Pierwiosnkowy warsztat

warsztatlulecz1

Wiosenny czas upływa szybciej 🙂 i jesteśmy już po pierwszym terenowym warsztacie w Biotopie Lechnica! Pogoda szykowała się na ten „długi weekend” typowo karpacka i słabsi fani prawdziwego spotkania z Naturą odpadli, ale grupa uczestników warsztatu, która dotarła na prawy brzeg Dunajca w Pieninach, okazała się znakomita, radosna, pełna wiedzy, chęci do działania i inspirujących dyskusji. Dziękuję wszystkim za uczestnictwo, były to jedne z najprzyjemniejszych warsztatów jakie prowadziłem!

warsztat1:17AgaPN

warsztat1:17boym

Warsztat1:17PN

Pierwsze dwie osoby dotarły już w piątek 28 kwietnia, a wyjechaliśmy z Biotopu 3 maja, był to więc jeden z najdłuższych warsztatów wiosennych w (mojej) historii! Karpacka pogoda to mgły, wiatr, deszcz dłuższy lub krótszy, a czasem niebieskie niebo i słońce. Nie wiem dlaczego tak wielu ludzi stawia na jednorodną aurę, która w deklaracjach powinna składać się wyłącznie z ostrego słońca, ciepła i suszy. Wspaniała przyroda Spisza (bo warsztat odbywał się na Zamagurzu, specyficznym, mikroregionie Spisza) bierze się jednak wprost z „karpackości”, w tym także karpackiej aury. Warsztat obejmował trzy obszary (zarówno wiedzy jak i topograficznie…) i przygotowałem kilkanaście wariantów wejścia w nie, nie było więc problemu z płynną realizacją zamierzeń i pewnie 🙂 oczekiwań! Etnobotanika terenowa to mój najstarszy sposób na warsztaty, ale do tego w tym roku doszedł skrócony kurs permakultury górskiej, łącznikiem było poznawanie zróżnicowanych siedlisk i środowisk przyrodniczych i form krajobrazu. Te ostatnie, w naszych Górach Smoczych są doskonale zróżnicowane geologicznie. Pierwsze czego uczę na moich warsztatach, to nie szukanie określonych gatunków roślin, a siedlisk i środowisk w jakich najprawdopodobniej je znajdziemy. Mikroklimat, geologia, obiegi wody, środowiska przyrodnicze, ekoton i efekt styku, to podstawy dla zrozumienia projektowania permakultury.

Najbardziej spektakularną częścią warsztatu były prace w Biotopie. Rozumiem, że opory budzi koncepcja wykonywania roboty w ogrodzie, „za którą jeszcze trzeba płacić”, ale przychodzi taki moment, że nawet najprzyjemniejsze dyskusje kawiarniane trzeba porzucić na rzecz konkretnej, dobrze zaplanowanej, ale i wykonanej samodzielnie pracy. Warsztatowicze pracowali przy: 1/ tworzeniu środowiska młaki górskiej / torfowiska, 2/ przebudowie murka kamiennego i poszerzenia grządki o wymiarach ok. 3 x 1,5 m, 3/ budowie stopni na stromej ścieżce ułatwiającej wejście na jeszcze nie uprawianą część ogrodu, 4/ porządkowaniu dwóch starych pryzm kompostowych, przekształcanych od 2016 roku na grzędy wzniesione.

Górskie spacery do określonych roślin jakie mam do pokazania, przyniosły spotkania, o których wielu wytrawnych botaników może jedynie pomarzyć… Motywem przewodnim było kilka wspaniałych roślin, a pośród nich: lulecznica kraińska Scopolia carniolica (kilka licznych stanowisk plus nasze własne w Biotopie, którego genezę można usłyszeć w wersji tekstowo-muzycznej na płycie Throbbing Plants… a kilka osób pytało, czy to TE rośliny!), żywokost sercowaty Symphytum cordatum (okolice Biotopu należą do tych niezwykłych miejsc gdzie znajdziemy trzy gatunki żywokostów!), zimowit jesienny Colchicum autumnale ( wiosenna forma z liśćmi i torebkami nasiennymi w imponujących ilościach!), chryzantema Zawadzkiego Dendranthema zawadskii (rarytas botaniczny, pieniński endemit, roślina jeszcze nie kwitnąca, ale z bardzo bliska!), lilia złotogłów Lilium martagon (bardzo charakterystyczne formy jeszcze bez kwiatów!), czworolist Paris quadrifolia (w tym nasza specjalność czyli formy o 2,3 i 5 liściach… magiczne Wronie Oko !), listera jajowata Listera ovata (storczyk o bardzo charakterystycznym wyglądzie liści), ciemierzyca zielona Veratrum lobelianum (utrwalenie prawidłowej pisowni nazwy tej wspaniałej rośliny, którą uparci botanicy wbrew źródłom i rozsądkowi zapisują „ciemiężyca”… także coś o kichawicy, fajkach pasterzy i wszach…). Z ciemierzycą jest nie tak prosto także i w sferze gatunkowej, bo wielu autorów sklania się do tego, że ciemierzyca zielona jest podgatunkiem ciemierzycy białej Veratrum album… a jest jeszcze ciemierzyca czarna Veratrum nigrum, która należy do grupy roślin ginących w Polsce…

VERATRUM NIGRUM

Podobna przygoda z nazywaniem roślin spotkała pierwiosnkę lekarską Primula veris (officinalis), której zmienia się „płeć” na męską formę – pierwiosnek, wbrew przyjętej zasadzie – „primulka”, a nie „primul”, a także wbrew temu, że pierwiosnek to nazwa pewnego gatunku ptaka! Warsztaty w części terenowej odbywały się pośród łanów pierwiosnek, które zabarwiały odległe hale na piękny, złoto-żółty kolor! Siemiopalecznik błotny Comarum palustre okazał się bardzo intrygujący dla wielu zorientowanych w ziołolecznictwie! W kilku miejscach napotkaliśmy kokorycz pustą Corydalis cava i przepiękną kokoryczkę wielokwiatową Polygonatum multiflorum. Być może, poza łanami lulecznicy, wycieczka do naturalnego drzewostanu cisowego Taxus baccata ( a jest to drzewo o niezwykłych właściwościach… i nie chodzi mi o drewno na łuki, a o antyrakowość substancji czynnych, brak żywicy w drewnie, długowieczność, skłonność do tworzenia „drzewo-lasu”….), była najciekawszym elementem moich spacerów roślinnych. Pośród wielu innych roślin, jeszcze dwie muszę wyróżnić – las z dzikim barwinkiem Vinca minor oraz kilka hektarów olszynki i zniekształconego grądu z czosnkiem niedźwiedzim Allium ursinum! Tam też pokazałem jak robi się etnobotaniczny wywiad terenowy z miejscowymi zbieraczami, którzy potwierdzili nowe zastosowanie czosnku w postaci „pesto” i nawet otrzymaliśmy słowacką wersję znanego także z Polski przepisu na domowe przygotowanie czosnkowego, karpackiego pesto! Na fotce Kasi Lewińskiej „podłączyłem” się razem z Pawlem … do zbioru sympatycznej grupki miejscowych pań… 🙂

czosnek17PN

Wykorzystując dzień bez deszczu, a na przekór obawom z pięknym słońcem i ciepły, wybraliśmy się na nioeco dalszą wyprawę etnobotaniczną z elementami bioregionalizmu i pokazami terenowymi siedlisk, środowisk i ekotonów… ponad halami z pierwiosnkami i zimowitami, weszliśmy na zbocze, a później grzbiet i szczyty dwóch wzniesień pienińskich, które przewyższają znane szczyty – Koronę (Trzy Korony) i Sokolicę! Były to dwa szczyty z pierwszej trójcy – Watrisko (1015 m n.p.m.) i Smerekovec (1012,8 m n.p.m.). ten ostatni zwany jest też Vysoką, ale to bardzo mylące wobec tego, że aż trzy szczyty wznoszące się w pobliżu siebie bywają tak nazywane, w tym Vysokie Skałki – najwyższa góra Pienin (1050 m n.p.m.), na które nie weszliśmy po zobaczeniu jakie mrowie ludzi kłębi się na tym polsko-słowackim szczycie (Watrisko i Smerekovec leży na stronie SK). Wyprawa do trawertynowego jeziorka (nazywanego Kraterem – woda znakomicie relaksująca ciało, temperatura 22 stopnie, jeziorko w trawertynowym gejzerze o średnicy 20 m i głębokości 3 m) to stałe element moich warsztatów! Zwiedzanie plenerowej wystawy rzeźb z trawertynu zapewne utrwaliło garść geologicznych informacji o tej ciekawej skale i zjawiskach jakie trawertyn budują.

Osobnym elementem o stałym charakterze jest wizyta w Czerwonym Klasztorze. Klasztor i dzieje alchemika, botanika, lekarza, poszukiwacza minerałów i jednego z pionierów badań nad Pieninami i Tatrami tzw. Brata Cypriana, a nade wszystko Jego botanoteka (stara forma zielnika z zapiskami) dodaje całkowicie innych wymiarów dla kilkudniowego pobytu na Zamagurzu i w Pieninach.

Dwa małe elementy muzyczne (celebracja specjalnego miejsca na przełęczy nad Havką z pomocą koncovki z drewna bzu czarnego oraz z inicjatywy Pawła gra na drewnianym gongu/dzwonie han (z rejestracją w stylu field recordings), jest zapowiedzią trzeciego filaru warsztatów w Biotopie – etnobotanika i permakultura wspierana będzie przez eksperymentowanie z dźwiękami i krajobrazem dźwiękowym, a także tzw. sound walk-ami. Ruszamy z tym od jesieni!

Fotografii z warsztatu jest już bardzo wiele, a oczekuję jeszcze zapowiedzianych… i całkiem sporo z nich, to naprawdę doskonałe ujęcia, ale będę je pokazywał osobno, a w tym sprawozdaniu pokazałem te, które spłynęły do mnie jako pierwsze od Kasi Lewińskiej i Pawła Nowickiego (poza pierwszą fotą lulecznicy). Bardzo Wam dziękuję (Kasia także ubiegła mnie robiąc wpis o warsztatach na swoim blogu… !) !!!!!

Następny, otwarty dla wszystkich chętnych, warsztat organizuję w czerwcu – od 15 do 18 czerwca (czwartek wolny od pracy i szykuje się „długi weekend”) i lista jest już prawie pełna… przemyślane zgłoszenia proszę kierować mailem: marek.styczynski@gmail.com

 

 

 

 

 

Góra cisów

gruszaJa

Według Patrice Bouchardon nastawienie ludzi do drzew wiąże się z 7. typami podejścia do natury. ROLNIK traktuje drzewa jako zasoby możliwe do eksploatacji, BIOLOG w drzewach widzi przedmiot badań, ROMANTYK upatruje w drzewach twory odzwierciedlające jego własne cierpienia, OGRODNIK traktuje je jako coś, o co trzeba dbać, SZAMAN ma w drzewach swoje źródło siły, EKOLOG traktuje je jako żywe istoty, a MISTYK widzi w drzewach części kosmicznej całości. Pewnie już przypisaliście siebie do jednej z tych kategorii (a może dwóch lub więcej?) i czas na uzupełniające cechy charakterystyczne dla nich – te kiepskie i te dające możliwość rozwoju w pozytywnym kierunku.

Rolnik interesuje się tylko sobą i swoimi własnymi potrzebami. Nie specjalnie jest tu pole popisu ku rozwojowi i dźwiganiu się na wyższy poziom świadomości… chociaż rolnik może to czynić dzieląc się z innymi własnymi zasobami (w permakulturze jest to jedna z podstawowych zasad – dzielenie się nadwyżkami). Biolog jest według Bouchardon zazwyczaj nadaktywny i chce wprowadzać zmiany. Może jednak rozwijać się pielęgnując swój szacunek dla natury. Romantyk, przenosi swoje uczucia na naturę, ale może budować się przez rozwijanie swojej potrzeby poznania, zrozumienia i pokochania natury. Ogrodnika obciąża skłonność do działania z miłości do siebie, którą to skłonność może i powinien przekształcać w działanie z miłości do natury, która jest w nim zawsze obecna. Szaman, jak zwykle jest dość dwuznaczną personą, bo z jednej strony chce poznać i manipulować siłami natury, a z drugiej strony traktuje to poznanie i władanie siłami natury jako katalizator kreatywności i inspiracji dla rozwoju własnej osobowości. Bardziej jeszcze pokrętną postacią jest ekolog – cechuje go dogmatyzm (w permakulturze Billa Mollisona – brak dogmatyzmu jest podstawowym „przykazaniem”) i skoncentrowanie na sobie, a jakąś ścieżką ratunku może być mistyczny pogląd na życie jako rzeczy ostatecznej. Mistyka gubi litość wobec siebie, ale może zbudować gotowość do poświęcaniu się służbie życiu. Rozumiem, że sporo „szamanów”, „rolników”, a szczególnie „ekologów”, zmienia teraz szybko swe przekonanie o przypisanym sobie typie… Na pociechę dodam tylko, że kategorie przynależności nie są sztywne i mogą łączyć kilka skłonności… Nie ma co się dziwić, że w kraju „rolników” i nie rozwijających się „biologów”, drzewa mają się tak marnie (bo leśnictwo jest osobliwym działem rolnictwa), a „ekolodzy” muszą być w mocnym konflikcie z „rolnikami”, a „mistycy” i „szamani” im wiele nie pomogą… 🙂

Po tym świątecznym wstępie pod rozwagę (jest „lany poniedzialek”) podzielę się z Wami całkowicie czarodziejkim spacerem na górę pełną dzikich cisów…

Wszystko zaczynało się bardzo typowo – jakieś informacje zawodowe, jakieś opisy w przewodniku, jakieś plany poprowadzenia grupy warsztatowej własnymi szlakami i ten dzień, w którym wszystko się kumuluje; świetni towarzysze wycieczki (w tym wypadku dwoje znakomitych leśników), wolny czas, auto do skrócenia dojazdu i potrzebne rozeznanie terenowe, poczynione tej wiosny prawie na miejscu. Kawa i z ciasteczkiem z Biotopowej kuchni i po niespełna pół godzinnej drodze pustymi drogami… jesteśmy na ulubionej przełęczy (ta kategoria obejmuje wiele bliskich nam przełęczy…), dobrze znanej z wypraw jesiennych i czerwcowych do setek, a może tysięcy zimowitów – kwitnących jesienią, a owocujących w czerwcu! Tym razem jednak już po przejściu stu metrów szeroką ścieżką, schodzimy od tak, po hali do potoku i wolno, krok za krokiem wspinamy się stromymi polanami ku skalnej wieży, która – niby latarnia morska – od dawna nas przyciągała o różnych porach roku.

Szlak, z którego właśnie zeszliśmy, wiedzie na najwyższy w Pieninach szczyt, a dzika droga, na którą weszliśmy może być dojściem do drugiego co do wysokości szczytu Pienin… Nasze spacery od dawna nie koncetrują się na masywie tzw. Pienin Centralnych (wystarczy nam piękny widok na Koronę z okna naszej kuchni), a prowadzą do mniej znanych, pełnych zagadkowych miejsc Pasa Skałkowego. Tworzy on naprawdę tajemnicze i pełne zaskakujących miejsc i znalezisk obszary na południe, zachód i wschód od masywu Korony z sąsiadującą Sokolicą.

Po kilku stromych podejściach i intuicyjnych, prawie pionowych zejściach do ciemnych wąwozów wyoranych w białych skałach przez zimne, bystre potoki, spotykamy pierwszego cisa. Drzewo jakby przywoływało wzrok swoim odrębnym światem. Podłużnie złuszczająca się, lekko różowo-fioletowa kora, wiotkie końcówki gałęzi z jaśniejszą zielenią, niż u wszechpanującej tu jodły, igieł i ten nieuchwytny rodzaj rozproszenia światła, już przefiltrowanego przez korony jodeł. Dotykamy to pierwsze na naszej drodze cisowe drzewo jakbyśmy dotykali wazy z epoki Ming… ale jest przecież cenniejsze i na szczęście silne, żylaste, twarde, sprężyste. Po nauczeniu oczu i umysłu rozpoznawania sfery „cis”, nie czekamy na długo na następne… i nigdy nie wiem, czy było ich więcej, czy my łatwiej rozpoznajemy po pierwszym spotkaniu, to co zawsze tam rosło? Jeszcze chwila wspinaczki (jak dobrze idzie się stromym skrajem lasu, jak smakuje każdy następny krok i przybliżająca się plama słońca obiecująca odpoczynek i ciepło) i wchodzimy w prawdziwe cisowe sanktuarium. Pnie grube i cienkie, pochylone i wystrzelające ku chroniących je koronom starych jodeł, pnie podwójne, jakiś pień ścięty przed laty, ale zalany kallusem i może cały czas żywy, utajonym życiem drzew, którego nie znamy i może nigdy nie poznamy.

Obchodzimy wielką skalną wieżę z laskiem sosnowych ostańców na szczycie, drzew wczepionych w niewielkie kamienne rynny wypełnione rumoszem wapiennym, igłami i liśćmi powoli zamienianymi na próchnicę. Pod niektorymi cisami znajdujemy małe i duże siewki, ale, ale… wiele z nich to nie siewki, a odrosty od sieci płytko rosnących korzeni poprzedniego pokolenia tej samej rośliny. Tyle, że my zauważamy tylko jedno ze stadiów, może dwa, a wszystko po czym tu chodzimy jest jest być może jednym, prastarym cisem zachowanym tu z epok jakie poznajemy jedynie przez nieliczne świadectwa.

Nie zatrzymujemy się tu na dłużej, chociaż przeciągamy do granic rozsądku decyzję o powrocie.

Stare wierzenia i praktyki (nie całkiem zapomniane) uznają cisa za bardzo mocne drzewo. Pewne ryty związane ze specyficznym stosowaniem dymu z cisa uznawane były za skuteczne odganianie stanów depresyjnych, ale i lek na oskrzela. Cis jednak miał zawsze coś z krainy nieśmiertelności, a ta ściśle powiązana jest ze śmiercią i żałobą pogrzebową. Pierwszy Druid Hu-Ar-Bras zasiadał podczas rytualnych zajęć na kole z drewna cisowego, a samo drzewo zajęło miejsce mocnego drzewa cmentarnego. Tajemnicze, pełne specyficznego cienia i ciszy stare drzewa cisowe zawsze uchodziły za miejsce pełne tajemnic i schronienie emanacji sił, z którymi nie zawsze chcielibyśmy obcować. Cały cis jest rośliną trującą i tylko osnówki (miąższ) jego owoców – bez pestek! – można bezkarnie zjadać. Pamiętam swe zachwycenia starymi cisami na wzgórzach jakie udało mi się kiedyś zobaczyć w Anglii, wiele cisów oglądałem w czasie swych zawodowych zajęć, jedna z gór cisowych wznosiła się nieopodal miasta mojego dzieciństwa, ale, nie przypuszczałem nigdy, że będę miał możliwość odwiedzania cisów tak blisko Biotopu!

Osadnictwo „celtyckie” na terenie Pienin i Zamagurza jest pewnym faktem historycznym, ale nie są znane przyczyny pozostawania tu tego interesującego „drzewnego” ludu? W okolicach Biotopu widoczne są wielkie ilości tarniny i głogu, są pozostałości dzikich jabłoni i gruszy (na fotce stoję pod dziką gruszą jakieś 7-8 km od opisywanej cisowej góry), są jodły i resztki dębów, sosna rośnie w miejscowych ekotypach zwracających uwagę nawet niezbyt uważnych obserwatorów, lipa i brzozy nie brakuje, a korony wielu wiekowych jodeł porastają jemioły… dla Druidów potrzeba było jeszcze tylko cisów, aby chcieli tu pozostać na dłużej. Trochę taka świąteczna etnobotanika… ale czy aż taka nieprawdopodobna?

Zapisy na warsztaty i pionierzy permakultury (cz.1)

9sildrzwiTak jak informowałem wcześniej, od 9 marca przyjmuję zapisy na warsztaty w pierwszej połowie roku 2017. Lista się zapełnia, a przypominam, że pracujemy w małych grupach ze względu na specyfikę zajęć, a ponadto zarezerwowane noclegi nie pozwalają na dowolne „rozciąganie” liczebności grupy. Przypominam, że zaplanowałem dwa otwarte warsztaty w oparciu o tzw. „długie weekendy” – jeden na przełomie kwietnia i maja (29.04 – 3.05), drugi w czerwcu (15-18.06). Jak zwykle noclegi w małych pensjonatach bardzo blisko Biotopu, pościel, pokoje, łazienki i kuchnie…O programie i organizacji warsztatów pisałem tu: https://etnobotanicznie.pl/2017/01/03/startowo-styczniowo/

Zdecydowani lub prawie zdecydowani 🙂 proszeni są o kontakt na mój adres mailowy: marek.styczynski@gmail.com

jakoncovkabrut

jazgalasem

Od lutego 2017 prowadzę cykl spotkań otwartych w księgarni Bonobo przy Małym Rynku w Krakowie. Odbywają się raz w miesiącu i mamy za sobą dwa: 9 lutego i 9 marca. Tytuł cyklu to Fitoremediacje. Podczas pierwszego spotkania sporo mówiłem na temat definicji i rodzajów fitoremediacji, które niestety nie znają możliwości „czyszczenia” powietrza ze szkodliwych dla nas skladników albo zanieczyszczeń w rodzaju pyłu zawieszonego. Nie oznacza to jednak, że rośliny nie są naszym ratunkiem, są, są… i to każdego dnia. Wystarczy przypomnieć zjawisko fotosyntezy (pamiętajcie o dwóch fazach, tym co rośliny wydzielają i z czego…). Fitoremediacje poszerzyłem o oddziaływanie roślin na naszą psychikę (i nie chodzi tu o wyeksploatowany do spodu problem używek roślinnych w sensie halucynogenów) i kształtowanie zdrowego i trwałego otoczenia w postaci permakultury, hortiterapii, ogrodów leśnych czy upraw rolno-leśnych używanych do leczenia obszarów zdegradowanych przez przemysłowe formy rolnictwa i leśnictwa. Bardzo ważne jest też, że razem z ekipą ethnogarden zaproponowaliśmy wszystkim eksperyment z wybranym gatunkiem rośliny… o tej roślinie wyczerpująco napisałem tu: https://etnobotanicznie.pl/2017/01/28/fitoremediacje-1-pszczelnik-blisko-nas-i-pszczol/

Podczas spotkania 9 marca, pokazałem roboczy szkic do opracowywanego rozdziału mojej nowej książki. To moje własne ujęcie permakultury jako ewoluującej kontrkultury… Podałem tam wybrane wg. mojego rozeznania i klucza nazwiska, które uważam za podstawowe dla obecnego kształtu ruchu permakulturowego. Ważne jest aby mieć pojęcie (a jeszcze lepiej także kilka przeczytanych, źródłowych książek) o tym jak złożone są organiczne tkanki permakultury. Na wykresie, który jest już uzupełniony i ulegnie dalszym zmianom, znalazło się kilkanaście nazwisk w trzech kategoriach: 1/ absolutne źródła inspiracji 2/ twórcy metod i rozmaitych szkół w permakulturze 3/ nauczyciele europejscy, wybrane projekty i osobowości aktualnie pracujące. Wygląda to tak:

PERMAKULTURA jako ewoluująca forma KONTRKULTURY

Permakultura jako efekt ewolucji form kontrkultury: niezależność, poszanowanie życia, idea współdziałania, współodczuwanie, zdrowa praca, szacunek dla natury, idee ciągłości i powiązania wszelkich form życia, brak przemocy, szacunek i nauka dla/od rdzennej ludności, lokalna ekonomia, naturalne rolnictwo / ogrodnictwo / leśnictwo, organizowanie się przeciw dominacji instytucji, twórcze życie, sztuka i duchowość…

Henry D. Thoreau (1817-1862) USA, transcendentalizm, obywatelskie nieposłuszeństwo, zniesienie niewolnictwa, lokalność, samowystarczalność, ograniczenie konsumpcji, flexitarianizm. Książki, eseje: WALDEN, czyli życie w lesie, Obywatelskie nieposłuszenstw, Życie bez zasad. Pisma Thoreau wysoko cenione przez Czechowa, Tołstoja i Mahatmę Ghandiego…

MAHATMA GHANDI (1869-1948) India, nie stosowanie przemocy, samowystarczalność, lokalna ekonomia, współpraca, wegetarianizm, sprzeciw wobec dominacji

J. Russell Smith (1874 – 1966) USA, Książka : Tree Crops. A PERMANENT AGRICULTURE (!!!) Organiczne rolnictwo, „laso-ogrody” drzew owocowych ze swobodną hodowlą świń, przeciwdziałanie erozji uprawami rolno-leśnymi…

Toyohiko Kagawa (1888 – 1960) Japonia, pacyfista i działacz społeczny, metoda sadzenia drzew owocowych i hodowli świń na terenach zdegradowanych erozją

Robert Hart (1913 – 2000) UK, pionier Forest Gardening ( system 7 warstw…), pionier hortiterapii, upraw ogrodowych dla vegan, ogród 500 m2…

Masanobu Fukuoka (1913 – 2008) Japonia, Natural farming, Do-nothing Farming, Książka: The One-straw Revolution… (clay seed balls – wykorzystane jako „seed bombs” w Guerrilla Gardening, makrobiotyka…)

Bill Mollison (1928 – 2016) Australia, Książki : Permaculture One, Permaculture Two…Permaculture. Designers Mannual… pierwszy użył w tytule książki napisanej z Davidem Holmgrenem słowo „permaculture”, 3 zasady etyczne permakultury, 12 zasad projektowania permakultury, 7 warstw i 6 stref w projektowaniu permakultury, pierwsze prosperujące gospodarstwa permakulturowe, nauczyciel metody, wykształcił wielu następców

David Holmgren (1955) Australia, książki : Permaculture One z B.Mollisonem, kilka samodzielnych – Melliodora (farma w Australii)…Nauczyciel, teoretyk i praktyk, trener permakultury

Seep Holzer (1942) Austria, książka – Permakultura Seppa Holzera. Znakomity praktyk i odkrywca wielu własnych rozwiązań permakulturowych, gospodaruje na wzorcowej permakulturze w Alpach, szkoli zainteresowanych, projektuje założenia permakulturowe w wielu krajach świata. (Permakultura sprawdzona w górach Europy!)

Znakomici uczniowie – nowi nauczyciele europejscy:

Patrick Whitefield (1949 – 2015), UK Nauczyciel permakultury i życia blisko natury, autor kilku książek i redaktor – konsultant The Permaculture Magazine, wiele zawdzięczał Robertowi Hartowi, który napisał wprowadzenie do znakomitego podręcznika Whitefielda pt. How to make a Forest Garden.

Joe Polaischer (1946-2008) Austria / Nowa Zelandia, nauczyciel i praktyk permakultury, stworzył Rainbow Valley Farm na Nowej Zelandii, przyjaciel Seppa Holzera…

Nowe odsłony – agroforestry / permaculture na dużych powierzchniach (wybrane)…

Ernts Gotsch, Szwajcar, Brazylia, Syntropia/entropia, „leśnictwo regeneracyjne”, Agroforestry, Agenda Gotsch, start w latach 80. XX wieku

CHIKUKWA Project, Afryka, Północ i Południe świata, inicjatywa Eli Ulli Westermann (Niemcy), start 1991…

UWAGA! Jeżeli nie wiecie zbyt dobrze, co to jest „kontrkultura”, a chcecie się dowiedzieć co oznacza dzisiaj ( a nie  w latach 60-siątych XX wieku…), to sięgnijcie proszę do książki pt. Rubieże kultury popularnej, a jest ona dostępna tu: https://nytuan.files.wordpress.com/2014/12/rubieze-blok-kor.pdf  Książka jest dostępna bezpłatnie, a znajdziecie tam wiele … np. na temat „guerrilla gardening”, ogrodów społecznościowych, neoszamanizmu itp.

rubieze

Kończę zapowiedzią: 6 kwietnia w Bonobo będziemy mówili o HORTITERAPII czyli leczeniu ogrodami… wg. mnie jednym z pionierów hortiterapii jest Robert Hart (zobaczcie na wyżej umieszczony spis ważnych ludzi…). Gościem spotkania będzie dr Bożena Szewczyk-Taranek, prawdziwa znawczyni tematu, zajmująca się nim naukowo (m.innymi uruchomiła pierwsze w Polsce studia podyplomowe z hortiterapii na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie, ruszają jeszcze w marcu tego roku, o czym dr Taranek mówiła 9 marca! na spotkaniu w Bonobo). Ja oczywiście przygotuję coś specjalnego i związanego z hortiterapią, a zaczerpniętego z pokazywanej już 9 marca książki pt. SAKUTEIKI Zapiski o zakładaniu ogrodów, w tłumaczeniu i omówieniu Joanny Zakrzewskiej, wydanej przez WUJ w Krakowie, 2013. Jest jeszcze w księgarniach!!! Te „Zapiski…” mają 1000 lat i wiele się można z nich nauczyć, a pokazują doskonale na źródła sztuki ogrodowej. Drugi temat to ogrodnictwo leśne ze szkoły Patricka Whitefielda… Zapraszam!

 

 

 

 

 

Cytrus lekarski

kafirowoc

Pewnie wielu czytelników zna doskonale suszone liście kaffiru, które dodają aromatu sosom i zupom kuchni azjatyckiej. Można kupić paczuszki tych liści także u nas i polecam, bo zmieniają kuchnie w jeszcze bardziej aromatyczne miejsce i znajdują natychmiast swe stałe miejsce, tuż obok kardamonu, goździków czy szafranu. Aromat tej przyprawy jest wyczuwalny w każdej potrawie i nie pomylicie go z niczym innym. Od jakiegoś czasu moje zainteresowanie kaffirem przybierało formy uporczywego poszukiwania nasion lub sadzonek tego drzewka. I tak zaczęła się przygoda z kaffirem…

Polska nazwa tego cytrusa to papeda, powszechnie stosowana to kaffir, a w Indonezji nazywają tę limonkę – jeruk obat czyli – cytrus lekarski. Botanicy uznali obecnie jedną nazwę łacińską (chociaż ma wiele synonimów) i brzmi ona: Citrus hystrix. Polska nazwa nijak się ma do powszechnie używanych i możemy sobie ją darować. Także nazwa kaffir czy kafir jest kontekstowa i nie zawsze bywa dobrze odbierana, bo mianem kafir Arabowie nazywali nie-muzułmanów. Angielskie źrodła proponują używanie nazwy – makrut. Mnie osobiscie najbardzie odpowiada (a odpowiada też zastosowaniom rośliny) prosta nazwa – cytrus lekarski. Jak widać (a jest to tylko kilka z wielu stosowanych nazw tej rośliny) limonka ta musiała zajmować wiele nacji i budzić mocne zainteresowanie? Dlaczego?

Najczęściej mamy do czynienia z liśćmi cytrusa lekarskiego i to z liśćmi suszonymi. W paczuszkach znajdziemy niezbyt duże liście o fantastycznym aromacie (ale nie jest on wieczny…) i nie zobaczymy, że liście te w stanie świeżym mają bardzo ciekawy kształt – są „podwójne” bo blaszka liściowa jest ukształtowana w dwa listki połączone ze sobą i rosnące na jednym „ogonku” liściowym. Liście są zielone, błyszczące, pachnące i dość twarde. Na targach od Indii przez Indonezje po Filipiny można kupić świeże liście w pęczkach i te dopiero dają moc potrawom! 🙂  Mniej znanymi są bardzo charaktersytyczne owoce tego cytrusa – przypominające limonki, ale z silnie sfałdowaną skórką. Nie można ich pomylić z innymi limonkami. Podobno trafiają się one czasem w handlu, ale moje poszukiwania w Londynie, we Włoszech, w Sztokholmie, niestety  nie przyniosły rezultatów. A muszę przyznać, że szukałem nie tylko ja, ale spora grupka osób, które z cierpliwością znoszą moje rozmaite dociekania i pilne zazwyczaj 🙂 prośby! Wszystkim zainteresowanym pięknie dziękuję i mam nadzieję, że tym tekstem się trochę wytłumaczę?!

kafirowocnasiona

Szukałem owoców z nadzieją, że znajdę w nich pestki, a te przywiodą mnie do pięknego, własnego gaju makrutowego na balkonie w Krakowie i na werandzie w Biotopie Lechnica… Okazało się, że owoce są tak samo cenne jak liście i służą na wiele sposobów w stanie suszonym (całe lub skórka), soku, oleju i olejków aromatycznych! Dalej i dalej… okazało się szybko, że cytrus lekarski jest jedną z roślin wykorzystywanych w Royal Thai Herbalism czyli systemie leczniczym bardzo bliskim indyjskiej Ayurvedzie. Jak to często bywa, okazało się, że zastosowanie przyprawowe limonki makrut skrywa tylko jej poważne znaczenie i zarazem odkrywa znaczenie nazwy miejscowej – cytrus lekarski. W podręcznikach do Ayurvedy kategoria „cytrus” w znacznym stopniu odnosi się do tej małej limonki, przynajmniej w kilku zastosowaniach. Sami rozumiecie jaki ból rozdziera serce etnobotanika, kiedy natrafia na tego rodzaju roślinę, a nasion i sadzonek jak nie było tak nie ma. No, chyba, że jest to etnobotanik teoretyk, ale to dla mnie wykluczające się określenia.

Jest takie zjawisko (przynajmniej ja go doświadczam od lat, a potwierdza go też moja żona i bliżsi znajomi), że kiedy skupiam się na jakimś temacie i wykaże dostateczną dozę uporu, konsekwencji, ale też i podtrzymywania płomienia entuzjazmu 🙂 , to sprawy w pewnym momencie idą lawinowo! I tak było w tym wypadku…

Mój przyjaciel, stały konsultant i życzliwy dostawca wielu ciekawych sadzonek do Biotopu, a przy tym profesor ogrodnictwa – Piotr Siwek, dał mi cynk, że wybiera się do Tajlandii… Nagle wszystko stało się możliwe, bo dobry znawca roślin użytkowych udaje się do centrum ojczyzny poszukiwanej limonki… 🙂 Kiedy po trzech tygodniach dostałem sms z oczekiwaną treścią – „mam owoce kaffiru! Ale szukam dalej… „ myślałem, że to wszystko… Ale nie, bo jak lawina to lawina… i na drugi dzień, podczas etnobotanicznego spotkania w krakowskiej księgarni Bonobo (a spotykamy się tam raz w miesiącu przez cały najbliższy rok z wakacyjną przerwą) niespodziewanie wyłoniła się miła postać i podarowała mi książkę A Thai Herbal. Traditional Recipes for Health and Harmony, C. Pierce Salguero. Moja kolekcja książek kupowanych w/ lub o Azji, wzbogaciła się pięknie i polecę tylko zainteresowanym np. Plants from the Markets of Thailnad (to dla każdego, kto wybiera się do Tajlandii, aby nie znajdował tam jedynie kapusty…), a dla moich dociekliwych kolegów etnobotaników – Plants and People of the Golden Triangle: Ethnobotany of the Hill Tribes of Northern Thailand, Andersona z kolegami. Książki te pochodzą z lat 90. XX wieku, ale w wielu księgarniach i antykwariatach w Indiach, Tajlandii… znajdziecie te lub inne.

kafirpiotrs

kafirseedskafirbook

 

Owoce i nasiona kupione w sklepie ogrodniczym w Bangkoku dają nadzieję na zrealizowanie planu uprawy gaju kaffirowego w domu… ?! W swej ojczyźnie (ojczyznach?) limonka makrut dorasta sporych rozmiarów, bo sięga nawet około 10 m wysokości, ale zazwyczaj to drzewko, które nie przekracza 2 m. Jest dość mocno „kolczaste”, ale taki rozmiar zmniejszony o cięcie do 1 m daje szansę na uprawę u nas. Według wielu doświadczonych ogrodników cytrus lekarski daje się uprawiać w naszym kilmacie w donicach czy pojemnikach wystawianych na lato do ogrodu, taras lub na balkon. Kluczowe są miesiące zimowe, ale to już inna bajka.

Lecznicze znaczenie naszej limonki, to osobna sprawa i dociekliwi czytelnicy poczytają o nich w internecie, a zainteresowanym jedynie aromatem nie są one potrzebne. W mojej opinii cytrus lekarski warto włączyć na stałe do naszej kuchni i życia. Trochę fotografii robionych „na szybko” telefonem 🙂 przybliży Wam cytrus lekarski…

Jeżeli gdzieś zobaczycie w Polsce limonkę kaffir (ale owoce nie liście!) to dajcie znać! Warto tego cytrusa spopularyzować we wszelkich postaciach!

kafirbookkot-jpg

Fitoremediacje 1 : pszczelnik blisko nas (i pszczół)

jazgalasem

Smoczogłowy / pszczelniki to rośliny, które będziemy poznawali, uprawiali i wykorzystywali do rozmaitych celów w ramach pracy w permakulturowym ogrodzie górskim w Biotopie Lechnica i podczas otwartych spotkań w Księgarni Bonobo w Krakowie. Pierwsze spotkanie w nowym cyklu – 9 lutego 2017 r. Propozycja jest następująca: poznajemy, uprawiamy, dokumentujemy, zbieramy i przetwarzamy, zachowujemy własne nasiona, promujemy i dzielimy się nasionami i zbiorami. Stajemy się z czasem dobrymi znawcami pszczelnika… Dla tych, którym mało… delikatnie przypomnę, że w 2016 roku zapewniliśmy Wam sadzonki: różeńca, efedry, białej szałwi, mandragor, gojników… i rozumiem, że tych cennych roślin nie porzucamy!

motylkwiatylech

Poniżej znajdziecie dość obszerny 🙂 tekst na temat szczególnie cennego pszczelnika mołdawskiego (i nim się praktycznie zajmiemy) z propozycją wspólnej pracy nad uprawą, upowszechnieniem tej rośliny i włączenia jej do Waszego osobistego kręgu roślin wspierających (KRW)?  Udało się znakomicie z gojnikiem i bzem czarnym… uda się z pszczelnikiem! Ta propozycja wsparta jest już poczynionymi przygotowaniami – Ethno Garden sprowadził nasiona i lada moment zacznie przygotowywanie sadzonek i zaproponujemy je podczas spotkań w kwietniu i maju.

Jest dopiero koniec stycznia i jeżeli tylko chcecie i macie swoje możliwości, to zachęcam do zdobycia nasion pszczelnika, zwłaszcza gdy dysponujecie kawałkiem ziemi lub balkonem! Mam nadzieję, że pszczelniki zauważy swym łaskawym okiem także ekipa zarządzająca zielenią w Krakowie (i innych miastach), bo warte są tego!

No to do dzieła i zacznijmy od informacji i inspiracji…

Pszczelnik mołdawski – Dracocephalum moldavica nie pochodzi z Mołdawii…a z Azji – rośnie od Chin przez Mongolie do Turkmenistanu. Obecnie występuje dziko w wielu innych miejscach w Europie, Azji i Ameryce Północnej. W Polsce występuje wraz z bliskimi krewniakami – pszczelnikiem drobnokwiatowym i pszczelnikiem macierzankowym, jako tzw. efemerofit, czyli roślina przypadkowo zawleczona na terytorium danego kraju i próbująca się w nim zadomowić. W części Polski występuje ponadto jedyny rodzimy gatunek tej rośliny – pszczelnik wąskolistny Dracocephalum ruyschiana, objęty w naszym kraju ochroną gatunkową. Jednak i ten gatunek bywa uprawiany w ogrodach.

Wszystkie pszczelniki (zwane po angielsku smoczogłowami – dragonhead ) należą do niezmiernie łaskawej dla ludzi i zwierząt rodziny JASNOTOWATYCH – Lamiaceae. Do tej samej rodziny zalicza się takie znakomitości jak np. szałwie, mięty, bazylie, gojniki, hyzop, kalaminty, lawendy, macierzanki, melisy, rozmaryn, tarczyce… !!! Do rodziny Jasnotowatych należy też kilka gatunków drzew! Najbardziej znane i cenione to zapewne teczyna wyniosła, której drewno nazywane drewnem tekowym, jest podstawowym surowcem dla wielu regionów Azji. Wszystkich jasnotowatych jest ponad 7 tysięcy gatunków i można spodziewać się, że do znanego zestawu roślin pomocnych ludziom, dojdzie jeszcze wiele obecnie mniej znanych gatunków. W moim górskim ogrodzie permakulturowym w 2016 roku z dużym powodzeniem uprawiałem np. dwa gatunki greckich (Kreta) kalamint, które dają wiele pożytków dla ludzi i owadów. Rośliny te są bardzo podobne do pszczelników.

kretaszalwia

Uprawy szałwi na Krecie. Fot. Tomasz Kozłowski

Pszczelniki znane są u nas (jak nazwa wskazuje) głównie jako rośliny miododajne lub pszczelarskie. Nazwa polska jest wyraźnie oryginalna, bo na świecie roślina ta jest nazywana: moldavian dragonhead, turkish dragonflower, Turkmint, Chinese blue hyssop, toronil azul, toronil chino, turkish melissa… chyba, że fińska nazwa: tuoksuampiaisyrtti oznacza „pszczelnik” ? Przyznać jednak trzeba, że polska nazwa – pszczelnik – jest uzasadniona z uwagi na bardzo przyjazną dla pszczół budowę kwiatów, ale także znakomitą wydajność miodową, która sięga 400 kg z jednego hektara uprawy tej rośliny. Pszczelnik kwitnie do dwóch miesięcy (lipiec / sierpień), co ma tu także pewne znaczenie.

Roślina jest zasadniczo jednoroczna, ale… jak to bywa u tej grupy roślin, może być także dwuletnią, a w sprzyjających warunkach i z pomocą zręcznego ogrodnika stanowisko pszczelników da się utrzymać w jednym miejscu przez kilka lat. Pszczelniki rosną do 1 m wysokości, ale zazwyczaj sięgają 50-70 cm i warto sadzić je kępami dla uzyskania bogatego zestawu kwitnących (a jesienią siejących…) pędów zwabiających pszczoły i inne owady. Kępy ułatwiają bieżące pozyskiwanie, bez uszkadzania roślin. Pszczelnik mołdawski kwitnie fioletowo, błękitnie lub purpurowo, a czasem także na biało.

Pszczelniki mają wiele pożytecznych dla ludzi właściwości. Jako główny składnik ziela (liści i kwiatów) przydatny ludziom, podawany jest rodzaj olejku cytrynowego zwany cytralem. Jest on jednym z bardziej znanych olejków zapachowych. Roślina zawiera wiele innych składników lubianych przez owady ( w tym pszczoły) i bywa wykorzystywana w praktyce do nacierania rojnic i rąk lub ubrania pracujących z pszczołami, co znacznie uspokaja te owady. Pszczelnik mołdawski wykształcił aż 6 typów specjalnych włosków wydzielniczych, odpowiadających za gromadzenie i wydalanie olejków eterycznych. Warto tu może wspomnieć, że po pionierskiej pracy Fraenkla z 1959 roku i późniejszych jej rozwinięciach, wiemy, że olejki zapachowe nie są „odpadowymi” wydzielinami roślin (jak sądzono wcześniej), ale specjalnym przekaźnikiem informacji i zachęty decydujących o żywieniowych zachowaniach owadów. Wpływa to w tak istotny sposób na wzajemne relacje roślin i zwierząt, że mówimy w tym wypadku o koewolucji roślin i zwierząt, a proces ten kształtuje całe ekosystemy. Taki jest prawdziwy i głęboki sens działania na rzecz utrzymania szerokiego zestawu roślin „pszczelarskich”. Koewolucja jest naukowo badanym procesem i nie ma powodu aby sądzić, że gatunek ludzki, który w tak szeroki  sposób korzysta z rozmaitych substancji, owoców, materiałów roślinnych, że stworzył nawet bogatą symbolikę roślinna w kulturze dla przybliżenia bardzo złożonych i trudnych do uchwycenia idei, jest z tej koewolucji wyłączony. Koewolucja zafascynowała niektórych humanistów i wydaje się, że pozostaje stałą i ważną figurą w kulturze.

Wracając do cytralu, warto przypomnieć, że ma podobne działanie jak tzw. olejek cytrynowy – rozpylany w powietrzu lub stosowany do czyszczenia powierzchni w domach, salach szpitalnych i miejscach publicznych, dosłownie odkaża je totalnie! Ziele pszczelnika ma bardzo wygodną dla zielarzy właściwość, polegającą na tym, że olej można wydobywać także z ziela w stanie suchym. Olejek z pszczelnika (także w formie naparów) doskonale działa na serce.

Pszczelnik mołdawski (warto by chyba tę nazwę zweryfikować?) poza tym, że łączy walory rośliny ozdobnej, leczniczej, aromatycznej i miododajnej, ma też znaczenie w roślinnej ezoteryce. Jest uważany za ziele Marsa (bo lubią go pszczoły, owady Marsa), ale też Merkurego (aromatyczność bliska hyzopowi, roślinie Merkurego). Niektórzy wskazują na przydatność pszczelnika do kultywowania duchowości nazywanej Slavic Path, a jego uprawa związana z tego rodzaju znaczeniem sięga odległych czasów i miejsc, bo notowany był już pod koniec XVI wieku jako roślina uprawiana na Syberii. Wielu autorów podkreśla przydatność nasion do rozmaitych praktyk duchowych, ale także jako źródła pożytków.

Jeżeli jeszcze nie przekonałem Was do pszczelnika mołdawskiego, to wspomnę o jego mocnej obecności w medycynie Ujgurów, gdzie stosowany jest jako specyfik łagodzący przewlekłą postać choroby wysokogórskiej (CMS),na temat której popełniono w Polsce doktorat w 2009 roku! Temat pracy obronionej na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym, to: Wpływ przewlekłej hipoksji wysokogórskiej na wybrane parametry życiowe człowieka, a jego autorem jest p. Robert Szymczak. Gdyby jeszcze, ktoś zrobił drugi krok i przygotował rozprawę pod proponowanym, roboczym tytułem – Rośliny w tradycyjnych sposobach na łagodzenie i leczenie hipoksji wysokogórskiej. Znamy już dwie rośliny z tej grupy… czosnek i pszczelin! 🙂 Jest zadziwiające, że sporo mówi się o pszczelinie także w tradycyjnej (?) medycynie Meksyku! Jeszcze tego nie sprawdziłem, ale może chodzić o inny gatunekrośliny, zwany „fałszywym pszczelnikiem” – Physostegia angustifolia, która to przepiękna roślina ozdobna trafia czesem do naszych ogrodów.

Do uprawy pszczelnika nie potrzeba specjalnych warunków glebowych, ale lubi nieco wilgotne i zasobne w wapń ziemie ogrodowe. Nasiona pszczelnika sieje się około połowy maja, robiąc odstępy pomiędzy rzędami na około 25-30 cm. Od zasiania do kwitnienia upływa około 3 miesiące więc warto (o ile mikroklimat Waszego ogrodu pozwala) siać pszczelniki możliwie wcześnie, aby kwiaty pojawiły się w lipcu lub początkach sierpnia.

warsztatgrzeda

Tej stodoły w tle fotki z warsztatów w 2015 roku… już dawno nie ma, grzęda jest znacznie powiększona (to tu żyją „nasze” gniewosze), na miejscu kupy blachy w 2016 roku udały się znakomicie dynie, ziemniaki i boczniaki… i powstaje tam krok za krokiem bardzo interesująca część Biotopu.

Ćwiczenia w autonomii

Wczoraj odebrałem przesyłkę z Muzeum Sztuki w Łodzi z bardzo dobrze wydaną książką, podsumowującą wystawę węgierskiego artysty Tamasa Kaszása, jaką Muzeum zaproponowało publiczności w 2016 roku. Studiowanie sztuki Kaszása i pisanie o niej dla tego właśnie zbiorowego dzieła, było dla mnie bardzo interesującym wyzwaniem. 🙂 Książka nosi tytuł Ćwiczenia w autonomii Tamas Kaszás we współpracy z Aniko Lorant.

Z pewnością znajdziecie w sieci wiele informacji na temat Artysty, ale teraz jest dostępne coś znacznie więcej – książka podsumowująca dotychczasowy dorobek Artysty (rewelacyjny zestaw fotografii i reprodukcji prac Artysty!) napisana przez kilkoro autorów o kompetencjach wywodzących się z dość odległych źródeł. Książka jest dostępna w Muzeum Sztuki w Łodzi i pewnie nie będzie to trwało zbyt długo… 🙂 Książka zawiera teksty w wersji polsko- i angielsko- języcznej, co znacznie poszerza krąg odbiorców…:-)

cwiczenia-z-autonomii

Każda liszka swój ogonek chwali” i dlatego (ale nie tylko dlatego, co wyjaśnię przy końcu wpisu) pozwalam sobie na podanie tytułu, motta i podtytułów mojej części pracy:

Tamas Kaszás : synekologia w sztuce

Gdzie szukać ziaren – zielska wybijającego ze szczelin w naszych chodnikach – rozsiewanych przez ten inny świat po naszym świecie? Wskazówek, właściwych kierunków poszukiwań? Palca wskazującego księżyc?    Hakim Bey

Demistyfikacje, zasiewy i uprawy zmian / Granice wzrostu / Partyzantka ogrodnicza / Kultura permanentna / Bez dogmatów / Zarzucone ścieżki / Ekosystem Kaszása

Jeszcze mały cytaty: Permakultura świetnie współgra w pracach Kaszása z koncepcjami czynnego oporu wobec nieakceptowalnej rzeczywistości, poprzez tworzenie na każdym poziomie życia autonomicznych stref. Nie czekając na wielkie przemiany i nie przelewając morza organicznej kawy w rewolucyjnych świetlicach przy dyskusjach nad przyszłym zwycięstwem, można od zaraz naprawiać świat dla siebie i innych, ale też tworzyć materialne zaplecze koniecznych zmian.

Tamas Kaszás jest artystą, którego prace wpisują się w konstruktywistyczno-minimalistyczny, umiarkowany nurt konceptualizmu, ale obszar, którym się zajmuje, wydaje się być tak istotny i wrażliwy, że obcowanie z jego dziełami przynosi ulgę. Zaczynamy wierzyć, że w tego rodzaju sztuce/myśleniu/praktykach znajdziemy ulotną, ale wyrazistą ścieżkę ratunku. Ciekawe, że naukowcy i ich prace nie budzą już tak powszechnie podobnych odczuć i nadziei. Może jest to szansa na powrót do historycznych początków i przywracania naukowcom prawa/obowiązku bycia po części artystami, czyli osobami mającymi wizję całości? Warto bowiem pamiętać, że w 1834 roku – prawdopodobnie na posiedzeniu Brytyjskiego Towarzystwa Krzewienia Nauki  – ze zbitki takich słów jak „artist”, „economist” i „atheist” ukuto nazwę „scientist” (naukowiec).

Pewnie już powoli zaczynacie rozumieć, dlaczego tak namawiam do zainteresowania się Ćwiczeniami z autonomii … Przy okazji wielu spotkań, rozmów, warsztatów i korespondencji spotykam się z sytuacją luki kulturowej, czegoś co przypomina cień ukrywający całe połacie wiedzy, znakomitych autorów, myśli i koncepcji, eksperymentów czyli czegoś co się nazywa „dorobkiem” w kulturze (także w sztuce). Sporo osób o pozytywnych intencjach nie wie nic o całych dekadach, w których pojawiały się idee niezależności, autonomii żywieniowej i energetycznej, kontrkultury, radzenia sobie z wyzwaniami i frustracjami płynącymi z „tu i teraz” wobec „zniewalającego” systemu.

To, co pojawia się w aktualnym obiegu, nie ma wiele wspólnego z prawdziwymi źródłami postaw, zjawisk i eksperymentów, a jest jedynie lajfstajlowym temacikiem dnia lub lata. Ba, widzę to zjawisko nawet w bardzo specjalistycznych (jakby się zdawało) magazynach „źródłowych” jak np. Permaculture Magazine, gdzie radykalne i pełne siły idee Billa Mollissona są stale „wygaszane” przez radosne brykanie po czyściutkich kompostownikach wykonanych z pięknych i nieskalanych palet… To określenie – „wygaszanie” jest doskonałym zobrazowaniem strategii rozwadniania i pozbawiania sił wszelkich idei i dążeń mogących realnie coś zmienić w dobrą ( a więc słabo sprzedająca się ) stronę. Wygaszanie poprzedza „przejmowanie” w kulturze … i opisała to doskonale Anna Nacher w udostępnionej (za free) w sieci książce pt. Rubieże kultury popularnej (Wydawnictwo Arsenał, Poznań). Ruch slow nie wymyśliła warszawska kawiarnia, a partyzantkę ogrodniczą nie stworzono w krakowskich katakumbach…tak jak szamanizm zaczyna być raczej określeniem handlowym niż opisem konkretnych praktyk duchowych, a używanie mis „tybetańskich” i kompulsywne walenie w gongi o rozmiarach miejskich placów, zaczynają daleko odchodzić od skupionej na wnętrzu praktyce pogłębionego i relaksującego słuchania… Kto dziś pamięta „modę” na makrobiotykę, wszystko uzdrawiające kiełki i bioregionalizm…? Nie znaczy to, że zasady makrobiotyki, kiełki i bioregionalizm były czy są jedynie snem!

Jeżeli ktoś z Was chce rozumieć, co oznacza „autonomia” i po co nam „autonomia”, to pomocne będzie zapoznanie się ze sztuką i praktycznymi Ćwiczeniami w autonomii doskonale ugruntowanego autora i odważnego eksperymentatora, a przy tym PRAKTYKA czyli prawdziwego Artysty, który mieszka z rodziną na … wyspie na Dunaju!

Niech ta lektura i zainteresowanie tym co proponuje nam Tamas Kaszás będzie wstępem do moich kursów permakulturowych, które opieram o bardzo konkretne praktyki, podstawy ideowe i grono znakomitych Nauczycieli. Zaczynamy na przełomie kwietnia i maja w Biotopie Lechnica, ale powrócimy do tego tematu także w lecie i w jesieni podczas spotkań w Biotopie i Księgarni/Kawiarni BONOBO w Krakowie. Może nie tylko tam?

 

FITO~REMEDIACJE

Od 9 lutego 2017 roku zaczynam nowy cykl otwartych spotkań w Księgarni/Kawiarni BONOBO przy Małym Rynku w Krakowie. To, że będzie „nowy” nie oznacza, że odchodzę od sprawdzonego i najwyraźniej interesującego dla uczestników spotkań w 2016n roku, pomysłu na prawdziwe spotkania z roślinami w sensie dosłownym (rośliny z mojego ogrodu w Biotopie Lechnica, sadzonki przygotowane przez przyjaciół Ethno Garden… tu nawet będzie znacznie więcej propozycji do uprawy!), ale także pokazywane jako wspierający i żywy element naszego otoczenia. Nowością będzie koncentrowanie się na zdolnościach roślin do przekształcania środowiska czyli fitoremediacji. Fito, oznaczający element roślinny (i pokrewny, bo wliczyć tu należy także np. porosty), reszta tego określenia odnosi się właściwie do zdolności melioracyjnych czyli zmiany sytuacji środowiskowej na lepszą (dla ludzi). Bo warto może przypomnieć, że melioracja to nie tylko kopanie rowów odwadniających… to w wielu wypadkach kiepski sposób wprowadzania zmian w środowisku. W sytuacji alarmowych skażeń powietrza utrzymujących się latami (a co za tym idzie skażenia gleby i wody w tych samych regionach/terenach) mam spory problem do namawiania na zbieranie roślin jadalnych w miastach i bliskich okolicach miast (co oznacza np. w Małopolsce, że między Krakowem a stokami Tatr właściwie nigdzie nie można tego robić bezpiecznie), ale widzę i mówię od długiego czasu (zobaczcie stary cykl BIO::FLOW jaki zrealizowałem razem z Bunkrem Sztuki w Krakowie) o tym, że tylko rośliny mogą nas uratować…

Jest sporo gatunków roślin, które na rozmaite sposoby „czyszczą” powietrze, glebę i wody ze szkodliwych dla ludzi pierwiastków i zanieczyszczeń. W skali mikro, ale najbliższej nam i przez to bardzo ważnej, warto zrobić coś z naszymi mieszkaniami, balkonami i skrawkami ziemi przed klatką schodową, przy bramce, drodze do pracy… W skali makro powinniśmy myśleć, projektować, domagać się rozwiązań bardzo szerokich i systemowych w miastach i obszarach gęsto pokrytych domami jednorodzinnymi (ja takie strefy nazywam „mega-siołami”, bo nie są to klasyczne wsie, a także już nie miasta), które można zacząć od domagania się moratorium na wycinkę drzew. Teraz za to odpowiadają wyłącznie Gminy, więc ludzie – macie włądzę bardzo blisko! 🙂

Z BONOBO ustalamy daty spotkań i za kilka dni (a z pewnością podczas pierwszego spotkania 9 lutego będę mógł je podać) wszystko zostanie wpisane w kalendarz, mam nadzieję, że także w Wasze kalendarze!? 🙂

Kilka ostatnich dni buszowaliśmy po Sztokholmie, naszym ulubionym mieście gdzie od lat znajdujemy wiele interesujących i inspirujących przykładów na dobrze pojętą tzw. jakość życia. Ta jakość przejawia się np.w tym, że nie ma w Sztokholmie smogu, ilość starych drzew jakie widzi się przy drodze z lotniska Skavsta do Sztokholmu przewyższa ilość starych drzew w niektórych naszych parkach narodowych… :-), zatoki, kanały i stawy w obrębie Miasta są czasem bardziej dzikie niż … a co tam będę się i Was „dołował”… zwłaszcza, że dotyczy to także żywności, dostępu do sztuki i kultury.

sztokholm17

Tym razem pokażę tylko coś, co w pewien sposób koresponduje z FITOREMEDIACJAMI… Jest to oferta holenderskiej firmy Pikaplant BV z Amsterdamu. Widzę te propozycje już przy kolejnych odwiedzinach galerii sztuki współczesnej (Berlin, Sztokholm, Londyn…) więc może warto pokazać je tutaj? Fotka jest z ostatniej soboty i zrobiliśmy ją w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Sztokholmie. W tekście reklamowym Pikaplant informuje zainteresowanych, że: „ Pikaplant czyni uprawę roślin łatwą i przyjemną, a zazielenione życie jest lepszym życiem.” Ważne jest też, że ” środowisko bogate w rośliny czyni ludzi bardziej kreatywnymi, bardziej produktywnymi i redukuje stres” ! ” Niektóre rośliny obniżają udział toksyn w powietrzu.” Najprościej i doskonale ujmuje to wszystko stwierdzenie, że ” rośliny są dobre dla ludzi” !

Poza specjalnymi tackami i stojakami z systemami samonawadniającymi, Pikaplant pokazuje też klasyczne zamknięte uprawy roślin w hermetycznie zamkniętych słojach i co sympatyczne także opisują te pomysły dla tych, którzy zechcą się tym zająć! Jaka miła odmiana w stosunku do „naszych” „twórców”, którzy prawie zawsze wtórni, na dodatek ukrywają zazwyczaj źródła inspiracji, a wokół swoich praktyk budują nimb niezwykłości. 🙂

Nie traktujcie tego opisu jako reklamy Firmy z Amsterdamu, ani Oni pierwsi, ani też zapewne nie ostatni…, ale jako przykład, że samo się nie zrobi, samo się nie pomyśli… samo się tylko dalej dymi, smrodzi i truje.

Pracujemy nad majowymi i czerwcowymi warsztatami w Biotopie Lechnica i zobaczcie sami jak pięknie wyglądają pasma naszych gór wokół Biotopu… jesteśmy pomiędzy gigantycznymi reliefami kwiatowymi…

mapalechnitz-fragment