla całego świata). Lekiem na „wszystko”  nie jest mocno wykoślawione leśnictwo idące na pasku polityków, ani też łowiectwo nie wydaje się lekiem nawet tylko na zatrute chemikaliami mięso z przemysłowych tuczarni, bo tzw. zwierzęta „łowne” są dożywiane tą samą kukurydzą co świnie w boksach, w których ledwie się mieszczą… Nie wydaje mi się lekiem także „dzika, miejska kuchnia”, bo jakim cudem w miastach, gdzie przez kilka miesięcy obowiązuje maska, rośliny zachowują czystość i zdrowie? To może architekci i planiści miejscy / wiejscy są lekiem? Tu wątpliwość co do nich, jawi się jak zbytek uprzejmości… szklane wieże i dachy „całe w zieleni” (zawsze ta zieleń jest taka bezosobowo „jakaś”) stojące na miejscach gdzie były lasy, ogrody, pola i rzeki, to jakaś kpina i niebotyczne ego albo zaślepienie. To jak projektować klomby w obozach śmierci i brać za to nagrody. Planiści są właściwie (np. w Polsce) całkiem zbędni, bo każdy radny i „parlamentarzysta” zna się przecież na planowaniu lepiej i … a jakże, planuje jak (mu) pasuje. No to co jest tym lekiem: kawiarniana ” wrażliwość na problemy społeczne”?, upolitycznione do bólu związki zawodowe? Może petycje lub pikieta? No, chyba widać, że nie. To może odstrzał fok na polskim wybrzeżu Bałtyku, postulowany przez jakąś babę, która wiedzę na temat łancucha pokarmowego i ekologii morza ma za nic, a cyniczny populizm starcza jej za program polityczny, jest lekiem dającym dostatek dzikich i zdrowych ryb? Też nie, bo najpierw by trzeba się było zastanowić, co to za kraj, który na swym 400 kilometrowym wybrzeżu ukochanego morza nie zdołał ochronić morszczynu, zwykłego glonu o wyglądzie rośliny i rozlicznych walorach zdrowotnych, ważnych także dla człowieka. No i po tej analizie dostępnych „leków”, wychodzi mi, drogi Krytyku, że każda, nawet maleńka permakultura jest prawdziwym lekiem wobec tego wszechzidiocenia, które rodzi agresję wobec przyrody i bierność wobec pazernych szaleńców chcących patentować nasiona i wodę. Tak więc, kup sobie łopatę i zamiast pisać mi zjadliwe (w zamierzeniu, a żałosne w treści) komentsy, zrób pierwszy krok w dobrą stronę.

Umownie, nazwijmy to co za oknem – wiosną (mimo cech lata) i ustalmy na wszelki wypadek  inne kryterium jakie wiosna musi spełniać w życiu wielkiego świata czyli w brei lajfstajlu. Przychodzi mi na myśl, że pierwsze poruszenie w mediach społecznościowych donoszące, że „podagrycznik jest zdrowy i cenny” to pewny znak wiosny, nawet gdyby waliło śniegiem. Drugą oznaką jest pojawienie się przepisu na sałatkę z pierwszej pokrzywy z młodymi liśćmi mniszka.

Kilka ostatnich dni pracowaliśmy nad naszą permakulturą z pełnym przekonaniem, że to ma sens. Po czterech sezonach widzimy, że sens ten potwierdza następująca zmiana: zwierząt pojawiło się u nas znacznie więcej niż było, a ludzi przybywa znacznie mniej. Jest to luksus jak na te czasy i będziemy się tego trzymali. Na tym polega skuteczność permakultury, także na polu życia prywatnego.

lulecznica18

lulecznicaAni

lulecznicaBiotop1

Nasza lulecznica kraińska powoli wyłania się z ziemi. Nie przestaje nas fascynować ta skryta roślina, która w przeciągu niespełna trzech miesięcy w roku, pojawia się, zakwita i likwiduje swe zielone części nadziemne, aby pozostałe 9 miesięcy żyć głęboko w glebie. Do tego jest przepiękny wątek lulecznicy w botanice akademickiej – nie wiadomo ile jest gatunków lulecznic na świecie, a nawet nie jest pewne czy te znane są faktycznie osobnymi gatunkami… coś jak z legendarną (jak się okazuje także dla Akademii) mandragorą, która ma już pięć sporych liści i zaczyna wyrastać z dotychczasowego rozmairu donicy. Powoli zakwita pierwiosnka, kwitną dwa nasze wawrzynki, knieć błotna ma spore liście. Całkiem dobrze zniósł zimę gojnik na małej grządce obsadzonej w porzednim sezonie dość wątłymi sadzonkami. Zakwitnie tego lata?  Pszczoły i trzmiele już patrolują ogród. Podobnie z motylami: cytrynek i rusałki są już w powietrzu. Wczoraj widziałem pierwszą jaszczurkę w najcieplejszym miejscu podwórka.

Budujemy szklarenkę, która przez pierwszy sezon będzie raczej namiotem foliowym na pomidory i kilka innych roślin. Groch posiany, truskawki okopane…

Nie poprowadzę w tym roku warsztatów, ale to nie znaczy, że Biotop nie będzie miał gości… jeszcze w maju szykują się dwie ciekawe grupy i jedna artystka szukająca nowego (lub ukrytego przez wieki) obrazu drzewa. Spotkania w Bonobo powracają: po jednym w maju i czerwcu, a potem po jednym od października do grudnia. Zapraszam zainteresowanych!

Na mojej pierwszej od góry focie jest karpackie źródło spełniające wszelkie kryteria samskiego świętego źrodła nazywanego AJA. Takie źródła otacza się opieką i woda z nich czerpana jest jedynie do bezpośredniego wykorzystania. To jedno z ostatnich takich źródeł w polskich Karpatach, reszta jest już wysysana i butelkowana. Tak, mamy wygodę, możemy sobie butelkę wody kupić w sklepie i zabrać na wycieczkę w góry, gdzie jeszcze kilkanaście lat temu dostępne były tego rodzaju źródła.

 

 

 

Serbia

serbiaMy

Obiecałem dopisek do relacji z Festiwalu SURVA i wypadu do Monastyru Rilskiego w Bułgarii i czekałem jedynie na foty kwitnących krokusów, jakie kilka lat temu zrobiła Natasza w miejscu, które zwróciło naszą uwagę podczas powrotu z Bułgarii. Przed przełęczą z pięknym widokiem na górę, znaną nam z letniego przejazdu land-roverem, a także niżej położonym jeziorem, napotkaliśmy kilka interesujących artefaktów…

serbiaGora

serbiaJez

serbiaBibliot

serbiaKukery

serbiaRyba

Także w Serbii postacie „kukerów” są obecne i popularne, ale towarzysza im smoki (?), a drzewa nie muszą być usunięte … nawet jeżeli uschną.

Prawdziwym powodem przyglądania się okolicom Vlasiny, są jednak ciekawe łąki, które wiosną (fotografie Nataszy z Jej przejazdu wiosną kilka lat temu) wyglądają tak:

serbiaN2.jpg

serbiaN4.jpg

serbiaN3.jpg

Dwa podsumowania tego dopisku: w etnobotanice ważne są powroty w interesujące miejsca (w rozmaitych porach roku), siedliska krokusów na fotografiach, według mnie, to część „wołoskiej drogi (migracji) roślin” w Europie.