Acywilizacja – nowe czytanie

W 2018 roku w zinie The Diggers Morning #1 opublikowaliśmy tekst pochodzący z Manifestu Acywilizacja. Wielu z czytelników potraktowało go jak artystyczną prowokację lub wyraz ekologicznej nadwrażliwości. Mamy marzec 2020 i warto raz jeszcze spokojnie i może z większą uwagą przeczytać osiem podstawowych tez Manifestu. Tym razem może będzie bardziej zrozumiały dla lewicy i dla prawicy, dla środka i wyłączonych z gry 🙂 ekologia nas pogodziła. WSZYSCY siedzimy w domach.

Uncivilisation, The Dark Mountain Manifesto

Niewielka, czerwona broszurka zatytułowana Uncivilisation The Dark Mountain Manifesto została opublikowana w Londynie w 2014 roku w ramach Dark Mountain Project autorstwa Paul’a Kingsnorth i Dougald’a Hine.

W broszurze, najważniejszym wydało mi się zwięzłe ujęcie głównych myśli manifestu w The eight principles of Uncivilisation. Ten właśnie fragment ze stron 30 i 31 wspomnianego wydawnictwa publikujemy w naszym zinie, licząc, że czytelnicy zrozumieją przesłanie The Dark Mountain project, zasygnalizowane w zdaniu: acywilizacja, podobnie jak cywilizacja, nie jest czymś co można kreować samotnie, jakie pada na stronie 29.

Także cytaty, wyjęte ze stron 12 i 13: jesteśmy pierwszym pokoleniem urodzonym w nowej i bezprecedensowej epoce – wieku zagłady środowiska (ecocide)  / nie wierzymy, że wszystko będzie dobrze doskonale ilustrują (niestety) to co dzieje się obecnie na styku człowiek – przyroda.

Acywilizacja

  1. Żyjemy w czasach rozpadu ładu społecznego, ekonomicznego i ekologicznego. Wszystko co nas otacza potwierdza jedynie, że cały, znany nam do tej pory styl życia odchodzi w przeszłość. Zmierzymy się z tą nową rzeczywistością i nauczymy się z nią żyć.
  2. Odrzucamy wiarę w to, że kryzysy naszych czasów można sprowadzić do problemów, które mogą być rozwikłane za pomocą politycznych czy technologicznych rozwiązań.
  3. Wierzymy, iż korzenie tych kryzysów są powiązane z historiami, którymi sami się karmimy. Staramy się stawić czoło tym opowieściom, które są podwaliną naszej cywilizacji: mitowi progresu, ludzkiemu centralizmowi i odrębności człowieka od natury. To co czyni te mity jeszcze bardziej niebezpiecznymi jest to, że zdążyliśmy zapomnieć, że są one jedynie mitami.
  4. Będziemy wzmacniać rolę opowieści, która jest nie tylko czystą przyjemnością – to przez opowieści kreujemy rzeczywistość.
  5. Ludzie nie są ani celem, ani powodem istnienia tej planety. Chcemy zacząć od wyjścia poza bańkę mydlaną, jaką jest świat stworzony przez człowieka. Poprzez wzmożoną uwagę będziemy dążyć do odtworzenia powiązań między światem ludzi a naturą.
  6. Będziemy celebrować sztukę i pisanie, gdyż są zakorzenione w sensie czasu i miejsca. Nasza literatura była zbyt długo zdominowana przez tych, którzy zamieszkują kosmopolityczne cytadele.
  7. Nie zatracimy się w rozważaniach o teoriach i ideologiach. Będziemy pisać z brudem pod paznokciami, używając jak najprostszych słów.
  8. Koniec świata jaki znamy nie jest prawdziwym końcem świata. Razem odnajdziemy nadzieję, nawet tam, gdzie już jej nie ma, a także ścieżki, które zaprowadzą nas do nieznanego świata, który jest gdzieś przed nami.

/…/ W dzisiejszych czasach łatwiej znaleźć badaczy środowiska naturalnego na korporacyjnych wydarzeniach, gdzie wychwalają zrównoważony rozwój i etyczną konsumpcję, niż robiących coś tak naiwnego jak kwestionowanie wrodzoności cywilizacji. Kapitalizm wchłonął zielonych, tak jak wchłonął wiele wyzwań jakie mu były stawiane. Radykalne wyzwanie jakim była możliwość transformacji człowieka jako maszyny, została przekształcona w kolejną szansę na zakupy. /…/                                                                                           UncivilJaP.S. Dziękuję Joannie Milewskiej z Londynu za kolejną pomoc i zrozumienie, że wersja internetowa TDM Manifesto nie jest tym samym co papierowa książka, podobnie jak kontakt na FB nie zastąpi spotkania.

P.S. 2  Kilka osób biedziło się nad właściwym (a nie dosłownym) przełożeniem tytułu i tekstu na język polski. Na koniec Natasza Styczyńska dokonała przekładu, który oddaje ducha i treść tekstu Kingsnorth’a i Hine’a, a co do tytułu wypowiedziało się prawdziwe konsylium zebrane w Biotopie Lechnica w maju 2018 roku.

Zielona architektura

Pandemia skłania do przemyśleń, a jak dotąd pozwala też na zwolnienie tempa i spacery blisko domu. W sąsiedztwie kampusu UJ sporo się buduje i zazwyczaj są to wielkie budynki w stylu przeszklonych, minimalistycznych stodół udających jakiś uproszczony do banału futuryzm 🙂 lub plan filmowy Łowcy androidów 3, a może nowego Matrix’a? Zajmują kolejne przestrzenie, stawiane są rzędem, albo bokiem, dostają swoje drogi, oświetlenie uliczne i jak się wydaje same prawa.

Te wielkie budowle stawiane są w nieprzerwanym marszu na obszarach pradoliny Wisły i zabierają nam wszystkim raz za razem, kolejne urozmaicone siedliskowo obszary wokół Krakowa Co wnoszą? Wnoszą „wspaniałą” architekturę, na której można się uczyć tego oszukańczego procederu jaki jest nam wciskany przemocą, a polega na odbieraniu żywych obszarów bez nawet próby właściwego, bogatego i trwałego zagospodarowania pozyskanej działki. W Londynie inwestor musi postarać się by utrzymać, a nawet zwiększyć bioróżnorodność na działce, którą otrzymał pod tym warunkiem na budowę. Dziwimy się potem, że na 35 piętrze zaczyna się prawdziwy ogród na dwóch kolejnych kondygnacjach, albo, że u podstaw budynku prosperuje miejska farma. A w Krakowie…? Otoczenie tych budynków to zazwyczaj (jest jeden wyjątek!) teren ledwo wyrównany spychaczami i walcami, posypany substratem (bo raczej nawet nie ziemią kompostową) w nielicznych miejscach wolnych od betonu. Właściwie nie jest to beton tylko bardzo nowoczesne 🙂 płytki, płyty i zalane betonem przestrzenie pomiędzy nimi, wykonane ze „szlachetnego” betonu, nie wiadomo właściwie w jakim celu. No bo przecież nie ze względów estetycznych 🙂 Kępy traw „ozdobnych” – np. trzcina jako ulotne ( a przecież jakże fachowe) wspomnienie środowiska jakie tu zostało zniszczone oraz kilka metrów kwadratowych „zielonego dachu” jako listek figowy tego architektotworu.

Drzewka posadzone w jednym rządku, wyglądają jak wybujałe, trójwymiarowe wydruki z ulubionych sylwetek drzew rysowanych przez zawodowców wokół tego rodzaju obiektów. Żartowaliśmy, że w oknach ustawi się wycięte z dykty (o przepraszam… wydrukowane na drukarkach 3D) sylwetki ludzi… bo ludzi tam wielu nie będzie.

Po co nam całe setki hektarów takich pustych, milczących (a przecież „inteligentnych”) gmachów za wielkie pieniądze z listkami figowymi na bardzo malutkim, acz artystycznym przyrodzeniu? Co miasto zyskuje na zamianie kolejnych kawałków ograniczonej przecież powierzchni, na siedziby o niejasnym przeznaczeniu albo inaczej – o przeznaczeniu nieprzystającym do obecnego czasu, gdy za chwilę walczyć będziemy o proste sprawy: wodę, czyste powietrze, jasno określoną i pożyteczną pracę, miejsca dla kontaktu z przyrodą, wielkich akumulatorów życia czyli obszarów (względnie) dzikiej przyrody. Jestem przekonany, że te budynki pozostaną na wpół puste, a za jakiś czas całkiem puste. Co dziesiątki tysięcy ludzi mieszkający wokół ma z tych nowego rodzaju pustyń? Może baseny, może biblioteki, może przedszkola, może ogrody? Tak nie buduje się wspólnoty obywateli i zaufania do decyzji zapadających trudno określić gdzie? Pieniędzmi się nie najemy… to niby banał, ale jakże w czas pandemii stał się realny.

No dobra, wiem… nie znam się… Może to wspaniałe przedsięwzięcia, które mają udowodnić, że ponad tysiącletnie Miasto nie jest żyrafą? A co, jeżeli jest tak jak piszę?

Przejdźmy zatem do konkretów… Kto z architektów (którzy przecież są z zasady artystami…) projektuje coś takiego jak widzicie poniżej i dalej uważa się za artystę…? Przy temperaturze 39-40 stopni w cieniu w tym miejscu będzie ile stopni? Ten łącznik bez okien pokazuje, że może ktoś jednak o tym myślał? A może to nie jest łącznik, a kontener, który utkwił między budynkami?

IMG_3964

Poniżej znajdziecie listek figowy… o jej, zaprojektowano zielony dach, jaka nowoczesność, jaka ekologia, jacy zdolni architekci, jaki pro-ekologiczny inwestor. Wyłożył sporo na ten listek, tak na oko z pół promila kosztów … ?

IMG_3962

IMG_3963

Zabraliście nam kolejne kilka hektarów zieleni, wody, drzew i wielu roślin z całkiem bogatym zestawem zwierząt, które od biedy mogą nam uratować życie w czasach kryzysu, a podarowaliście coś takiego? To jest jakaś kpina z (jeszcze) żywych ludzi?

To, że jest to faktycznie zamierzona kpina z nas wszystkich, poświadcza taki znak postawiony tu na koniec budowy, to swoista kropka nad i.

IMG_3966

Na budynku wisi znak z napisem SHELL … sprawdziłem i kpina z nas wszystkich zaczyna być uciążliwa, bo to: Krakow /…/ centre of Shell’s global businesse’s centre.

 

Dziki szczypiorek, to też czosnek…

Zwróciłem uwagę w grupie Dziki Beskid na FB, że apelowanie o „nażeranie się” się dzikim czosnkiem niedźwiedzim nie jest zbyt odpowiedzialne, bo roślina jest liczna jedynie na pewnych, cennych przyrodniczo siedliskach i nadmierny zbiór jej szkodzi. Jest na liście roślin częściowo chronionych, bo w 2014 roku ustawodawca ocenił, że nie jest już tak zagrożonym gatunkiem i zdjął z niego status rośliny chronionej. Gdyby ktoś chciał sprawdzić, to w styczniu 2020 w Dzienniku Ustaw jest tekst jednolity Ustawy o ochronie przyrody… i poza definicją gatunku objętego częściową ochroną nie znajdziecie tam wezwania lub pozwolenia do „zeżarcia” całego czosnku niedźwiedziego jaki spotkacie.

Dziki Beskid udaje, że nie wie, że ludzie „żrący” darmowy czosnek wyrywają go w maksymalnych ilościach … bo robią z niego pastę, nazywaną „pesto” i najwyraźniej nie tylko dla siebie, bo jest jej pełno na targowiskach w Polsce… a także polskiej produkcji w Austrii. Niżej pokazuję fotkę z takiego zbioru „na swoje potrzeby” w miejscu, które odwiedzałem kilkakrotnie i z łanów czosnku w okresie kwitnienia pozostaje tam kilkanaście osłabionych roślin.

czosnek17PN kosze (2)

To było ciekawe i miłe spotkanie, a także wiele się dowiedziałem po co i dla kogo się ten czosnek zbiera. Nie winię tych spotkanych miłych pań, ale one nie prowadzą na FB miejsca zajmującego się … no właśnie, czym? „Dziki” czyli darmowy ?

No i Styczyński już nie jest taki dobry, nie ubije dzięcioła i nie zje go upieczonego na ognisku, nie powie gdzie czosnek jest do wydarcia, gdzie można czegoś narwać, wykopać, urwać i połamać. Jest niedobry, bo z jakąś ochroną wychodzi, z siedliskami, a tu wszyscy głodni, wszyscy prowadzą tryb życia z paleolitu, tylko źródlana woda i… pesto. Podobno chłopi pańszczyźniani na Słowiańszczyźnie żyli głównie na „pesto”…

Nie gniewajcie się zbytnio, bo nie ma nic personalnego (wbrew pozorom) w tym co Wam chcę przekazać. Jestem już bardzo zmęczony tym rzucaniem grochem o ścianę, ale jednak przypomnę, że jest nas 8 miliardów ludzi na tej samej Planecie nie z gumy, że pokręcone ideologie wyszarpują całe kawały przyrody i je zżerają dla zysku dla kilku osób. Zwierzęta są traktowane nawet nie jak rzeczy… rośliny nie liczą się wcale, prawie wszyscy są w jakimś obłąkańczym ciągu nażerania się wszystkiego.

Chcę Wam powiedzieć, że mimo wszystko przyroda jest niezwykle bogata i jeżeli nie ulegamy ślepo jakimś obłąkanym akcjom, to i do wiosennych kanapek czosnku nazbierać się da bez szkody. Na chwilę ( a jest okazja …) zrezygnujcie z pesto, z tych wszystkich planów jak to zarobicie na słoiczkach wystawianych na jarmarku w realu lub wirtualu, o tym, że zrobicie w konia tych od ochrony przyrody, że żyjecie dzikim życiem pradawnej puszczy… Otwórzcie oczy, to zobaczycie, że nie ma już puszczy, że potoki zasypane są śmieciami, że kilka wysp normalnej (czyli dzikiej) przyrody otaczać trzeba tablicami z napisem – „rezerwat przyrody”, znienawidzonymi przez „wolny i dumny” (tam gdzie nie trzeba) lud miast i wsi, że woda już raczej płynie do butelek na sprzedaż lub do armatek wodnych na stoki narciarskie, gdzie jacyś lunatycy udają, że nie widzą, że wokół już dawno nie ma śniegu, a ich dwa metry ubitej sztucznie trasy powstało z wody, która już nie spłynie  do wilgotnych kiedyś łąk i młak.

Mam takie zajęcie, że widzę trochę szerzej niż z perspektywy jednej wsi, miasteczka czy nawet regionu i zapewniam Was, że nie jest dobrze, że ludzie – tacy sami jak Wy piszą z prośbą o przywrócenie pełnej ochronie czosnku niedźwiedziego … ich postawa nie jest tak popularna, nie kręci mas, ale jest odpowiedzialna i właściwa, współczująca i wybiegająca na te siedem pokoleń w przyszłość, a nie na dwa tygodnie wiosny, tej wiosny. Może czosnek niedźwiedzi wróci na listę roślin chronionych, może „pesto” zniknie z targowisk (bo nie powinno go i teraz tam być), ale przecież nie chodzi o to by postawy etyczne były regulowane w sądzie lub mandatami. Chyba, że nie będzie wyjścia.

Nie chcę być taki „niedobry”, nie specjalnie podoba mi się to fejsowe puszczanie oka kiedy tylko mówi się o jakimkolwiek samoograniczeniu, bo my tu „wicie rozumicie” sobie w kaszę nie damy dmuchać, bośmy dzicy przecież…  W gruncie rzeczy kochamy przecież tak samo resztki dzikiego i dlatego konstruktywnie polecam na zamianę, dla ulżenia czosnkowi niedźwiedziemu inny czosnek – szczypiorek (dziki !) Allium schoenoprasum…

Wprawdzie szczypiorek nie brzmi tak dobrze i nie zwiastuje Waszej potęgi i zyskiwanej mocy jak po zjedzeniu „niedźwiedziego” (czy raczej niedźwiedziom…), ale to nie mniej leczniczy, nie mniej mocny, nie mniej zdrowy i leczniczy i nie mniej dziki… Niestety, nie powiem tego sakramentalnego – „nażerajcie się”, ale skubnijcie trochę i cieszcie się zdrowiem.

IMG_3954

IMG_3950

IMG_3951

Kasztanowiec indyjski

Na początku lutego tego roku, kolejny raz odwiedziliśmy nasz ulubiony (ba! kultowy) KEW Królewski Ogród Botaniczny w Londynie. O każdej porze roku jest tam coś wspaniałego do oglądania, a poza bardzo bogatymi kolekcjami pod szkłem i w ogrodach skalnych, do KEW przyciąga nas przestrzeń obsadzona drzewami. Wiele z nich ma już sporo lat i wspaniale kwitną i owocują. Tym razem zwróciliśmy uwagę na wspaniałe z pokroju i rozmiarów kasztanowce indyjskie.

IMG_3544 (3)

IMG_3543 (1)

IMG_3546

Kasztanowiec indyjski pochodzi z północnej części Indii, ale rośnie wspaniale w Himalajach od Kaszmiru do Nepalu. Ma wiele zastosowań  kuchni indyjskiej, w tradycyjnej medycynie, w kulturze zasłynął jako drzewo kształtowane w rodzaj „dużych bonzai”, ale głównie znany jest z pięknego kwitnienia, pokroju i wspaniałych liści. Owoce – potocznie u nas zwane kasztanami, ma lśniąco czarne, a ukryte są osłonach bez kolców.

Opisy tego drzewa na wiki pokazują zazwyczaj ten sam okaz (z KEW) z fotografii samego drzewa jaki prezentuję wyżej, ale w szacie letniej. Łatwo sobie uzupełnicie ogląd tego kasztanowca.

Na początku lutego, w ostatni dzień gdy Wielka Brytania była jeszcze w Unii Europejskiej, pod kasztanowcem w KEW leżały nieprzebrane ilości kasztanów. W sąsiedztwie, pracownicy KEW sprzątali kwatery i trawniki z zimowych pozostałości i wszystko świadczyło na rzecz tego, że kasztany zostaną szybko zgrabione i umieszczone na kompostownikach. Cztery z najbardziej wydatnymi białymi kiełkami powędrowały do torby z napisem KEW, a ponieważ nikt nie interweniował, to trzy dni później wysadziłem je w jednorazowych, tekturowych doniczkach w Krakowie. Dwa poniższe zdjęcia pokazują sadzonki kasztana indyjskiego 24 lutego (trzy tygodnie od posadzenia) !

IMG_3863

IMG_3862 (1)

8 marca, po miesiącu od posadzenia, sadzonki przesadziłem, bo tekturowe doniczki zostały rozsadzone przez bardzo silne korzenie. Umieściłem sadzonki o wysokości od 40 do 60 cm (!) i z niepokojem obserwuję co będzie się działo dalej. Z niepokojem, bo za oknem trafiają się jeszcze przymrozki, a do czasu gdy będzie można drzewka wynieść na balkon lub posadzić w gruncie (?) musi upłynąć jeszcze ze dwa miesiące.

IMG_3920

Dla dociekliwych „farmerów okiennych” podam jeszcze, co poza kasztanowcem indyjskim znalazło się na fotografiach. Bardzo polecam krzew Sarcococca humilis – kwitnie w zimie (!) i wspaniale pachnie, łącząc aromat jaśminu z lillakiem. Sadzonka pochodzi ze sklepu z sadzonkami w KEW, który polecam tylko tym, którzy mają silne nerwy, albo bardzo duży budżet na zakup roślin. Na fotografii jest też bardzo ładna sadzonka drzewa laurowego, który uratowałem przed wyrzuceniem i kupiłem jako przecenione za 7 zł w jednym z hipermarketów. Mało widoczny na focie zbiorczej jest jeszcze jeden ciekawy gatunek – kolczoch jadalny Sechium edule. To roślina dyniowata, bardzo interesująca ze względu na znakomite w smaku i różnorodnym zastosowaniu owoce.

Jesienne prace (organiczne)

IMG_2649 (1)

Ta jesień jest całkiem nietypowa dla Biotopu Lechnica i naszych aktywności miejskich. Wiąże się to z wyjazdem A. na kilka miesięcy do USA, o czym uważni czytelnicy już wiedzą za sprawą relacji z wybranych sytuacji i miejsc, prezentowanych w cyklu wpisów na stronie Biotop Lechnica. Polecam je Waszej uwadze, a tym, którym się te wpisy podobają, nieoficjalnie donoszę 🙂 , że szykuje się książka, może druga część Rubieży kultury popularnej!? Ten nietypowy czas obfituje w aktywność teoretyczną, bo właśnie ukazał się nowy numer pisma Herito z rozmową o Karpatach (i o Karpatach Magicznych, jaką przeprowadziliśmy kiedyś w Biotopie Lechnica), a na druk czeka ważny i gęsty tekst A. o permakulturze pt. Obserwuj, reaguj, odkrywaj: permakultura przeciw agrologistyce, który ukaże się (w jesieni?) w piśmie Prace Kulturoznawcze, wydawanym we Wrocławiu. W drodze są też teksty dla BWA w Katowicach i jeszcze jesienią ukaże się tam z pewnością, ważny tekst A. w tomie towarzyszącym projektowi Głębokie Słuchanie, w jakim mieliśmy przyjemność uczestniczyć na wiele sposobów. Ja sam, siedzę już nad nową książką o 7. sezonach w Biotopie Lechnica, będzie gotowa do druku w przyszłym roku. Nie mam jeszcze wydawcy, więc nie umiem powiedzieć kiedy się ukaże. 🙂

reindtour

Bardzo udanym pomysłem, okazały się wspominane już – Etnobotaniczne Wyprawy Biotopu Lechnica i za tydzień z okładem, ruszamy na kolejną z nich, już czwartą (!) i o tym pewnie warto napisać jeszcze raz kilka słów. Zasada jest prosta; wybieram cel/region i opracowuję etnobotaniczny scenariusz, który dyktuje sprawy logistyczne. To doskonała forma na uprawianie turystyki, ale w naszym przypadku chodzi także o dwie ważniejsze sprawy. Pierwsza z nich, to zbudowanie dobrej sytuacji dla celebracji naszych starych i nowych znajomości, przyjaźni i wspólnej pracy (i dlatego sięgam po grafikę z jednej z tras Karpat Magicznych, odwołującą się do idei Samów, nazywanej „reindeer luck”),  a druga, to praktykowanie etnobotaniki praktycznej jako metody poznawania świata (metody badawczej) w interdyscyplinarnym zespole. Tym razem wybieramy się w Białe Karpaty na pograniczu Słowacji i Czech, pogranicznym obszarze Moraw, znanym (nie u nas…) z najstarszych w Europie tradycji upraw winorośli, sadów, ogrodów i tego co dzisiaj trzeba by po polsku nazwać – zadrzewieniami karmiącymi. Wolimy nazywać te rodzime dla Europy, bardzo interesujące przyrodniczo, trwałe i wielofunkcyjne (a więc permakulturowe) wytwory ludzi/Natury mianem-  „food forest” lub „forest gardening”, bo ciągle brzmi to nam „lepiej”. 🙂                                                                                              Mamy wiele rozmaitych celów i miejsc do zobaczenia (niestety czas jest zawsze nieubłagany…), ale dwa zobrazują Wam mój sposób myślenia o Wyprawach. Miasteczko Puchov z Muzeum archeologicznym to cel ze sfery badania dawnych kultur, w tym wypadku bardzo interesującej „kultury puchowskiej” i śladów jakie pozostawiły silne obecności Celtów (a więc i Druidów) w tym regionie. Drugi cel jest także bardzo konkretny, ale i inspirujący do szerszych badań. To najplenniejsze drzewo owocowe Europy – jarząb domowy (Sorbus domestica), które wydaje się być mało u nas znanym hitem (z) przyszłości. Daje nawet 1200 kg owoców (jabłonie dają ok. 500 kg owoców z rekordowych drzew) i stanowi jeden z najbardziej interesujących „kejsów” badawczych w zakresie etnobotaniki, ale i sadownictwa. Łatwo dostępne hasła w sieci, nie dają zbyt łatwo odpowiedzi na rozmaite pytania, ale mam już najważniejsze publikacje na temat tej niezwykłej jarzębiny i to one wyznaczają naszą marszrutę.

Jarząb domowy z Białych i Małych Karpat to ekotyp drzewa, które nadaje się do pozytywnej, afirmacyjnej akcji wobec sprowokowanej przez ludzi katastrofy klimatycznej i ekobójstwa na skalę światową. Drzewo to bowiem owocuje w swej „czystej” postaci, dopiero po 30 latach. Po pierwsze, sadzimy je zatem dla innych, po drugie sadzimy je z nadzieją, że będzie dla ludzi jakieś „za 30. lat”. W planie mamy kupienie kilku sadzonek w renomowanej szkółce drzew specjalizującej się w tym właśnie gatunku. W naszej ekipie znaleźli się fachowcy ogrodnicy i mam nadzieję na uzyskanie wielu odpowiedzi podczas tego wypadu.

tablicaAboryg

Spotkania otwarte w Bonobo w Krakowie (Mały Rynek 4, najbliższe to: 17.X, 14.XI i 12.XII, od 19.00), to bardzo satysfakcjonująca forma jesiennej i zimowej aktywności. Na pierwszym spotkaniu z tego cyklu przedstawiłem relację z 3. Etnobotaniczej Wyprawy Biotopu Lechnica (na pogranicze słowacko-węgierskie, do Cerova Vrchovina z jej 100. wygasłymi wulkanami), ale głównym tematem były zręby permakultury i proste ćwiczenie (w formie pisemnej ankiety) dotyczące tego na ile poważnie myślimy o zmianach jakie wraz z katastrofą środowiskową nadciągają. Dodatkowo, jak zwykle, mówiłem o kilka realizacjach praktycznych praktycznych: budkach dla orzesznicy, dokarmianiu owadów i bardzo ciekawym systemie stałego, oszczędnego nawadniania OLLA, a także mojej nawadniającej „instalacji lejkowej”. 🙂

Najbliższe spotkanie w Bonobo zapowiada się ekscytująco!!! Właściwie, to jest potwierdzenie osiągnięcia celu jaki sobie kiedyś stawiałem (a spotkania tego typu prowadzę już 6. rok, pierwotnie w krakowskim Bunkrze Sztuki – BioFlow, a potem w Bonobo – Etnobotanika praktyczna), w postaci stworzenia miejsca i okoliczności dla swobodnej prezentacji różnych ludzi i wielu idei wokół głównego tematu jakim jest udział roślin w kulturze ludzkiej. Program jest następujący; Goście i ich rewelacyjne doniesienia i propozycje oraz prapremiera filmu pt. PlantVision, który pokaże realizację naszego projektu Plantline podczas Festiwalu w Wojszynie, w sierpniu tego roku.

Prezentacja filmu nastąpi przy udziale jego głównego twórcy – Marcina Saroty, a także Bogdana Kiwaka, który odpowiadał za główną oś projektu czyli realizację uprawy fotografii organicznej… wystarczy?                                                                                            Poza tym Bogdan pokaże kilkadziesiąt rozmaitych instrumentów z bzu czarnego własnej produkcji (można będzie coś kupić lub zamówić) firmowanej przez Domową Manufakturę Instrumentów  i Biotop Lechnica. Dlatego też przypomnimy też inny film z Wytwórni Spitzenberg Studio (od starej nazwy Lechnicy z austriackich map) o zimowym pozyskiwaniu drewna księżycowego bzu czarnego. Goście specjalni to Katarzyna Przyjemska-Grzesik z Zarządu Zieleni Miejskiej w Krakowie z dobrymi wieściami z Chin oraz Joanna Milewska z Londynu, powie o tym jak się pracuje w zawodowym i społecznym sektorze zieleni w Londynie i jak czasem daleko to prowadzi… zobaczcie na ilustrację nad tym akapitem!

Jeżeli się wybieracie, to bądźcie punktualnie, bo tym razem mowy nie ma o przeciąganiu dyskusji (co bywa takie przyjemne…), gdyż część z nas bezpośrednio z Bonobo jedzie do Lechnicy, aby rano ruszyć w Białe Karpaty…

sustainism2

W samym Biotopie Lechnica także dzieje się wiele na każdym „froncie”… 🙂 Przybywa gatunków roślin w ekspozycyjnych miejscach, zioła są pozbierane i dosuszają się na werandzie, postępuje remont w tzw. dolnym domku i zmiany są znaczące, a także powoli, ale wytrwale 🙂 postępuje rozbiórka starego garażu. Utrzymał się też plan budowy letniej kuchni i pieca chlebowego do początku grudnia. Mamy już prawie dopracowany projekt techniczny i część konstrukcji do postawienia samskiego lavvo („tipi”), a także wybrane miejsce dla niego, co zmieni mocno sytuację w górnej części ogrodu. Jeszcze trochę wysiłku i na koniec 2020 roku, tak jak zakładałem w 2014 roku, zamkniemy główne zręby dla budowy permakultury. Bardzo czekam na czas, gdy już nie będę musiał sprzątać i remontować aż tak wiele i zabiorę się za inicjowanie permakultury w większym wymiarze, teraz mogę na to przeznaczyć jakieś 25 procent „mocy”, a chciałbym wreszcie odwrócić proporcje.

Mam nadzieję, że zainteresowały Was te aktywności i zastanowicie się nad wsparciem nas poprzez uczestnictwo, pomoc i wszelkie inne aktywności. Może z tego kiedyś urośnie coś bardziej autentycznego i mniej naprędce nadymanego, niż te dziwne przedwyborcze polityczne”zielone” twory? Może jacyś politycy i animatorzy kultury wspaniale opowiadający o edukacji ekologicznej i społecznościowej, łaskawie posłuchają o czym od 6. lat mówimy (a nie chodzi tu jedynie o mnie, bo przez moje spotkania przewija się wspaniała ekipa fachowców, utytułowanych naukowców, znakomitych aktywistów …) i przyniesie to dobre skutki w przyszłości? Byłoby pięknie… Z nadzieją i stale zapraszam!

Pierwsza od góry fotka, to nowa pokrywa kanału zamontowana przy ul. Mogilskiej w Krakowie, a grafika na końcu wpisu to znak zaproponowany w książce YES NATURALLY. How Art SAVES The WORLD wydanej przez Niet normal Foundation w Rotterdamie w 2013 roku (wydawnictwo towarzyszące wystawie o tym samym tytule).

 

 

 

 

 

 

 

PLANTLINE : ku uprawie koegzystencji

Projekt PLANTLINE, to wielopoziomowa realizacja z elementami techniki fotografii bezkamerowej, tradycyjnych technik uprawy i naturalnej biodynamiki, bioregionalizmu i etnobotaniki, rytualnej tradycji Aborygenów (ze wskazaniem na podobne zjawiska i wiedzę w innych częściach świata) oraz chęci praktykowania koegzystencji ludzi ze światem pozaludzkim.

Projekt PLANTLINE opisałem dokładnie w zapowiedziach publikowanych w internecie, ale także opracowałem w formie dwustronnych plakatów z częścią tytułową i tekstem. Plakaty były przeznaczone dla uczestników Projektu i rozdano je wszystkim zainteresowanym 16 i 17 sierpnia 2019 r.. Głównym elementem plakatu jest grafika wydrapana pazurkami nietoperzy na okopconych ścianach, zestawiona w sylwetkę „praprzodka” z jednego z rytuałów Aborygenów. Zarys „praprzodka” usypuje się z ziemi i ma to swe głębokie uwarunkowania (zobacz tekst).

W warstwie podstawowej Plantline jest odpowiedzią na wezwanie zawarte w Uncyvilisation. The Dark Mountain Manifesto. Chodzi o osiem lekarstw Acywilizacji (tak brzmi to w naszym tłumaczeniu), a szczególnie o punkt 5, 7 i 8: ” Ludzie nie są celem, ani powodem istnienia tej planety. Chcemy zacząć od wyjścia poza bańkę mydlaną, jaką jest świat stworzony przez człowieka. Poprzez wzmożoną uwagę będziemy dążyć do odtworzenia powiązań między światem ludzi a naturą„,  „Nie zatracimy się w rozważaniach o teoriach i ideologiach. Będziemy pisać z brudem pod paznokciami, używając jak najprostszych słów” / „Koniec świata jaki znamy nie jest prawdziwym końcem świata. Razem odnajdziemy nadzieję, nawet tam gdzie jej nie ma, a także ścieżki, które zaprowadzą nas do nieznanego świata, który jest gdzieś przed nami”.

Właściwie poza cytowanymi 3 punktami, mógłbym dodać pozostałe 5 … odsyłam do naszego tłumaczenia podstawowego fragmentu Uncyvilisation. Omówienie i fragmenty Manifestu zamieściliśmy w The Diggers Morning – herbalistycznym zinie Biotopu Lechnica nr 3 (2018).

PLANTLINE_projekt_LIGHT_LIGHT (1)

PLANTLINE_projekt_strona2_LIGHT

Na realizację projektu wybraliśmy kameralny, artystyczny i grupujący ludzi bliskich (świadomie czy nie) ideom permakultury, Festiwal Dźwięki z korzenia w Wojszynie.

Decydujące było to, że Festiwal (a była to już jego 5. edycja) jest przedsięwzięciem niezależnym, organizowanym na własnej ziemi i przez grono osób zaangażowanych w muzykę i kulturę niezależną. To nie jest zabawa w realizację młodzieńczej listy życzeń za cudze pieniądze pani/pana z domu kultury, ani też zwykła, znojna robota kilku agencji koncertowych i promocyjnych, grupujących zawodowe megagwiazdy wycierające wszystkie kąty świata ze starym repertuarem, ale bez dawnego entuzjazmu i swobody. Za to namaszczenie „wielkim światem” płaci się kilkaset złotych i pozostaje dalej w pozycji konsumenta z rozpłaszczonym nosem na szybie popkulturowego hipermarketu. W takich warunkach nie pojawi się nigdy nic nowego, nie ma wartości dodanej, ewolucji i nowych odkryć. To systemy kopiujące wielkoprzemysłowe hodowle, uprawy i zarządzanie masami ludzkimi dla rozmaitych celów, a głównie dla wzdęcia ego organizatorów, którzy są na dodatek, jedynie nadzorcami w tej machinie. Dawno powinniśmy porzucić tego rodzaje sytuacje o ile poważnie traktujemy konieczność zmiany. Świat jest bezgranicznie różnorodny i wszystko co robimy (o ile robimy to świadomie i liczymy się ze skutkami) powinno służyć zachowaniu tej różnorodności.

Realizację Projektu rozpoczęliśmy w niecałą godzinę po dotarciu do Wojszyna (a wyruszyliśmy rankiem z Biotopu Lechnica na Słowacji!) w piątek 16.08.2019 r. od wprowadzenia w Projekt pierwszej grupki zainteresowanych. Udało się w przeciągu następnej godziny zainicjować uprawę organicznej fotografii i usypać ręcznie sylwetkę praojca/pramatki (praprzodków), dość pobieżnie (niestety) zapoznać się z biochorą Wojszyna i podstawowymi roślinami jakie w znaczącym udziale rosły na dostępnym nam terenie. Interesującym i nieco zaskakującym elementem realizacji Projektu, było wcielanie się na moment w Praprzodków jako Wzoru dla usypania sylwetki / obrysu / wytyczeniu granicy dla naszej uprawy.

002 PLANTLINE akcja fot Bogdan Kiwak (1)

Fot. górna i dolna: Praojcowie i Pramatki … Praprzodkowie, przekazujący poprzez tradycyjną kuchnię, ogrodnictwo, bliskość swoisty, regionalny biom istot żywych.

pra1 (1)

Pewną rolę w tworzeniu fotogramów organicznych ma chemia roślin zebranych w danym czasie i miejscu, oczywiście światło rozproszone i przechodzące przez części roślin, ale rozmaite inne czynniki (np. wilgoć), które staramy się wzmocnić poprzez staranne układanie części roślin i innych elementów substratu (także przekazując elementy osobistego biomu) oraz poprzez umiejętne ugniatanie całości.

IMG_2316

Po wszystkich czynnościach przygotowawczych – uprawa zostaje ogrodzona i opisana i wchodzi w fazę Inkubacji na minimum 20-24 godziny, chociaż praktykowaliśmy czas Inkubacji wydłużony do trzech dni.

IMG_2323

Po upływie doby uprawa ukazuje plony i następuje faza Zbioru. Fotogramy są myte, proces naświetlania zostaje przerwany, a wynik utrwalony cyfrowo, fotogram suszy się w formie pozwalającej na swobodne zbadanie każdego artefaktu.

IMG_2333

IMG_2341 (1)

009 Wynikowe fot Bogdan Kiwak

015 Wynikowe _DSC0025

Dwie godziny po Zbiorze, fotogramy zostały zaprezentowane na ścianie namiotu – sceny jako obraz cyfrowy zestawiony z symbiotyczną muzyką. Proces zainicjowany w sposób fizyczny dobę wcześniej, znajduje w ten sposób swą symboliczną kulminację w sferze abstrakcji. W ten sposób artyści, uczestnicy Festiwalu, świat Natury ma wiele okazji aby zamienić się miejscami, współpracować, oddać coś własnego innym, a to co nazywamy zazwyczaj koncertem, nabiera innego znaczenia.

017 KM koncert fot Bogdan Kiwak (5)

022 KM koncert fot Bogdan Kiwak (12) (1)

Fot. górna: fujara stołeczkowa – jeszcze jeden instrument z bzu czarnego, dalekie echo i modyfikacja konstrukcji Jana Kawuloka z Istebnej, wykonana przez Bogdana Kiwaka we współpracy z MS – prapremiera instrumentu nastąpiła w Wojszynie.

Fotografie: Marek Styczyński, Bogdan Kiwak oraz kadry wyjęte z materiałów filmowych zrealizowanych przez Marcina Sarotę. Najprawdopodobniej jesienią tego roku będzie gotowa relacja filmowa z realizacji Projektu PLANTLINE w Wojszynie.

BARDZO dziękujemy Kubie i Agnieszce Pieleszek za zaproszenie i wspaniałe, ciepłe i na doskonałym poziomie przygotowanie i poprowadzenie Festiwalu. Dzięki za wszystko całej Ekipie realizatorów wspomagających Gospodarzy Miejsca, a szczególnie wielkie dzięki należą się dla Ruffi Libnera!

W przygotowaniu plakatu PLANTLINE główną rolę odegrali – Bogdan Kiwak i Kasia Gierszewska-Widota, w tłumaczeniu i przygotowaniu do druku tekstu Manifestu Acywilizacji pomagało wiele osób z Ekipy i Przyjaciół Biotopu Lechnica, w tym Kuba Pieleszek (grafiki) i Aneta Sitarz ( przygotowanie do druku, oprawa plastyczna, projekt całości) – jesteśmy Im bardzo wdzięczni!!!

 

W krainie wygasłych wulkanów

IMG_2089

Po latach prowadzenia warsztatów etnobotanicznych i permakulturowych, pojawiła się spontanicznie potrzeba stworzenia innych niż warsztatowe okoliczności dla spotkań osób zaprzyjaźnionych i pojawiających się w rozmaitych okolicznościach w Biotopie Lechnica. Chodziło nie tylko o spotkanie z nami, ale także stworzenie sytuacji, dzięki której rosnąca z roku na rok grupa osób, które poznały się w BL, mogłaby odnowić swoje kontakty i pogłębić znajomości. Mamy wielkie szczęście utrzymywać kontakty z interesującymi i twórczymi ludźmi, a wszyscy potrzebujemy inspiracji, nauki, wymiany doświadczeń i chociaż kilku dni w otoczeniu, dla którego nasze fascynacje i zainteresowania nie wydają się „dziwne” 🙂 Bardzo cieszy mnie ta organiczna, rozwijająca się na rozmaite sposoby forma wzajemnych kontaktów i z wielką przyjemnością przygotowuję propozycje nowych tras, umownych celów i miłych warunków pobytu. Wybieram intrygujące miejsca i trasy w taki sposób, aby w kluczowym momencie wszyscy uczestnicy wyprawy byli w równej mierze odkrywcami nowych obszarów i nowych historii. Unikam w ten sposób funkcji „oprowadzacza”, co wymaga też od uczestników wspólnych decyzji o tempie i najbliższych celach. Tytułowe określenie „ekspedycja” nawiązuje do dziecięcych marzeń o wyprawach i odkryciach, ale także wskazuje na wartość i autentyczny pierwiastek eksploracji, jaki zawsze jest obecny podczas naszych wspólnych wypraw. Już sama interdyscyplinarność kolejnych ekip powoduje, że odkrywamy razem rozmaite aspekty interesujących miejsc i zjawisk. Wyprawy są niekomercyjne, a kilkuosobowa grupa powoduje, że noclegi i koszty paliwa są niższe niż przy indywidualnych wycieczkach. Już samo przepakowywanie się z pięciu samochodów w trzy lub dwa na początku wyprawy ma swój ładunek symboliczny.

Dotąd udało się zorganizować trzy tego typu wyprawy i wszystkie były niezwykle interesującymi podróżami w znakomitym towarzystwie.

Pierwsza ekspedycja (2017) zawiodła nas do unikalnego ośrodka sztuki niezależnej o nazwie Periferne Centra (Peryferyjne Centra), które prowadzi pracę z krajobrazem nazywaną przez Andrieja Polaka – landarchem. PC potraktowały rozległe krajobrazy wokół wsi Dubravica, jak olbrzymią galerię sztuki i od wielu lat realizują tam bardzo interesujący program artystyczny, społeczny i osobisty.

Druga wyprawa (2018) zaprowadziła nas do kaldery olbrzymiego mezowulkanu i bajecznego miasteczka – Banska Stiavnica. Uczestniczyliśmy tam w corocznym święcie górników i celebracji Salamandrowych Dni, które upamiętniają zwyczaje pierwszej na świecie Akademii Górniczej (!), ale także napotkaliśmy ślady nadwornego fotografa The Beatles (!) i wpadliśmy na kilka innych tropów. Po drodze szukaliśmy legendarnego Trąbiącego Kamienia i dębowego lasu pastwiskowego Gavurki. Do Kamienia nie udało się nam dotrzeć, ale Gavurki odwiedziliśmy i spędziliśmy tam kilka chwil, jakby poza czasem…

Trzecia ekspedycja miała za cel dotarcie do krainy wygasłych wulkanów i gigantycznej strefy ekotonowej pomiędzy Karpatami (bioregion alpejski) i bioregionem pannońskim.

IMG_2067

3. Etnobotaniczna Ekspedycja Biotopu Lechnica (3.EEBL) w krainę wygasłych wulkanów.

Wszystko zaczęło się od spotkania w Biotopie, a uczestnicy tym razem przybyli z Krakowa, Niepołomic, Londynu, z okolic Kielc i Żywca. Osiem osób i jeden pies to nasza ekipa wyprawowa.

IMG_8907 (1)

3.EEBL w Filakowie

IMG_8915

3. EEBL w Nova Basta

Zaplanowaliśmy trzy dni wyprawowe i wyruszyliśmy w piątek z godzinnym opóźnieniem, a celem wędrówki pierwszego dnia było dotarcie do miasteczka Filakovo i pensjonatu we wsi Nova Basta tuż przy węgierskiej granicy.

Pierwszy etap to klasyka naszych wypadów na Słowację – Poprad, źrodła Hronu, Telgart z widokiem na masyw Kralova Hol’a, czyli olbrzymi początek Niżnych Tatr. Potem znana nam dobrze droga przez Murańską Planinę do miejscowości Murań. Tam zaplanowaliśmy (jak zwykle) pierwszy odpoczynek i posiłek, a tym razem trafiła się nam także niezła gratka, bo udało się zająć dobrą pozycję w kolejce po wyjmowane akurat z pieca tzw. murańskie buchty…

IMG_2079

Z Murania przez Tisovec dojechaliśmy do znanego nam z dawnych wypraw rowerowych miasta – Rimavska Sobota i tam z miejsca trafiliśmy na lokalny targ. Rozmaite odmiany miejscowych moreli i brzoskwiń, papryki, melony… to bardzo wciągające badania etnobotaniczne, ale i znak, że zaczyna się powoli już inna strefa bioregionalna.

IMG_2082

Z Rimavskej Soboty, przez Jesensko, nieco slabszą i dłuższą drogą, ale przez krajobrazy zapowiadające cel naszej podróży czyli Cerova Vrchovina – krainę powulkanicznych wzgórz pokrytych lasami z dużym udziałem dębu burgundzkiego (Quercus cerris)…dotarliśmy wreszcie do miasteczka Filakovo.

IMG_2084

IMG_2215

W Filakovie zwiedziliśmy park stworzony na miejscu dawnych ogrodów tureckich. Miasto i zamek przez ponad 100 lat były w rękach garnizonu tureckiego i jednym z naszych celów było szukanie pozostałości po tamtym czasie. Napotkaliśmy pewne poszlaki i nici, ale to wymaga jeszcze potwierdzenia. Herb Filakova (palma daktylowa) okazał się być jednym z nielicznych atrakcyjnych elementów tego miejsca i bez żalu ruszyliśmy do wsi Nova Basta, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Pensjonat Pohansky Hrad (Poganyvar) osiągnęliśmy około ósmej wieczorem, przyglądając się po drodze bardzo intrygującej skalistej części szczytowej dawnego wulkanu z ruinami zamku Hajnaczka.

Pensjonat okazał się wygodny, a jadalnia w ogrodzie sprawiła, że nikt przed północą jej nie opuścił. Pewny udział w tym miał koncert najprawdziwszej cykady i wino z upraw winorośli na wulkanicznych glebach tego regionu.  Tu warto wspomnieć o tym, za co tak kochamy Słowację. Przejechaliśmy trochę więcej niż dwieście kilometrów, a pokonaliśmy całą szerokość Karpat Zachodnich, pokonując kilka potężnych grzbietów i pasm górskich, aby jeszcze tego samego dnia znaleźć się na progu całkiem innego europejskiego regionu.

Drugi dzień rozpoczęliśmy po doskonałym śniadaniu w jadalni pensjonatu, w której odkryliśmy prawdziwą ekspozycję tradycyjnego wyposażenia kuchni i gospodarstwa rolnego. Ruszyliśmy wprost na południe w kierunku granicy z Węgrami, a potem wzdłuż granicy SK/H podążaliśmy na zachód, do starego wulkanu i zamku Somoska. Włączyliśmy szybko tryb o nazwie „swobodny dryf” zapożyczony z praktyk psychogeografii i wypraw sytuacjonistów. Także tym razem przyniosło to doskonały skutek w postaci bezbłędnego trafienia w szlak pasterski na olbrzymie tereny wypasowe, pokryte częściowo dzikimi drzewami owocowymi – gruszami, jabłoniami, głogami, czarnym bzem, bzem hebdem i wiśniami ptasimi, z których zwisały malownicze zasłony złożone z chmielu i powojnika zwyczajnego. Zaraz na początku przywitał nas witeź (paź) żeglarz, motyl, którego biologia upoważnia do uznania go za prawdziwy znak rozpoznawczy terenów z dużym udziałem drzew owocowych, ciepłych i słonecznych. To żeglarek powinien widnieć w opisach tej krainy i od tamtego spotkania będziemy go w Biotopie Lechnica łączyli z naszymi projektami dotyczącymi lasów i zadrzewień karmiących (food forest) i lasów ogrodowych (forest garden). Dlatego też jego fotografia otwiera to sprawozdanie. W lesie i na pastwiskach leżały kawałki zerodowanych tufów wulkanicznych, co przypominało nam, że chodzimy po wulkanicznych skałach i glebie ukształtowanej w inny sposób niż ten znany nam z karpackiego fliszu.

IMG_2183

Skała z górnej części fotografii, pochodzi z bliskich okolic Etny na Sycylii, a pod nią jest kawałek skały z pastwisk (lasoparków) w okolicach Somoski.

Szybko dotarliśmy do masywu wulkanicznego ze szczytem i zamkiem Somoska. Jednak prawdziwe skarby odkryliśmy pod zamkiem i sporo niżej. Było to gołoborze bazaltowe (nazywane „kamiennym morzem”) i urwisko z odsłonięciem regularnych, bazaltowych słupów nazwane ” kamiennym wodospadem”. Mimo deszczu i pomruków burzy nie mogliśmy się oderwać od dryfowania po kamiennym morzu i wydobywania zaskakująco mocnych, metalicznych dźwięków z niektórych skał. A. zanotowała ten brzmieniowy dryf, ale deszcz i burza skłoniły nas wreszcie do schronienia się najpierw w zamku, a potem szybkiej ewakuacji do samochodów. Przez Filakovo dotarliśmy pod ostrą skałę wieńczącą wulkaniczne wzgórze Hajnaczka.

IMG_2093

IMG_2096

Burza tymczasem odeszła gdzieś daleko i słońce wyczarowało piękny i długi wieczór. Mieliśmy doskonałe warunki, aby wspiąć się na Hajnaczkę i początkowo drogą przy której rosły wielkie ilości kolcowoju („goji”) i uczepu, a potem wąską ścieżkę osiągnęliśmy partię szczytową. Skały okazały się być ostoją muraw ciepłolubnych z wieloma interesującymi roślinami. W oko wpadły nam z miejsca kępy żmijowców, suchokwiaty, bylice i wiele innych. Nasze penetracje botaniczne obserwował człowiek uzbrojony w kosiarkę mechaniczną, a w duchu prosiłem o jeszcze kilka minut spokoju. Koszenie jednak nie następowało, a obserwujący nas człowiek dyskretnie przysłuchiwał się naszym okrzykom i potakiwał przy padających nazwach łacińskich roślin… Zamiast odpalić silnik kosiarki podszedł do nas i wywiązała się miła i bardzo fachowa rozmowa. Kosiarz okazał się być pracownikiem ochrony przyrody i znawcą wulkanów (a nawet odkrywcą dwóch nowych dla tego terenu), doskonałym praktykiem w czynnej ochronie muraw naskalnych, a do tego mieszkańcem jednego z domów na stokach Hajnaczki. Wszystkie lody puściły, gdy okazało się, że wino z miejscowych gleb wulkanicznych jakie wzbudziło nasze zainteresowanie w pensjonacie, pochodzi z jego winnicy i sam je wyprodukował. To nie Filakovo, ale Hajnaczka i okolice Somoski okazały się hitem tego wyjazdu, chociaż czekały nas jeszcze inne ciekawe miejsca i obiekty.

IMG_2106.jpg

IMG_20190727_175143

Kolacja w „naszej” jadalni ogrodowej na tyłach pensjonatu mimo deklaracji nie skończyła się przed północą… a usprawiedliwia nas jedynie to, że świętowaliśmy także proklamowanie w tym dniu pierwszego miejskiego parku narodowego na świecie – London City National Park, a wiadomości o nim mieliśmy z pierwszej ręki i wprost z Londynu dzięki Asi.

Trudno się było oderwać od śniadania, od wybierania do domu znanego nam już lepiej (także od strony miejsc uprawy ) wina z powulkanicznych winnic, ale wreszcie ruszyliśmy. W miarę punktualny wyjazd był spowodowany chyba wizją tajemniczego Trąbiącego Kamienia i dębowego lasu pastwiskowego Gavurki, jaką roztaczałem uparcie od poprzedniego wieczora.

Ruszyliśmy, najpierw na zachód, a potem na północ i tym razem (lekcja z 2018 roku została odrobiona) bez większych problemów trafiliśmy do Trąbiącej Skały. Zazwyczaj tego typu obiekty lepiej się prezentują w legendzie niż w rzeczywistości, ale nie tym razem. Trąbiący Kamień (Skała Sygnałowa, Tatarska Piszczała, Zvonec) całkowicie nas zaczarował, a jego otoczenie wydaje się być dobrym celem wielu wypraw i studiów.

IMG_2120 (2)

Nie bez trudu, ale udało się „uruchomić” skałę i jej andezytowy system sygnałowy o nieznanej ciągle budowie. Po kilku próbach niski, mocny w wzbogacony o echo dźwięk wypełnił doliny. Być może ten właśnie sygnał budził kiedyś paniczny strach w mieszkańcach tych okolic, bo zwiastował nadejście napastników słynących z połowu ludzi sprzedawanych później na niewolników. W dolinie przed Kamieniem znajdują się dwie studnie i tablica z legendą (a może relacją…) o pewnym znaczącym wydarzeniu. Poetyka i siła tego opowiadania robi wrażenie i przypomina greckie mity.

IMG_2128

841a76b7-4614-4a62-a4d3-58c8cefebd0d

Po znaczącym czasie, nagraniach terenowych i chłonięciu intrygującego zjawiska o zbiorczej nazwie Trąbiący Kamień (bo zdecydowanie mamy tam do czynienia z czymś więcej niż blok andezytu z dwoma dziurami) po pół godzinnej jeździe dotarliśmy do rezerwatu Gavurki, czyli dębowego lasu pastwiskowego. Po spokojnym czasie pod dębami w wyczuwalnym specyficznym mikroklimacie i miłym cieniu, musieliśmy się pożegnać z ekipą, która krótszą drogą zmierzała już wprost do Krakowa, a właściwie na lotnisko w Balicach, aby Asia mogła odlecieć do Londynu. Dwa pozostałe auta z resztą ekipy ruszyły w stronę Brezna i zaknęliśmy naszą trasę w Czerwonej Skale. Potem jeszcze przejazd do Popradu i Lechnicy.

Fotografie uczestników 3.EEBL.